ZGUBIONY PASZPORT PSA, ZŁAMANA NOGA IZY i PIERWSZY AUTOSTOP SNUPIEGO, czyli 3. część naszych wpadek z podróży

ZGUBIONY PASZPORT PSA, ZŁAMANA NOGA IZY i PIERWSZY AUTOSTOP SNUPIEGO, czyli 3. część naszych wpadek z podróży

Snupi – nielegalny imigrant

Wracaliśmy już do Polski. Tego dnia z Gruzji przedostaliśmy się do Turcji w przejściu granicznym Sarpi-Hopa. Stamtąd zabrał nas jeden samochód 100 km dalej do Ardeşen. Niestety, kierowca z rozpędu wywiózł nas kawałek w głąb miejscowości. Tam Snupi złapał stopa. Szliśmy sobie z powrotem do głównej drogi, gdy obok zatrzymało się auto z mężczyzną i jego bardzo starym ojcem na fotelu pasażera. Staruszek zakochał się w Snupim i poprosił syna, by zatrzymał się dla nas właśnie z jego powodu.

Dziadek zapytał, czy może wziąć Snupiego na kolana. Opowiedzieli nam, że w tej części Turcji psy traktuje się już z dużo większym szacunkiem i dobrocią, niż w pozostałej części kraju. Tutaj, w górzystych terenach i klimacie korzystnym do uprawy roślin i hodowli zwierząt, wykorzystuje się psy w celach pasterskich. Za ich pracę ludzie odwdzięczają się im zatem należycie.

Wydawało nam się, że ten dzień będzie naszym rekordem, bo pruliśmy przed siebie jak strzała. Od dziadka przesiedliśmy się do kolejnego samochodu, który jechał ponad 400 km w odpowiednim dla nas kierunku – do Samsun. Droga to w całości autostrada. Szło nam tak dobrze, że zaczęliśmy się zastanawiać, czy jednak nie zwiedzić jeszcze miejscowości Amasya – rzekomo malowniczo położonej na stokach gór nad rzeką. Jeszcze dzień wcześniej odrzuciliśmy ten plan, bo zostały nam zaledwie 4 dni, by zdążyć do Polski na ślub mojego przyjaciela ze studiów.

Kierowca był bardzo małomówny. Przez 3 godziny dowiedzieliśmy samych podstaw o nim. Z ciekawszych rzeczy, że jest oficerem policji z Rize, który jechał do Samsun w jakieś sprawie służbowej. Ciszę i spokój wykorzystaliśmy na sen. Gdy mężczyzna miał już zjeżdżać do miasta, to zdecydował, że ma jeszcze chwilę czasu, więc wysadzi nas już za miastem, gdzie będzie nam łatwiej złapać odpowiedni pojazd dalej.

Po wysiadce, Iza poszła na pobliską stację do toalety, a ja obmyślałem plan. Gdy wróciła, przedstawiłem taki: do Amasya i do Europy jest jeszcze kawałek wspólnej trasy, zobaczmy jak ułoży się najbliższa godzina i zadecydujemy. Zatrzymał się samochód z dwoma mężczyznami. Zapytaliśmy, dokąd zmierzają, a oni – do Amasya! No co za fart, co za strzał, niczym w lotto. Decyzja mogła być tylko jedna. Obaj mężczyźni wyszli z auta i zaczęli nam pomagać w zapakowaniu bagażów. Mężczyzna odpalił auto i ruszyliśmy, wtedy uznałem, że to chyba najwyższa pora, żeby schować paszporty – mój i Snupiego. Złapałem się za tyłek i poczułem, że w tylnej kieszeni na suwak nic nie ma. Błyskawicznie zatrzymałem kierowcę, przeszukałem na szybko mały plecak, wszystkie kieszenie w spodniach i wszystkie w dużym plecaku. Nic. Oznajmiłem mężczyznom, że to chyba bez sensu by czekali, bo teraz czekało nas wywalenie wszystkich naszych rzeczy z plecaka. Byłem na siebie ogromnie wkurzony. Byłem pewien, że gdy na spokojnie przeszukam bagaże, to paszporty się odnajdą, a nasza idealna podwózka właśnie odjeżdża. Iza wzięła się za przeszukiwanie bagażu, a ja cofnąłem się do miejsca, w którym staliśmy. Niestety był tam przystanek, na który zdążyły już podjechać 2 autobusy. Jeśli paszporty tam leżały, to na pewno ktoś już je zabrał. W Turcji europejski paszport to łakomy kąsek. Jak potem dowiedzieliśmy się od policji, fałszuje się zdjęcia i mężczyźni próbują przekraczać granicę nawet na damskie paszporty. No właśnie, na policji… Na ulicy udało mi się spotkać młodego chłopaka, który chociaż trochę mówił po angielsku i zadzwonił do najbliższego komisariatu i wytłumaczył moją sytuację. Nie dłużej niż po 5 minutach pojawił się patrol, ale mówili tylko po turecku. Jak się okazało cały komisariat mówił tylko w tym języku.

Na posterunku policji. Ta mina mówi wszystko.

Zadzwoniłem na numer dyżurny do polskiej ambasady, a tam – UWAGA – pracownik nie mówił po turecku, więc nie miał jak pośredniczyć w rozmowie z policją. Niezła kpina. Kazano nam więc czekać na tłumacza, miało to być 30 minut. Było 2 godzinami. Każda z tych minut, ba, każda z sekund, była dla mnie psychiczną torturą. Zamiast działać, to musiałem bezczynnie siedzieć, a w wyobraźni co chwilę powstawała nowa wizja sytuacji i miejsca – gdzie zgubiłem paszport. Na przejściu granicznym byliśmy w łazience, ale ja do łazienki nie szedłem, tylko Iza. Potem siedziałem na barierce drogi, może tam paszporty wysunęły mi się z kieszeni, ale przecież były w kieszeni na suwak… A może to tych dwóch mężczyzn, którzy mieli nas zabrać do Amasya. Podejrzanie ochoczo wyskoczyli z auta i zaczęli pomagać nam z włożeniem bagaży. Powstało przy tym niezłe zamieszanie, bo 4 osoby przy jednej klapie bagażnika, to o wiele za dużo. Może to był celowych zabieg odwrócenia naszej uwagi? Już wtedy wydawało mi się to podejrzane, dlatego bardzo uważnie patrzyłem, co jeden z nich robi z plecakami, czy przypadkiem czegoś z nich nie wyciąga. Tymczasem zamiast plecaka powinienem był pilnować własnego tyłka!  A może to ten mężczyzna, który wiózł nas 400 km. Przecież oboje z Izą zasnęliśmy, ale jakim cudem udałoby mu się wyjąć paszporty z mojej kieszeni, gdy na nich siedziałem. Mówił zresztą, że jest oficerem policji. Oficerem policji… taaaa, na pewno kłamał. Przecież to najprostszy sposób, by przestępca mógł rozwiać niepokój obcej osoby.

Wszyscy zaczęli być podejrzani, nawet przemiły dziadek zachwycony Snupkiem. Przecież sami się dla nas zatrzymali, zanim jeszcze wystawiliśmy rękę do łapania okazji i na dodatek podwieźli nas tylko kilka kilometrów. Było to nieopodal granicy, więc może to taka szajka, która działa w ten sposób. I tak przez 2 godziny wymyślałem historie spiskowe i czynności, które mogłem zrobić, żebym zapobiec tej sytuacji. Czemu nie schowałem paszportu pod podłogę w psim transporterze, przecież nikt by tam nie zajrzał. Zwłaszcza, gdy w środku siedzi Snupi itd. itd. Strata paszportu bolała tym bardziej, że obawiałem się, że nie zdążę na ślub Adriana.

W końcu pojawił się tłumacz – Ozan. Jak się okazało, jest tłumaczem wolontariuszem. Współpracuje z policja od kilku lat, ale ma swoją normalną pracę, dlatego musieliśmy poczekać, aż uda mu się z niej wyrwać. Cały dzień straciliśmy na formalnościach i wyszukiwania z policją możliwości odnalezienia paszportu. Mógłbym o tym opowiadać przez następne dwie strony. W wielkim skrócie napiszę tylko, że niemożliwe okazało się, żeby dowiedzieć się czy faktycznie jakiś policjant z Rize przybył do Samsun. Policjanci zaproponowali sprawdzenie na monitoringu numerów rejestracyjnych samochodów, którym przyjechaliśmy i tego, który rzekomo zabrać nas miał do Amasya. O godzinie 21, gdy byliśmy już na kolejnym komisariacie, który gromadzi nagrania, to pomysł upadł, bo musiałby na to wydać zgodę sąd. A więc całkowicie bezsensownie zostaliśmy zmuszeni do nocowania w Samsun. Mieliśmy otrzymać nocleg w jakimś policyjnym hotelu, ale ostatecznie to też okazało się niemożliwe z jakiś formalnych przyczyn, bo skoro policja nie może nam już dalej pomóc, to nie mogą nas też tam zakwaterować. Jedyne, na co więc wpadli, to że odwiozą nas do zadbanego i czystego parku w centrum miasta i u ochroniarza załatwią zgodę na nasz nocleg w namiocie. Jedyny plus z tej całej sytuacji, to znajomość z Ozanem, który towarzyszył nam jeszcze przez godzinę w parku. Przyjaźń pozostała do dziś. Niedawno Ozan był w Warszawie, więc się spotkaliśmy.

