ZGUBIONY PASZPORT PSA, ZŁAMANA NOGA IZY i PIERWSZY AUTOSTOP SNUPIEGO, czyli 3. część naszych wpadek z podróży

ZGUBIONY PASZPORT PSA, ZŁAMANA NOGA IZY i PIERWSZY AUTOSTOP SNUPIEGO, czyli 3. część naszych wpadek z podróży

Snupi – nielegalny imigrant

Wracaliśmy już do Polski. Tego dnia z Gruzji przedostaliśmy się do Turcji w przejściu granicznym Sarpi-Hopa. Stamtąd zabrał nas jeden samochód 100 km dalej do Ardeşen. Niestety, kierowca z rozpędu wywiózł nas kawałek w głąb miejscowości. Tam Snupi złapał stopa. Szliśmy sobie z powrotem do głównej drogi, gdy obok zatrzymało się auto z mężczyzną i jego bardzo starym ojcem na fotelu pasażera. Staruszek zakochał się w Snupim i poprosił syna, by zatrzymał się dla nas właśnie z jego powodu.

Dziadek zapytał, czy może wziąć Snupiego na kolana. Opowiedzieli nam, że w tej części Turcji psy traktuje się już z dużo większym szacunkiem i dobrocią, niż w pozostałej części kraju. Tutaj, w górzystych terenach i klimacie korzystnym do uprawy roślin i hodowli zwierząt, wykorzystuje się psy w celach pasterskich. Za ich pracę ludzie odwdzięczają się im zatem należycie.

Wydawało nam się, że ten dzień będzie naszym rekordem, bo pruliśmy przed siebie jak strzała. Od dziadka przesiedliśmy się do kolejnego samochodu, który jechał ponad 400 km w odpowiednim dla nas kierunku – do Samsun. Droga to w całości autostrada. Szło nam tak dobrze, że zaczęliśmy się zastanawiać, czy jednak nie zwiedzić jeszcze miejscowości Amasya – rzekomo malowniczo położonej na stokach gór nad rzeką. Jeszcze dzień wcześniej odrzuciliśmy ten plan, bo zostały nam zaledwie 4 dni, by zdążyć do Polski na ślub mojego przyjaciela ze studiów.

Kierowca był bardzo małomówny. Przez 3 godziny dowiedzieliśmy samych podstaw o nim. Z ciekawszych rzeczy, że jest oficerem policji z Rize, który jechał do Samsun w jakieś sprawie służbowej. Ciszę i spokój wykorzystaliśmy na sen. Gdy mężczyzna miał już zjeżdżać do miasta, to zdecydował, że ma jeszcze chwilę czasu, więc wysadzi nas już za miastem, gdzie będzie nam łatwiej złapać odpowiedni pojazd dalej.

Po wysiadce, Iza poszła na pobliską stację do toalety, a ja obmyślałem plan. Gdy wróciła, przedstawiłem taki: do Amasya i do Europy jest jeszcze kawałek wspólnej trasy, zobaczmy jak ułoży się najbliższa godzina i zadecydujemy. Zatrzymał się samochód z dwoma mężczyznami. Zapytaliśmy, dokąd zmierzają, a oni – do Amasya! No co za fart, co za strzał, niczym w lotto. Decyzja mogła być tylko jedna. Obaj mężczyźni wyszli z auta i zaczęli nam pomagać w zapakowaniu bagażów. Mężczyzna odpalił auto i ruszyliśmy, wtedy uznałem, że to chyba najwyższa pora, żeby schować paszporty – mój i Snupiego. Złapałem się za tyłek i poczułem, że w tylnej kieszeni na suwak nic nie ma. Błyskawicznie zatrzymałem kierowcę, przeszukałem na szybko mały plecak, wszystkie kieszenie w spodniach i wszystkie w dużym plecaku. Nic. Oznajmiłem mężczyznom, że to chyba bez sensu by czekali, bo teraz czekało nas wywalenie wszystkich naszych rzeczy z plecaka. Byłem na siebie ogromnie wkurzony. Byłem pewien, że gdy na spokojnie przeszukam bagaże, to paszporty się odnajdą, a nasza idealna podwózka właśnie odjeżdża. Iza wzięła się za przeszukiwanie bagażu, a ja cofnąłem się do miejsca, w którym staliśmy. Niestety był tam przystanek, na który zdążyły już podjechać 2 autobusy. Jeśli paszporty tam leżały, to na pewno ktoś już je zabrał. W Turcji europejski paszport to łakomy kąsek. Jak potem dowiedzieliśmy się od policji, fałszuje się zdjęcia i mężczyźni próbują przekraczać granicę nawet na damskie paszporty. No właśnie, na policji… Na ulicy udało mi się spotkać młodego chłopaka, który chociaż trochę mówił po angielsku i zadzwonił do najbliższego komisariatu i wytłumaczył moją sytuację. Nie dłużej niż po 5 minutach pojawił się patrol, ale mówili tylko po turecku. Jak się okazało cały komisariat mówił tylko w tym języku.

Na posterunku policji. Ta mina mówi wszystko.

Zadzwoniłem na numer dyżurny do polskiej ambasady, a tam – UWAGA – pracownik nie mówił po turecku, więc nie miał jak pośredniczyć w rozmowie z policją. Niezła kpina. Kazano nam więc czekać na tłumacza, miało to być 30 minut. Było 2 godzinami. Każda z tych minut, ba, każda z sekund, była dla mnie psychiczną torturą. Zamiast działać, to musiałem bezczynnie siedzieć, a w wyobraźni co chwilę powstawała nowa wizja sytuacji i miejsca – gdzie zgubiłem paszport. Na przejściu granicznym byliśmy w łazience, ale ja do łazienki nie szedłem, tylko Iza. Potem siedziałem na barierce drogi, może tam paszporty wysunęły mi się z kieszeni, ale przecież były w kieszeni na suwak… A może to tych dwóch mężczyzn, którzy mieli nas zabrać do Amasya. Podejrzanie ochoczo wyskoczyli z auta i zaczęli pomagać nam z włożeniem bagaży. Powstało przy tym niezłe zamieszanie, bo 4 osoby przy jednej klapie bagażnika, to o wiele za dużo. Może to był celowych zabieg odwrócenia naszej uwagi? Już wtedy wydawało mi się to podejrzane, dlatego bardzo uważnie patrzyłem, co jeden z nich robi z plecakami, czy przypadkiem czegoś z nich nie wyciąga. Tymczasem zamiast plecaka powinienem był pilnować własnego tyłka!  A może to ten mężczyzna, który wiózł nas 400 km. Przecież oboje z Izą zasnęliśmy, ale jakim cudem udałoby mu się wyjąć paszporty z mojej kieszeni, gdy na nich siedziałem. Mówił zresztą, że jest oficerem policji. Oficerem policji… taaaa, na pewno kłamał. Przecież to najprostszy sposób, by przestępca mógł rozwiać niepokój obcej osoby.

Wszyscy zaczęli być podejrzani, nawet przemiły dziadek zachwycony Snupkiem. Przecież sami się dla nas zatrzymali, zanim jeszcze wystawiliśmy rękę do łapania okazji i na dodatek podwieźli nas tylko kilka kilometrów. Było to nieopodal granicy, więc może to taka szajka, która działa w ten sposób. I tak przez 2 godziny wymyślałem historie spiskowe i czynności, które mogłem zrobić, żebym zapobiec tej sytuacji. Czemu nie schowałem paszportu pod podłogę w psim transporterze, przecież nikt by tam nie zajrzał. Zwłaszcza, gdy w środku siedzi Snupi itd. itd. Strata paszportu bolała tym bardziej, że obawiałem się, że nie zdążę na ślub Adriana.

W końcu pojawił się tłumacz – Ozan. Jak się okazało, jest tłumaczem wolontariuszem. Współpracuje z policja od kilku lat, ale ma swoją normalną pracę, dlatego musieliśmy poczekać, aż uda mu się z niej wyrwać. Cały dzień straciliśmy na formalnościach i wyszukiwania z policją możliwości odnalezienia paszportu. Mógłbym o tym opowiadać przez następne dwie strony. W wielkim skrócie napiszę tylko, że niemożliwe okazało się, żeby dowiedzieć się czy faktycznie jakiś policjant z Rize przybył do Samsun. Policjanci zaproponowali sprawdzenie na monitoringu numerów rejestracyjnych samochodów, którym przyjechaliśmy i tego, który rzekomo zabrać nas miał do Amasya. O godzinie 21, gdy byliśmy już na kolejnym komisariacie, który gromadzi nagrania, to pomysł upadł, bo musiałby na to wydać zgodę sąd. A więc całkowicie bezsensownie zostaliśmy zmuszeni do nocowania w Samsun. Mieliśmy otrzymać nocleg w jakimś policyjnym hotelu, ale ostatecznie to też okazało się niemożliwe z jakiś formalnych przyczyn, bo skoro policja nie może nam już dalej pomóc, to nie mogą nas też tam zakwaterować. Jedyne, na co więc wpadli, to że odwiozą nas do zadbanego i czystego parku w centrum miasta i u ochroniarza załatwią zgodę na nasz nocleg w namiocie. Jedyny plus z tej całej sytuacji, to znajomość z Ozanem, który towarzyszył nam jeszcze przez godzinę w parku. Przyjaźń pozostała do dziś. Niedawno Ozan był w Warszawie, więc się spotkaliśmy.

Następnego dnia, zamiast być w pięknej Amasya, to musieliśmy ruszyć na środek pustyni – do Ankary, by w ambasadzie dowiedzieć się, co dalej w mojej sytuacji. W placówce o gościnności mogliśmy szybko zapomnieć. Była niedziela, więc poza nami i pracownikami na obiekcie nie było nikogo. Mimo to, nie wpuszczono nas nigdzie dalej niż do malutkiej poczekalni przy okienkach do załatwiana wiz itp. spraw. Na szczęście, mogliśmy swobodnie siedzieć w ogrodzie, więc tam czekaliśmy na wicekonsula. Nikt nie zaproponował nam nic do picia, oprócz wody z dystrybutora. Pojawił się wicekonsul, a wraz z nim absurdy polskiego urzędnictwa. Dialog wyglądał mniej więcej tak:

– Zgłasza Pan utratę paszportu? Jeśli tak, to w tej chwili ważność traci Pana normalny paszport i jeśli się odnajdzie, to i tak nie będzie już ważny.

– No to może Pan zadzwonić do komisariatu, gdzie wczoraj byłem? Może jakiś cudem odnaleźli paszport, bo mieli jeszcze jakoś spróbować namierzyć tego policjanta z Rize, z którym jechaliśmy.

Wicekonsul bardzo, ale to bardzo niechętnie poszedł wykonać telefon i wrócił bez dobrych wieści.

– Ma Pan ze sobą zdjęcie zapasowe do paszportu, bo trzeba będzie wyrobić paszport tymczasowy?

– Nie mam.

– No to mamy duży problem, bo dzisiaj jest ostatni dzień ramadanu, na dodatek niedziela. Jutro bajram, więc wszystkie zakłady fotograficzne pozamykane będę przez najbliższe 3 dni.

– Nie ma tutaj gdzieś budek fotograficznych? A poza tym w ambasadzie nie ma aparatu fotograficznego?

– Nie wiem czy są jakieś budki, rzadko zwiedzam okolice, a aparatu nie ma.

– Myślałem, że ambasada jest przygotowana na takie sytuacje… Możliwe, że mam zdjęcie na poczcie e-mail, bo Iza sama robiła mi zdjęcie do paszportu, a potem je obrabiała i wysyłała do mnie. Wystarczy mi więc połączenie z internetem.

– Nie może Pan się połączyć z siecią wi-fi ambasady, to jest tajne.

– Nie macie wi-fi dla gości?

– Nie.

– A jakiś komputer, z którego mogę skorzystać?

– Nie – wicekonsul zaczął o czymś rozmawiać z ochroniarzem. Może Pan skorzystać z prywatnego laptopa ochroniarza, ale tylko na korytarzu pomieszczeń mieszkalnych dla pracowników.

Poszedłem z ochroniarzem, ale zasięg wi-fi był tragiczny. Na otwarcie każdej strony czekać trzeba było kilkadziesiąt sekund. Przy takim połączeniu nie udało mi się odnaleźć zdjęcia. Wróciliśmy do rozwiązywania problemu. „A czy zdjęcie z telefonu wystarczy?”

– Jeśli będzie dobrej jakości i będzie miało wszystkie cechy zdjęcia paszportowego.

– Gdzie możemy zrobić zdjęcie, żeby było jednolite białe tło i dużo światła?

– Nie możecie Państwo wejść nigdzie dalej do ambasady, więc proszę próbować tutaj, na tle elewacji.

– Spróbujemy – Iza swoim Samsungiem S2 zrobiła zdjęcie. Konsul poszedł sprawdzić czy się nada. W tym czasie ochroniarz przyniósł nam kawałek swojego prywatnego arbuza. Wiedział, że cały dzień nic nie jedliśmy. Konsul wrócił z próbnym wydrukiem i stwierdził, że jest kiepskiej jakości, ale można zaryzykować „może przepuszczą Pana na granicy”. Przytaknęliśmy, ale zauważyliśmy, że wydruk był na zwykłej kartce, „na papierze fotograficznym będzie trochę lepiej”. Konsul odpowiedział, że nie mają w ambasadzie papieru fotograficznego… (Jak opowiadałem to potem rumuńskiemu strażnikowi granicznemu, to nie mógł powstrzymać się od śmiechu z niedowierzania).Zapytaliśmy – co z psem? Konsul odpowiedział, że nie wie, bo on nie może w tej sprawie zrobić nic.

Zaczęliśmy drążyć  – nie może Pan chociaż podbić jakieś pieczątki na moich zeznaniach z komisariatu, że zapoznał się Pan z nimi i potwierdza, że podróżujemy z psem? „Nie”. Nie może Pan wydrukować papieru z elektronicznej bazy danych, gdzie zarejestrowany jest Snupi i jej podbić jakaś pieczątką, że potwierdza Pan tożsamość psa? „Nie”. A jest tu gdzieś w okolicy weterynarz? „Nie wiem”. „Gdyby były problemy, niech Państwo pokażą zeznania z komisariatu, tam jest wzmianka o psie. Może wystarczy”.

Tak na marginesie, wiecie jak po turecku jest “pies”?
Köpek – całkiem ładnie i śmiesznie, bo szybko​ przerobiliśmy to na polskiego “głupka”.

Mieliśmy nadzieję, że powie nam chociaż, gdzie możemy coś zjeść w okolicy. Skoro jest Ramadan, więc z otwartymi restauracjami jest kłopot. Oczywiście nawet tego nie wiedział… Ambasada ma pomagać obywatelom zagranicą?! Litości! Ochroniarz wskazał pobliską ulicę, na której są 2 restauracje. Obydwie okazały się zamknięte. Dopiero, gdy wróciliśmy, konsul poinformował, że za paszport tymczasowy trzeba jeszcze zapłacić 160 lir.

– CO?! – Wcześniej nawet nie wspomniał, że cokolwiek będzie to kosztowało. Myślałem, że może 10-20 euro, a nie 160 lir, co wynosi ponad 160 zł – więcej niż normalny paszport w Polsce. A przecież ten jest ważny tylko rok. Tzn. byłby, gdyby zdjęcie w nim było dobrej jakości, bo z tym, to od razu w kraju wyrobić będę musiał nowy (wtedy nie wiedziałem jeszcze, że opłata za nowy paszport przy utracie starego jest podwyższana o 200%, a więc wynosi 450 zł?! Co jest według mnie niezgodne z konstytucją, bo to niemal rodzaj sankcji karnej – grzywny, za czyn niezamierzony i nieumyślny).

– Nie mamy tyle lir, wczoraj mieliśmy wyjechać z Turcji. Mogą być złotówki?

-Nie.

– Euro?

-Nie.

– To skąd mam wytrzasnąć liry? (Palant z niego – siedzieliśmy tutaj 2 godziny zanim poszliśmy szukać jedzenie, wiedział, że idziemy, wiedział też, że chcemy jak najszybciej dotrzeć do Polski. To nie mógł nam wcześniej powiedzieć, że musimy wytrzasnąć pieniądze?)

– Po drugiej stronie jest bankomat.

To była wisienka na torcie irytacji, jaką wywoływało u nas zachowanie konsula. Nie odezwałem się jednak ani słowem, bo wiedziałem, że jak już wybuchnę, to skończy się to dla mnie aresztem. Powstrzymywałem złość tak mocno, że krew pulsowała mi w żyłach niczym do piosenki zespołu Prodigy.

– Wypłaciliśmy pieniądze. W drodze powrotnej do ambasady zorientowaliśmy się, że karta została w bankomacie. Szybko pobiegłem, ale już jej nie było. Albo bankomat ją wciągnął, albo ktoś ją zabrał. Pognaliśmy do ambasady, ochroniarz wyjaśnił nam, że niektóre bankomaty w Turcji, w przeciwieństwie do polskich, najpierw dają gotówkę, a potem dopiero kartę. SUPER – NIE MÓGŁ NAM NIKT TEGO POWIEDZIEĆ, GDY DO NIEGO SZLIŚMY! Zdenerwowani sytuacją i zachowaniem konsula, odruchowo wzięliśmy pieniądze i poszliśmy, a karta dopiero wtedy się wysunęła. Oczywiście konsul stwierdził, że niemożliwe jest wykonanie połączenia telefonicznego z ambasady do Polski by zablokować kartę. Musieliśmy więc zrobić to z naszej komórki.

