FAŁSZYWY PORTFEL – rzeczy przydatne w podróży

Co to takiego? To portfel stworzony na wypadek napadu rabunkowego czy zwykłej kradzieży kieszonkowej. Po co go robić? Po to, żeby dać coś napastnikowi, by jak najszybciej zostawił nas w spokój lub by kieszonkowiec skupił się na nim, a nie na prawdziwie wartościowych rzeczach.

Z różnych opowieści i z własnej wyborażni wiemy, że jak złodziej już kogoś napadnie, to z pustymi rękami odejść nie będzie chciał i może go to tylko rozłościć. Jeśli nie mamy portfela czy luźnej gotówki, to zacznie szukać innych rzeczy: zegarka, biżuterii, komórki, aparatu, a w naszym przypadku – gdy podróżujemy z plecakami – jeszcze więcej. Dlatego w takim fałszywym portfelu trzymamy: trochę banknotów (starych, przeterminowanych lub waluty o bardzo małej wartości), nieaktywne karty kredytowe (przeterminowane lub wydrukowane z błędem), kilka papierków i wizytówek, by sprawić go bardziej wypchanym – generalnie chodzi o to, żeby wyglądał jak najbardziej na prawdziwy portfel.

CO NAJWAŻNIEJSZE, poza przeterminowanymi kartami, banknotami, czy takimi o minimalnej wartości, należy mieć w nim DROBNA SUMĘ ZNANĄ NAPASTNIKOWI: dolary, euro czy jakiś większy nominał z kraju, w którym aktualnie jesteśmy. Niektórzy napastnicy mogą być na tyle zuchwali i bezczelni, że mierząc do Was z broni, zajrzą do środka, by sprawdzić czy łup jest zadowalający.
Dlatego my w portfelu mamy zazwyczaj 10 dolarów i odpowiednik min. 50 zł w miejscowej walucie, co by udobruchać złoczyńcę i nie chciał się nami dalej interesować i nie pomyślał, że możemy mieć pieniądze jeszcze gdzieś indziej schowane. Dobrze też, żeby portfel ładnie wyglądał, im ładniej, tym bardziej przestępca będzie przekonany o kradzieży czegoś wartościowego.

Taki portfel trzymamy w głównej kieszeni spodni czy innym – standardowym – miejscu na portfel, by błyskawicznie go wyjąć lub napastnik sam go jak najszybciej odnalazł, jeśli dojdzie do obmacywania. Drugi portfel, ten prawdziwy, niech będzie jak najmniejszy, jak najmniej wypchany i schowany w bardziej dyskretne miejsce. Na rynku są też paski do spodni z wbudowaną sekretną kieszonką, różnego rodzaju kieszonki na biodra, pod pachę, czy – według mnie najlepsze rozwiązanie – kieszonki do mocowania na łydce nogi. Pieniądze dobrze też schować pod wkładkę w bucie, ale to miejsce dość obcykane, np. to podobno pierwsze miejsce, do jakiego zaglądają wojskowki w ogarniętej kryzysem Wenezueli, którzy okradają ludzi na punktach kontrolnych rozstawianych na drogach.

Czy taki portfel się sprawdza? To już kwestia zbyt indywidualna. Do tej pory, w całej naszej historii podróżowania, zostaliśmy okradzeni tylko raz. W brazylijskim mieście Manaus napadło na nas 4 lub 5 facetów z nożami. Byli naćpani, nie mieliśmy przy sobie prawie nic, bo wyszliśmy na dłuższy spacer ze Snupim, ale jak tylko dostali mój fałszywy portfel, to się zmyli. W kieszeni miałem jeszcze luzem kartę kredytową i jakieś drobiazgi, w ogóle się tym nie zainteresowali. Pamiętajcie, napastnik chce całe zajeście przeprowadzić jak najszybciej i jak najciszej, chyba że zapuścimy się w naprawdę nieciekawą dzielnicę lub będziemy mieli ogromnego pecha i trafimy na kogoś całkowicie zdegenerowanego lub totalnie naćpanego i bez skropułów.