Następnego dnia, zamiast być w pięknej Amasya, to musieliśmy ruszyć na środek pustyni – do Ankary, by w ambasadzie dowiedzieć się, co dalej w mojej sytuacji. W placówce o gościnności mogliśmy szybko zapomnieć. Była niedziela, więc poza nami i pracownikami na obiekcie nie było nikogo. Mimo to, nie wpuszczono nas nigdzie dalej niż do malutkiej poczekalni przy okienkach do załatwiana wiz itp. spraw. Na szczęście, mogliśmy swobodnie siedzieć w ogrodzie, więc tam czekaliśmy na wicekonsula. Nikt nie zaproponował nam nic do picia, oprócz wody z dystrybutora. Pojawił się wicekonsul, a wraz z nim absurdy polskiego urzędnictwa. Dialog wyglądał mniej więcej tak:

– Zgłasza Pan utratę paszportu? Jeśli tak, to w tej chwili ważność traci Pana normalny paszport i jeśli się odnajdzie, to i tak nie będzie już ważny.

– No to może Pan zadzwonić do komisariatu, gdzie wczoraj byłem? Może jakiś cudem odnaleźli paszport, bo mieli jeszcze jakoś spróbować namierzyć tego policjanta z Rize, z którym jechaliśmy.

Wicekonsul bardzo, ale to bardzo niechętnie poszedł wykonać telefon i wrócił bez dobrych wieści.

– Ma Pan ze sobą zdjęcie zapasowe do paszportu, bo trzeba będzie wyrobić paszport tymczasowy?

– Nie mam.

– No to mamy duży problem, bo dzisiaj jest ostatni dzień ramadanu, na dodatek niedziela. Jutro bajram, więc wszystkie zakłady fotograficzne pozamykane będę przez najbliższe 3 dni.

– Nie ma tutaj gdzieś budek fotograficznych? A poza tym w ambasadzie nie ma aparatu fotograficznego?

– Nie wiem czy są jakieś budki, rzadko zwiedzam okolice, a aparatu nie ma.

– Myślałem, że ambasada jest przygotowana na takie sytuacje… Możliwe, że mam zdjęcie na poczcie e-mail, bo Iza sama robiła mi zdjęcie do paszportu, a potem je obrabiała i wysyłała do mnie. Wystarczy mi więc połączenie z internetem.

– Nie może Pan się połączyć z siecią wi-fi ambasady, to jest tajne.

– Nie macie wi-fi dla gości?

– Nie.

– A jakiś komputer, z którego mogę skorzystać?

– Nie – wicekonsul zaczął o czymś rozmawiać z ochroniarzem. Może Pan skorzystać z prywatnego laptopa ochroniarza, ale tylko na korytarzu pomieszczeń mieszkalnych dla pracowników.

Poszedłem z ochroniarzem, ale zasięg wi-fi był tragiczny. Na otwarcie każdej strony czekać trzeba było kilkadziesiąt sekund. Przy takim połączeniu nie udało mi się odnaleźć zdjęcia. Wróciliśmy do rozwiązywania problemu. „A czy zdjęcie z telefonu wystarczy?”

– Jeśli będzie dobrej jakości i będzie miało wszystkie cechy zdjęcia paszportowego.

– Gdzie możemy zrobić zdjęcie, żeby było jednolite białe tło i dużo światła?

– Nie możecie Państwo wejść nigdzie dalej do ambasady, więc proszę próbować tutaj, na tle elewacji.

– Spróbujemy – Iza swoim Samsungiem S2 zrobiła zdjęcie. Konsul poszedł sprawdzić czy się nada. W tym czasie ochroniarz przyniósł nam kawałek swojego prywatnego arbuza. Wiedział, że cały dzień nic nie jedliśmy. Konsul wrócił z próbnym wydrukiem i stwierdził, że jest kiepskiej jakości, ale można zaryzykować „może przepuszczą Pana na granicy”. Przytaknęliśmy, ale zauważyliśmy, że wydruk był na zwykłej kartce, „na papierze fotograficznym będzie trochę lepiej”. Konsul odpowiedział, że nie mają w ambasadzie papieru fotograficznego… (Jak opowiadałem to potem rumuńskiemu strażnikowi granicznemu, to nie mógł powstrzymać się od śmiechu z niedowierzania).Zapytaliśmy – co z psem? Konsul odpowiedział, że nie wie, bo on nie może w tej sprawie zrobić nic.

Zaczęliśmy drążyć  – nie może Pan chociaż podbić jakieś pieczątki na moich zeznaniach z komisariatu, że zapoznał się Pan z nimi i potwierdza, że podróżujemy z psem? „Nie”. Nie może Pan wydrukować papieru z elektronicznej bazy danych, gdzie zarejestrowany jest Snupi i jej podbić jakaś pieczątką, że potwierdza Pan tożsamość psa? „Nie”. A jest tu gdzieś w okolicy weterynarz? „Nie wiem”. „Gdyby były problemy, niech Państwo pokażą zeznania z komisariatu, tam jest wzmianka o psie. Może wystarczy”.

Tak na marginesie, wiecie jak po turecku jest “pies”?
Köpek – całkiem ładnie i śmiesznie, bo szybko​ przerobiliśmy to na polskiego “głupka”.

Mieliśmy nadzieję, że powie nam chociaż, gdzie możemy coś zjeść w okolicy. Skoro jest Ramadan, więc z otwartymi restauracjami jest kłopot. Oczywiście nawet tego nie wiedział… Ambasada ma pomagać obywatelom zagranicą?! Litości! Ochroniarz wskazał pobliską ulicę, na której są 2 restauracje. Obydwie okazały się zamknięte. Dopiero, gdy wróciliśmy, konsul poinformował, że za paszport tymczasowy trzeba jeszcze zapłacić 160 lir.

– CO?! – Wcześniej nawet nie wspomniał, że cokolwiek będzie to kosztowało. Myślałem, że może 10-20 euro, a nie 160 lir, co wynosi ponad 160 zł – więcej niż normalny paszport w Polsce. A przecież ten jest ważny tylko rok. Tzn. byłby, gdyby zdjęcie w nim było dobrej jakości, bo z tym, to od razu w kraju wyrobić będę musiał nowy (wtedy nie wiedziałem jeszcze, że opłata za nowy paszport przy utracie starego jest podwyższana o 200%, a więc wynosi 450 zł?! Co jest według mnie niezgodne z konstytucją, bo to niemal rodzaj sankcji karnej – grzywny, za czyn niezamierzony i nieumyślny).

– Nie mamy tyle lir, wczoraj mieliśmy wyjechać z Turcji. Mogą być złotówki?

-Nie.

– Euro?

-Nie.

– To skąd mam wytrzasnąć liry? (Palant z niego – siedzieliśmy tutaj 2 godziny zanim poszliśmy szukać jedzenie, wiedział, że idziemy, wiedział też, że chcemy jak najszybciej dotrzeć do Polski. To nie mógł nam wcześniej powiedzieć, że musimy wytrzasnąć pieniądze?)

– Po drugiej stronie jest bankomat.

To była wisienka na torcie irytacji, jaką wywoływało u nas zachowanie konsula. Nie odezwałem się jednak ani słowem, bo wiedziałem, że jak już wybuchnę, to skończy się to dla mnie aresztem. Powstrzymywałem złość tak mocno, że krew pulsowała mi w żyłach niczym do piosenki zespołu Prodigy.

– Wypłaciliśmy pieniądze. W drodze powrotnej do ambasady zorientowaliśmy się, że karta została w bankomacie. Szybko pobiegłem, ale już jej nie było. Albo bankomat ją wciągnął, albo ktoś ją zabrał. Pognaliśmy do ambasady, ochroniarz wyjaśnił nam, że niektóre bankomaty w Turcji, w przeciwieństwie do polskich, najpierw dają gotówkę, a potem dopiero kartę. SUPER – NIE MÓGŁ NAM NIKT TEGO POWIEDZIEĆ, GDY DO NIEGO SZLIŚMY! Zdenerwowani sytuacją i zachowaniem konsula, odruchowo wzięliśmy pieniądze i poszliśmy, a karta dopiero wtedy się wysunęła. Oczywiście konsul stwierdził, że niemożliwe jest wykonanie połączenia telefonicznego z ambasady do Polski by zablokować kartę. Musieliśmy więc zrobić to z naszej komórki.