Konsul zabrał pieniądze i zniknął na kolejne kilkanaście minut. Pojawił z paszportem i informacją, że opłata za paszport to nie 160 lir, a 106. To głupi ćwok. „Nie mógł Pan spojrzeć wcześniej, co ja teraz zrobię z 54 lirami. Odkupi je Pan ode mnie, bo ja zamierzam jutro wyjechać z tego kraju, a jeszcze dziś z Ankary?!” Nawet nie przeprosił. Dobra, pozostało dowiedzieć się, jak najszybciej dostać się na autostradę. Mieliśmy mapę i GPS w komórce, ale to nie wyjaśniało czy dostać się tam metrem, autobusem, w którą stronę najłatwiej, gdzie wysiąść itd.? Konsul bawiąc się kluczykami od samochodu (machając nimi na palcu), stwierdził, że nie ma pojęcia, bo nie zna rozkładu linii metra i najlepiej jak weźmiemy taksówkę…

Znowu najbardziej pomocny okazał się ochroniarz, który wspomniał coś o grupie pracowników ambasady, która miała gdzieś jechać. Poszedł zadzwonić, ale okazało się, że to nieaktualne. Wrócił jednak z notatkami, na jaką stację metra musimy się udać, jakie kupić bilety i gdzie wysiąść.

Dojechaliśmy na stację przesiadkową do innej linii metra. Nasze zagubienie zauważył mężczyzna, który płynnym angielskim zapytał, czy może nam pomóc. Po chwili podeszła kobieta, jak się okazało jego siostra, która właśnie przyleciała do domu z Holandii. Oznajmili, że jadą w tym samym kierunku, więc nas poprowadzą. Zdążyliśmy im odpowiedzieć naszą nieszczęsną przygodę. Chyba musiała brzmieć naprawdę źle, bo rodzeństwo po krótkiej naradzie zaproponowało nam nocleg w swoim mieszkaniu. Było już blisko zmierzchu, byliśmy wkurzeni, zmęczeni, głodni, spoceni i totalnie zagubieni bez dobrego planu. Nie mogliśmy odmówić. Spędziliśmy przemiły wieczór. Jak się okazało rodzeństwo pochodziło z … Amasya! I na rodzinny obiad z okazji Bajramu jechali tam następnego dnia, ehhhh. Mężczyzna zaproponował mi jeszcze, że może mi odstąpić jedną ze swoich maszynek, bym mógł zgolić 1,5 miesięczny zarost. Zajęło mi to ponad 40 minut, czułem się 2 kilogramy lżejszy. Już po fakcie uznałem, że nie było to najlepsze posunięcie. Przecież teraz w ogóle nie przypominam osoby ze zdjęcia w paszporcie, na którym i tak ledwo coś widać…

Islamski terrorysta i normalny ja

Bez problemów (poza żołądkowymi, o których wspomniałem w 1 części historii naszych wpadek – pożegnanie z Turcja à la Sütlaç) przekroczyliśmy granicę. Bez problemów również ze Snupim. Aczkolwiek nawet nie próbowaliśmy się przekonać czy one będą, bo Snupiego szmuglowaliśmy. Półtora miesiąca wcześniej, gdy do Turcji wjeżdżaliśmy, na 6 punktach kontrolnych nikt nawet nie zerknął do jego paszportu, jednak znając zasadę „jeśli coś może pójść źle, to pójdzie”, byliśmy pewni, że teraz ktoś się o niego upomni.­­­­­­­ Spakowaliśmy więc Snupka do transportera, Iza dołożyła tam jeszcze kilka swoich ubrań, by go zasłonić i udawaliśmy, że to nasza zwykła torba podróżna. Szliśmy w takim ustawieniu, by torba była schowana za Izą, za mną i nie rzucała się w oczy żadnego strażnika. Potwierdzanie tożsamości Snupka, szczepień, badań itd. zagwarantowałoby nam kolejne wydatki i, co gorsze, kolejne minimum 2 dni w Turcji, co zaprzepaściłoby szanse na punktualny powrót do Polski. Ten sam manewr powtórzyliśmy jeszcze na granicy bułgarsko-rumuńskiej i rumuńsko-węgierskiej, bo chociaż Bułgaria i Rumunia należą do Unii Europejskiej, to nie należą do układu z Schengen, więc woleliśmy nie utrudniać sobie życia i nie sprawdzać, co z tego wynika w praktyce.

Pół roku oszczędzania na ślub i życia w rozłące, by miesiąc miodowy spędzić w rozłące…

O tym, dlaczego zdecydowaliśmy się na ślub poza Polska, możecie przeczytać TUTAJ.

Gdy decyzja już zapadła, trzeba było zdobyć fundusze. Jak na złość, miesiąc po podjęciu decyzji, czasopismo, w którym pracowałem zbankrutowało. Nie mogłem sobie pozwolić na stratę 2-3 miesięcy na poszukiwaniu pracy. Szczerze, nawet nie miałem ochoty tego robić. Czytać te wszystkie, beznadziejne ogłoszenia o pracę. W których nie potrafią i nie chcą napisać – czym miałby się człowiek dokładnie zajmować, co otrzyma w zamian i te kosmiczne wymagania (które podsumować można jednym zdaniem: masz pracować za darmo, jak student na praktykach, ale doświadczenia zawodowego to masz mieć 20 lat). Ruszyłem więc do Holandii, by tam zdobyć szybko kasę.

Przez 5 miesięcy żyliśmy z Izą w rozłące. Do Polski wróciłem zaledwie tydzień przed naszym wylotem do Indonezji. Podczas tych 5 miesięcy układaliśmy plan – kiedy robimy ceremonię ślubu? Czy na samym początku, jak chciała Iza, czy później, jak chciałem ja. Iza mówiła, że nie godzi się na ślub później, bo nie chce na zdjęciach ślubnych być nierównomiernie opalona, nieogarnięta, zmęczona – jednym słowem, tak jak wyglądamy po tygodniu naszego podróżowania. Na dodatek ze złamaną ręką albo nogą, skoro w planach mamy takie atrakcje jak wchodzenie na wulkany i uprawianie canyoningu (sportu, który obejmuje skoki do wody z kilkunastu metrów bez zabezpieczeń). Dlatego ceremonię zaplanowaliśmy na drugi dzień pobytu w Indonezji. Kto mógł przypuszczać, że to właśnie sam ślub okaże się największym niebezpieczeństwem dla zdrowia?

Wszystko przebiegało (z grubsza) według planu. Ceremonia odbyła się na plaży o godzinie 15.00. Wróciliśmy do hotelu, zjedliśmy obiadokolację z grupą 14 znajomych, którzy zdecydowali z nami spędzić wspólne wakacje. Toasty, zabawy w basenie i bach! Podczas tańca ze swoją świadkową Iza źle postawiła nogę na parkiecie wykonanym z betonu i trzasnęła jej 5 kość śródstopia. Oczywiście wtedy nikt nie przypuszczał, że noga jest złamana. Raczej skręcona czy nadwyrężona. Tylko lekko spuchła i mało bolała. Iza uznała, że to przecież nasze wesele na drugim końcu świata. Nie możemy się teraz martwić.

Z powodu zawirowań związanych z dniem niepodległości Indonezji, który wypadał dnia następnego i odległości dobrze wyposażonego szpitala, minęły 3 dni nim potwierdziliśmy złamanie.

Iza wraca do hotelu ze swoim zdjęciem rentgenowskim. Przynajmniej humor się nie ZaŁAMAŁ.

Miesiące rozłąki, oszczędzania pieniędzy, by spędzić wspaniałe chwile w Indonezji, właśnie okazały się, może nie bezwartościowe, ale mocno bezsensowne. Wprawdzie Iza po kontuzji się nie poddała i niemal wszędzie jeździła na skuterze ze mną i grupą, to nie mogła brać udziału we wszystkich najciekawszych czynnościach. Zamiast snurkować (uwielbia pływać), wchodzić na wulkany, uprawiać canyoning, czy po prostu biegać po plaży, to musiała chodzić o kulach z ciężkim białym gipsem w 30 stopniowym upale. Gdy nie miała już sił, to z kolegami nosiliśmy ją na plecach, co nie wszędzie było możliwe z powodu religijnych obyczajów. Nawet w stolicy Bali – Denpasar – niedostępny był lekki gips.Kontuzja dotknęła też pośrednio mnie. Czułem się źle, że zostawiałem Izę podczas tych wszystkich atrakcji. Jednak oboje uznaliśmy, że bez sensu będzie, gdy cały wyjazd i ja spędzę na leżąco obok niej. Od razu odrzuciliśmy też pomysł powrotu do Polski. Przede wszystkim nigdy się nie poddajemy. Poza tym nie wiedzieliśmy, czy odszkodowanie pokryje koszty takiej ucieczki. A co najważniejsze byliśmy pewni, że wciąż możemy tutaj przeżyć wspaniałe i niezapomniane chwile pełne radości. Tak zresztą było. Poza tym może złamana noga uchroniła nas przed jakimś gorszym wypadkiem. Niemniej na zawsze pozostanie w nas pewien niedosyt i smutek z tamtych dni. Dodatkowo zwiększają  je wspomnienia o zachowaniu niektórych naszych znajomych. Którzy poprzez traktowanie mnie jako przewodnika, a jednocześnie braku zaufania do moich planów i swoje nieprzygotowanie, pozbawiali nas spokojnych wspólnych chwil.

Perypetie o tym, jak zdobywaliśmy gips dla Izy, jak z nim sobie radziła na skuterze, to ogromnie ciekawa historia, ale chyba warta osobnego wpisu.

Gruzja – kraj krów, pięknych krajobrazów i czaczy

W 2 części historii naszych przypałów wspomniałem o ogromnych ilościach czaczy, jaką raczyli nas Gruzini. To fakt, alkoholu pije się tam dużo. Trzeba jednak zaznaczyć, że Gruzini znają umiar. Gdy dostrzegają, że gość nie jest już w stanie, ewentualnie dalej chce, ale już nie powinien pić – bo zaraz się upodli, to potrafią błyskawicznie i grzecznie stwierdzić, że na dzisiaj starczy. Tak też się stało, kiedy w Gruzji byliśmy zaledwie przejazdem. Według planu na kilka godzin, by przedostać się z Turcji do Armenii, bo te dwa kraje nie utrzymują stosunków dyplomatycznych.

W tym miejscu w Turcji od Armenii dzieliło nas kilka kilometrów. Jednak z powodu konfliktów turecko-armeńskich musieliśmy przejechać ich setki.

O godzinie 16 byliśmy na granicy turecko-gruzińskiej, szybko złapaliśmy pierwszego stopa, ale potem ugrzęźliśmy. Złapaliśmy w końcu ciężarówkę, która na miejscowych drogach nie była najszybszym środkiem transportu. Było już ciemno, gdy wylądowaliśmy w miejscowości Achalkalaki. I nie będę się silił na eufemizmy – było to najgorsze zadupie, do jakiego mogliśmy w tamtej chwili trafić. Małe miasteczko, w który nie ma szans na hostel, jednocześnie nie ma gdzie rozbić namiotu. Przyczepił się do nas jakiś niezbyt świeży, zarówno higienicznie jak i trzeźwością, mężczyzna. Szedł za nami dobrych kilkadziesiąt metrów, co trochę nas zaniepokoiło, ale robił to raczej z ciekawości, a nie złych zamiarów. Stwierdziłem, że trzeba odnaleźć komisariat albo radiowóz, nie żeby zgłosić mężczyznę, ale zapytać się o bezpieczne miejsce do rozbicia namiotu. W głębi liczyłem jednak na życzliwość policji, której doświadczyliśmy na naszej poprzedniej wyprawie w Gruzji wielokrotnie. Byłem pewien, że stanie się tak, jak kiedyś i policjanci zaproponują nam nocleg na terenie komisariatu. Wypatrzyliśmy radiowóz… Policjanci nas totalnie olali, powiedzieli, że nie wiedzą i wrócili do zapisywania czegoś w swoich kajecikach… ruszyliśmy więc dalej przed siebie.

Po takiej drodze ciężarówka szybko nie pojedzie.

Po chwili policjanci podjechali do nas i oznajmili, że na końcu ulicy są ruiny jakiegoś starego zamku i tam możemy spróbować. Po czym odjechali w jego kierunku, nie proponując nam nawet podwózki. Po 15 minutach marszu, w tym pod mocną stromiznę, miejsce okazało się jednym wielkim śmietnikiem. Na dodatek, co chwile zajeżdżał tu jakiś samochód, by zawrócić na przegapione rozwidlenie głównej drogi. Byliśmy pewni, że zaraz zjedzie się tutaj okoliczna młodzież, by urządzić sobie jakieś ognisko. Nie chcieliśmy tutaj zostać. Nagle podjechał do nas mężczyzna i zapytał, czy potrzebujemy pomocy. Zaproponował nam nocleg w swoim domku letniskowym.

Hmmm, Gruzini zawsze byli dla nas mili, więc nie czuliśmy żadnego strachu przed nim. Dopiero w aucie przyjrzeliśmy się. Kierowca był wysoki, potężnie zbudowany, łysy i o mało przyjemnych rysach twarzy.  Zaczęliśmy się martwić, zwłaszcza, że zjechaliśmy w jakaś dziwną okolicę, pełną obskurnych bloków. Byliśmy pewni, że zaraz zostaniemy skrojeni ze wszystkich naszych rzeczy i oby tylko to… Mężczyzna stwierdził, że pojedziemy najpierw do jego żony, to powie jej, że wróci później, bo nas odwozi. To już w ogóle było dla nas niezwykle podejrzane. Przecież widzieliśmy, że ma telefon komórkowy, poza tym – jak to „później”?! Jedziemy już prawie 10 minut, to gdzie on chce nas wywieźć, skoro zamiast w te 10 minut nas odwieźć i wrócić do domu, bardziej opłaca mu się jechać ją poinformować. Nagle mężczyzna zatrzymał auto i powiedział, że idzie do sklepu. To nas uspokoiło. Gdyby chciał nam coś zrobić, to nie zostawiłby nam auta z kluczykami w stacyjce. Z drugiej strony… nie takie pułapki widywało się w filmach gangsterskich. Wrócił z sokiem i ruszyliśmy dalej. Chwilę później zatrzymaliśmy się pod jednym z obskurnych bloków. Mężczyzna zniknął i za chwilę wyszedł z budynku z butelką czaczy w ręce. No tak, już wszystko jasne, będziemy po prostu kompanami do picia – uspokoiliśmy się.

Spokojni byliśmy aż do momentu, gdy wjechaliśmy do lasu. Mężczyzna ciągle nic nie mówił, nie było tam żadnych śladów cywilizacji – oho, chyba jednak nas zabije – niby wesoło, ale jednak niepewnie żartowaliśmy. Przy szosie zaczęły pojawiać się małe ogrodzone tereny, przypominające polskie ogródki działkowe. Dla bezpieczeństwa zadecydowaliśmy, że jedno z nas pić nie będzie. Oczywiście mogła to być tylko Iza. Bo tylko fałszywa wymówka, że jest w ciąży, była dość dobra, by nie obrazić gościnności mężczyzny. To także jedyny argument, jaki dociera do Gruzinów. I tak często o nim zapominają i zamiast proponować kielonka co 5 minut, robią to tylko co 15. Cały ciężar picia spadł na mnie. Nie był to najlepszy moment. Właśnie spędziłem miesiąc w Turcji. Kraju, gdzie nie pija się właściwie alkoholu poza gównianym piwem. Więc i ja byłem abstynentem przez cały ten czas. Tymczasem wiadomo – bez treningu możliwości spadają, zwłaszcza przy przemęczonym fizycznie organizmie, a mój zdecydowanie taki był. Po 15 minutach już wiedzieliśmy, że ze strony mężczyzny nie grozi nam żadne niebezpieczeństwo. Wraz z wyjęciem przez nas rozmówek rosyjskich i 3 szybkimi kolejkami, stał on się znacznie bardziej rozmowny i przyjazny. Po godzinie, może dwóch przyszedł moment, w którym Gruzin dostrzegł już, że więcej nie jestem w stanie w siebie wlać i stwierdził, że koniec picia. Zrobił to bardzo uprzejmie, żeby nie było mi wstyd. Wziął niejako winę na siebie, tłumacząc, że jutro praca, no i do żony musi wracać. Przeprosił nas, że nie możemy spać w domku, a w namiocie na zewnątrz, ale musi zamknąć domek, a jutro nie będzie miał kiedy tego zrobić. Nie przeszkadzało nam to, wręcz przeciwnie, w środku nie było zbyt czysto. Mężczyzna zapakował się do auta, a ja poległem w namiocie tak szybko, że nic więcej nie pamiętam.