BUTELKA WIELOKROTNEGO UŻYTKU – rzeczy przydatne w podróży

Butelka najlepiej sprawdza się jako zestaw z turystycznym filtrem wody, który opisany został w innym artykule z cyklu. Niemniej, nawet jeśli filtra ktoś nie ma, to i tak jest przydatna, bo wodę uzupełniać do niej można bezpośrednio z bezpiecznych, czystych potoków w górach, z dystrybutorów dostępnych w hostelach i restauracjach lub wcześniej przegotowanej w czajniku. Większość zalet pozyskiwania wody z ogólnodostępnych i darmowych źródeł, zamiast nieustannego kupowania wody mineralnej/butelkowanej w sklepach, opisałem właśnie przy okazji filtra. Dlatego tutaj nadmienię tylko ogólnie, że to ogromna oszczędność pieniędzy, wysiłku (nie trzeba dźwigać zapasu) i dbanie o środowisko.

Jasne, można używać „zwykłych” butelek, tj. po wodzie mineralnej kupionej w sklepie. Jest jednak kilka „ale”:

Butelki po wodzie ze sklepu są wykonane z plastiku, który nie nadaje się do wielokrotnego użytku. Czy wiecie, że jest kilkanaście odmian plastiku i jego klas?! Nawet tego, który przeznaczony jest do kontaktu z żywnością! Jesteście przekonani, że butelki po wodzie mineralnej muszą być wykonane ze „zdrowego plastiku”? No to miejcie świadomość, że w krajach mało rozwiniętych nikt tego nie kontroluje, np. w Peru podczas rejsu po Amazonce dostaliśmy wodę w torebce foliowej, która zrobiona była z najgorszej klasy plastiku…

Nawet plastik nadający się do styczności z żywnością, przestaje taki być, gdy zaczyna mieć kontakt z powietrzem atmosferycznym i tlenem lub wysoką temperaturą. Z plastiku zaczynają się wtedy wydostawać szkodliwe dla organizmu związki, które wchłania woda. Wystarczy promieniowanie UV, za każdym razem kiedy zostawicie butelkę na słońcu lub nalanie do niej ciepłego płynu. Kupując wodę mineralną w sklepie, jesteście przekonani, że robicie coś zdrowszego niż wypicie wody z ogólnodostępnego źródła, tymczasem możliwe, że ta butelka leżała wcześniej dniami czy tygodniami na słońcu. To norma, jak nie w sklepie, to podczas transportu. Nie będę tu zgrywał dalej chemika, poczytajcie o tym wszystkim w internecie. Zasygnalizuję tylko jeszcze jeden wątek, o którym nawet w Polsce jest bardzo głośno – woda mineralna sprzedawana w sklepach to bardzo często najzwyklejsza woda z ogólnej sieci wodociągów, która z mineralną ma tylko wspólnego, co ja z pluszowym misiem.

Butelki wielokrotnego użytku, jeśli są dobrej jakości i nie są podróbkami, nie zawierają szkodliwych związków, a przynajmniej nie tych najgorszych. Nie chcę tutaj reklamować żadnej konkretnej firmy, bo jest tego mnóstwo. W każdym większym sklepie turystycznym odnajdziecie co najmniej kilka producentów.

Jakie są jeszcze wady butelek po wodzie ze sklepu? Otóż nie da się ich dokładnie umyć, po pierwsze przez mały otwór korka, a po drugie wykonane są z plastiku, który „wchłania” płyn do mycia i nie da się go dokładnie spłukać (tym bardziej, że nie powinniśmy używać ciepłej wody do tego z uwagi na to, co zasygnalizowałem powyżej). Więc albo do wyboru mamy resztki mydlin albo rozwój bakterii i grzybów. Jasne, butelek nie trzeba używać przez rok, można je zmienić co 2-3 dni i w ten sposób wyeliminować problem.