Konsul zabrał pieniądze i zniknął na kolejne kilkanaście minut. Pojawił z paszportem i informacją, że opłata za paszport to nie 160 lir, a 106. To głupi ćwok. „Nie mógł Pan spojrzeć wcześniej, co ja teraz zrobię z 54 lirami. Odkupi je Pan ode mnie, bo ja zamierzam jutro wyjechać z tego kraju, a jeszcze dziś z Ankary?!” Nawet nie przeprosił. Dobra, pozostało dowiedzieć się, jak najszybciej dostać się na autostradę. Mieliśmy mapę i GPS w komórce, ale to nie wyjaśniało czy dostać się tam metrem, autobusem, w którą stronę najłatwiej, gdzie wysiąść itd.? Konsul bawiąc się kluczykami od samochodu (machając nimi na palcu), stwierdził, że nie ma pojęcia, bo nie zna rozkładu linii metra i najlepiej jak weźmiemy taksówkę…

Znowu najbardziej pomocny okazał się ochroniarz, który wspomniał coś o grupie pracowników ambasady, która miała gdzieś jechać. Poszedł zadzwonić, ale okazało się, że to nieaktualne. Wrócił jednak z notatkami, na jaką stację metra musimy się udać, jakie kupić bilety i gdzie wysiąść.

Dojechaliśmy na stację przesiadkową do innej linii metra. Nasze zagubienie zauważył mężczyzna, który płynnym angielskim zapytał, czy może nam pomóc. Po chwili podeszła kobieta, jak się okazało jego siostra, która właśnie przyleciała do domu z Holandii. Oznajmili, że jadą w tym samym kierunku, więc nas poprowadzą. Zdążyliśmy im odpowiedzieć naszą nieszczęsną przygodę. Chyba musiała brzmieć naprawdę źle, bo rodzeństwo po krótkiej naradzie zaproponowało nam nocleg w swoim mieszkaniu. Było już blisko zmierzchu, byliśmy wkurzeni, zmęczeni, głodni, spoceni i totalnie zagubieni bez dobrego planu. Nie mogliśmy odmówić. Spędziliśmy przemiły wieczór. Jak się okazało rodzeństwo pochodziło z … Amasya! I na rodzinny obiad z okazji Bajramu jechali tam następnego dnia, ehhhh. Mężczyzna zaproponował mi jeszcze, że może mi odstąpić jedną ze swoich maszynek, bym mógł zgolić 1,5 miesięczny zarost. Zajęło mi to ponad 40 minut, czułem się 2 kilogramy lżejszy. Już po fakcie uznałem, że nie było to najlepsze posunięcie. Przecież teraz w ogóle nie przypominam osoby ze zdjęcia w paszporcie, na którym i tak ledwo coś widać…

Islamski terrorysta i normalny ja

Bez problemów (poza żołądkowymi, o których wspomniałem w 1 części historii naszych wpadek – pożegnanie z Turcja à la Sütlaç) przekroczyliśmy granicę. Bez problemów również ze Snupim. Aczkolwiek nawet nie próbowaliśmy się przekonać czy one będą, bo Snupiego szmuglowaliśmy. Półtora miesiąca wcześniej, gdy do Turcji wjeżdżaliśmy, na 6 punktach kontrolnych nikt nawet nie zerknął do jego paszportu, jednak znając zasadę „jeśli coś może pójść źle, to pójdzie”, byliśmy pewni, że teraz ktoś się o niego upomni.­­­­­­­ Spakowaliśmy więc Snupka do transportera, Iza dołożyła tam jeszcze kilka swoich ubrań, by go zasłonić i udawaliśmy, że to nasza zwykła torba podróżna. Szliśmy w takim ustawieniu, by torba była schowana za Izą, za mną i nie rzucała się w oczy żadnego strażnika. Potwierdzanie tożsamości Snupka, szczepień, badań itd. zagwarantowałoby nam kolejne wydatki i, co gorsze, kolejne minimum 2 dni w Turcji, co zaprzepaściłoby szanse na punktualny powrót do Polski. Ten sam manewr powtórzyliśmy jeszcze na granicy bułgarsko-rumuńskiej i rumuńsko-węgierskiej, bo chociaż Bułgaria i Rumunia należą do Unii Europejskiej, to nie należą do układu z Schengen, więc woleliśmy nie utrudniać sobie życia i nie sprawdzać, co z tego wynika w praktyce.

Pół roku oszczędzania na ślub i życia w rozłące, by miesiąc miodowy spędzić w rozłące…

O tym, dlaczego zdecydowaliśmy się na ślub poza Polska, możecie przeczytać TUTAJ.

Gdy decyzja już zapadła, trzeba było zdobyć fundusze. Jak na złość, miesiąc po podjęciu decyzji, czasopismo, w którym pracowałem zbankrutowało. Nie mogłem sobie pozwolić na stratę 2-3 miesięcy na poszukiwaniu pracy. Szczerze, nawet nie miałem ochoty tego robić. Czytać te wszystkie, beznadziejne ogłoszenia o pracę. W których nie potrafią i nie chcą napisać – czym miałby się człowiek dokładnie zajmować, co otrzyma w zamian i te kosmiczne wymagania (które podsumować można jednym zdaniem: masz pracować za darmo, jak student na praktykach, ale doświadczenia zawodowego to masz mieć 20 lat). Ruszyłem więc do Holandii, by tam zdobyć szybko kasę.

Przez 5 miesięcy żyliśmy z Izą w rozłące. Do Polski wróciłem zaledwie tydzień przed naszym wylotem do Indonezji. Podczas tych 5 miesięcy układaliśmy plan – kiedy robimy ceremonię ślubu? Czy na samym początku, jak chciała Iza, czy później, jak chciałem ja. Iza mówiła, że nie godzi się na ślub później, bo nie chce na zdjęciach ślubnych być nierównomiernie opalona, nieogarnięta, zmęczona – jednym słowem, tak jak wyglądamy po tygodniu naszego podróżowania. Na dodatek ze złamaną ręką albo nogą, skoro w planach mamy takie atrakcje jak wchodzenie na wulkany i uprawianie canyoningu (sportu, który obejmuje skoki do wody z kilkunastu metrów bez zabezpieczeń). Dlatego ceremonię zaplanowaliśmy na drugi dzień pobytu w Indonezji. Kto mógł przypuszczać, że to właśnie sam ślub okaże się największym niebezpieczeństwem dla zdrowia?

Wszystko przebiegało (z grubsza) według planu. Ceremonia odbyła się na plaży o godzinie 15.00. Wróciliśmy do hotelu, zjedliśmy obiadokolację z grupą 14 znajomych, którzy zdecydowali z nami spędzić wspólne wakacje. Toasty, zabawy w basenie i bach! Podczas tańca ze swoją świadkową Iza źle postawiła nogę na parkiecie wykonanym z betonu i trzasnęła jej 5 kość śródstopia. Oczywiście wtedy nikt nie przypuszczał, że noga jest złamana. Raczej skręcona czy nadwyrężona. Tylko lekko spuchła i mało bolała. Iza uznała, że to przecież nasze wesele na drugim końcu świata. Nie możemy się teraz martwić.

Z powodu zawirowań związanych z dniem niepodległości Indonezji, który wypadał dnia następnego i odległości dobrze wyposażonego szpitala, minęły 3 dni nim potwierdziliśmy złamanie.

Iza wraca do hotelu ze swoim zdjęciem rentgenowskim. Przynajmniej humor się nie ZaŁAMAŁ.

Miesiące rozłąki, oszczędzania pieniędzy, by spędzić wspaniałe chwile w Indonezji, właśnie okazały się, może nie bezwartościowe, ale mocno bezsensowne. Wprawdzie Iza po kontuzji się nie poddała i niemal wszędzie jeździła na skuterze ze mną i grupą, to nie mogła brać udziału we wszystkich najciekawszych czynnościach. Zamiast snurkować (uwielbia pływać), wchodzić na wulkany, uprawiać canyoning, czy po prostu biegać po plaży, to musiała chodzić o kulach z ciężkim białym gipsem w 30 stopniowym upale. Gdy nie miała już sił, to z kolegami nosiliśmy ją na plecach, co nie wszędzie było możliwe z powodu religijnych obyczajów. Nawet w stolicy Bali – Denpasar – niedostępny był lekki gips.Kontuzja dotknęła też pośrednio mnie. Czułem się źle, że zostawiałem Izę podczas tych wszystkich atrakcji. Jednak oboje uznaliśmy, że bez sensu będzie, gdy cały wyjazd i ja spędzę na leżąco obok niej. Od razu odrzuciliśmy też pomysł powrotu do Polski. Przede wszystkim nigdy się nie poddajemy. Poza tym nie wiedzieliśmy, czy odszkodowanie pokryje koszty takiej ucieczki. A co najważniejsze byliśmy pewni, że wciąż możemy tutaj przeżyć wspaniałe i niezapomniane chwile pełne radości. Tak zresztą było. Poza tym może złamana noga uchroniła nas przed jakimś gorszym wypadkiem. Niemniej na zawsze pozostanie w nas pewien niedosyt i smutek z tamtych dni. Dodatkowo zwiększają  je wspomnienia o zachowaniu niektórych naszych znajomych. Którzy poprzez traktowanie mnie jako przewodnika, a jednocześnie braku zaufania do moich planów i swoje nieprzygotowanie, pozbawiali nas spokojnych wspólnych chwil.

Perypetie o tym, jak zdobywaliśmy gips dla Izy, jak z nim sobie radziła na skuterze, to ogromnie ciekawa historia, ale chyba warta osobnego wpisu.