Rano…. taaaa, jakie rano. Obudziłem się o 12. Podczas całej naszej wyprawy, nie zdarzyło się bym wstał później niż o 7.00, a już na pewno nie po Izie. Ona codziennie błagała mnie, bym dał jej poleżeć. Czasem godziłem się na 30 minut i po zrobieniu wszystkiego, co się dało, umierałem z nudów. Tym razem Iza już dawno wstała i czytała sobie książkę. Czułem się jak sardynka w puszce pozostawiona w rozgrzanym samochodzie. Słońce tak nagrzało namiot, że nie mogłem w nim wytrzymać ani sekundy dłużej. Jednocześnie głowa eksplodowała, gdy tylko próbowałem utrzymać pion. Cały nasz namiot okrążyło stado krów, ich zapach w tym upale i chmara much, które za sobą przywlekły, potęgowały chęć wymiotowania. Ale nie mogłem sobie na to pozwolić, bo nie mieliśmy ze sobą żadnej wody… Iza była wybitnie uradowana, że ją picie ominęło. Szybko się zasmuciła, gdy okazało się, że w domku zostały nasze rozmówki polsko-rosyjskie. Właśnie jechaliśmy do Armenii, by spędzić tam ponad tydzień. Wszyscy znają tam język rosyjski, a my wcale… Ruszyliśmy w kierunku głównej drogi.

Jedyne zdjęcie, jakie Iza wykonała – i zapewne wykona – mi w życiu śpiącego rano.

Czekaliśmy ponad 40 minut na jakiegoś życzliwego kierowcę. Z każdą z tych minut moja miłość do tego kraju spadała błyskawicznie. Nie mogliśmy pojąć, czemu nikt nie chce się zatrzymać, przecież Gruzini są tacy uprzejmi wobec turystów. Dopiero potem dowiedzieliśmy się, że jeszcze kilka lat temu bardzo powszechne były napady i rabunki na metodę autostopowicza. Chociaż widać po nas ewidentnie, że jesteśmy obcokrajowcami, a nie miejscowymi rabusiami, uprzedzenia wygrywały.

Naszym zbawcą okazał się stary Ormianin. Jechał do Ninotsmindy, skąd do granicy już tylko rzut beretem. Tam zmarnowany usiadłem na krawężniku jezdni i zarządziłem odpoczynek, bo mój stan przechodził w kolejną fazę kaca. Jakaś kobieta z pobliskiego stoiskami z różnymi duperelami podeszła do mnie z filiżanką kawy. Oznajmiła, że to mocna kawa, przygotowana według tradycyjnej armeńskiej receptury i że powinna mi pomóc. Nie wiem, jak źle musiałem wyglądać, skoro z taką łatwością to zauważyła. Kobieta nie chciała za kawę żadnej rekompensaty. Chyba, że za taką uznać ubaw, jaki miała ze mnie ze swoja koleżanką z drugiego stoiska. Chociaż kawa była malutka, to błyskawicznie mi pomogła… A jak potoczył się ten dzień dalej, przeczytać możecie TUTAJ.

Niech zdjęcie jeziora Tsalka w Gruzji zobrazuje stan mojego nastroju tego dnia.

Fatalny początek

Snupi w mieście jest często nie do zniesienia: nie lubi stać za długo w miejscu, a do tego uwielbia ludzi. To połączenie sprawia, że we wszystkich środkach komunikacji miejskiej i restauracjach często wierci się, kręci, jęczy, żeby tylko ktoś zwrócił na niego uwagę. Odkąd codziennie jeździ z Izą do pracy metrem, to trochę się ogarnął, ale i tak przy każdym przejeździe wynajduje w swoim sąsiedztwie jakąś osobę. Patrzy się na nią, macha ogonem i od czasu do czas pojękuję, by zdobyć głaskanie i zainteresowanie. I wiecie co? Nie ma takiego przejazdu, żeby mu się nie udało. Wtedy się uspokaja i patrzy się na nas dumnym spojrzeniem ”eeee łyso wam, wy nie chcieliście mnie drapać, to sobie poradziłem, zazdrośni?”. Chcieliśmy go tego oduczyć, ale nie da się, bo chociaż my staramy się go ignorować, to zawsze znajdzie się jakaś osoba, która ulegnie jego zaczepkom.

Również podczas jazdy samochodem w mieście Snupi jest wybitnie podekscytowany. Uspokaja się dopiero po jakiś 30 minutach jazdy. Dlatego bardzo baliśmy się zachowania Snupiego, gdy ruszaliśmy w naszą pierwsza autostopowa wyprawę. Przecież mieliśmy dostać się aż do Armenii.  Wiedzieliśmy, że na prostych odcinkach autostrad i szybkich trasach będzie lepiej, ale z drugiej strony nie wiedzieliśmy jak Snupi zareaguje na nieustanne i częste zmiany pojazdów, z ciągle nowymi osobami do zaprzyjaźnienia się.

Pierwszy dzień i pierwsze chwile podróży nie wróżyły nic dobrego. Pierwszy samochód jechał z Warszawy do Radomia. Snupi zachowywał się okropnie, siedział na moich kolanach, a mimo to nieustannie jęczał i wiercił się, przez co jego futro fruwało po całym samochodzie. Mieliśmy go porządnie wyczesać dzień wcześniej, ale nie zdążyliśmy. Wsadziłem go w miejsce na nogi pasażera, by ograniczyć zasięg futra. Gdy wysiadaliśmy z auta, odkryłem, że cała przestrzeń na nogi jest wyściełana czarną chropowatą tkaniną, która niczym klej przyczepiała do siebie białe futro. Było go tak dużo, że można by z niego zrobić małą poduszkę. Na szczęście chłopak był bardzo miły. To był także jego pierwszy raz, kiedy zabierał autostopowiczów i był zachwycony doświadczeniem. Chciałem mu dać pieniądze na umycie auta, ale powiedział, ze sobie z tym poradzi. Mam nadzieję, że nie była to kurtuazja.

Wtedy właśnie odkryliśmy, że transporter, który zabraliśmy tylko na wypadek chowania Snupiego podczas wizyty w zabytkach i restauracji, świetnie sprawdzi się przy przejazdach. Jednak nie rozwiązywało to podekscytowania Snupka, które przecież i dla niego było męczące. Ale to był dopiero początek, nie mogliśmy poddać się już teraz, bez upewnienia się czy naprawdę będzie tak źle.

W Radomiu Snupi znowu się nie popisał. Ciągle jęczał, bo nie pozwalaliśmy mu odejść dalej, ulica była bardzo ruchliwa, a padał mocny deszcz. Byliśmy więc przekonani, że zaraz ktoś się nad nami zlituje. I tak w deszczu spędziliśmy godzinę. W końcu zrezygnowani pozwoliliśmy Snupiemu pobiegać swobodnie. Po 5 minutach obwąchiwania i obsikiwania okolicy, wziął się za jedzenie trawy. To oznaczało tylko jedno – rzyganie. Ale co tam, od godziny stoimy z podniesionym kciukiem i nikt się nie zatrzymał, to możemy sobie odpuścić te 3 minuty – od konsumpcji do rzygania. Snupi skończył jeść, przybrał pozę pokrzywdzonej foki i zaczęło mu się odbijać. I co? W tym momencie zatrzymał się czysty, zadbany samochód, mimo, że nie mieliśmy wystawionego kciuka. Gdy kierowca wychylił się przez szybę, zobaczył Snupiego puszczającego pierwszego (zawsze są minimum 2 albo 3) hafta. Załamani oznajmiliśmy „Rozumiemy, jeśli nie będzie chciał Pan nas zabrać, ale z nim wszystko jest OK, nie jest mu niedobrze, on tylko zjadł trawę”. Mężczyzna odpowiedział, że rozumie, bo ma psa, więc żebyśmy wsiadali i nie ma problemu. Wtedy nam znowu zrobiło się cholernie głupio, bo musieliśmy przekazać „Jeśli chce Pan nas zabrać, to musimy jeszcze chwilę poczekać, bo to był dopiero 1 haft, zawsze są co najmniej 2”. Po drugim widać było już po Snupku, że kolejnego nie będzie i możemy bezpiecznie wsiadać. Kierowca był naprawdę bardzo miłym człowiekiem i dobrze znał zachowania psów oraz relacje właściciel-pies. Nawet nie zapytał, czy na pewno nie będzie trzeciego. Z kolei na pytanie „Czy mamy go wsadzić do transportera, by nie gubił w aucie futra?”, odpowiedział negująco i zapewnił, że wieczorem będzie sprzątał auto. W tym aucie Snupi był już grzeczny jak aniołek i takim pozostał do ostatniego dnia naszej wyprawy. Na każdej naszej wyprawie jest tak samo, pierwszego dnia jest nieznośny, a od drugiego już zachowuje się normalnie, jak w domu.

Od drugiego dnia Snupi tak zachowuje się w samochodach.
Łapanie stopa to już dla nas łatwizna.

Dlatego pamiętajcie, nigdy nie poddawajcie się na samym początku i nie załamujcie się. Niepowodzenia nie dotykają tylko tych, którzy nic nie robią. A pokonane trudne chwile stają się najlepszymi wspomnieniami.

Wpadki z naszej następnej wyprawy do Ameryki Południowej będziecie już mogli odkrywać niemal na bieżąco z nami, bo uruchomimy vloga na Youtube – nasz kanał.

Snupi zastanawia się, czy jak uruchomimy vloga, to skończy się wielogodzinne pisanie postów na bloga… a co za tym idzie – okazja do podżerania.
ZAGUBIONY SNUPI, JEGO i NASZA ARBUZOWA DIETA i JEGO SKOK NAD PRZEPAŚCIĄ, czyli 2 część naszych największych wpadek i przypałów

ZAGUBIONY SNUPI, JEGO i NASZA ARBUZOWA DIETA i JEGO SKOK NAD PRZEPAŚCIĄ, czyli 2 część naszych największych wpadek i przypałów

Kevin, tzn. Snupi sam w Turcji

Na wulkanie Nemrut w Turcji mieliśmy wątpliwą przyjemność poznać pana, który chciał abyśmy smarowali go olejkiem do opalania. Ze 2 godziny siedzieliśmy nad brzegiem jeziora położonego w kalderze wulkanu. Teraz czekało nas tyle samo pieszej wędrówki powrotnej do hotelu na zboczu wulkanu, w którym zostawiliśmy rano plecaki. Gdy tylko wstaliśmy, z krzaków wyskoczył ok. 50-letni mężczyzna. Zaczął do nas zagadywać, ale odpowiedzieliśmy że musimy iść, bo daleka droga przed nami. Wtedy zaproponował, że może nas zabrać z powrotem autem, ale musimy mu dać 30 minut na popływanie w jeziorze. No dobra, 30 minut to nie 2 czy 3 godziny marszu w ponad 30 stopniowym upale i pełnym słońcu. Mieliśmy już dość słońca, więc chcieliśmy poczekać gdzieś w okolicach parkingu w cieniu drzew, ale mężczyzna stwierdził, żebyśmy poszli za nim kawałek dalej, bo tam jest jego ulubione miejsce do pływania. Całą drogę za wszelką cenę chciał pomagać Izie, nawet w miejscach gdzie nie było to w ogóle potrzebne i nieustannie powtarzał „madame come come” (generalnie kiepsko szło nam dogadywanie się z nim po turecku). Gdy osiągnęliśmy cel, mężczyzna zamiast się rozebrać i wskoczyć do wody, zaczął namawiać nas, byśmy to my pierwsi się rozebrali i poszli również pływać. Odpowiedzieliśmy, że już pływaliśmy, bo jesteśmy tu od 2 godzin. On oznajmił, że wie, bo widział… Jak to widział?! No tak, to nie mógł być zbieg okoliczności, że wyskoczył z krzaków od razu jak się ruszyliśmy, zaczęliśmy podejrzewać, że nas podglądał.

Mężczyzna dalej naciskał, my twardo oponowaliśmy. Odpuścił, ale zaczął w kółko powtarzać, że szybko się wykąpie i pojedziemy. Gadał, gadał, ale jakoś z czynami miało to niewiele wspólnego. W końcu się rozebrał, jednak i tym razem, zamiast wskoczyć do wody to zaczął jakąś komicznie wyglądającą rozgrzewkę, a potem się położył. Po czym zaczął mówić do Izy „madame come come”. Może z mojego opisu nie wynika, że w tej sytuacji było coś dziwnego, ale uwierzcie, oboje z Iza mieliśmy bardzo negatywne odczucia wobec naszego towarzysza… Snupi też do niego nie podchodził, siedział zwinięty w kłębek za skałą, bo też miał już dość słońca. Iza podeszła dwa kroki bliżej, a gość wyjął olejek do opalania i chciał by go nim nasmarowała. To już nas wkurzyło, szybki odwrót na piętach. Gdy odchodziliśmy mężczyzna nic nawet nie powiedział, a zamiast kontynuować swoją kąpiel, to założył ubranie z powrotem i poszedł dalej ścieżką wzdłuż jeziora.

Po drodze zauważyliśmy, że jakaś rodzinka z córką i malutkim niemowlakiem zbierają się do samochodu – jedynego zaparkowanego, oprócz tego, który należał zapewne do naszego podglądacza. Nawet nie próbowaliśmy się zapytać, czy nas podwiozą, skoro mają dzieci, pewnie będą się nas bali, a i rzeczy mieli dużo. Po 15 minutach marszu rodzinka dogoniła nas i sami zapytali, czy nie potrzebujemy podwózki. Podrzucili nas aż za centrum miasta Tatvan, by łatwiej było nam znaleźć odpowiedni samochód w dalszą podróż. 5 minut po rozstaniu skapowałem się, że w bagażniku zostawiłem buty. Na wulkan założyłem buty trekkingowe, a swoje codzienne wrzuciłem do siatki foliowej, której nie spakowałem do plecaka. Potem, gdy rodzina czekała na nas pod hotelem, by nie marnować ich czasu, również sobie to darowałem. No i przegapiłem je podczas wyciągania rzeczy. Zostały razem ze skarpetkami, na szczęście były dość świeże. Dobrze że nie zostawiłem w bagażniku też drugiej siatki – ze śmieciami.

Mojego humoru nie poprawiała grupka ośmiorga dzieci, które nas otoczyły. Zaczęły wystawiać ręce, mówiąc „money, money” i oczywiście zaczepiać Snupiego. By oszczędzić mu stresu, schowaliśmy go do torby, ale nie utrudniało im to dalszego zaczepiania. Dotykały jej, zaglądały do środka, dotykały naszych plecaków. Do tej pory byliśmy obiektem zainteresowania wielu dzieciaków, ale te były wyjątkowo bezczelne i zuchwałe w dotykaniu naszych rzeczy i żebraniu. Robiły wokół nas taki raban i tłok, że kierowcy nie mieli nas jak zauważyć.

W końcu zatrzymał się stary pickup. Jechał tylko 10 km dalej, ale wszędzie dobrze, byle z dala od tej gromadki. Rzuciliśmy rzeczy na pakę. W bocznym lusterku zobaczyłem, jak dwóch gnojków podbiegło i wyciągnęło jakieś rzeczy z paki. Wyskoczyłem z auta i ruszyłem w pościg. Na szczęście jedna siatka rozerwała się i wypadł z niej mokry kostium kąpielowy Izy, a drugą zdobyczą bachorów okazały się nasze śmieci. Pogoń okazała się więc zbędna.

Po 10 km trafiliśmy do czystego, wygodnego i klimatyzowanego samochodu z dwoma miłym mężczyznami. Podróż miała trwać 80 km, więc w pełni czerpaliśmy z komfortu. Po drodze nasi kierowcy zaprosili nas jeszcze do restauracji na obiad, bo sami chcieli coś zjeść. Snupi smacznie sobie spał w torbie, był zmęczony upałem, wycieczką i dzieciakami, więc nie wyciągaliśmy go i razem z torbą usiedliśmy w ogródku restauracji. Było tam bardzo przyjemnie, jedzenie było pyszne. Cały ten spokój i komfort, jakiego doświadczyliśmy przez ostatnią godzinę, sprawił, że zrobiliśmy się błogo rozluźnieni. Po jedzeniu wszyscy strzeliliśmy sobie herbatkę, a potem każdy poszedł jeszcze do toalety. Ruszyliśmy dalej… Już zapinaliśmy pasy, gdy zauważyliśmy, że nie zabraliśmy… Snupiego spod stołu. Biegiem wróciłem do stolika. Snupi nawet nie zauważył, że został sam i smacznie sobie spał. Tak to się kończy, gdy Snupi jest za grzeczny i bezdźwięcznie leży w torbie.

P.S. To nie był pierwszy raz, gdy zapomnieliśmy Snupiego z restauracji. Identyczna sytuacja przytrafiła nam się w Polsce, po cały dniu chodzenia po Górach Świętokrzyskich. Wtedy zorientowaliśmy się jakiś 30 metrów od lokalu.

Snupi chowa się przed palącym słońcem
Jezioro Wan, nad którym leży wulkan Nemrut, jest niczego sobie.
Na jeziorze leży wyspa Akdamar z ormiańskim klasztorem z X wieku. Niestety Turcy mało dbają o zabytek. Smutne, ale przynajmniej nikt nie robi problemu z obecności tam psa.