Jednak jest inna wada małego otworu w butelce drugiego obiegu – tempo i wygoda napełniania butelki. Spróbujcie kiedyś wsadzić taką klasyczną butelkę do strumienia. Napełnienie 1,5 l butelki zajmie ponad minutę, jeśli nie wsadzicie jej pod odpowiednim kątem, by powietrze, które woda wypycha, nie blokowało jednocześnie przepływu.Poza tym ulokowanie otworu pośrodku dość szerokiej butelki sprawia, że często nabranie wody jest mocno niewygodne. np. z kranu w małej umywalce czy z dystrybutora wody (takie jak stoją w każdej większej firmie). Te butelki też po kilku godzinach przestają całkowicie utrzymywać swoją formę i kształt. Wgniatają się, wyginają w każdą stronę. Łatwo się oblać przy piciu, a nalewanie z nich wody do menażki czy kubka podczas gotowania w namiocie, może się skończyć wielką kałużą. Tymczasem butelki wielokrotnego użytki są twarde, mają szeroki otwór do napełniania i wygodny do nalewania „dziubek”.

Największą wadą „zwykłych” butelek jest jednak ich szkodliwość dla środowiska naturalnego. Każdemu, kto był kiedyś w Azji, Afryce czy Ameryce Południowej chyba nie muszę tłumaczyć co tu się dzieje ze śmieciami… Tym, którzy nie byli powiem, że ze śmieciami nie dzieje się nic, poza tym, że ktoś pozbył się ich ze swoich rąk. To, co zobaczyć można na matce wszystkich rzek, być może matce całej naszej planety – Amazonce – u każdej, uświadomionej ekologicznie, osoby wywoła gigantyczny smutek. Do rzeki trafia wszystko… Przy większych miastach, jak Iquitos w Peru, są miejsca, gdzie rzeka przypomina wysypisko śmieci. Tak samo jak plastik z butelki oddaje szkodliwe substancje chemiczne do wody, która jest w niej przechowywana, tak samo oddaję ją do wody, w której leży jako śmieć. Człowiek musi dziennie wypić minimum 2 litry wody, a więc to już więcej niż jedna butelka dziennie. W podróży powinno to być przynajmniej 3 litry, a więc dwie butelki. To teraz przekalkulujcie – miesiąc waszej podróży i mamy 60 nowych śmieci. Nawet jeśli użyjecie jednej butelki przez kilka dni, to mamy 10-15 śmieci, a równocześnie możecie ich nie wyprodukować wcale. Doliczcie do tego wszystkie kubeczki plastikowe, w których kupicie kawę/herbatę na wynos itp. Zamiast tego wszystkiego możecie użyć butelki wielokrotnego użytku, bo większość z nich jest wykonana z plastiku, który nie chłonie zapachów i ostrych aromatów. Dlatego poza kawą, można tam wlać zupę, czy dzięki dużym otworom, zmieścić nawet jakieś drugie danie – my tak z Izą robimy, gdy ugotujemy w terenie za dużo.

Jakie są pozostałe zalety butelek wielokrotnego użytku?

– prawie wszystkie obecne na rynku butelki mają zaznaczone na sobie miarki poziomu wody, i to nie tylko w znanym nam systemie mililitrów, ale też w anglosaskim systemie uncji (OZ).To niezwykle przydatne do gotowania wszelkich posiłków w warunkach kempingowych, zwłaszcza dań liofilizowanych, przygotowywania elektrolitów, kawy, jednym słowem – jakichkolwiek mieszanek, ale także do kontrolowania, czy wypijamy odpowiednio dużą ilość wody w ciągu dnia.

Najlepiej, jeśli wskaźniki miarki są od razu wytłoczone w butelce – tak jak w naszej, a nie nadrukowane na butelkę, bo nadruk może się zetrzeć po jakimś czasie. Jak widzicie nasza butelka już jest tak porysowana, że aż zrobiła się matowa 😀

– bardzo łatwo je otworzyć i napić się przy użyciu tylko jednej ręki. Może drobiazg, ale naprawdę go docenicie, gdy się wspinamy, mamy kijki trekingowe, prowadzimy samochód, rower i wiele, wiele innych.

– mają taką konstrukcję lub element, która umożliwia ich przytroczenie do plecaka. To przydatne nie tylko wtedy, gdy nie mam już żadnej wolnej przestrzeni w zamykanych kieszeniach, ale gdy trzymamy butelki w bocznych kiszeniach, skąd mogą łatwo wypaść np. podczas wspinaczki czy jazdy jakimś pojazdem.