Gruzja – kraj krów, pięknych krajobrazów i czaczy

W 2 części historii naszych przypałów wspomniałem o ogromnych ilościach czaczy, jaką raczyli nas Gruzini. To fakt, alkoholu pije się tam dużo. Trzeba jednak zaznaczyć, że Gruzini znają umiar. Gdy dostrzegają, że gość nie jest już w stanie, ewentualnie dalej chce, ale już nie powinien pić – bo zaraz się upodli, to potrafią błyskawicznie i grzecznie stwierdzić, że na dzisiaj starczy. Tak też się stało, kiedy w Gruzji byliśmy zaledwie przejazdem. Według planu na kilka godzin, by przedostać się z Turcji do Armenii, bo te dwa kraje nie utrzymują stosunków dyplomatycznych.

W tym miejscu w Turcji od Armenii dzieliło nas kilka kilometrów. Jednak z powodu konfliktów turecko-armeńskich musieliśmy przejechać ich setki.

O godzinie 16 byliśmy na granicy turecko-gruzińskiej, szybko złapaliśmy pierwszego stopa, ale potem ugrzęźliśmy. Złapaliśmy w końcu ciężarówkę, która na miejscowych drogach nie była najszybszym środkiem transportu. Było już ciemno, gdy wylądowaliśmy w miejscowości Achalkalaki. I nie będę się silił na eufemizmy – było to najgorsze zadupie, do jakiego mogliśmy w tamtej chwili trafić. Małe miasteczko, w który nie ma szans na hostel, jednocześnie nie ma gdzie rozbić namiotu. Przyczepił się do nas jakiś niezbyt świeży, zarówno higienicznie jak i trzeźwością, mężczyzna. Szedł za nami dobrych kilkadziesiąt metrów, co trochę nas zaniepokoiło, ale robił to raczej z ciekawości, a nie złych zamiarów. Stwierdziłem, że trzeba odnaleźć komisariat albo radiowóz, nie żeby zgłosić mężczyznę, ale zapytać się o bezpieczne miejsce do rozbicia namiotu. W głębi liczyłem jednak na życzliwość policji, której doświadczyliśmy na naszej poprzedniej wyprawie w Gruzji wielokrotnie. Byłem pewien, że stanie się tak, jak kiedyś i policjanci zaproponują nam nocleg na terenie komisariatu. Wypatrzyliśmy radiowóz… Policjanci nas totalnie olali, powiedzieli, że nie wiedzą i wrócili do zapisywania czegoś w swoich kajecikach… ruszyliśmy więc dalej przed siebie.

Po takiej drodze ciężarówka szybko nie pojedzie.

Po chwili policjanci podjechali do nas i oznajmili, że na końcu ulicy są ruiny jakiegoś starego zamku i tam możemy spróbować. Po czym odjechali w jego kierunku, nie proponując nam nawet podwózki. Po 15 minutach marszu, w tym pod mocną stromiznę, miejsce okazało się jednym wielkim śmietnikiem. Na dodatek, co chwile zajeżdżał tu jakiś samochód, by zawrócić na przegapione rozwidlenie głównej drogi. Byliśmy pewni, że zaraz zjedzie się tutaj okoliczna młodzież, by urządzić sobie jakieś ognisko. Nie chcieliśmy tutaj zostać. Nagle podjechał do nas mężczyzna i zapytał, czy potrzebujemy pomocy. Zaproponował nam nocleg w swoim domku letniskowym.

Hmmm, Gruzini zawsze byli dla nas mili, więc nie czuliśmy żadnego strachu przed nim. Dopiero w aucie przyjrzeliśmy się. Kierowca był wysoki, potężnie zbudowany, łysy i o mało przyjemnych rysach twarzy.  Zaczęliśmy się martwić, zwłaszcza, że zjechaliśmy w jakaś dziwną okolicę, pełną obskurnych bloków. Byliśmy pewni, że zaraz zostaniemy skrojeni ze wszystkich naszych rzeczy i oby tylko to… Mężczyzna stwierdził, że pojedziemy najpierw do jego żony, to powie jej, że wróci później, bo nas odwozi. To już w ogóle było dla nas niezwykle podejrzane. Przecież widzieliśmy, że ma telefon komórkowy, poza tym – jak to „później”?! Jedziemy już prawie 10 minut, to gdzie on chce nas wywieźć, skoro zamiast w te 10 minut nas odwieźć i wrócić do domu, bardziej opłaca mu się jechać ją poinformować. Nagle mężczyzna zatrzymał auto i powiedział, że idzie do sklepu. To nas uspokoiło. Gdyby chciał nam coś zrobić, to nie zostawiłby nam auta z kluczykami w stacyjce. Z drugiej strony… nie takie pułapki widywało się w filmach gangsterskich. Wrócił z sokiem i ruszyliśmy dalej. Chwilę później zatrzymaliśmy się pod jednym z obskurnych bloków. Mężczyzna zniknął i za chwilę wyszedł z budynku z butelką czaczy w ręce. No tak, już wszystko jasne, będziemy po prostu kompanami do picia – uspokoiliśmy się.

Spokojni byliśmy aż do momentu, gdy wjechaliśmy do lasu. Mężczyzna ciągle nic nie mówił, nie było tam żadnych śladów cywilizacji – oho, chyba jednak nas zabije – niby wesoło, ale jednak niepewnie żartowaliśmy. Przy szosie zaczęły pojawiać się małe ogrodzone tereny, przypominające polskie ogródki działkowe. Dla bezpieczeństwa zadecydowaliśmy, że jedno z nas pić nie będzie. Oczywiście mogła to być tylko Iza. Bo tylko fałszywa wymówka, że jest w ciąży, była dość dobra, by nie obrazić gościnności mężczyzny. To także jedyny argument, jaki dociera do Gruzinów. I tak często o nim zapominają i zamiast proponować kielonka co 5 minut, robią to tylko co 15. Cały ciężar picia spadł na mnie. Nie był to najlepszy moment. Właśnie spędziłem miesiąc w Turcji. Kraju, gdzie nie pija się właściwie alkoholu poza gównianym piwem. Więc i ja byłem abstynentem przez cały ten czas. Tymczasem wiadomo – bez treningu możliwości spadają, zwłaszcza przy przemęczonym fizycznie organizmie, a mój zdecydowanie taki był. Po 15 minutach już wiedzieliśmy, że ze strony mężczyzny nie grozi nam żadne niebezpieczeństwo. Wraz z wyjęciem przez nas rozmówek rosyjskich i 3 szybkimi kolejkami, stał on się znacznie bardziej rozmowny i przyjazny. Po godzinie, może dwóch przyszedł moment, w którym Gruzin dostrzegł już, że więcej nie jestem w stanie w siebie wlać i stwierdził, że koniec picia. Zrobił to bardzo uprzejmie, żeby nie było mi wstyd. Wziął niejako winę na siebie, tłumacząc, że jutro praca, no i do żony musi wracać. Przeprosił nas, że nie możemy spać w domku, a w namiocie na zewnątrz, ale musi zamknąć domek, a jutro nie będzie miał kiedy tego zrobić. Nie przeszkadzało nam to, wręcz przeciwnie, w środku nie było zbyt czysto. Mężczyzna zapakował się do auta, a ja poległem w namiocie tak szybko, że nic więcej nie pamiętam.

Rano…. taaaa, jakie rano. Obudziłem się o 12. Podczas całej naszej wyprawy, nie zdarzyło się bym wstał później niż o 7.00, a już na pewno nie po Izie. Ona codziennie błagała mnie, bym dał jej poleżeć. Czasem godziłem się na 30 minut i po zrobieniu wszystkiego, co się dało, umierałem z nudów. Tym razem Iza już dawno wstała i czytała sobie książkę. Czułem się jak sardynka w puszce pozostawiona w rozgrzanym samochodzie. Słońce tak nagrzało namiot, że nie mogłem w nim wytrzymać ani sekundy dłużej. Jednocześnie głowa eksplodowała, gdy tylko próbowałem utrzymać pion. Cały nasz namiot okrążyło stado krów, ich zapach w tym upale i chmara much, które za sobą przywlekły, potęgowały chęć wymiotowania. Ale nie mogłem sobie na to pozwolić, bo nie mieliśmy ze sobą żadnej wody… Iza była wybitnie uradowana, że ją picie ominęło. Szybko się zasmuciła, gdy okazało się, że w domku zostały nasze rozmówki polsko-rosyjskie. Właśnie jechaliśmy do Armenii, by spędzić tam ponad tydzień. Wszyscy znają tam język rosyjski, a my wcale… Ruszyliśmy w kierunku głównej drogi.

Jedyne zdjęcie, jakie Iza wykonała – i zapewne wykona – mi w życiu śpiącego rano.

Czekaliśmy ponad 40 minut na jakiegoś życzliwego kierowcę. Z każdą z tych minut moja miłość do tego kraju spadała błyskawicznie. Nie mogliśmy pojąć, czemu nikt nie chce się zatrzymać, przecież Gruzini są tacy uprzejmi wobec turystów. Dopiero potem dowiedzieliśmy się, że jeszcze kilka lat temu bardzo powszechne były napady i rabunki na metodę autostopowicza. Chociaż widać po nas ewidentnie, że jesteśmy obcokrajowcami, a nie miejscowymi rabusiami, uprzedzenia wygrywały.