Ojoj, ta gruzińska czacza…

Podczas naszego pierwszego pobytu w Gruzji w 2013 r., byliśmy tam w pięcioosobowej grupie. By oszczędzić na bagażu w tanich liniach lotniczych, postanowiliśmy wykupić tylko 2 duże bagaże. Jeden dla pary (Wojtek i Bogusia), a drugi dla nas i naszego najlepszego przyjaciela – Michała vel. Sołtysa. By zmieścić się w gabarytach, zrezygnowaliśmy z zabierania karimat pod śpiwory, z planem ich zakupu na miejscu. Z Polski udało nam się wcisnąć jedną.

Od razu po przylocie udaliśmy się do wypożyczali samochodów, gdzie zaopatrzeni w Opla Astrę kombi ruszyliśmy na 2-tygodniowy trip po Gruzji. Czasu było niewiele, a celów mnóstwo. Dlatego nie chcieliśmy tracić dnia na szukaniu karimat w dużym mieście Kutaisi. Załatwi się je gdzieś po drodze – pomyśleliśmy i ruszyliśmy do Swanetii. Po drodze zahaczyć tylko mieliśmy o kanion nieopodal miejscowości Martvili. Szybkie zwiedzanie i jeszcze tego samego dnia dojechać do Mestii. Do kanionu zajechaliśmy ok. godziny 16. Miejscowi właściciele knajpki gdy tylko nas zobaczyli i dowiedzieli się, że to nasz 1 dzień w Gruzji, to zaprosili na degustację czaczy (gruzińskiego napoju wyskokowego). Nie sposób było im odmówić. Ich otwartość i życzliwość to były pierwsze tego typu doświadczenia dla nas w historii naszego podróżowania. Na stół jako zagryzka wjechał ogromy arbuz (P.S. genialne połączenie). Dodatkowo gospodarze zaproponowali, że z samego rana zabiorą nas pontonami w górę rzeki, bo teraz nurt jest już za mocny. Nie pozostało nam nic innego, jak zostać na noc.

Atmosfera była wspaniała, ani na chwilę nie mogliśmy oderwać się od stołu. Tylko Wojtek i Bogusia poszli wcześniej by przygotować sobie namiot. Nasza trójka stwierdziła, że zrobimy to dopiero, jak już będziemy szli spać. Nie wzięliśmy jednak pod uwagę, że iść spać będziemy o 1 w nocy, narąbani jak messerschmitty, a jedynym dogodnym miejscem pod namiot będzie malutka polanka, która służy do wypasu krów. Wszędzie leżały krowie placki. Rozłożenie namiotu było zdecydowanie czynnością, która przewyższała nasze zdolności w tym stanie. Dlatego wyjęliśmy tylko sypialnię i tą jedną, jedyną karimatę jaką mieliśmy, na której mieliśmy położyć głowy. Niestety… pijany Sołtys od razu zachwiał się i stanął na karimacie butem, którym wcześniej wdepnął w krowi placek. Położyliśmy się więc na samym materiale sypialni namiotu i, zapewne, dotrwalibyśmy tak do rana, gdyby nie deszcz, który niespodziewanie nadciągnął. Nasz stan był wciąż poważny, więc jedyny wysiłek, jaki podjęliśmy, to przykrycie się tropikiem jak kołdrą. Niestety deszcz się rozpadał na dobre, więc Iza uciekła do namiotu Wojtka i Bogusi, a my z Sołtysem spędziliśmy noc w samochodzie. Gruzini obudzili nas o 6 rano na zwiedzanie kanionu… Pierwszy dzień podróży, a już połowa naszych rzeczy oraz samochód były brudne i mokre, a nasze głowy eksplodowały. Co do karimat, to nie udało nam się ich znaleźć przez cały następny tydzień. Gdy już dotarliśmy do stolicy Tbilisi, gdzie pewnie udałoby się je kupić, to stwierdziliśmy, że miejsca z najtwardszym podłożem już zwiedziliśmy, więc do końca już się bez nich obędziemy 😀 Zadeptana karimata przejechała z nami całe 2 tygodnie, by ani razu nie użyta, wylądować w śmietniku na lotnisku 😀

Co do samej czaczy: to po 3 pobytach w Gruzji i ilości jaką skonsumowałem (jeden z wyjazdów to był wieczór kawalerski mojego kolegi), to gdy tylko czuję jej zapach, to telepie mnie całym z obrzydzenia. Za dowód, jak ciężkim przeżyciem jest picie czaczy z Gruzinami, niech posłuży takie o to zjawisko. Podczas naszej wyprawy było 3 kierowców. Codziennie zamiast walczyć o to, kto prowadzić nie będzie musiał, to spieraliśmy się o to, kto kierowcą będzie. Żeby tylko mieć dobry argument, by odmówić picia czaczy z kolejnymi życzliwymi Gruzinami 😀

Odkąd pierwszy raz byliśmy w kanionie, wiele się w nim zmieniło – został mocno skomercjalizowany. Niemniej to wciąż cudowne miejsce. Najlepsze jest w nim to, że można je oglądać wiele razy, bo za każdym wygląda inaczej z powodu zmieniającego się poziomu wody.
Tama wodna w Enguri (Inguri) – po drodze do Swanetii, w miejscowości Jvari (nie mylić z miastem pod Tbilisi).
Jest drugą najwyższą na świecie tamą betonową – ponad 270 m. Spójrzcie po lewej stronie dźwigu – na samym dole stoi autokar. Dopiero gdy ma się punkt odniesienia, widać jej potęgę.

Pies owocożerny

W drodze powrotnej z Armenii do Polski dotarliśmy do Kutaisi. To był już mój trzeci przyjazd do Gruzji, a Izy drugi. Więc teraz nie mieliśmy w planach żadnego zwiedzania. Chcieliśmy tyko spędzić czas z naszymi gruzińskimi przyjaciółmi. 2 dni pełnego lenistwa i spokoju, tak dla odmiany po ponad 30 minionych pełnych przygód. Mieliśmy uprać wszystkie rzeczy, pływać w basenie i obżerać się jedzeniem i piciem na leżakach w ogródku. Następnie ruszyć do Polski.

Wieczorem siedzieliśmy w salonie ze znajomymi i opowiadaliśmy nasze historie. Do domu zawitał Kuba – Polak, który mieszkał w Gruzji i oferował turystom siebie ze swoim terenowym samochodem jako taksówkę. Zaczęliśmy rozmawiać. Zgodnie stwierdziliśmy, że Gruzja słynie z pysznych arbuzów, sprzedają je na każdym rogu, tymczasem ,ani on, ani my nigdy nie objedliśmy się porządnie tym przysmakiem. Szybko zapakowaliśmy się do jego samochodu i ruszyliśmy do centrum na poszukiwania arbuza. Udało się, mimo że było już ok. 21.00. Ze zdobyczą ruszyliśmy na pobliskie wzgórze, by umilić konsumpcję widokiem na podświetloną katedrę Begrati i miasta u naszych stop. Zanim przystąpiliśmy do konsumpcji, zaczęliśmy zwiedzać pobliskie ruiny i dalej rozmawiać. Temat zszedł na Tuszetię, jeden z odludnych terenów Gruzji. Ani my, ani Kuba jeszcze go nie odwiedziliśmy. Nam brakowało na poprzednim wyjeździe czasu, a jemu chętnych towarzyszy. Nie minęły dwie minuty, gdy zapadła decyzja – chrzanić odpoczynek, chrzanić lenistwo, ruszamy jutro do Tuszetii. My byliśmy w całkowitym rosole, wszystkie nasze rzeczy były brudne i rozpakowane w pokoju. Więc arbuz musiał poczekać. Plan zakładał odjazd o 6 rano. Całą noc nie spałem, bo tylko nastawiałem i rozwieszałem kolejne prania…

Kuba pojawił się punktualnie, większość rzeczy wciąż była mokra, więc samochód zamienił się w jedną wielką suszarnię. W terenowym aucie miejsca było mnóstwo. Iza, Snupi i ubrania zajęły całą przestrzeń za przednimi siedzeniami. W drogę zabraliśmy także naszego arbuza, w końcu to jemu zawdzięczaliśmy ten szalony plan.

W żadnej , mijanej, miejscowości nie mogliśmy odnaleźć knajpy, w której moglibyśmy coś zjeść. Albo ich nie było, albo były zamknięte. W końcu dotarliśmy do ostatniej miejscowości przed oddzielającą nas od Tuszetii – przełęczą Abano, gdzie samochód wspina się na 3 m.n.p.m. Nie chcieliśmy jej pokonywać po ciemku, więc po 20 minutach poszukiwania restauracji uznaliśmy, że jedziemy na głodniaka. Na miejscu na pewno uda się coś zjeść. Po przejechaniu 5 km minęliśmy dwóch mężczyzn – turystów z wielkimi plecakami. Jeden blondyn o niebieskich oczach, wyglądał na jakiegoś Austriaka. Drugi, już o zupełnie innej urodzie, ale wyglądał na jakiegoś Francuza. Ustaliliśmy, że ich zabierzemy. Przecież w 8 osobowym samochodzie jest nas zaledwie troje, no trzy i pół. Poza tym, po tylu dniach łapania autostopu, teraz to my byliśmy z Izą „właścicielami auta”, więc chcieliśmy się odwdzięczyć dobrocią. Cofnęliśmy się po nich i zaczęliśmy rozmowę po angielsku z pytaniem – dokąd zmierzają. Pytanie zadaliśmy raczej dla śmiechu, bo nic innego na końcu tej drogi nie ma niż wioska Omalo. Po 2 minutach prowadzenia rozmowy po angielsku okazało się, że to Polacy, oczywiście w odkryciu tego pomogło magiczne słowo na „k:, które wypowiedział jeden z nich, gdy oblał się wodą podczas picia. Tomek i Eliasz mieli ogromne szczęście, że na nas trafili, bo było już bardzo późno, a jeśli ktoś chce się przedostać przez przełęcz, to musi to robić rano, a już na pewno musi za to komuś zapłacić. Chłopaki przyznali, że spławili kilku kierowców, którzy chcieli ich tam przeprawić za 100 lari czyli 200 zł. Tymczasem, jak się potem okazało, byliśmy ostatnim samochodem, który tego dnia przekraczał przełęcz. Kolejny raz przekonaliśmy się o tym, o czym wspominałem już wielokrotnie na tym blogu. W najbardziej dzikich miejscach lub działających na przypale można spotkać tylko turystów z Korei, Japonii albo z Polski :D.

Ruszyliśmy zdobywać przełęcz. Snupi był zachwycony jazdą nad przepaścią. O ile rozglądanie się podczas jazdy samochodem nie wywołuje u niego żadnej większej radości, to teraz z wystawioną przez szybę głową, ba, nawet połową siebie, gapił się w urwisko. Ani na chwilę nie chciał usiąść po stronie skał. W połowie podjazdu urządziliśmy przerwę, stwierdziliśmy, że nie będzie lepszego momentu, by uhonorować zasługi arbuza w całym przedsięwzięciu. Wtedy dopiero przypomnieliśmy sobie, że przecież nie mamy już karmy dla Snupiego… Zostało nam jej zaledwie 3 garstki, na jeden może dwa posiłki. W Kutaisi mieliśmy poszukać sklepu z karmą dobrej jakości, bo wszędzie indziej było tylko Chappi. W chaosie nagłej zmiany planów, totalnie o tym zapomnieliśmy. Snupi, tak jak my, od rana nic nie jadł, ale nie chcieliśmy mu dawać teraz ostatniej porcji jego karmy. Woleliśmy zachować ją na wieczór, by mógł spokojnie z pełnym żołądkiem spędzić wieczór i noc. Dlatego i Snupi otrzymał swoją porcję arbuza. Chociaż Snupi uwielbia jabłka, gruszki i marchewki, to arbuzem zawsze gardził, gdy dawaliśmy mu go w domu. Teraz musiał być naprawdę głodny, bo wcinał, aż mu się uszy trzęsły. Wszyscy byli tym ogromnie rozbawieni, tylko my z Izą byliśmy źli na siebie, że dopuściliśmy do tak tragicznej sytuacji.

Gdy dojechaliśmy na miejsce, to wszelka nadzieja prysła, jedyny sklep jaki był wtedy w Omalo, to sklep z pieczywem, które i tak dostępne było z samego rana. Potem się kończyło. To była po prostu zwykła wiocha, w której nie ma żadnej infrastruktury dla obcych. Pewien mężczyzna wyszedł nam na powitanie i zaproponował, że możemy swoje obozowisko rozbić na jego terenie – całkowicie za darmo. My byliśmy również przerażeni, przecież nie mamy ze sobą żadnych zapasów, a dzisiaj nie jedliśmy nic oprócz arbuza, jak my tu przeżyjemy 2 dni. Na szczęście mężczyzna poinformował, że jego sąsiadka gotuje obiady dla swojego syna i jego 2 kompanów z pracy. Być może zgodzi się i dla nas ugotować za pieniądze. Ruszyliśmy do niej czym prędzej i… to tam właśnie jedliśmy do tej pory najlepsze gruzińskie smakowitości. Kobieta pędziła również własne wino, co skończyło się tym, że Tomek w środku nocy szukał namiotu, który rozbił metr od siebie – po drugiej stronie stogu siana. Snupi również otrzymał jedzenie, chłopaki mieli ze sobą jakąś konserwę mięsną, dostał też trochę resztek z naszego jedzenia. Na szczęście tłuste i ciężkie jedzenie, tak popularne w Gruzji, mu nie zaszkodziło. Tam też stołowaliśmy się jeszcze raz, a resztę naszych posiłków zagwarantował nam policjant z Tbilisi, który mieszkał po drugiej stronie rzeki… ale to już inna dobra historia

Wydłubaliśmy mu pestki – chociaż tyle mogliśmy dla niego wtedy zrobić 😀
Przełęcz Abano 2950 m.n.p.m
Omalo, hmmm – gdzie jest monopolowy?
Jak się okazało, głodni w Tuszetii nie byliśmy

Nie trzeba jechać do Boliwii na “drogę śmierci”

Rozbrykany Snupi

Snupi bardzo rzadko chodzi na smyczy. Nie chcę wyjść na „zadufanego w swoim dziecku rodzica”, ale Snupi jest bardzo inteligentny. Zaledwie w tydzień po adopcji ze schroniska nauczył się chodzić przy nodze na komendę „równaj”, swojego imienia nauczył się w 3 dni. Zawsze się nas pilnuje, w terenie nigdy nie oddala się na więcej niż 30 metrów, w mieście na max. 10. Przed dużymi ulicami sam zatrzymuje się i czeka na nas. Jeśli chce pogonić kota czy dzikie zwierzę, to wystarczy jedna reprymenda, by przywołać go do porządku. Gdy jest bez smyczy, mamy też pewność, że w razie ataku innego psa (co nie raz się już zdarzyło i były to nie raz właśnie psy na smyczy, które wykorzystywały zapas luzu na smyczy, albo po prostu ich właściciele nie byli w stanie ich utrzymać), Snupi będzie mógł uciekać. Jest szybki i zwinny, więc sam poradzi sobie zdecydowane lepiej, niż gdybyśmy mieli my być w to zaangażowani. W trudnym terenie, bez smyczy, również jest dużo bardziej zwinny, może błyskawicznie i nieskrępowanie zareagować na zmieniające się warunki.

Tak też było więc w Turcji, nieopodal miejscowości Agva. Poszarpane wybrzeże obfituje w spektakularne formacje skalne. Weszliśmy na jeden z wyżej położony punktów. Gdzieniegdzie znajdowały się małe szczeliny i dziury sięgające aż do poziomu wody, czyli jakieś 15-20 metrów. Oglądaliśmy kolejne kawałki wybrzeża. Iza, jak to Iza, co chwilę gdzieś kucała i robiła zdjęcia, a ja spacerowałem powoli dalej. Snupi chodził swobodnie pomiędzy nami. Nagle włączyła mu się „torpeda” – stan, w którym poziom endorfin jest tak wysoki, że wpada w euforię szczęścia. Zaczął biegać w tę i z powrotem po wydeptanej ścieżce. Podszedłem do jednej ze szczelin, a wtedy Snupi przefrunął mi tuż przed nosem. Futrzak bez najmniejszego trudu przeskoczył 1,5 metra między krawędziami dziury. Tymczasem je właśnie przeżywałem mikro zawał serca, poczułem gorąc w całym swoim ciele. Byłem w takim szoku, że nie byłem w stanie nic powiedzieć, ani do Snupiego, który dalej sobie radośnie biegał, ani do Izy, która odwrócona w drugą stronę, nie widziała nic z tej sytuacji. Do dziś mam do niej żal, że nie poczuła tego samego przerażenia.