Jeśli podróżujecie w pojedynkę, zalecam mieć dwie butelki – to też najsensowniejsze rozwiązanie do równego rozłożenia wagi w plecaku – trzymać je w bocznych kieszeniach plecaka i starać się pić na zmianę, by nie przeciąż którejś ze stron – woda to w końcu najcięższy, a przynajmniej jeden z najcięższych, jednostkowo przedmiotów w naszych plecakach. Jeśli podróżujecie we dwie osoby, lub z psem, dobrze mieć przynajmniej 3 butelki – nawet większość dnia można tą ostatnią trzymać pustą, ale gdy już zbliżamy się do miejsca noclegu, dobrze mieć większy zapas wody – bo przynajmniej litr użyje się za chwilę na gotowanie, a w nocy i nad rano nikomu się nie chce robić wycieczek po wodę.

Dobrze mieć butelki w różnych kolorach. Można rozdzielić wodę na butelki na “swoje” i “partnera”, albo też w jednej butelce trzymać wodę brudną, w drugiej już przefiltrowaną i uniknąć dzięki kolorom pomyłki. My podróżujemy z psem, więc zawsze wiemy, która butelka jest jego i jeśli nie wypijał wszystkiego z miski, to przelewaliśmy ją z powrotem do butelki i nie było ryzyka pomylenia jej z naszymi butelkami.

Dodam zatem kilka uwag, które pośrednio uzupełnią recenzję naszych butelek, czyli Nalgene , model – On the Fly (waga 135 gram):
Zalety:
– genialny system blokowania ustnika dodatkowym metalowym klipsem, wspomagającym plastikowy zatrzask, to świetne rozwiązanie, które gwarantuje szczelność nawet, gdy ten plastikowy zatrzask pęknie (co stało się w każdej naszej butelce, ale to jedyne uszkodzenia, a butelki upadały nam dziesiątki razy, nawet z wysokości 1,5 metra na asfalt. żadna butelka nie pękła, nic innego się nie złamało. W jednej butelce tylko doszło do wyrwania tego metalowego klipsu – nie wiemy, jak to się stało). Nie wiem jak butelki innych firm, ale nasze używamy ich już od lat, kupiliśmy je na długo przez rozpoczęciem wyprawy dookoła świata.

– gumowany element i dziura, która powstaje pomiędzy ruchomym ustnikiem i nakrętką powodują, że butelkę bardzo wygodnie się niesie trzymając tylko kciukiem lub dwoma palcami. Dziurę można także wykorzystać, by podpiąć butelkę karabińczykiem do plecaka, by mieć pewność, że się jej nie zgubi z bocznej kieszeni czy po prostu luźno ją przytroczyć.

– ustnik jest bardzo wygodny – nie za duży, nie za mały. A dzięki możliwości odkręcenia nakrętki z ustnikiem bardzo łatwo można umyć butelkę przez jej duży otwór.

– cała butelka ma wygodny, dość wąski, kształt, który dobrze leży nawet w małej dłoni – w wygodnym trzymaniu pomaga ścięty na płasko jeden z boków.

Wady butelki to:
– mogłyby być większa, np. litrowe (mają 700 ml)
– po jakimś czasie na gumie uszczelniającej ustnik pojawia się osad (prawdopodobnie grzyb, pomóc może potraktowanie octem, ale my używamy butelek codziennie, przez ponad 2 lata, w tropikalnym klimacie, często bez możliwości zadbania o nie. A ponieważ są tak szczelne, to gdy czasem nie używaliśmy ich przez kilka dni, a zapomnieliśmy wysuszyć i zostawić butelki lekko odkręcone, to powstała w środku ogromna wilgoć).

– plastikowy klips – pierwszy element zamykający – mógłby być grubszy, by był bardziej odporny na pęknięcia, ale jak wspomniałem na początku, nie ma to znaczenia skoro wszystko szczelnie zamyka klips metalowy.