Naszym zbawcą okazał się stary Ormianin. Jechał do Ninotsmindy, skąd do granicy już tylko rzut beretem. Tam zmarnowany usiadłem na krawężniku jezdni i zarządziłem odpoczynek, bo mój stan przechodził w kolejną fazę kaca. Jakaś kobieta z pobliskiego stoiskami z różnymi duperelami podeszła do mnie z filiżanką kawy. Oznajmiła, że to mocna kawa, przygotowana według tradycyjnej armeńskiej receptury i że powinna mi pomóc. Nie wiem, jak źle musiałem wyglądać, skoro z taką łatwością to zauważyła. Kobieta nie chciała za kawę żadnej rekompensaty. Chyba, że za taką uznać ubaw, jaki miała ze mnie ze swoja koleżanką z drugiego stoiska. Chociaż kawa była malutka, to błyskawicznie mi pomogła… A jak potoczył się ten dzień dalej, przeczytać możecie TUTAJ.

Niech zdjęcie jeziora Tsalka w Gruzji zobrazuje stan mojego nastroju tego dnia.

Fatalny początek

Snupi w mieście jest często nie do zniesienia: nie lubi stać za długo w miejscu, a do tego uwielbia ludzi. To połączenie sprawia, że we wszystkich środkach komunikacji miejskiej i restauracjach często wierci się, kręci, jęczy, żeby tylko ktoś zwrócił na niego uwagę. Odkąd codziennie jeździ z Izą do pracy metrem, to trochę się ogarnął, ale i tak przy każdym przejeździe wynajduje w swoim sąsiedztwie jakąś osobę. Patrzy się na nią, macha ogonem i od czasu do czas pojękuję, by zdobyć głaskanie i zainteresowanie. I wiecie co? Nie ma takiego przejazdu, żeby mu się nie udało. Wtedy się uspokaja i patrzy się na nas dumnym spojrzeniem ”eeee łyso wam, wy nie chcieliście mnie drapać, to sobie poradziłem, zazdrośni?”. Chcieliśmy go tego oduczyć, ale nie da się, bo chociaż my staramy się go ignorować, to zawsze znajdzie się jakaś osoba, która ulegnie jego zaczepkom.

Również podczas jazdy samochodem w mieście Snupi jest wybitnie podekscytowany. Uspokaja się dopiero po jakiś 30 minutach jazdy. Dlatego bardzo baliśmy się zachowania Snupiego, gdy ruszaliśmy w naszą pierwsza autostopowa wyprawę. Przecież mieliśmy dostać się aż do Armenii.  Wiedzieliśmy, że na prostych odcinkach autostrad i szybkich trasach będzie lepiej, ale z drugiej strony nie wiedzieliśmy jak Snupi zareaguje na nieustanne i częste zmiany pojazdów, z ciągle nowymi osobami do zaprzyjaźnienia się.

Pierwszy dzień i pierwsze chwile podróży nie wróżyły nic dobrego. Pierwszy samochód jechał z Warszawy do Radomia. Snupi zachowywał się okropnie, siedział na moich kolanach, a mimo to nieustannie jęczał i wiercił się, przez co jego futro fruwało po całym samochodzie. Mieliśmy go porządnie wyczesać dzień wcześniej, ale nie zdążyliśmy. Wsadziłem go w miejsce na nogi pasażera, by ograniczyć zasięg futra. Gdy wysiadaliśmy z auta, odkryłem, że cała przestrzeń na nogi jest wyściełana czarną chropowatą tkaniną, która niczym klej przyczepiała do siebie białe futro. Było go tak dużo, że można by z niego zrobić małą poduszkę. Na szczęście chłopak był bardzo miły. To był także jego pierwszy raz, kiedy zabierał autostopowiczów i był zachwycony doświadczeniem. Chciałem mu dać pieniądze na umycie auta, ale powiedział, ze sobie z tym poradzi. Mam nadzieję, że nie była to kurtuazja.

Wtedy właśnie odkryliśmy, że transporter, który zabraliśmy tylko na wypadek chowania Snupiego podczas wizyty w zabytkach i restauracji, świetnie sprawdzi się przy przejazdach. Jednak nie rozwiązywało to podekscytowania Snupka, które przecież i dla niego było męczące. Ale to był dopiero początek, nie mogliśmy poddać się już teraz, bez upewnienia się czy naprawdę będzie tak źle.

W Radomiu Snupi znowu się nie popisał. Ciągle jęczał, bo nie pozwalaliśmy mu odejść dalej, ulica była bardzo ruchliwa, a padał mocny deszcz. Byliśmy więc przekonani, że zaraz ktoś się nad nami zlituje. I tak w deszczu spędziliśmy godzinę. W końcu zrezygnowani pozwoliliśmy Snupiemu pobiegać swobodnie. Po 5 minutach obwąchiwania i obsikiwania okolicy, wziął się za jedzenie trawy. To oznaczało tylko jedno – rzyganie. Ale co tam, od godziny stoimy z podniesionym kciukiem i nikt się nie zatrzymał, to możemy sobie odpuścić te 3 minuty – od konsumpcji do rzygania. Snupi skończył jeść, przybrał pozę pokrzywdzonej foki i zaczęło mu się odbijać. I co? W tym momencie zatrzymał się czysty, zadbany samochód, mimo, że nie mieliśmy wystawionego kciuka. Gdy kierowca wychylił się przez szybę, zobaczył Snupiego puszczającego pierwszego (zawsze są minimum 2 albo 3) hafta. Załamani oznajmiliśmy „Rozumiemy, jeśli nie będzie chciał Pan nas zabrać, ale z nim wszystko jest OK, nie jest mu niedobrze, on tylko zjadł trawę”. Mężczyzna odpowiedział, że rozumie, bo ma psa, więc żebyśmy wsiadali i nie ma problemu. Wtedy nam znowu zrobiło się cholernie głupio, bo musieliśmy przekazać „Jeśli chce Pan nas zabrać, to musimy jeszcze chwilę poczekać, bo to był dopiero 1 haft, zawsze są co najmniej 2”. Po drugim widać było już po Snupku, że kolejnego nie będzie i możemy bezpiecznie wsiadać. Kierowca był naprawdę bardzo miłym człowiekiem i dobrze znał zachowania psów oraz relacje właściciel-pies. Nawet nie zapytał, czy na pewno nie będzie trzeciego. Z kolei na pytanie „Czy mamy go wsadzić do transportera, by nie gubił w aucie futra?”, odpowiedział negująco i zapewnił, że wieczorem będzie sprzątał auto. W tym aucie Snupi był już grzeczny jak aniołek i takim pozostał do ostatniego dnia naszej wyprawy. Na każdej naszej wyprawie jest tak samo, pierwszego dnia jest nieznośny, a od drugiego już zachowuje się normalnie, jak w domu.

Od drugiego dnia Snupi tak zachowuje się w samochodach.
Łapanie stopa to już dla nas łatwizna.

Dlatego pamiętajcie, nigdy nie poddawajcie się na samym początku i nie załamujcie się. Niepowodzenia nie dotykają tylko tych, którzy nic nie robią. A pokonane trudne chwile stają się najlepszymi wspomnieniami.

Wpadki z naszej następnej wyprawy do Ameryki Południowej będziecie już mogli odkrywać niemal na bieżąco z nami, bo uruchomimy vloga na Youtube – nasz kanał.

Snupi zastanawia się, czy jak uruchomimy vloga, to skończy się wielogodzinne pisanie postów na bloga… a co za tym idzie – okazja do podżerania.
ZAGUBIONY SNUPI, JEGO i NASZA ARBUZOWA DIETA i JEGO SKOK NAD PRZEPAŚCIĄ, czyli 2 część naszych największych wpadek i przypałów

ZAGUBIONY SNUPI, JEGO i NASZA ARBUZOWA DIETA i JEGO SKOK NAD PRZEPAŚCIĄ, czyli 2 część naszych największych wpadek i przypałów

Kevin, tzn. Snupi sam w Turcji

Na wulkanie Nemrut w Turcji mieliśmy wątpliwą przyjemność poznać pana, który chciał abyśmy smarowali go olejkiem do opalania. Ze 2 godziny siedzieliśmy nad brzegiem jeziora położonego w kalderze wulkanu. Teraz czekało nas tyle samo pieszej wędrówki powrotnej do hotelu na zboczu wulkanu, w którym zostawiliśmy rano plecaki. Gdy tylko wstaliśmy, z krzaków wyskoczył ok. 50-letni mężczyzna. Zaczął do nas zagadywać, ale odpowiedzieliśmy że musimy iść, bo daleka droga przed nami. Wtedy zaproponował, że może nas zabrać z powrotem autem, ale musimy mu dać 30 minut na popływanie w jeziorze. No dobra, 30 minut to nie 2 czy 3 godziny marszu w ponad 30 stopniowym upale i pełnym słońcu. Mieliśmy już dość słońca, więc chcieliśmy poczekać gdzieś w okolicach parkingu w cieniu drzew, ale mężczyzna stwierdził, żebyśmy poszli za nim kawałek dalej, bo tam jest jego ulubione miejsce do pływania. Całą drogę za wszelką cenę chciał pomagać Izie, nawet w miejscach gdzie nie było to w ogóle potrzebne i nieustannie powtarzał „madame come come” (generalnie kiepsko szło nam dogadywanie się z nim po turecku). Gdy osiągnęliśmy cel, mężczyzna zamiast się rozebrać i wskoczyć do wody, zaczął namawiać nas, byśmy to my pierwsi się rozebrali i poszli również pływać. Odpowiedzieliśmy, że już pływaliśmy, bo jesteśmy tu od 2 godzin. On oznajmił, że wie, bo widział… Jak to widział?! No tak, to nie mógł być zbieg okoliczności, że wyskoczył z krzaków od razu jak się ruszyliśmy, zaczęliśmy podejrzewać, że nas podglądał.