Poczuła jednak innym razem. Zaledwie 3 dni później zwiedzaliśmy kanion Ihlara, w którego ścianach znajdują się pozostałości wydrążonych starożytnych kościołów i schronień. Przepiękne miejsce, w którym trudno o jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Z głównego szlaku odbiliśmy zwiedzić jeden z obiektów. Wdrapać się trzeba było po dość stromej ścieżce. Snupi znowu biegał luzem, weszliśmy do wnętrza, gdzie było kilka pomieszczeń. Chodzimy, zaglądamy tu i tam, w pewnym momencie odwracamy i widzimy Snupiego, który stoi w otworze okiennym. Mało tego, usiadł i zaczął się drapać za uchem tak intensywnie, że aż zaczął mrużyć oczy. Powierzchnia na której siedział była takiej samej szerokości, jak jego tyłek. Drapiący się pies, nic strasznego pomyślicie, a jednak, chwile wcześniej z Izą wyglądaliśmy przez to okno i po drugiej stronie była z 4 metrowa pionowa ściana, a Snupiemu zdarzyło się kilka razy tracić równowagę podczas drapania…

Od tamtej pory oboje z Izą mamy ogromny lęk, że Snupi kiedyś spadnie w jakąś przepaść. Dlatego przy każdym niebezpiecznym miejscu zapinamy go teraz na smycz. Z jednej strony zdajemy sobie sprawę, że to głupie. Wiemy, że Snupi nic sobie nie zrobi. Przecież pies wyczuwa instynktem niebezpieczeństwo, jedocześnie jego psychika pozbawiona jest nad-produktywnej wyobraźni, która u nas – ludzi – tworzy absurdalne wizje katastrofy i paraliżujący strach. Gdy stoimy nad przepaścią 5 metrową, nasz strach o upadek jest prawie zerowy, z kolei gdybyśmy stali dokładnie w tym samym miejscu, ale pod sobą mieli 200 metrów, to strach byłby już o wiele większy. A przecież spadając z tych 5 metrów prawdopodobnie zabijemy się tak samo, jak przy upadku z 200. Tymczasem psy tego nie mają, znają swoje możliwości, panują nad swoim ciałem perfekcyjnie. Są wolne od wybujałej wyobraźni, która odbiera im spokój i znajomość własnych możliwości.

Wiemy też, że smycz może być niebezpieczna. Możemy niezauważenie o coś nią zaczepić – nawet własną ręką czy nogą, a wtedy pozbawiamy siebie i psa równowagi. A mimo to, ta chora wyobraźnia i ludzka chęć poczucia się panem sytuacji, posiadania iluzorycznej kontroli, wygrywa…

O właśnie nad tym Snupi postanowił sobie przefrunąć.
Agva
Agva
kanion Ihlara
Niczym w filmach o ukrytych oazach na środku pustyni.
W jednym z takich otworów Snupi postanowił przewietrzyć swoje futro.

Jak widać, Snupi umie o siebie zadbać

Niebawem 3 i ostatnia – mamy nadzieję, na dłuższy czas 😀 – część o historiach naszych wpadek z podróży. 1 część dostępna TUTAJ.

SPIĘCIE Z ŻYDAMI, PRAWIE ROZJECHANY SNUPI, SPÓŻNIENIE NA SAMOLOT i NIEROZŁĄCZNE OD PODRÓŻY ZATRUCIA POKARMOWE, czyli nasze niepowodzenia w podróżach.

SPIĘCIE Z ŻYDAMI, PRAWIE ROZJECHANY SNUPI, SPÓŻNIENIE NA SAMOLOT i NIEROZŁĄCZNE OD PODRÓŻY ZATRUCIA POKARMOWE, czyli nasze niepowodzenia w podróżach.

“Podróże z pazu…” Nie, nie, nie – tym razem “Podróże z PRZYPAŁEM” czyli pierwszy (z 3) artykułów o historiach, w których popisaliśmy się swoim nieogarnięciem. Niektóre od razu były dość komiczne, w innych byliśmy na siebie wściekli i przerażeni, ale z upływem czasu jesteśmy w stanie podejść do nich z dystansem.

1. Tragikomiczny żart sytuacyjny

Po 8 dniach trekkingu w parku narodowym Torres Del Paine w chilijskiej Patagonii, wracaliśmy do miejscowości Puerto Natales. Całą drogą rozmawialiśmy o tym, co zaraz zjemy i o gorącym prysznicu. Zastawialiśmy się też, co zrobimy z butlami gazowymi, które zabraliśmy do gotowania posiłków. Zabraliśmy 2 duże, a zużyliśmy ledwo połowę jednej. Wieczorem w hostelu poszedłem do kuchni przygotować herbatę.

Spotkałem tam paczkę znajomych,  którzy następnego dnia mieli ruszyć w trasę, z której my właśnie wróciliśmy. Wywiązała się między nami rozmowa. Po ich stronie przodowała jedna dziewczyna, najlepiej znała język angielski. Gdy nie skończyłem jeszcze zdania na temat jakieś szczegółów trasy, dziewczyna zapytała skąd jestem. Odpowiedziałem, że z Polski i powróciłem do swojej wypowiedzi. Nie odwzajemniłem jej pytania, bo średnio mnie interesują takie informacje, no i nie chciałem przerywać wypowiedzi. Dziewczyna jednak sama wróciła do tematu i zapytała „A czy wiesz skąd my jesteśmy?”. No nie wiem – odparłem – z Francji? Ona: „nie, z Izraela”. OK – odparłem. A wtedy dziewczyna „Masz z tym problem?”. Pytanie mnie powaliło – „Jak to problem, dlaczego miałbym mieć z tym problem?” – zapytałem. A ona na to, no bo mówisz „OK”.

Kurde, o co jej chodzi, mam rozwinąć baner powitalny, wyciągnąć trąbki i czapeczki imprezowe oraz pompony, by z entuzjazmem małego dziecka cieszyć się, że spotkałem żydów – pomyślałem. Bezpiecznie więc odpowiedziałem „No dużo tutaj osób z Izraela”. Miłe nastawienie do rozmowy ewidentnie opadło  z jej strony, a ja naprawdę nie mam żadnego problemu z żydami. Ale nie przejąłem się tym, bo akurat czajnik z wodą zaczął piszczeć. Nalałem wody do kubków i, z życzeniami powodzenia na trasie, pożegnałem się.

Gdy już byłem w połowie drogi do pokoju, przypomniałem sobie jednak o butlach z gazem. Koszt jednej to około 40 zł, a nam się już nie przydadzą, są ciężkie i zajmują sporo miejsca, więc trzeba się ich pozbyć. Zawróciłem więc do kuchni i wpadłem z pytaniem „Ej, a nie chcecie gazu, bo nam został?”. Dopiero, gdy to powiedziałem, dotarło do mnie – ty debilu, właśnie zaproponowałeś gaz żydom, na dodatek jako Polak, kiedy przed chwilą doszło między wami do dziwnego zgrzytu o wasze narodowości. Świetnie, właśnie zapewniłeś dalsze paliwo żydom do nazywania Polaków antysemitami… a ja tylko chciałem im pomóc. Jeden chłopak wybuchł śmiechem, chyba dotarła do niego ta sama myśl. Dziewczyna odpowiedziała, że już mają. Ona chyba też odnalazła z czasem drugie dno w mojej wypowiedzi, bo 2 godziny później, gdy spotkałem ją na korytarzu, jej spojrzenie na mnie nie było zbyt miłe 😀

Te 2 butle zajmowały z 1/4 plecaka.
Gaz potrafi wyrządzić niezłe spustoszenia wszędzie 😀 Park płonął już 2 razy z winy nieuważnych turystów.

2.Snupi, gdzie jesteś?!

Drugiego dnia naszej autostopowej wyprawy do Turcji (a więc równocześnie pierwszej naszej podróży autostopem w życiu) złapaliśmy ciężarówkę. Pierwszą w naszej historii, bo dotychczasową trasę przebyliśmy tylko w samochodach osobowych. Snupiego schowaliśmy do transportera, bo kierowca przyznał, że nie zauważył Snupiego, a boi się trochę psów. Iza usiadła z tyłu na łóżku, a ja na przednim siedzeniu ze Snupkiem na kolanach, więc gdy wysiadaliśmy z pojazdu, to jego pierwszego postawiłem na poboczu drogi, by z wysokiej kabiny ciężarówki odbierać resztę bagażu od Izy. Mieliśmy całkiem sporo tych gratów, oprócz 3 plecaków, jeszcze kilka siatek foliowych, bo rano zdążyliśmy zahaczyć o sklep spożywczy. Pożegnaliśmy się z kierowcą i zaczęliśmy zakładać bagaże na siebie.

Gdy już wszystko było na naszych plecach i w rękach, to z przerażeniem zauważyliśmy, że nie ma torby ze Snupim. Od razu w mojej głowie wybuchła panika – chyba nie został w kabinie, albo, co gorsze, na poprzednim postoju, przecież miałem go na kolanach… tak mi się wydaje… Rozglądamy się nerwowo po okolicy, a ten mały bidak sturlał się w swoim transporterze do rowu. Na szczęście rów był suchy i czysty. Z torby nie dobiegał żaden dźwięk, byliśmy przerażeni, że coś mu się  stało, ale gdy do niego zajrzałem, siedział tylko z miną „czy mógłbyś mnie już stąd zabrać”.

To nie był jedyny raz, kiedy Snupi postanowił zabawić się w żółwia. O ile tamta sytuacja nie była dla niego groźna, to w Turcji mogło skończyć się już tragicznie. W Turcji autostopem jeździ się wspaniale, średni czas łapania okazji nie przekracza 5 minut, ale kierowcy nie za bardzo przejmują się bezpieczeństwem swoim, twoim i innych. Bardzo często wyrzucali nas wprost na jezdni autostrady –  gdy jechali prosto, to mijali zjazd, który nas interesował i zatrzymywali się na poboczu kilka metrów za nim.

Znowu Snupiego wystawiłem jako pierwszy bagaż i zaczęliśmy się wypakowywać, podczas gdy za naszymi plecami ciągle śmigały samochody, które skręcały na zjazd. W pośpiechu zaczęliśmy zakładać plecaki, by jak najszybciej uciec z tego niebezpiecznego miejsca. Gdy zarzucaliśmy właśnie plecaki, Snupi, z sobie tylko znanych przyczyn, zaczął się wierzgać w swoim transporterze, może on też był przestraszony miejscem. Robił to tak mocno, że cały transporter zaczął się turlać raz za razem i tak wykonał kilka obrotów, to trwało ułamki sekundy, a my nie mieliśmy jak zareagować, bo właśnie byliśmy wygięci w jakieś chińskie zera – pokraczne pozycje przy zakładaniu ciężkiego plecaka. W tym ułamku sekundy Snupi przefikołkował ponad 1,5 metra na jezdnię zjazdu. W tym czasie przejechał po nim na szczęście tylko jeden samochód i to blisko prawej strony. Ale równie dobrze Snupi mógłby skończyć jako naleśnik… Od tamtej pory staramy się pamiętać, by Snupiego stawiać prostopadle do jezdni, by ,przy ewentualnym turlaniu, pozostał na bezpiecznym fragmencie drogi.

Ta chwila, obfitowała w jeszcze jedną porażkę. Szybko złapaliśmy Snupka i przeszliśmy kawałek dalej na zakręt zjazdu, gdzie samochody jechały już dużo wolniej. Jak wspomniałem, w Turcji średni czas łapania autostopu to kilka minut, ba, nie raz było tak, że zanim jeszcze zdążyliśmy się rozpakować z poprzedniego samochodu, już zatrzymywał się następny. A tutaj byliśmy już dobre 3 minuty i minęło nas kilkanaście samochodów, ale nikt się nie zatrzymał. Wtedy dostrzegliśmy, że na wstecznym biegu po poboczu jedzie samochód, z którego przed chwilą wysiedliśmy. Zapomnieliśmy telefonu… to był dopiero 4 albo 5 dzień naszej wycieczki, a telefon służył nam wtedy za aparat fotograficzny, mapę GPS i jedyny kontakt z cywilizacją. Gdybyśmy go stracili, to cała podróżą stałaby się 2 razy trudniejsza w realizacji.

Środek autostrady – w takich właśnie miejscach byliśmy często wysadzani.
Snupi w swoim domku

3.Buty za 6 tys. zł

Bilety do Ameryki Południowej udało nam się kupić w super promocji, 230 euro w obie strony za osobę. W obie strony przesiadkę mieliśmy Sao Paulo. W drodze powrotnej mieliśmy 7 godzin oczekiwania na lot do Madrytu. Długo zastanawialiśmy się czy to dobry pomysł wychodzić na miasto. Słyszeliśmy przecież, że w korkach Sao Paulo można stać kilka bitych godzin, bo w mieście żyje ponad 20 mln ludzi. Jest to największe miasto Ameryki Południowej. No i jeszcze ta wysoka przestępczość. Jednak wylądowaliśmy o 9.00, więc godziny szczytu właśnie mijały, a do przejechania mieliśmy niewielki kawałek autobusem, potem metro, które przecież w korkach nie stoi. W metrze podszedł do Izy starszy mężczyzna i ostrzegł, żeby schowała zawieszony na szyi aparat i biżuterię z rąk. Na następnej stacji wszedł chłopak, ubrany jak wzorcowy członek latynoskiego gangu ze wszystkich amerykańskich filmów o Los Angeles. Z blizną na szyi po jej poderznięciu. No ekstra… zachciało nam się wycieczek. “Na szczęście mamy przy sobie tylko prosty aparat i kartę kredytową. Jeśli więc przeżyjemy, to straty nie będą wielki” – uspokajaliśmy się żartami. Poza tym za cel obraliśmy w miarę bezpieczne okolice głównej ulicy Paulista.

Na miejscu okazało się, że odbywa się tam jakaś bożonarodzeniowa parada (zobaczenie murzyna przebranego za Świętego Mikołaja, choinek, bombek i ludzi przebranych za renifery  w otoczeniu palm i tropikalnego upału robiło wrażenie). Na ulicy było dużo różnych służb porządkowych, więc zagrożenie jeszcze bardziej zmalało.

Zwiedziliśmy 3 parki i ruszyliśmy w drogę powrotną. Trochę się zgubiliśmy i przez chwilę trafiliśmy do dość odludnych zakamarków, gdzie zaczęliśmy się obawiać napadu, ale szybko udało nam się znowu wrócić do głównej części dzielnicy. Tam trafiliśmy na ulicę usianą sklepami odzieżowymi. Iza stwierdziła, że musi odnaleźć sklep firmy Melissa. To firma produkujące obuwie typu baleriny z kauczuku. Jeszcze w samolocie wspominała, że chciałaby je kupić, nie tylko jako pamiątkę, ale buty, które przydadzą na kolejne wyprawy: pod prysznic, do chodzenia w wodzie, w każde warunki, których nie wytrzymają zwykłe buty. No i, jak zapewniała, w Polsce są one cholernie drogie, a w Brazylii można je kupić  o wiele taniej. Jednak gdy przez cały dzień nie mogliśmy trafić na sklep Melissa, to odpuściła. Na tej ulicy jej żądza odżyła. Mówiłem Izie, że nie mamy dużo czasu, ale mieliśmy teoretycznie jeszcze godzinę zapasu. Ustaliliśmy, że jeśli nie znajdziemy sklepu w ciągu najbliższych 5 minut, to go odpuszczamy.

Nie znaleźliśmy, ale gdy już zmierzaliśmy w stronę metra, sklep Melissa pojawił się sam na naszej drodze. Decyzja mogła być tylko jedna, w środku dostępny był każdy model w każdym kolorze. Iza w miarę szybko wybrała 3 modele, ale potem wybór między nimi już był bardzo czasochłonny, a potem jeszcze kolor… Iza kupiła buty warte w Polsce 350 zł, za równowartość 120 zł. Zapas czasu jednak niepostrzeżenie stopniał, okazało się, że do metra mamy jeszcze spory kawałek drogi.

Wchodząc do metra byliśmy jeszcze spokojny, że zdążymy. Gdy wysiedliśmy, okazało się że rozpętała się burza. Na ulicach zaczęły płynąć wręcz potoki wody sięgającej do kostek. Szybko zrozumieliśmy, czemu to właśnie w Brazylii narodziły się buty z gumy i dlaczego tak popularne są japonki, havaianas itp. obuwie.  Z drobnymi problemami, na ogromnej pętli autobusowej udało nam się znaleźć nasz przystanek. Autobus kursował co 20 minut, ale ten, który powinien zaraz odjeżdżać, nie przyjechał. Następy gwarantował nam powrót na lotnisko zaledwie 20 minut przed zamknięciem bramek do odprawy – według rozkładu, a jak będzie w rzeczywistości… Nie mogliśmy nic zrobić, pozostała nam tylko nadzieja, że poprzedni autobus uległ awarii, a nie że obydwa stoją w gigantycznym korku.

Na szczęście następy autobus przyjechał minutę przed czasem, ale zanim nagromadzony tłum zapakował się do środka, to ruszyliśmy z 3-minutowym opóźnieniem. Byliśmy mocno zestresowani, przecież z doświadczenia w Warszawie wiemy, że kiedy pada deszcz, to wszyscy kierowcy zaczynają jeździć jak potłuczeni i wszystko jedzie wolniej. Tylko że w Warszawie pada deszcz, a tu właśnie trwa tropikalna burza. Gdyby u nas spadło tyle wody, to całe miasto musiałoby zacząć pływać kajakami. W mieście autobus jechał wolno, by nie chlapać wodą na przechodniów, ale nie trafiliśmy na żadne duże korki. Poza miastem autobus już gnał i nadrabiał opóźnienie. Niemniej dotarliśmy do lotniska tylko 15 minut przed zamknięciem bramek, a lotnisko jest ogromne. Zanim dotarliśmy do bramek ten czas stopniał już do 5 minut.