Ostatnio bardzo popularne są butelki wielokrotnego użytku ”foliowe”, tzn. miękkie, które można dowolnie zgniatać – JAK TE  Mają taki minus, że trudno je umyć w środku, ale za to większość z nich ma otwór z rozmiarze standardowego otworu w butelkach wód mineralnych ze sklepu, a większość filtrów wody „słomkowych” jest przystosowana do nakręcania na takie gwinty. Więc nie szkodzi, że w takich butelkach będziemy mieli trochę bakterii, bo i tak możemy pić z nich za pośrednictwem filtra.

PIES NA JACHCIE czyli ŻEGLOWANIE Z PSEM – PORADY I WSKAZÓWKI

PIES NA JACHCIE czyli ŻEGLOWANIE Z PSEM – PORADY I WSKAZÓWKI

Czy pies może mieć chorobę morską? Na to pytanie, a także na wiele innych: o tym jak zabezpieczyć psa, jak go przygotować, co zabrać na czas żeglowania z nim po jeziorach, morzu czy oceanie, odpowiadamy poniżej.

Nasze osiągnięcie przepłynięcia Atlantyku ze Snupim (z Maroka do Brazylii) w 99% wzbudziło reakcje pozytywne. Wiele osób pyta o pewne kwestie z czystej ciekawości. Niestety wpadają do naszej skrzynki pocztowej też inne wiadomości. Przepełnione strachem i wątpliwościami o dobro Snupka – jakbyśmy nie znali własnego psa, jakby wszystkie trudności, które pokonaliśmy dotychczas, były nic nie wartym doświadczeniem. Przykre, że wiele osób nigdy w życiu nie odważy się na przekroczenie swoich granic. Na zrobienie czegoś, co wykracza poza ich zachowawczy schemat życia na tym świecie i wszelkie takie działania, traktują jako krzywdę i niebezpieczeństwo.

Oczywiście, jest kilka zagrożeń i problemów. Ale nie można się skupiać na ich istnieniu, tylko na ich rozwiązaniach, bo te zawsze istnieją. Opiszemy je poniżej, są one równie przydatne w miesięcznej przeprawie przez Atlantyk, jak i kilkudniowym rejsie po morzu czy jeziorach.

Zacznijmy od choroby morskiej. Wiele osób pyta – a psy nie mają choroby morskiej?

Oczywiście, że mogą ją mieć. Podobnie, jak chorobę lokomocyjną. Jest to kwestia indywidualna – tak samo, jak u ludzi. Jak u ludzi również, u każdej jednostki inne będą objawy i stopień ich nasilenia. Wszystko w zależności od warunków. Co trzeba tutaj wyraźnie podkreślić, to fakt, że KAŻDY człowiek i pies jest podatny na chorobę morską. Po poznaniu dziesiątki, jeśli nie setki żeglarzy i rozmowach z nimi, wiemy jedno: „Ten, kto twierdzi, że nie ma choroby morskiej, to ten, co nie trafił jeszcze na odpowiednią falę” albo próbuje zgrywać twardziela. O co chodzi? Mianowicie, każdy akwen, ba, każdy dzień ma swoje własne fale. Wystarczy zmiana wysokości fali, jej długości, kąta uderzenia w kadłub jachtu, by ktoś odporny dotychczas na chorobę morską, nagle jej uległ. Bardzo częste są przypadki, że przez cały dzień ktoś nie żadnych objawów, a zaczyna chorował w momencie, gdy słońce chowało się za horyzontem i mózg traci jakikolwiek punkt odniesienia. Taki sam efekt może wywołać bezchmurne niebo czy stracenie lądu z horyzontu. Poznaliśmy mnóstwo osób, która są w trakcie okrążania świata, ale zrobiły sobie dłużą przerwę w rejsie na kilka tygodni by zwiedzić dany kraj. Gdy wróciły na wodę, wymiotowali jak nowicjusze.