Mężczyzna dalej naciskał, my twardo oponowaliśmy. Odpuścił, ale zaczął w kółko powtarzać, że szybko się wykąpie i pojedziemy. Gadał, gadał, ale jakoś z czynami miało to niewiele wspólnego. W końcu się rozebrał, jednak i tym razem, zamiast wskoczyć do wody to zaczął jakąś komicznie wyglądającą rozgrzewkę, a potem się położył. Po czym zaczął mówić do Izy „madame come come”. Może z mojego opisu nie wynika, że w tej sytuacji było coś dziwnego, ale uwierzcie, oboje z Iza mieliśmy bardzo negatywne odczucia wobec naszego towarzysza… Snupi też do niego nie podchodził, siedział zwinięty w kłębek za skałą, bo też miał już dość słońca. Iza podeszła dwa kroki bliżej, a gość wyjął olejek do opalania i chciał by go nim nasmarowała. To już nas wkurzyło, szybki odwrót na piętach. Gdy odchodziliśmy mężczyzna nic nawet nie powiedział, a zamiast kontynuować swoją kąpiel, to założył ubranie z powrotem i poszedł dalej ścieżką wzdłuż jeziora.

Po drodze zauważyliśmy, że jakaś rodzinka z córką i malutkim niemowlakiem zbierają się do samochodu – jedynego zaparkowanego, oprócz tego, który należał zapewne do naszego podglądacza. Nawet nie próbowaliśmy się zapytać, czy nas podwiozą, skoro mają dzieci, pewnie będą się nas bali, a i rzeczy mieli dużo. Po 15 minutach marszu rodzinka dogoniła nas i sami zapytali, czy nie potrzebujemy podwózki. Podrzucili nas aż za centrum miasta Tatvan, by łatwiej było nam znaleźć odpowiedni samochód w dalszą podróż. 5 minut po rozstaniu skapowałem się, że w bagażniku zostawiłem buty. Na wulkan założyłem buty trekkingowe, a swoje codzienne wrzuciłem do siatki foliowej, której nie spakowałem do plecaka. Potem, gdy rodzina czekała na nas pod hotelem, by nie marnować ich czasu, również sobie to darowałem. No i przegapiłem je podczas wyciągania rzeczy. Zostały razem ze skarpetkami, na szczęście były dość świeże. Dobrze że nie zostawiłem w bagażniku też drugiej siatki – ze śmieciami.

Mojego humoru nie poprawiała grupka ośmiorga dzieci, które nas otoczyły. Zaczęły wystawiać ręce, mówiąc „money, money” i oczywiście zaczepiać Snupiego. By oszczędzić mu stresu, schowaliśmy go do torby, ale nie utrudniało im to dalszego zaczepiania. Dotykały jej, zaglądały do środka, dotykały naszych plecaków. Do tej pory byliśmy obiektem zainteresowania wielu dzieciaków, ale te były wyjątkowo bezczelne i zuchwałe w dotykaniu naszych rzeczy i żebraniu. Robiły wokół nas taki raban i tłok, że kierowcy nie mieli nas jak zauważyć.

W końcu zatrzymał się stary pickup. Jechał tylko 10 km dalej, ale wszędzie dobrze, byle z dala od tej gromadki. Rzuciliśmy rzeczy na pakę. W bocznym lusterku zobaczyłem, jak dwóch gnojków podbiegło i wyciągnęło jakieś rzeczy z paki. Wyskoczyłem z auta i ruszyłem w pościg. Na szczęście jedna siatka rozerwała się i wypadł z niej mokry kostium kąpielowy Izy, a drugą zdobyczą bachorów okazały się nasze śmieci. Pogoń okazała się więc zbędna.

Po 10 km trafiliśmy do czystego, wygodnego i klimatyzowanego samochodu z dwoma miłym mężczyznami. Podróż miała trwać 80 km, więc w pełni czerpaliśmy z komfortu. Po drodze nasi kierowcy zaprosili nas jeszcze do restauracji na obiad, bo sami chcieli coś zjeść. Snupi smacznie sobie spał w torbie, był zmęczony upałem, wycieczką i dzieciakami, więc nie wyciągaliśmy go i razem z torbą usiedliśmy w ogródku restauracji. Było tam bardzo przyjemnie, jedzenie było pyszne. Cały ten spokój i komfort, jakiego doświadczyliśmy przez ostatnią godzinę, sprawił, że zrobiliśmy się błogo rozluźnieni. Po jedzeniu wszyscy strzeliliśmy sobie herbatkę, a potem każdy poszedł jeszcze do toalety. Ruszyliśmy dalej… Już zapinaliśmy pasy, gdy zauważyliśmy, że nie zabraliśmy… Snupiego spod stołu. Biegiem wróciłem do stolika. Snupi nawet nie zauważył, że został sam i smacznie sobie spał. Tak to się kończy, gdy Snupi jest za grzeczny i bezdźwięcznie leży w torbie.

P.S. To nie był pierwszy raz, gdy zapomnieliśmy Snupiego z restauracji. Identyczna sytuacja przytrafiła nam się w Polsce, po cały dniu chodzenia po Górach Świętokrzyskich. Wtedy zorientowaliśmy się jakiś 30 metrów od lokalu.

Snupi chowa się przed palącym słońcem
Jezioro Wan, nad którym leży wulkan Nemrut, jest niczego sobie.
Na jeziorze leży wyspa Akdamar z ormiańskim klasztorem z X wieku. Niestety Turcy mało dbają o zabytek. Smutne, ale przynajmniej nikt nie robi problemu z obecności tam psa.

Ojoj, ta gruzińska czacza…

Podczas naszego pierwszego pobytu w Gruzji w 2013 r., byliśmy tam w pięcioosobowej grupie. By oszczędzić na bagażu w tanich liniach lotniczych, postanowiliśmy wykupić tylko 2 duże bagaże. Jeden dla pary (Wojtek i Bogusia), a drugi dla nas i naszego najlepszego przyjaciela – Michała vel. Sołtysa. By zmieścić się w gabarytach, zrezygnowaliśmy z zabierania karimat pod śpiwory, z planem ich zakupu na miejscu. Z Polski udało nam się wcisnąć jedną.

Od razu po przylocie udaliśmy się do wypożyczali samochodów, gdzie zaopatrzeni w Opla Astrę kombi ruszyliśmy na 2-tygodniowy trip po Gruzji. Czasu było niewiele, a celów mnóstwo. Dlatego nie chcieliśmy tracić dnia na szukaniu karimat w dużym mieście Kutaisi. Załatwi się je gdzieś po drodze – pomyśleliśmy i ruszyliśmy do Swanetii. Po drodze zahaczyć tylko mieliśmy o kanion nieopodal miejscowości Martvili. Szybkie zwiedzanie i jeszcze tego samego dnia dojechać do Mestii. Do kanionu zajechaliśmy ok. godziny 16. Miejscowi właściciele knajpki gdy tylko nas zobaczyli i dowiedzieli się, że to nasz 1 dzień w Gruzji, to zaprosili na degustację czaczy (gruzińskiego napoju wyskokowego). Nie sposób było im odmówić. Ich otwartość i życzliwość to były pierwsze tego typu doświadczenia dla nas w historii naszego podróżowania. Na stół jako zagryzka wjechał ogromy arbuz (P.S. genialne połączenie). Dodatkowo gospodarze zaproponowali, że z samego rana zabiorą nas pontonami w górę rzeki, bo teraz nurt jest już za mocny. Nie pozostało nam nic innego, jak zostać na noc.