Uffff, udało się, ale gdyby tylko ten jeden autobus też nie przyjechał, utknął, cokolwiek innego, to Izy Melissy zamiast 200 zł oszczędności, przyniosły by nam jakieś 6 tys. zł wydatku na nowe bilety, albo przynajmniej 200 zł na taksówkę.

To zaledwie fragment całego Sao Paulo
Temu kolesiowi w czerwonym to nie za ciepło?!
Centrum Warszawy to przy tym pikuś

4.Pożegnanie z Turcją à la Sütlaç

To miał być nasz ostatni dzień w Turcji. Noc spędziliśmy u rodzeństwa, które ugościło nas w swoim mieszkaniu na obrzeżach Ankary. Wykąpani, ja ogolony pierwszy raz od 1,5 miesiąca, najedzeni i wyspani ruszyliśmy. Bardzo długo czekaliśmy na okazję, bo tego dnia zaczynał się Ramadan Bajram – święto zbliżone swoim przekazem do Wielkanocy, bo jest zakończeniem postu, ale swoim przebiegiem bardziej do naszego Bożego Narodzenia, bo całe rodziny zjeżdżają się świętować wspólnie przez 3 dni.

Większość ludzi ruszyła na spotkania już dnia poprzedniego, więc samochodów było bardzo niewiele, a te, które jechały, były wypełnione do ostatniego miejsca. W końcu zatrzymał się dla nas młodych chłopak, jechał sam. Po pół godziny wysiedliśmy jednak z auta, bo chłopak jechał po autostradzie w tempie 80km/h. A to dlatego, że zamiast drogą, zajęty był nieustannym zerkaniem na Izę. Stwierdziliśmy, że to bez sensu, bo w takim tempie to na pewno nie wyjedziemy dzisiaj z Turcji. Szybko złapaliśmy nową okazję – cysternę. Zamienił stryjek siekierkę na kijek, bo cysterny jażdżą maksymalnie 80 km/h. Specyfika ich ładunku powoduje, że są trudne do prowadzenia. Ta była jednak pusta, więc żwawo dotarliśmy aż pod Stambuł, gdzie kierowca wyrzucił nas na stacji w sąsiadującym barem. Pora na obiad. Już wychodziliśmy po posiłku, gdy skusił nas widok Sütlaç – tureckiego deseru, przyrządzanego z mleka i ryżu. Wyjątkowo nam zasmakował podczas naszego pobytu, więc odrobina słodkiej przyjemności była idealnym pożegnaniem z Turcją.

Szybko złapaliśmy 3 kolejne okazje, najpierw na europejską stronę Stambułu, a potem poza miasto. Tam zgarnął nas chłopak, który jechał do miejscowości położonej zaledwie 50 km od przejścia granicznego z Bułgarią. W aucie poczułem się trochę słabo, ale nie dziwiło mnie to: upał był wyjątkowo nieprzyjemny, a odkąd opuściliśmy restaurację w ciągu godziny zdążyliśmy kilka razy pomieszać ten upał z nastawionymi na maximum klimatyzacjami w autach. Gdy wysiedliśmy także Iza oznajmiła, że nie czuje się najlepiej i chyba musi iść w krzaki. Mi dalej było tylko trochę słabo. Przeszliśmy 100 metrów za zjazd i czekaliśmy na jakikolwiek pojazd. W ciągu 5 minut mój stan diametralnie się pogorszył. Poczułem ogromne skurcze żołądka. Iza czuła się nieźle, ja z kolei czułem, że nigdzie dalej już nie dam rady dzisiaj pojechać. Zeszliśmy więc na zjazd autostrady, wszędzie wokół drogi, jak daleko sięgał nasz wzrok, rosły gęste i ostre krzaki. Ale ja nie byłem w stanie już przebierać nogami, a biegunka zbliżała się w ekspresowym tempie. Wbiliśmy się w te krzaki i znaleźliśmy kawałek wolnej od krzaków przestrzeni, nie większy niż 8 metrów kwadratowym, porośnięty suchą i wysoką na 1,5 metra trawą. Z trudem ugnietliśmy ją pod namiot. Snupi nie był zadowolony, bo nie miał w ogóle możliwości poruszać się wśród tych zarośli. Jego próba odnalezienia dogodnego miejsca na siku i „dwójki” wyglądała komicznie. Iza odczuwała tylko lekki ból i więcej wizyt w krzakach nie odnotowała. Ja z 10 razy wychodziłem z namiotu. Ból był chyba najgorszym, jaki czułem w życiu. A coś o nim wiem, bo miałem złamany nos, ręce, nogi, żebra, skręcenia kostek, kolana i wiele lżejszych kontuzji. Było tak źle, że w pewnym momencie chciałem już dzwonić po pogotowie. Ale jak, bez znajomości języka tureckiego, wytłumaczę mojemu rozmówcy co mi jest i że jestem gdzieś w krzakach na autostradzie? Gdy ból momentami odpuszczał i myślałem że zaraz zasnę, to sen odpychały nieustanne dźwięki rozbijania się koników polnych – wielkości małych myszy – o metalowe barierki drogi (jak się rano przekonaliśmy setki z nich tych uderzeń nie przeżyło). Mi udało się zasnąć ok. 3 w nocy. Rano nie było już ani papieru toaletowego, ani wody, którą zużyłem do mycia rąk i uzupełnia wody w organizmie. Autostrada świeciła pustkami, ale pojawił się patrol policji, który zawiózł nas do stacji nieopodal granicy. Po drodze byłem przekonany, że i tak umrę, bo policjant jechał 160 km/h i jednocześnie karmił na komórce swoje wirtualne zwierzątko. Może to lepiej, odwróciło to zainteresowanie mojego mózgu od mojego żołądka i pozwoliło dotrzeć do łazienki. Z wykąpania, najedzenia i wypoczęcia u rodzeństwa w Ankarze nie pozostała żadna resztka…

Snupiemu też daliśmy trochę nieszczęsnego deseru, ale jego zatrucie nie dosięgnęło nawet w najmniejszym stopniu. Kolejny dowód na to, o ile bardziej wytrzymałe są psy względem ludzi.

Malutka miseczka, a zasiała tyle zniszczeń.
A to Wan, tam też jedliśmy Sutlac. Gdy mężczyzna dowiedział się, jak bardzo lubimy Sutlac, to zadzwonił do żony i powiedział, że przywiezie zaraz gości, więc niech szykuje to to danie. Było nam trochę niezręcznie, bo kobieta na dodatek bała się psów. Jednak w drugiej godzinie naszej wizyty już głaskała Snupiego na kolanach 😀
Tatvan miasto (nie)szczęścia, czyli historia naszych zaręczyn

Tatvan miasto (nie)szczęścia, czyli historia naszych zaręczyn

Na blogu wspomnieliśmy już o naszym ślubie na Bali. Wypadałoby zatem opowiedzieć, jak wyglądał pierwszy krok w jego kierunku i o tym, jak Snupi wcisnął to w wszystko swój nos. Tym bardziej, że to niezła historia, w której pojawiją się nawet elementu strachu.

Dzień zapowiadał się wyśmienicie (jego początek opisany w tym wpisie). Czekaliśmy cierpliwe na jakikolwiek pojazd przy stacji benzynowej. Czuliśmy się jak w amerykańskim filmie o parze, której zepsuł się samochód na środku pustyni w Arizonie. Zamknięty bar, na stacji jedna zaparkowana ciężarówka, a w zasięgu wzroku tylko pustynia, wierzchołki gór i konstrukcje instalacji elektrycznej okraszone jedynie szumem wiatru.

Zatrzymał się dla nas przemiły mężczyzna z rudawymi włosami i cerą jaśniejszej od mojej. Skwar przeszkadzał mu chyba jeszcze bardziej niż nam, bo klimatyzację miał ustawioną tak mocno, że zaczęło nam być zimno. Zaciekawieni jego wyglądem, zapytaliśmy, czy jest Turkiem. Wyjaśnił, że żyje wielu Turków o wyglądzie zbliżonym do jego. Zaskoczyło nas to ogromnie, ale nie drążyliśmy tematu, żeby nie poczuł się urażony. Chwilę później zatrzymaliśmy się na kolejnej stacji benzynowej, bo Veysel oznajmił, że musi kupić coś do jedzenia. Ramadan dopuszcza, by osoby „w drodze” jadły i piły. Spotkaliśmy już takich, którzy z tej ulgi korzystali, więc nas to nie zdziwiło. Okazało się, że jedzenie nie było dla niego, tylko dla nas. Przepraszał, że to tylko ciasteczka, ale nic innego nie było. Veysel był naprawdę nietypowy, jak na Turka, mówił spokojnie, nie palił papierosów, samochód prowadził bardzo uważnie. Oznajmił, że jako nasz gospodarz, zadba o nas najlepiej, jak potrafi i zawiezie do Tatvanu, skoro tam właśnie zmierzamy (sam jechał do miasta Bitlis, 25 km przed Tatvanem). Po drodze zatrzymał się jeszcze pokazać nam atrakcję, która leży tuż przy drodze, ale jeśli się o niej nie wie, to łatwo ją przegapić. Atrakcja nazywana przez okoliczną ludność „Małym Pamukalle”.

Wyjaśniliśmy, że nie zmierzamy bezpośrednio do Tatvanu, tylko do położonego obok niego wulkanu Nemrut. Jednak ciągle nie jedliśmy nic konkretnego, no i musieliśmy zrobić zapas jedzenia na wspinaczkę i nocleg. Nie wiedzieliśmy też, czy chcemy ruszyć na wulkan jeszcze tego samego dnia, czy znaleźć nocleg w mieście.

Uwaga w Turcji są dwie góry o nazwie Nemrut. Jedna z pozostałościami ogromnych posągów, a druga, nasz cel, wygasły wulkan z ogromnym jeziorem w swoim kraterze. Woda jeziora ma taką oto barwę.
Jezioro Wan. Podczas wybuchu wulkanu Nemrut, potoki lawy zagrodziły odpływy jeziora, przez co rozrosło się ono i stało największym oraz najgłębszym w Turcji.

Ani my, ani nasz gospodarz, nie wiedzieliśmy, gdzie zaczyna się szlak na szczyt wulkanu. W naszym przewodniku nie było o tym ani słowa. Za to przewodnik wskazywał, że w Tatvan znajduje się biuro informacji turystycznej. Poprosiliśmy o podwózkę pod ten adres. Budynek okazał się w całości zajęty przez firmę, w której nikt nigdy nie słyszał o informacji turystycznej, co gorsza, nikt nie znał nawet jednego angielskiego słowa. Ruszyliśmy więc na poszukiwania jedzenia. Jak się okazał,  w całym mieście nikt nie znał chociaż słowa po angielsku. W 10 restauracjach, które minęliśmy nie można było kupić jedzenia z powodu Ramadanu. W końcu właściciel kolejnej z nich stwierdził, że zna jedno miejsce, gdzie MOŻE da się coś zjeść. Właściciel jako przewodnika dla nas wysłał swojego  10-letniego syna. Szliśmy i szliśmy, po 10 minutach stwierdziłem, że coś chyba nie gra, ale z chłopcem nie mogliśmy się ani trochę dogadać, nawet gdy Iza próbowała po turecku. Po 20 minutach dotarliśmy. Gdybym wiedział, że ten maluch przegoni nas przez pół miasta w 30 stopniowym upale, to wolałbym już zjeść na obiad kiełki bambusa. Najlepsze jest to, że to nie chłopiec robił sobie z nas jaja, prowadząc na około, wszystko zawdzięczaliśmy obliczeniom jego taty, który oznajmił, że to 5 minut.

Wylądowaliśmy na głównym deptaku nad brzegiem jeziora Wan, które w tym miejscu nie wyglądało zbyt urokliwie. We wskazanej restauracji obsługę stanowiło 3 chłopaków wystylizowanych na przystojniaków-cwaniaków. Nie wróżyło to nic dobrego, tak samo jak brudne sztućce, ale skoro szliśmy tu 20 minut… Słabych wrażeń smakowych nie poprawiło nawet zamówienie naszego ulubionego tureckiego dania – Sac Tava. Dowiedzieliśmy się za to, że na szczyt wulkanu prowadzi asfaltowa droga, już niemal ukończona. To przykre, że odbiera się dzikość takim miejscom, ale w tamtej chwili była to dla nas zdecydowanie dobra wiadomość. Nie ruszyliśmy w tę podróż, by zdobywać szczyty. Nie mieliśmy zielonego pojęcia, którędy można się wspinać pieszo i nie mieliśmy od kogo się tego dowiedzieć. No i musielibyśmy to robić w nocy, bo w ciągu dnia upał by nas wykończył, poza tym wciąż nie mieliśmy zapasów, a do zachodu słońca zostało niewiele czasu. Wspinaczka następnej nocy kosztowałaby nas utratę całego dnia w tej średnio przyjemnej okolicy.

Po prawej Sac Tava, zdjęcie z innej restauracji w kanionie Ihlara. Było najlepsze, jakie jedliśmy.

Ruszyliśmy na zakupy z planem spania w namiocie najbliżej wulkanu jak się uda i podjęcia próby wjechania z kimś do krateru rano. Standardowo – wszystkie piekarnie były otwarte, ale nic nie sprzedawały z powodu Ramadanu, a na straganach z owocami wszyscy chcieli nas oszukać. Z ogromną radością dostrzegliśmy supermarket. Kupiliśmy nutelle, pieczywo i melona. Uznaliśmy, że to nam wystarczy, skoro na wulkan prowadzi droga. Robiło się coraz później, słońcu pozostała maksymalnie godzina przed schowaniem się za okolicznymi wzniesieniami.

Mijały nas dziesiątki aut, ale nikt się nie zatrzymywał, co w Turcji jest nieprawdopodobne. Byliśmy zdeterminowani, by opuścić miasto, więc zaczęliśmy iść w stronę peryferii z wciąż wystawionymi kciukami. Przez 15 minut nikt się nie zatrzymał, by w jednej chwili zatrzymały się dwa auta równocześnie. Jeden bliżej mnie, drugi obok Izy. Ten przy mnie – czarny terenowy samochód, a w środku 2 młodych Turków, którzy wyglądali jak członkowie gangów z Los Angeles. Czapki z daszkiem, luźne  sportowe ubrania, brody wygolone w nietypowe kształty. Tymczasem w samochodzie bliżej Izy, białej Toyocie, siedział typowy Turek w wieku około 30 lat, w czystej i wyprasowanej białej koszuli. Jechaliśmy już z 20 podobnymi do niego. Wybór mógł być tylko jeden…

No przykro mi, że Was rozczaruję, ale nie wybraliśmy ziomków 😀 Takiego image nie spotkaliśmy nawet w Stambule, a nie był to idealny moment na walkę ze stereotypami. Mężczyzna z Toyoty okazał się wyjątkowo bystry, sam zaproponował rozmowę poprzez komórki i ściągnięte słowniki. Oznajmił, że podwiezie nas tak wysoko na wulkan, dokąd położony został asfalt. Opowiedział, że jest nauczycielem, niedługo się żeni. Zapytał, czy my też jesteśmy parą. Na początku wyprawy, by uniknąć wszelkich problemów (podrywów Izy, czy nieprzychylnego traktowania z powodu bycia parą bez małżeństwa) ustaliliśmy, że będziemy kłamać, iż właśnie się zaręczyliśmy. Tak też mu odpowiedzieliśmy. Mężczyzna zdążył znaleźć nas na facebooku i wysłać zaproszenia. Na dwie komórki, jego i naszą, prowadziliśmy rozmowę o naszej wycieczce. Dzięki miłej atmosferze nawet się nie obejrzeliśmy, a już zaczęliśmy podjeżdżać drogą na wulkan.