Na skalę odczuwania choroby morskiej wpływa również sytuacja, w jakiej się znajdujemy. Mam tutaj na myśli np. poziom adrenaliny. Gdy nasz organizm uzna, że sytuacja zagraża życiu, to poczucie mdłości będzie ostatnim, jakie wtedy wytworzy. Spokojnie, nie musi to być od razu nadchodząca katastrofa, wystarczy sytuacja, w której wokół nas będzie duże zamieszanie albo otrzymamy dużo zadań do wykonania. Nasz organizm będzie się bronił przed chorobą. Znajomi, którzy pływają z psem po Bałtyku, opowiadali, że ich pies na otwartym morzu nie czuje żadnego dyskomfortu, bo są emocje. Jest też dużo członków załogi, a każdy co chwilę go zaczepia. Tymczasem w porcie, kiedy wszyscy przygotowują łódkę i nikt nie ma czasu się nim zająć, a fale tylko delikatnie kołyszą łódką, to zaczyna rzygać… jak kot 😀

Nawet jeśli zachorujesz, Ty czy Twój pies, na spokojnej wodzie, to nie oznacza od razu, że dalej będzie tylko gorzej oraz nie możesz już nigdy więcej wchodzić na łódź i pływać.

Bowiem występuje NAJWAŻNIEJSZA PRAWIDŁOWOŚĆ – choroba morska mija u ludzi w 99% przypadków, po maksymalnie 2-3 dniach.

Jasne, 3 dni to niemało. Jednak w skali cudownego przedsięwzięcia i przygody, jaką jest przykładowo miesięczna przeprawa przez Atlantyk, lub 2-tygodniowy rejs po Chorwacji, Norwegii itp., to jest to dyskomfort możliwy do zaakceptowania. Choroba morska nie oznacza też nieustannego wymiotowania. Czasem objawy to tylko wyjątkowe poczucie senności, czasem tylko poczucie ciężkości w głowie, jedni będą się źle czuli wyłącznie pod pokładem, a inni z kolei wyłącznie na pokładzie. Jest tylko odsetek ludzkości, któremu choroba morska nie mija. Od wszystkich żeglarzy i osób, które popływały dłużej jako pasażerowie, słyszeliśmy tylko o 2 takich osobach.

Uwzględniając to wszystko, za nietrafione uznaję rady, by sprawdzić, czy pies ma chorobę morską podczas próbnego rejsu po Bałtyku. Przede wszystkim dlatego, że Bałtyk potrafi często być jednym z najmniej przyjaznych akwenów do żeglugi i np. fale na środkowym Atlantyku w odpowiednim sezonie, to przy falach na Bałtyku bułka z masłem.

Najważniejsze to sprawdzić, nawet podczas żeglugi na jeziorach, czy pies radzi sobie z poruszaniem się po łodzi.Na jeziorach przechylenie łódki można osiągnąć tak samo mocne, jak na otwartym akwenie.

Snupi już po kilku godzinach radził sobie wyśmienicie po przemieszczaniu się po łodzi. Każda łódź jest inna, więc każdej pies musi się “nauczyć”.
I wyszukał miejsca, gdzie można się usadowić, by najmniej się przesuwać podczas bujania łódki.

U naszego Snupiego choroba morska ograniczała się za każdym razem (bo mieliśmy kilkutygodniowe przerwy między kolejnymi rejsami) do 3-5 bardzo dużej senności i utrzymania ogólnie małej aktywności przez pierwsze kilkanaście godzin. Po tym okresie Snupi zdawał się potem być całkowicie sobą. Snupi ani razu nie wymiotował. Poznaliśmy wiele psów żeglujących, myślę, że około 20 – każdy z nich znosił chorobę morską podobnie krótko lub i tak znacznie lepiej niż jego właściciel.

Nawet jeśli na początku nie będzie różowo, to nie poddawajcie się, się wpadajcie w panikę. Pies dojdzie do siebie, zadbajcie tylko o niego (ale bez przesady) najlepiej dać mu święty spokój i mieć  tylko pod kontrolą. Znajdźcie mu spokojne miejsce, gdzie będzie mógł się położyć i zablokować swoje ciało przed nieustannym przesuwaniem/zsuwanie się. Idealnie sprawdzi się do tego łóżko lub kanapa, położenie kocyka czy posłania na podłodze bez jego wcześniejszego przytwierdzenia na stałe do podłoża jest kiepskim pomysłem, bo po podłodze wszystko się ślizga na falach.

No i przypominam, każdy akwen jest inny, a sytuacje są niepowtarzalne, nie da się przygotować na wszystko.