Atmosfera była wspaniała, ani na chwilę nie mogliśmy oderwać się od stołu. Tylko Wojtek i Bogusia poszli wcześniej by przygotować sobie namiot. Nasza trójka stwierdziła, że zrobimy to dopiero, jak już będziemy szli spać. Nie wzięliśmy jednak pod uwagę, że iść spać będziemy o 1 w nocy, narąbani jak messerschmitty, a jedynym dogodnym miejscem pod namiot będzie malutka polanka, która służy do wypasu krów. Wszędzie leżały krowie placki. Rozłożenie namiotu było zdecydowanie czynnością, która przewyższała nasze zdolności w tym stanie. Dlatego wyjęliśmy tylko sypialnię i tą jedną, jedyną karimatę jaką mieliśmy, na której mieliśmy położyć głowy. Niestety… pijany Sołtys od razu zachwiał się i stanął na karimacie butem, którym wcześniej wdepnął w krowi placek. Położyliśmy się więc na samym materiale sypialni namiotu i, zapewne, dotrwalibyśmy tak do rana, gdyby nie deszcz, który niespodziewanie nadciągnął. Nasz stan był wciąż poważny, więc jedyny wysiłek, jaki podjęliśmy, to przykrycie się tropikiem jak kołdrą. Niestety deszcz się rozpadał na dobre, więc Iza uciekła do namiotu Wojtka i Bogusi, a my z Sołtysem spędziliśmy noc w samochodzie. Gruzini obudzili nas o 6 rano na zwiedzanie kanionu… Pierwszy dzień podróży, a już połowa naszych rzeczy oraz samochód były brudne i mokre, a nasze głowy eksplodowały. Co do karimat, to nie udało nam się ich znaleźć przez cały następny tydzień. Gdy już dotarliśmy do stolicy Tbilisi, gdzie pewnie udałoby się je kupić, to stwierdziliśmy, że miejsca z najtwardszym podłożem już zwiedziliśmy, więc do końca już się bez nich obędziemy 😀 Zadeptana karimata przejechała z nami całe 2 tygodnie, by ani razu nie użyta, wylądować w śmietniku na lotnisku 😀

Co do samej czaczy: to po 3 pobytach w Gruzji i ilości jaką skonsumowałem (jeden z wyjazdów to był wieczór kawalerski mojego kolegi), to gdy tylko czuję jej zapach, to telepie mnie całym z obrzydzenia. Za dowód, jak ciężkim przeżyciem jest picie czaczy z Gruzinami, niech posłuży takie o to zjawisko. Podczas naszej wyprawy było 3 kierowców. Codziennie zamiast walczyć o to, kto prowadzić nie będzie musiał, to spieraliśmy się o to, kto kierowcą będzie. Żeby tylko mieć dobry argument, by odmówić picia czaczy z kolejnymi życzliwymi Gruzinami 😀

Odkąd pierwszy raz byliśmy w kanionie, wiele się w nim zmieniło – został mocno skomercjalizowany. Niemniej to wciąż cudowne miejsce. Najlepsze jest w nim to, że można je oglądać wiele razy, bo za każdym wygląda inaczej z powodu zmieniającego się poziomu wody.
Tama wodna w Enguri (Inguri) – po drodze do Swanetii, w miejscowości Jvari (nie mylić z miastem pod Tbilisi).
Jest drugą najwyższą na świecie tamą betonową – ponad 270 m. Spójrzcie po lewej stronie dźwigu – na samym dole stoi autokar. Dopiero gdy ma się punkt odniesienia, widać jej potęgę.

Pies owocożerny

W drodze powrotnej z Armenii do Polski dotarliśmy do Kutaisi. To był już mój trzeci przyjazd do Gruzji, a Izy drugi. Więc teraz nie mieliśmy w planach żadnego zwiedzania. Chcieliśmy tyko spędzić czas z naszymi gruzińskimi przyjaciółmi. 2 dni pełnego lenistwa i spokoju, tak dla odmiany po ponad 30 minionych pełnych przygód. Mieliśmy uprać wszystkie rzeczy, pływać w basenie i obżerać się jedzeniem i piciem na leżakach w ogródku. Następnie ruszyć do Polski.

Wieczorem siedzieliśmy w salonie ze znajomymi i opowiadaliśmy nasze historie. Do domu zawitał Kuba – Polak, który mieszkał w Gruzji i oferował turystom siebie ze swoim terenowym samochodem jako taksówkę. Zaczęliśmy rozmawiać. Zgodnie stwierdziliśmy, że Gruzja słynie z pysznych arbuzów, sprzedają je na każdym rogu, tymczasem ,ani on, ani my nigdy nie objedliśmy się porządnie tym przysmakiem. Szybko zapakowaliśmy się do jego samochodu i ruszyliśmy do centrum na poszukiwania arbuza. Udało się, mimo że było już ok. 21.00. Ze zdobyczą ruszyliśmy na pobliskie wzgórze, by umilić konsumpcję widokiem na podświetloną katedrę Begrati i miasta u naszych stop. Zanim przystąpiliśmy do konsumpcji, zaczęliśmy zwiedzać pobliskie ruiny i dalej rozmawiać. Temat zszedł na Tuszetię, jeden z odludnych terenów Gruzji. Ani my, ani Kuba jeszcze go nie odwiedziliśmy. Nam brakowało na poprzednim wyjeździe czasu, a jemu chętnych towarzyszy. Nie minęły dwie minuty, gdy zapadła decyzja – chrzanić odpoczynek, chrzanić lenistwo, ruszamy jutro do Tuszetii. My byliśmy w całkowitym rosole, wszystkie nasze rzeczy były brudne i rozpakowane w pokoju. Więc arbuz musiał poczekać. Plan zakładał odjazd o 6 rano. Całą noc nie spałem, bo tylko nastawiałem i rozwieszałem kolejne prania…

Kuba pojawił się punktualnie, większość rzeczy wciąż była mokra, więc samochód zamienił się w jedną wielką suszarnię. W terenowym aucie miejsca było mnóstwo. Iza, Snupi i ubrania zajęły całą przestrzeń za przednimi siedzeniami. W drogę zabraliśmy także naszego arbuza, w końcu to jemu zawdzięczaliśmy ten szalony plan.

W żadnej , mijanej, miejscowości nie mogliśmy odnaleźć knajpy, w której moglibyśmy coś zjeść. Albo ich nie było, albo były zamknięte. W końcu dotarliśmy do ostatniej miejscowości przed oddzielającą nas od Tuszetii – przełęczą Abano, gdzie samochód wspina się na 3 m.n.p.m. Nie chcieliśmy jej pokonywać po ciemku, więc po 20 minutach poszukiwania restauracji uznaliśmy, że jedziemy na głodniaka. Na miejscu na pewno uda się coś zjeść. Po przejechaniu 5 km minęliśmy dwóch mężczyzn – turystów z wielkimi plecakami. Jeden blondyn o niebieskich oczach, wyglądał na jakiegoś Austriaka. Drugi, już o zupełnie innej urodzie, ale wyglądał na jakiegoś Francuza. Ustaliliśmy, że ich zabierzemy. Przecież w 8 osobowym samochodzie jest nas zaledwie troje, no trzy i pół. Poza tym, po tylu dniach łapania autostopu, teraz to my byliśmy z Izą „właścicielami auta”, więc chcieliśmy się odwdzięczyć dobrocią. Cofnęliśmy się po nich i zaczęliśmy rozmowę po angielsku z pytaniem – dokąd zmierzają. Pytanie zadaliśmy raczej dla śmiechu, bo nic innego na końcu tej drogi nie ma niż wioska Omalo. Po 2 minutach prowadzenia rozmowy po angielsku okazało się, że to Polacy, oczywiście w odkryciu tego pomogło magiczne słowo na „k:, które wypowiedział jeden z nich, gdy oblał się wodą podczas picia. Tomek i Eliasz mieli ogromne szczęście, że na nas trafili, bo było już bardzo późno, a jeśli ktoś chce się przedostać przez przełęcz, to musi to robić rano, a już na pewno musi za to komuś zapłacić. Chłopaki przyznali, że spławili kilku kierowców, którzy chcieli ich tam przeprawić za 100 lari czyli 200 zł. Tymczasem, jak się potem okazało, byliśmy ostatnim samochodem, który tego dnia przekraczał przełęcz. Kolejny raz przekonaliśmy się o tym, o czym wspominałem już wielokrotnie na tym blogu. W najbardziej dzikich miejscach lub działających na przypale można spotkać tylko turystów z Korei, Japonii albo z Polski :D.

Ruszyliśmy zdobywać przełęcz. Snupi był zachwycony jazdą nad przepaścią. O ile rozglądanie się podczas jazdy samochodem nie wywołuje u niego żadnej większej radości, to teraz z wystawioną przez szybę głową, ba, nawet połową siebie, gapił się w urwisko. Ani na chwilę nie chciał usiąść po stronie skał. W połowie podjazdu urządziliśmy przerwę, stwierdziliśmy, że nie będzie lepszego momentu, by uhonorować zasługi arbuza w całym przedsięwzięciu. Wtedy dopiero przypomnieliśmy sobie, że przecież nie mamy już karmy dla Snupiego… Zostało nam jej zaledwie 3 garstki, na jeden może dwa posiłki. W Kutaisi mieliśmy poszukać sklepu z karmą dobrej jakości, bo wszędzie indziej było tylko Chappi. W chaosie nagłej zmiany planów, totalnie o tym zapomnieliśmy. Snupi, tak jak my, od rana nic nie jadł, ale nie chcieliśmy mu dawać teraz ostatniej porcji jego karmy. Woleliśmy zachować ją na wieczór, by mógł spokojnie z pełnym żołądkiem spędzić wieczór i noc. Dlatego i Snupi otrzymał swoją porcję arbuza. Chociaż Snupi uwielbia jabłka, gruszki i marchewki, to arbuzem zawsze gardził, gdy dawaliśmy mu go w domu. Teraz musiał być naprawdę głodny, bo wcinał, aż mu się uszy trzęsły. Wszyscy byli tym ogromnie rozbawieni, tylko my z Izą byliśmy źli na siebie, że dopuściliśmy do tak tragicznej sytuacji.