W pewnym momencie, gdy zajęty byłem odpisywaniem na jego pytanie, Iza zaczęła powiedziała “Piotrek nie podoba mi się to”. OHO, zrobiło jej się niedobrze po tym kiepski obiedzie – pomyślałem. Iza powtórzyła z jeszcze 2 razy „Piotrek nie podoba mi się to”. Ja całkowicie zdezorientowany zacząłem kręcić głową we wszystkie strony w poszukiwaniu zagrożenia, niczym kura szukająca ziarna. Iza nie potrafią jakoś tego z siebie wykrztusić, tak jakby zapomniała, że przecież może mówić do mnie wszystko, a on i tak nie zrozumie.. W końcu „on napisał coś dziwnego”. „To znaczy?” – zapytałem, wysiadamy? A Iza „nie wiem”. Znowu wróciłem do przekonania, że jest jej niedobrze po obiedzie, a „on napisał coś dziwnego”, odnosiło się po prostu do tego, że czegoś niezrozumiała. Ze 2 razy jeszcze zapytałem „wysiadamy?”, a Iza wciąż „no nie wiem”. W końcu oznajmiła „wysiadamy”. Kierowca nie reagował w żaden sposób na całą naszą rozmowę. Dopiero gdy powiedziałem, żeby zatrzymał samochód i że chcemy wysiąść, to zaczął przepraszać. Ja ciągle nie wiedziałem o co chodzi, za to wiedziałem, że się nie zatrzymuje, nawet nie zwalnia. W końcu zwolnił, ale wciąż jechał, ciągle przepraszając. Zaczęliśmy domagać się zatrzymania we dwójkę, co poskutkowało. Iza wysiadła i zaczęła wyciągać bagaże, ja sam wciąż pozostawałem w środku, bo nie wiedziałem, czego mogę się spodziewać (pamiętajcie, gdy podróżujecie w parach, zawsze niech mężczyzna pierwszy wsiada i ostatni wysiada z samochodu, porwać kobietę nie jest trudno, zostawcie także otwarte drzwi w samochodzie, dopóki nie wyciągniecie wszystkich bagaży z samochodu, to chociaż trochę zapobiegnie przed nagłym odjazdem i kradzieżą waszych rzeczy). W pośpiechu zaczęliśmy zakładać plecaki, mężczyzna wyszedł z auta i znowu zaczął przepraszać i prosić, żebyśmy wsiedli z powrotem, a ona zawiezie nas na szczyt.  Iza, w końcu, po blisko 2 minutach całej akcji, rzuciła na szybko „on chciał, żebym Cię zostawiła i z nim pojechała”. Byliśmy wściekli, ale nie byliśmy w stanie ocenić jego intencji i kim jest, więc ze spokojem powiedzieliśmy, że nie ma problemu, nie gniewamy się, ale nie chcemy dalej jechać. Mężczyzna wciąż naciskał, my zaczęliśmy odchodzić. On nie chciał odjechać, zaczęliśmy się bać, że to jakiś świr i zaraz zacznie nas gonić. Szliśmy coraz dalej w pole, w końcu odjechał.

Zapytałem Izy, czemu tak długo nie potrafiła mi wyjaśnić co się działo i czemu tak długo zwlekała z decyzją o opuszczeniu auta. Odpowiedziała, że najpierw była w szoku, bo przecież 3 minuty wcześniej powiedzieliśmy mu, że jesteśmy zaręczeni. A gdy zszedł z niej szok, to uświadomiła sobie, że tak bardzo nie chce jej się iść pieszo pod górę, że zastanawiała się, czy da się z tej podwózki coś jeszcze ugrać… W sumie byłem z niej dumny 😀

Wylądowaliśmy gdzieś w połowie wysokości wulkanu. Jedynym obiektem, za którym mogliśmy się schować, było wzniesienie terenu kilkaset metrów od nas. Czarnymi torebkami na psie odchody zakleiliśmy wszystkie odblaskowe elementy w namiocie. Nie mogliśmy mieć pewności, że mężczyzna to nie jakiś zboczony świr, albo nie wróci ze swoimi kolegami, bo jego duma została urażona. Nasz strach spotęgowało dodatkowo to, że kilka minut po całej akcji usłyszeliśmy przejeżdżający samochód. A kto, u licha, wjeżdża na wulkan po zachodzie słońca? A chwilę później przejazd kolejnego, tym razem w odwrotną stronę. Szuka nas – ogarnęło nas chwilowe urojenie.

Byliśmy jednak dobrze ukryci. Namiot w kolorze zgniłej zieleni na pustynnym polu pokrytym resztkami trawy i małymi krzakami był niewidoczny z drogi. Tak długo jak nie włączymy latarek, jesteśmy nie do namierzenia. Na koniec szykowania obozowiska stwierdziliśmy nawet, że będzie to chyba najbezpieczniejsze, a napewno najspokojniejsze, miejsce noclegowe, jakie mieliśmy do tej pory. Dotychczas zawsze musieliśmy się spodziewać kradzieży i niespodziewanych najść, jeśli nie przez złych ludzi, to dzieciaków, które rozchichotane latały wokół naszych namiotów i były ciekawe turystów. Tutaj nie było nic, w zasięgu wzroku był tylko jakiś duży budynek, dość daleko, na dodatek po drugiej stronie doliny o stromych zboczach. Nie było widać żadnych świateł z jego okien, ani nie dochodziły z niego żadne dźwięki. Przypomnieliśmy sobie, że ktoś wspomniał nam w mieście, że na zboczu jest hotel, ale obecnie nieczynny. Poza tym widać było tylko rozświetlony w dole Tatvan, jezioro odbijające resztki promieni słońca i kontury wysokich gór oddalonych dziesiątki kilometrów. Widok był jednym z lepszych, jakie widzieliśmy. Mieszanina kolorów: różowego, niebieskiego, pomarańczowego i przeszywającego tę pustkę wiatru…ahh. Tak żałujemy, że naszym jedynym sprzętem fotograficznym był wtedy smarthphone. W taki widok można się wpatrywać godzinami, no dobra, aż nie zrobi Ci się cholernie zimno 😀 Teren pustynny wychładza się przecież momentalnie, a do tego byliśmy już na kilkuset metrach nad poziomem morza. Poza tym nie chcieliśmy używać latarek, więc zawinęliśmy się do śpiworów. Przekonani o nocy bez żadnych niespodziewanych wrażeń, usnęliśmy błyskawicznie.

Gdybyśmy mieli wtedy dobry aparat…

Gdy delikatnie się przebudziłem, zobaczyłem Izę z otwartymi w przerażeniu oczami, Snupi za to spał nieprzytomnie. „Co jest” – zapytałem. “Usłyszałam jakieś szum”. Wsłuchaliśmy się i… cisza. Uspokoiłem Ize i siebie 😀 – „Zobacz Snupi śpi nieprzytomnie, gdyby coś się działo, to już by świrował”. Zwinęliśmy się z powrotem w śpiwory. Nagle usłyszeliśmy bardzo delikatne trzaskanie suchej trawy, ale tak delikatne, że nie mógła to być ludzka stopa. Szybko przypomniałem sobie, że ziemia w okolicy pokryta była bobkami. Więc od razu wydedukowaliśmy, że to jakiś zając, albo inne dzikie stworzenie. Snupi obudził się, ale na skutek naszych rozmów, wciąż był spokojny. Zwinęliśmy się z powrotem w śpiwory. Zanim zdążyliśmy zasnąć, znów usłyszeliśmy pękającą suchą trawę i następną, i następną. Niespełna sekundę później – Ueueeuuu, ueueeeuuu – dźwięk chyba ludzki, ale mający swoje źródło bardzo daleko od nas. Od razu stwierdziliśmy, że to pewnie jacyś pijani ludzie z hotelu. No ale przecież hotel miał być nieczynny. Więc może to jakaś pijana młodzież urządziła sobie biwak na szczycie? Ale pijani muzułmanie? To raczej niemożliwe, a już na pewno w czasie ramadanu. Ale oprócz tego pokracznego jęku, nie było żadnych innych dźwięków ludzkich. Za chwilę po namiocie przejechało światło latarki, ale w taki sposób, że byłem pewien, że nie został on jeszcze zauważony, bo promień światła ani na chwilę się na nas nie zatrzymał. I znów ten dźwięk ueueeuuuu, ueueeeuuuu. Kur… co jest grane?! – mózg wskoczył na bardzo wysokie obroty. Przecież to nie może być ten koleś, gdyby chciał tu wrócić i nas skrzywdzić, to nie zdradzałby swojej obecności jękami i latarką. No chyba, że jest naprawdę nieźle poprany i wywołanie u nas strachu sprawia mu przyjemność. Dziwaczne jęki ucichły, ale promień latarki zaczął przejeżdżać po namiocie coraz częściej,  a jego moc wzrastała, co oznaczać mogło tylko jedno, że się jego źródło się do nas zbliża. Nagle wokół całego namiotu zaczęło wszystko szumieć i chrobotać. Siedziałem przez chwilę sparaliżowany. Iza siedziała ze Snupkiem wciśniętym mocno w siebie i trzymała jego pysk, żeby nie pozwolić mu szczeknąć i zdradzić naszego położenia. Już od kilku sekund w jednej ręce trzymałem gaz pieprzowy i nóż, które podświadomie odnalazłem wśród rzeczy. Oznajmiłem, że wychodzę, „nie możemy zostać zaskoczeni tutaj w środku”. Bałem się jak 5 letnie dziecko potwora z szafy. Najtrudniejsze było otworzyć zamek błyskawiczny w drzwiach namiotu. Czy to nie żałośnie śmieszne, jak człowiek upatruje schronienia w pomieszczeniach, jak myśli, że kawałek ściany w domu, drzwi, czy folii w namiocie uchroni go przed niebezpieczeństwem. Jak zamiast walczyć i reagować, wolimy czekać na to, co nastąpi. Wynurzyłem się z namiotu, to uczucie… to uczucie gdy moja głowa zrobiła się 3 razy lżejsza, gdy strach zamienił się w ulgę, było cudowne.

Okazało się, że nasz namiot otoczony jest przez stado kóz i owiec, a osobami, które świeciły i krzyczały, było dwóch nadciągających pasterzy. Wyglądali jakby wyrwali się ze średniowiecza, z kurtkami i kubrakami zrobiony z prawdziwej skóry i owczej wełny, tak samo rękawice i czapki. Jedyne co w ich wyglądzie było nowoczesnego to latarki oraz trampki. Wciąż byłem jednak lekko zaniepokojony, nie wiedziałem jak zareagują, być może to ich ziemia, być może są szalonymi dzikusami niczym z amerykańskiego horroru. Gdy podeszli bliżej, widać było, że to dobrzy ludzie. Młodszy – syn z uśmiechem kiwnął głową w geście powitania. Starszy podszedł do mnie i wyciągnął rękę by ją uścisnąć. Znów zaczął wydawać przeraźliwe jęki, ale patrzył na syna i na mnie. Wtedy syn, zaczął mu coś wyjaśniać. Wtedy zrozumieliśmy, że ten przeszywający nas przerażeniem odgłos, to zapewne efekt udaru, któremu uległ mężczyzna i na jego skutek utracił zdolność mówienia. Iza puściła Snupiego, który z niedowierzaniem patrzył się na dziesiątki stworzeń przed nim. Na szczęście nie szczekał i nie straszył zwierzyny.

Winowajcy naszego strachu, o 7 rano w drodze powrotnej do zagrody już tacy straszni nie byli
Dobrze, że w nocy Snupi nie wyskoczył z namiotu ze swoim jazgotem, bo kto wie, co zrobiłby z nim ochroniarz stada. Rano się zakumplowali. Za to osiołkowi Snupi się nie spodobał.

Mężczyźni po kilkunastu sekundach przyglądania się nam, ruszyli dalej, w stronę doliny oddzielającej nas od hotelu. Moim największym zmartwieniem stała się teraz ręka, którą podałem pasterzowi. Pachniała niczym obora, a moja psychika nie pozwalała mi przestać uświadamiać sobie, że jego ręka mydła to dawno nie czuła. Wyczerpani stresem zasnęliśmy błyskawicznie. Obudziłem się przed 6 rano. Wiedziałem, że jeśli nie złapiemy okazji na szczyt to musimy tam iść pieszo, a z każdą godziną będzie się robiła coraz upalniej. Zacząłem budzić Izę, ale u niej rozbudzanie trwa z 30 minut, więc wyniosłem w tym czasie rzeczy na zewnątrz, spakowałem co mogłem i wziąłem się za krojenie melona i chleba na śniadanie. Widok był równie piękny, co wieczorem, dlatego pomyślałem, że to idealna chwila by oświadczyć się Izie.

Tuż przed…

Małe wtrącenie. Gdy tylko zdecydowaliśmy z Izą, że ruszamy w autostopową wycieczkę do Turcji i Armenii, to wiedział, że oświadczę się na niej Izie. Tak właściwie to chciałem to zrobić już pół roku wcześniej. Planowałem kupić bilety lotnicze na weekend do Gruzji, kiedy wypadały urodziny Izy.  Plan jednak nie wypalił, bo miesiąc przed urodzinami Iza dostała zapalenia wyrostka robaczkowego. Mój nowy plan zakładał więc oświadczyny w Armenii. W jaskiniach kanionu rzeki Vorotan, o których wyczytałem na jakimś forum, że to odludne i piękne miejsce. Jak wiecie z naszej relacji, takim odludnym nie jest…

Snupek znalazł sobie schronienie przed palącym słońcem.

W sumie ta myśl powstała w mojej głowie, już kilka godzin wcześniej przy podziwianiu widoku wieczorem. No ale miałem plan, poza tym pomyślałem – trochę lipa, Iza będzie dzień oświadczyn kojarzyła też z jakimś napalonym Turkiem. Jednak miejsce było idealne. No i ostatnie wspomnienia dość traumatyczne, czy nie byłoby jednak dobrze zatrzeć te złe chwile (tak nieliczne w naszym wyjeździe) czymś dobrym. By nie zabrały nam sił w dalszej wyprawie. Robię to – zdecydowałem. Wyjąłem pierścionek z plecaka i schowałem do kieszeni w spodniach. Zacząłem poganiać Izę, by w końcu wyłoniła się z tego cholernego śpiwora, nie mówiąc już o namiocie, bo z każdą sekundą wznoszenia się słońca, widok tracił swoje estetyczne walory. Powolność Izy i brak chęci wstawania zaczęły mnie z każdym następnym ponagleniem coraz mocniej irytować, bo poza tym, że właśnie psuje idealną aurę krajobrazu, to doprowadza do marszu pod górę w zenicie. Gdy w końcu wyszła, to stwierdziła, że na razie nie chce jej się jeść, żebyśmy się spakowali i poszli jak najszybciej. No masakra, moje chęci spadły już do połowy. W końcu udało mi się ją przekonać, by na chwilę usiadła do jedzenia, no i stało się… Żadne z nas do końca nie pamięta, jak to wszystko przebiegło. Pamiętamy za to na pewno Snupiego, który zainteresowany Izy uśmiechem od razu podbiegł, wcisnął się między nas i zaczął lizać po twarzach. No tak, tak wygląda romantyczna i poważna chwila właścicieli psa. Wciska swój nos we wszystko, ale nie można się o to złościć, w końcu tyle razy jego pocieszna mordka ratowała nam humor w najgorszych sytuacjach.

Wiecie, że gdy wracaliśmy z naszego ślubu na Bali, przelatywaliśmy wprost nad wulkanem Nemrut i gdybyśmy tylko mieli lornetki, zobaczyć moglibyśmy to miejsce, gdzie rozbiliśmy namiot. Ciekawy splot wydarzeń. Tak jak ciekawy splot wydarzeń sprawił, że wulkan na zawsze będzie mieszanką wspomnień z zaręczyn i skojarzeń ze zboczonymi Turkami, bo na szczycie spotkaliśmy kolejnego mężczyznę, który chciał, aby Iza smarowała go kremem przeciwsłonecznym. A sam Tatvan, po zejściu z wulkanu znów nie okazał się dla nas życzliwy, bo w pewnym aucie zostawiłem swoje zapasowe buty, a chwilę później miejscowe dzieciaki próbowały nas okraść. Ale to już następna historia, o którą przeczytasz TUTAJ – fragment “Kevin, tzn. Snupi sam w Turcji”).

widok na jezioro Wan i jezioro w kraterze Nemruta

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

TAM, GDZIE KOŃCZY SIĘ TURCJA CZ. 2/2

TAM, GDZIE KOŃCZY SIĘ TURCJA CZ. 2/2

Zeszliśmy w boczne uliczki, podziwiać klimat miasta. Wypatrzyliśmy schody, z nich zrobiliśmy zdjęcie, które stało się wizytówką naszego wyjazdu. Dopiero w tamtym momencie poczuliśmy, jak wiele osiągnęliśmy, a jednocześnie, jak absurdalny jest nasz wyjazd. W umysłach cofnęliśmy się do podstawówki i gimnazjum, gdy czytaliśmy te wszystkie wzmianki o jakiś abstrakcyjnych terenach, gdzie przez tysiąclecia rodziła się kolebka i historia znanej nam cywilizacji. To wszystko gdzieś tam daleko na wschodzie, gdzie nigdy w życiu nie będziemy. Tymczasem jesteśmy. Dotarliśmy tutaj podczas naszej pierwszej w życiu podróży autostopem, stoimy z naszym psem, kundlem adoptowanym ze schroniska. Stoimy i patrzymy na setki tysięcy kilometrów kwadratowych, nazywanych kiedyś Mezopotamią – CZĘŚĆ 1 RELACJI TUTAJ

Ale nie było czasu na sentymentalne pierdoły, trzeba było wydostać się z tego piekarnika o temperaturze 50 stopni. Aczkolwiek klimat był przyjemniejszy niż w Diyarbakir. Tutaj, w Mardin, powietrze było bardziej suche i w cieniu było nawet całkiem przyjemnie. W nasłonecznionych miejscach czuliśmy się już jak mrówki palone przez sadystyczne dziecko przy pomocy lupy powiększającej. Na szczęścia nasza trasa była dość dobrze zacieniona, bo słońce już dawno chyliło się ku zachodowi. Po drodze wypatrzyliśmy „Tourist Information”. Przeszczęśliwi weszliśmy do środka. Okazało się, że to najzwyklejsze biuro podróży i nikt nie mówi po angielsku. Rozgoryczenie zmotywowało nas do porzucenia wszelkich nadziei na kontakt Murata. Po chwili udało nam się znaleźć działającą piekarnie, nie taką, jak poprzednich 5, które były po prostu otwarte. W tej, łaskawie, dało się coś kupić. Niestety znowu przyczepiły się do nas dzieci, ale te były znacznie spokojniejsze, niż rówieśnicy z Diyarbakir. Po kilkuset metrach znudziliśmy im się.