Gdy dojechaliśmy na miejsce, to wszelka nadzieja prysła, jedyny sklep jaki był wtedy w Omalo, to sklep z pieczywem, które i tak dostępne było z samego rana. Potem się kończyło. To była po prostu zwykła wiocha, w której nie ma żadnej infrastruktury dla obcych. Pewien mężczyzna wyszedł nam na powitanie i zaproponował, że możemy swoje obozowisko rozbić na jego terenie – całkowicie za darmo. My byliśmy również przerażeni, przecież nie mamy ze sobą żadnych zapasów, a dzisiaj nie jedliśmy nic oprócz arbuza, jak my tu przeżyjemy 2 dni. Na szczęście mężczyzna poinformował, że jego sąsiadka gotuje obiady dla swojego syna i jego 2 kompanów z pracy. Być może zgodzi się i dla nas ugotować za pieniądze. Ruszyliśmy do niej czym prędzej i… to tam właśnie jedliśmy do tej pory najlepsze gruzińskie smakowitości. Kobieta pędziła również własne wino, co skończyło się tym, że Tomek w środku nocy szukał namiotu, który rozbił metr od siebie – po drugiej stronie stogu siana. Snupi również otrzymał jedzenie, chłopaki mieli ze sobą jakąś konserwę mięsną, dostał też trochę resztek z naszego jedzenia. Na szczęście tłuste i ciężkie jedzenie, tak popularne w Gruzji, mu nie zaszkodziło. Tam też stołowaliśmy się jeszcze raz, a resztę naszych posiłków zagwarantował nam policjant z Tbilisi, który mieszkał po drugiej stronie rzeki… ale to już inna dobra historia

Wydłubaliśmy mu pestki – chociaż tyle mogliśmy dla niego wtedy zrobić 😀
Przełęcz Abano 2950 m.n.p.m
Omalo, hmmm – gdzie jest monopolowy?
Jak się okazało, głodni w Tuszetii nie byliśmy

Nie trzeba jechać do Boliwii na “drogę śmierci”

Rozbrykany Snupi

Snupi bardzo rzadko chodzi na smyczy. Nie chcę wyjść na „zadufanego w swoim dziecku rodzica”, ale Snupi jest bardzo inteligentny. Zaledwie w tydzień po adopcji ze schroniska nauczył się chodzić przy nodze na komendę „równaj”, swojego imienia nauczył się w 3 dni. Zawsze się nas pilnuje, w terenie nigdy nie oddala się na więcej niż 30 metrów, w mieście na max. 10. Przed dużymi ulicami sam zatrzymuje się i czeka na nas. Jeśli chce pogonić kota czy dzikie zwierzę, to wystarczy jedna reprymenda, by przywołać go do porządku. Gdy jest bez smyczy, mamy też pewność, że w razie ataku innego psa (co nie raz się już zdarzyło i były to nie raz właśnie psy na smyczy, które wykorzystywały zapas luzu na smyczy, albo po prostu ich właściciele nie byli w stanie ich utrzymać), Snupi będzie mógł uciekać. Jest szybki i zwinny, więc sam poradzi sobie zdecydowane lepiej, niż gdybyśmy mieli my być w to zaangażowani. W trudnym terenie, bez smyczy, również jest dużo bardziej zwinny, może błyskawicznie i nieskrępowanie zareagować na zmieniające się warunki.

Tak też było więc w Turcji, nieopodal miejscowości Agva. Poszarpane wybrzeże obfituje w spektakularne formacje skalne. Weszliśmy na jeden z wyżej położony punktów. Gdzieniegdzie znajdowały się małe szczeliny i dziury sięgające aż do poziomu wody, czyli jakieś 15-20 metrów. Oglądaliśmy kolejne kawałki wybrzeża. Iza, jak to Iza, co chwilę gdzieś kucała i robiła zdjęcia, a ja spacerowałem powoli dalej. Snupi chodził swobodnie pomiędzy nami. Nagle włączyła mu się „torpeda” – stan, w którym poziom endorfin jest tak wysoki, że wpada w euforię szczęścia. Zaczął biegać w tę i z powrotem po wydeptanej ścieżce. Podszedłem do jednej ze szczelin, a wtedy Snupi przefrunął mi tuż przed nosem. Futrzak bez najmniejszego trudu przeskoczył 1,5 metra między krawędziami dziury. Tymczasem je właśnie przeżywałem mikro zawał serca, poczułem gorąc w całym swoim ciele. Byłem w takim szoku, że nie byłem w stanie nic powiedzieć, ani do Snupiego, który dalej sobie radośnie biegał, ani do Izy, która odwrócona w drugą stronę, nie widziała nic z tej sytuacji. Do dziś mam do niej żal, że nie poczuła tego samego przerażenia.

Poczuła jednak innym razem. Zaledwie 3 dni później zwiedzaliśmy kanion Ihlara, w którego ścianach znajdują się pozostałości wydrążonych starożytnych kościołów i schronień. Przepiękne miejsce, w którym trudno o jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Z głównego szlaku odbiliśmy zwiedzić jeden z obiektów. Wdrapać się trzeba było po dość stromej ścieżce. Snupi znowu biegał luzem, weszliśmy do wnętrza, gdzie było kilka pomieszczeń. Chodzimy, zaglądamy tu i tam, w pewnym momencie odwracamy i widzimy Snupiego, który stoi w otworze okiennym. Mało tego, usiadł i zaczął się drapać za uchem tak intensywnie, że aż zaczął mrużyć oczy. Powierzchnia na której siedział była takiej samej szerokości, jak jego tyłek. Drapiący się pies, nic strasznego pomyślicie, a jednak, chwile wcześniej z Izą wyglądaliśmy przez to okno i po drugiej stronie była z 4 metrowa pionowa ściana, a Snupiemu zdarzyło się kilka razy tracić równowagę podczas drapania…

Od tamtej pory oboje z Izą mamy ogromny lęk, że Snupi kiedyś spadnie w jakąś przepaść. Dlatego przy każdym niebezpiecznym miejscu zapinamy go teraz na smycz. Z jednej strony zdajemy sobie sprawę, że to głupie. Wiemy, że Snupi nic sobie nie zrobi. Przecież pies wyczuwa instynktem niebezpieczeństwo, jedocześnie jego psychika pozbawiona jest nad-produktywnej wyobraźni, która u nas – ludzi – tworzy absurdalne wizje katastrofy i paraliżujący strach. Gdy stoimy nad przepaścią 5 metrową, nasz strach o upadek jest prawie zerowy, z kolei gdybyśmy stali dokładnie w tym samym miejscu, ale pod sobą mieli 200 metrów, to strach byłby już o wiele większy. A przecież spadając z tych 5 metrów prawdopodobnie zabijemy się tak samo, jak przy upadku z 200. Tymczasem psy tego nie mają, znają swoje możliwości, panują nad swoim ciałem perfekcyjnie. Są wolne od wybujałej wyobraźni, która odbiera im spokój i znajomość własnych możliwości.

Wiemy też, że smycz może być niebezpieczna. Możemy niezauważenie o coś nią zaczepić – nawet własną ręką czy nogą, a wtedy pozbawiamy siebie i psa równowagi. A mimo to, ta chora wyobraźnia i ludzka chęć poczucia się panem sytuacji, posiadania iluzorycznej kontroli, wygrywa…

O właśnie nad tym Snupi postanowił sobie przefrunąć.
Agva
Agva
kanion Ihlara
Niczym w filmach o ukrytych oazach na środku pustyni.
W jednym z takich otworów Snupi postanowił przewietrzyć swoje futro.

Jak widać, Snupi umie o siebie zadbać

Niebawem 3 i ostatnia – mamy nadzieję, na dłuższy czas 😀 – część o historiach naszych wpadek z podróży. 1 część dostępna TUTAJ.

Psy z najróżniejszych zakątków świata

Psy z najróżniejszych zakątków świata

PSY Brazylia Sao PauloPSY Argentyna El ChaltenPSY Chile Valparaiso

PSY Argentyna El Calafate
W Argentynie i Chile bezpańskie psy nikomu nie wadzą

!PSY Chile Calama pop

PSY Chile San Pedro
Udaje, że go nie ma, bo 5 minut wcześniej został już raz przepędzony z tej restauracji
_Gruzja D
Ahh te krwiożercze bezpańskie psy w Gruzji, przed którymi ostrzegają w każdym przewodniku, normalnie rzucają się… żeby się z Tobą przywitać
PSY Gruzja Kazbek
Dochodzisz do lodowca na górze Kazbek, a tam
PSY Indonezja Bali 2
Spokojnie, nic mu nie jest

PSY Indonezja LombokPSY Chile La serenaPSY Chile La Serena PSY Chile Santiago PSY Chile Caldera PSY Gruzja Tusheti 1 PSY Gruzja Tusheti PSY Indonezja Bali 1 PSY Indonezja Bali 3 PSY Indonezja Bali 4 PSY DavidPSY Turcja tatvanPSY Turcja GoremePSY Turcja Goreme 2PSY Turcja aqva

_ Chile Santiago_Bali L