Jednocześnie szliśmy i łapaliśmy stopa, bo prawie nikt tamtędy nie jechał. Liczyliśmy, że na następnym skrzyżowaniu dróg będzie choć trochę lepiej. Niestety zabudowania się skończyły i szliśmy w pełnym słońcu. Snupka musieliśmy nieść, bo nie był w stanie iść po nagrzanym chodniku. Doszliśmy do drogi schodzącej w dół zbocza, jednak było tak późno, że większość osób skończyła już swoje prace i wróciła do okolicznych miasteczek i nowej części miasta położonej na dole.

Auta pojawiały się z częstotliwością jednego na 3 minuty, a może nawet rzadziej. Kultura i zwyczaje musiały być tutaj już trochę inne, bo w zachodniej Turcji dawno ktoś by się dla nas zatrzymał. Powoli, z kilkuminutowymi postojami w każdym zacienionym miejscu, schodziliśmy na dół.

W końcu zatrzymał się samochód. W środku młoda para. Zdziwiliśmy się, bo mijali nas chwilę wcześniej. Okazało się, że zawrócili specjalnie po nas i faktycznie byli  „młodą parą”, a raczej mieli się nią stać za kilka dni. Dlatego się zresztą zatrzymali – jak tłumaczyli – chcieli podzielić się swoim szczęściem oraz uznali, że sprawienie dobrego uczynku, będzie dobrym początkiem ich nowej drogi życia. Jak sami przyznali, normalnie nikogo nie podwożą autostopem. Zapytali dokąd jedziemy. Oznajmiliśmy, że do jeziora Van. Mężczyzna przysięgał, że gdyby nie spotkanie organizacyjne związane ze ślubu, które mają za 2 godziny, to zawiózłby nas tam osobiście. Uspokoiliśmy, że wystarczy jeśli zawiezie nas tylko na główną drogę w jakieś dobre miejsce do zatrzymywania pojazdów. Jechaliśmy z nimi dosłownie kilka minut, ale przyszła żona zdążyła pokazać nam zdobioną na złoto suknię, którą właśnie odebrali od krawcowej. A mąż (mówił trochę po angielsku) opowiedzieć historię, jak się poznali. On był lekarzem ze Stambułu i przyjechał dwa lata wcześniej na praktyki do Mardin, gdzie ona mieszkała i pracowała jako pielęgniarka. Chyba całkiem szczęśliwa historia, bo jestem pewien, że wciąż wiele małżeństw w Turcji jest ustawianych przez rodziny, a nie przez miłość. Nie mogliśmy do końca zrozumieć, jakiego są wyznania i kiedy mają ślub. Cały czas mówili coś o dniu następnym, ale mówili też o oficjalnym spotkaniu rodzin, a nie samym ślubie. Chyba nie byli muzułmanami, bo ślub w ramadan byłby kiepskim pomysłem. Aczkolwiek może tylko w naszym przekonaniu.

Zajechaliśmy na stację benzynową, tuż za miastem. Gdy tylko się zatrzymaliśmy, mężczyzna zapytał co lubimy, to nam kupi. Gdy oznajmiliśmy, że nic nie potrzebujemy i jesteśmy mu bardzo wdzięczni za samą podwózkę, by się nie martwił, to on odpowiadał, że to jego obowiązek i bardzo chce nam pomóc. Jest mu przykro i wstyd, że nie może nas zawieźć dalej, więc nie może nas tak zostawić. Nie wiedzieliśmy co robić, ale uznaliśmy, że to chyba naprawdę ważne dla jego sumienia. Poprosiliśmy o popularny w Turcji sok z wiśni.

Pan młody wrócił z czteroma sokami, sześcioma butelkami małej wody i ciasteczkami. Przeprosił, ze nie ma nic więcej do jedzenia, ale Ramadan… Otworzył bagażnik i pytał czy nie potrzebujemy koca, zapytał nawet czy potrzebujemy pieniędzy. Wyjaśniliśmy, że wszystko mamy, że całą drogę z Polski przebyliśmy w ten sposób i tak spędzamy wakacje. Para nie mogła zrozumieć, dlaczego to robimy, jakim cudem jeszcze żyjemy i jesteśmy tacy radośni. Mężczyzna powiedział kasjerowi, by pytał się każdego następnego klienta – czy nas nie zabierze. Zakochani zapisali nam swojego maila i poprosili o wiadomość, że nic nam się nie stało. Do dziś mam ogromne wyrzuty sumienia, że zgubiliśmy tę kartkę wraz z moim paszportem, ale nie uprzedzajmy faktów.

Podarunki były o tyle wspaniałe, co problematyczne. Gdzie upchnąć i nosić 7 litrów dodatkowego obciążenia. Nawet nie mieliśmy jak zostawić części, bo nie chcieliśmy, by pan młody dowiedział się o tym kiedyś od kasjera. Od razu wypiliśmy więc jeden sok, póki był jeszcze pysznie zimny. CZEMU W POLSCE NIKT NIE SPRZEDAJE SOKÓW Z LODÓWKI W LATO?! Snupi momentalnie wychliptał butelkę wody. Naładowani pozytywnymi emocjami, zaczęliśmy dalej łapać stopa. Wszystkie miejscowości po drodze miały niesamowity klimat spokoju i zżytej społeczności. Z kilkoma przesiadkami dojechaliśmy do Midyat. Wylądowaliśmy na głównej drodze. Standardowo wszystko było zamknięte, a ludzi mnóstwo. Słońce chyliło się już ku zachodowi, ale nie mogliśmy tutaj zostać. Nie wyglądało to na miejsce, gdzie znajdziemy tani nocleg, jeśli w ogóle jakikolwiek.

Cień?! Dajcie mi cień!!!
Cień?! Dajcie mi cień!!!

012

001
Drogowskaz w Midyat

Nie było osoby, która by na nas nie spojrzała. Chyba dawno nie widzieli hasającego luzem turysty. Przegraliśmy pojedynek ze słońcem, już prawie chowało się za horyzontem, a to oznaczało, że wszyscy miejscowi szykują się do jedzenia. Teraz liczyliśmy już tylko na podjechanie chociaż kawałek bliżej bezludnych terenów, gdzie rozbijemy namiot.

Zatrzymał się samochód z mężczyznami, jechali do miejscowości Batman. Tak, tak właśnie nazywa się miejscowość. Nazwa pochodzi od rzeki, a ta z kolei nazwę zawdzięcza górze Bati Raman. Okolica słynie ze złóż ropy naftowej. Zanim jeszcze dojechaliśmy do Batman, minęliśmy Hasankeyf. Starożytne miasto, częściowo wydrążone w skałach, z pozostałościami starożytnego mostu na Tygrysie. Wszystko to zostanie niebawem zalane wodami sztucznego jeziora, które powstanie w wyniku budowanej tamy.

W Batman znajdowała się siedziba firmy, która zajmuje się budową dróg, a jej szefem był nasz kierowca. Jego pracownik Rachid znał perfekcyjnie angielski. Po pół godziny intensywnej rozmowy, w której Rachid wszystko tłumaczył, szef przyznał, że nie chciał nas zabierać, ale właśnie Rachid go namówił. Ponieważ źle się z tym czuł, zaprosił nas na kolację i zaproponował nocleg na terenie firmy.

Firma okazała się ogromnym przedsiębiorstwem, z kilkudziesięcioma betoniarkami i mnóstwem innych pojazdów. Posiadała duże zaplecze biurowo-mieszkalne. A my myśleliśmy, że będziemy nocować w namiocie na terenie firmy albo na jakieś niewygodnej kanapie. Tymczasem dostaliśmy własny pokój z klimatyzacją, prysznicem i pojemną PRALK – OOOO TAAAK. Cieszyliśmy się jak dzieci, bo kilka godzin wcześniej byliśmy załamani. Co za ulga: jednak się umyjemy, naładujemy telefon (który jest jednocześnie naszą nawigacją i aparatem fotograficznym), upierzemy rzeczy i odpoczniemy. Gdybyśmy zmuszeni byli spać w namiocie, to rano nie wyszlibyśmy ze śpiworów, bo brudne ciała przykleiłoby się do nich na stałe 😀

Autostop to taki szybki kurs życia, który uczy, że po każdej burzy wychodzi słońce. Często złe sytuacje są nie do przewidzenia i nie powstają z naszej winy. Jednak nie ważne jak trudno nam jest w danej chwili, nie wolno się poddawać, zamiast tego musimy iść do przodu. Bo jedno wydarzenie, jedna chwila mogą sprawić, że z tragicznej sytuacji, wszystko skończy się pomyślnie. A trudne chwile z czasem okażą się wartościowymi lekcjami, by sukces mógł mieć sens i wartość. Nie jest istotne, czy naszym zmartwieniem jest drobnostka, jak brak czystych ubrań, czy poważna choroba. Przecież te sytuacje, nie mają innych mechanizmów działania.

Zaproszono nas do firmowej stołówki. Pracownicy zasiadali właśnie do kolacji. O ile podczas ramadanu którykolwiek z posiłków można nazwać mianem „kolacji”. Porcja składała się z zupy z cieciorki, drugiej jogurtowej zupy, przypominającej ayran (jogurt do pica), potrawki mięsno-warzywnej, przyprawionego ryżu oraz chleba w stylu pita, który Turcy jedzą do wszystkiego. Towarzyszył nam Erkan, młody Turek, który mimo iż nie mówił po angielsku, został mianowany naszym opiekunem. Dogadywaliśmy się z nim całkiem sprawnie, głównie za pomocą translatora google. Po kolacji przeszliśmy do pomieszczeń biurowych i rekreacyjnych, pełnych wygodnych, skórzanych sof oraz z wielkimi plazmami i stołem bilardowym. Dołączyli do nas także inni pracownicy, którzy byli bardzo ciekawi nas i Snupiego. Oprócz Rachida i Yilmaza nikt nie mówił po angielsku, a mimo to, byliśmy w stanie się porozumiewać i sporo rzeczy o sobie nawzajem dowiedzieć. Nie bez znaczenia było to, że z każdym dniem nasz zasób tureckich słówek się powiększał, co też ułatwiało nam komunikację a także mobilizowało do nauki.

003
Chyba najsmaczniejszy posiłek, jaki jedliśmy w Turcji. Bo najlepsze tureckie jedzenie jedliśmy w Bułgarii, już w drodze powrotnej do Polski 😀
004
Jak zaczniesz głaskać Snupka, to nie da Ci spokoju…

Wszyscy byli bardzo nami i naszą podróżą zainteresowani, nie mogli się nadziwić, że robimy to autostopem i się nie boimy. Bo to przecież: tak daleko, bo Iza taka delikatna, bo jest z nami pies. A gdy im opowiadaliśmy, że takie podróżowanie sprawia nam dużo radości , że poznaliśmy mnóstwo ciekawych ludzi, że podróżowanie po Turcji przebiegało sprawnie i bezproblemowo, że Turcy są bardzo życzliwi, to zgromadzeni tak po ludzku i serdecznie się z tego cieszyli, byli też dumni ze swoich rodaków. Przy rozmowie cały czas popijaliśmy mocną, świeżo parzoną herbatę. Nowe porcje co chwile przynosił przemiły, niski mężczyzna. W końcu zapytaliśmy, czemu tylko on biedny ciągle chodzi parzyć kolejne herbaty i nie usiądzie chociaż na chwilę. Okazało się, że zatrudniony jest w tej firmie właśnie do tego i tylko do tego. A pracy nie miał wcale mało, bo zaparzał ponad 2 tys. herbat dziennie. Wieczór spędziliśmy rozmawiając o Kurdach, propagandzie panującej w Turcji, przyjaźni Kurdów z Turkami i muzułmanów z chrześcijaninem. A także o podejściu Turków do psów.

Snupi czuł się tam bardzo dobrze. Latał wesoło po firmie, szukał pieszczot u pracowników. Gdy podchodził do jednego, który się go bał i uciekał przed nim, to razem wywoływali salwy śmiechu u zgromadzonych. Wielu wyznawców islamy uważa psy za nieczyste, dlatego nie chcą mieć z nimi styczności. O ile w Koranie niewiele jest na temat psów, to tzw. hadisy wykształciły w wielu krajach muzułmańskich negatywny stosunek do psa. W samej Turcji jeszcze na początku XX wieku psy były przyjaźnie traktowane, bo stanowiły naturalnych czyścicieli – sprzątających duże miasta z resztek jedzenia. Ostatecznie w Turcji poznaliśmy tak wielu ludzi i spotykaliśmy się z tak rozmaitymi reakcjami, że nie da się jednoznacznie określić stosunku Turków do psów. Faktem jest, że na ulicy wielokrotnie spotykaliśmy się z sytuacjami, że na widok Snupiego ludzie umykali na drugą stronę ulicy, bądź chowali się za innymi. W skrajnych przypadkach kobiety, wzdrygały i piszczały, kilku młodych mężczyzn też miało podobne reakcje 😀

Zasnęliśmy błyskawicznie i spaliśmy dość długo. Niestety tak długo, że nie załapaliśmy się na śniadanie, bo słońce już wstało. Szefa i Rachida już nie było, ale Erkan dostał on nich polecenie pokazania okolicy. Powiedział, że nie musimy się spieszyć, więc postanowiliśmy wykorzystać szlauch i umyć Snupiego. Po 5 minutach kąpieli, z niedowierzaniem patrzyło się na nas z 20 osób. Przyzwyczajeni do widoku bezdomnych psów, brudnych i żyjących własnych życiem, nie mogli pojąć, że zwierzę może być czyste, przyjemne w dotyku i wytresowane. Ciekawe, czy któregoś z mężczyzn olśniło, że też by mógł to zrobić z jakimś okolicznym psem.

Oprócz Erkana na wycieczkę ruszyło jeszcze 2 pracowników, którzy nie mówili po angielsku ani nie zostali do tego oddelegowani przez szefa, ale chyba zwietrzyli okazję porobienia czegoś ciekawego i postanowili ją wykorzystać. Pojeździliśmy chwilę po Batmanie, podjechaliśmy do parku, gdzie każdy z każdym musiał zrobić pamiątkowe zdjęcie, a potem chłopaki zawieźli nas aż 35 km do starożytnego mostu Malabadi. Tam znowu odbyła się sesja zdjęciowa. Chłopaki wywieźli nas potem na skrzyżowaniu głównych dróg. Stąd do miejscowości Tatvan, nad jeziorem Van, mieliśmy już tylko 130 km.

Powoli opuszczaliśmy już tereny zdominowane przez ludność pochodzenia kurdyjskiego. W zachodniej Turcji wszyscy odradzali nam przyjazd tutaj. Przekonywali, że Kurdowie to sami terroryści, że możemy mieć z nimi problemy, jeśli nie wyznajemy islamu. Wszystko okazało się nieprawdą. Kurdowie okazali się jednymi z najbardziej inteligentnych turków, jakich spotkaliśmy, no za wyjątkiem dzieci z Diyarbakir 😀 Okazało się też, że bezproblemowo, a nawet w zgodzie i przyjaźni żyją tutaj ze sobą różne nacje i wyznawcy różnych religii. Niestety propaganda w Turcji jest potężna. Do tego stopnia, że gdy byliśmy jeszcze w Kapadocji, w wiadomościach mówili o zamachu w Wan, gdy dotarliśmy tam tydzień później, nikt nic o żadnym zamachu nie słyszał. Jestem przekonany, że turecki rząd sam podjudza napięcia i pozwala im się rozwijać na peryferiach, by nimi uzasadniać swoją autorytarność. Z uwzględnieniem tej poprawki czytam o wszystkich zamachach terrorystycznych i nieudanym zamachu stanu, które ostatnio miały miejsce w Turcji.

006

007
Most Malabadi

008010009

Psy z najróżniejszych zakątków świata

Psy z najróżniejszych zakątków świata

PSY Brazylia Sao PauloPSY Argentyna El ChaltenPSY Chile Valparaiso

PSY Argentyna El Calafate
W Argentynie i Chile bezpańskie psy nikomu nie wadzą

!PSY Chile Calama pop

PSY Chile San Pedro
Udaje, że go nie ma, bo 5 minut wcześniej został już raz przepędzony z tej restauracji
_Gruzja D
Ahh te krwiożercze bezpańskie psy w Gruzji, przed którymi ostrzegają w każdym przewodniku, normalnie rzucają się… żeby się z Tobą przywitać
PSY Gruzja Kazbek
Dochodzisz do lodowca na górze Kazbek, a tam
PSY Indonezja Bali 2
Spokojnie, nic mu nie jest

PSY Indonezja LombokPSY Chile La serenaPSY Chile La Serena PSY Chile Santiago PSY Chile Caldera PSY Gruzja Tusheti 1 PSY Gruzja Tusheti PSY Indonezja Bali 1 PSY Indonezja Bali 3 PSY Indonezja Bali 4 PSY DavidPSY Turcja tatvanPSY Turcja GoremePSY Turcja Goreme 2PSY Turcja aqva

_ Chile Santiago_Bali L