Małe przechylenie łódki
I dużo większe, wtedy Snupi już musiał mieć wspomaganie 😀

INNE DOLEGLIWOŚCI:

Jeśli już Wasz pies będzie wymiotował, to musicie zabezpieczyć się przed jednym z kilku największych niebezpieczeństw na łódce – odwodnieniem. Wiatr, sól i mało spokojnego snu dodatkowo odwodnienie pogłębiają. Musicie robić wszystko, żeby pies dużo pił. Na szczęście psy mają pierwotne instynkty i dużo lepiej radzą sobie z typowym dla ludzi – brakiem apetytu i pragnienia – w trakcie choroby. A przecież woda jest podstawą w leczeniu każdej dolegliwości. Warto się też zabezpieczyć przed odwodnieniem z otworu na drugim końcu organizmu – czyli biegunką. Aczkolwiek, co do zasady, nie można powstrzymywać biegunki ani u psa, ani dziecka, bo w większości przypadków jest reakcją prowadząca do pozbycia się z organizmu substancji, która mu szkodzi. Biegunkę możemy powstrzymywać tylko, gdy mamy pewność, że substancja, która ją wywołała nie jest wybitnie szkodliwa dla organizmu oraz w sytuacji gdy pies nie pije, a dalsza utrata wody z organizmu spowoduje głębokie odwodnienie, które doprowadzić może do poważnych uszkodzeń organów, a nawet śmierci. Drugi wyjątek, biegunkę można powstrzymać z czysto pragmatycznych powodów, pod warunkiem, że mamy pewność, że substancja, która ją wywołała nie jest wybitnie szkodliwa dla organizmu. Na przykład, gdy jesteśmy właśnie na jachcie, na malutkiej przestrzeni, na której spędzamy aktualnie całe swoje życie. Fajnie więc, jakby pies całej jej całej nie zanieczyścił. Na takie sytuacje warto w psiej apteczce trzymać pastę ColoCeum Plus i zwykły węgiel w pastylkach.

A kuku, co tu dają? Widzicie naszyjnik, jaki Snupi dostał od dziewczynek z amerykańskiej rodziny, która zabrała nas z Maroka na Wyspy Kanaryjskie? 😉

Jeśli już jesteśmy przy sprawach trawiennych, to na łódce częstym zjawiskiem jest przeciwieństwo biegunki – zatwardzenie. Wynika z ogólnego stresu i dyskomfortu dla organizm z powodu znajdowania się w sytuacji dla niego nietypowej. Jednak i z tym łatwo sobie poradzić odpowiednimi lekarstwami albo odpowiednią dietą. Trudno mi ocenić, czy przypadłość dotyka psy równie mocno jak ludzi. Wydaje mi się, że jeśli tylko pies będzie miał blisko przy sobie człowieka, to poradzi sobie z adaptacją do sytuacji.

MAŁA PRZESTRZEŃ

Kilka osób napisało, że żeglowanie z psem, to robienie mu ogromnej krzywdy, bo przez dłuższy czas zamknięty jest na jachcie bez dostępu do trawy, drzew do obsikania, przestrzeni do wybiegania i innych psów. Początkowo myślałem, że te osoby żartują, ale po krótkiej konwersacji z każdą z nich, odkrywałem że one tak „na serio”. W takich momentach zastanawiam się, co ludzie mają w głowach?! To takie straszne, że adoptowałem psa ze schroniska, kocham go, spędzam z nim aktywnie czas i w jego, minimum, 15 letnim życiu, zamknę go na kilka dni na ograniczonej przestrzeni jachtu? Tylko po to, żeby prędzej czy później dobić do lądu, gdzie pies będzie miał z powrotem to wszystko.

Spotkanie z delfinami to dla większości psów ogromna frajda.

Chyba niektórzy zapominają, że nie da się tak zrobić, by całe życie dla wszystkich (w tym dla psa) było cukierkowe. Nie ma samych przyjemnych i łatwych decyzji. Sukces i szczęście potrzebuje poświęceń i wysiłku. Poza tym, warto niektórym ludziom uświadomić, że pies to nie jest niemowlak wykonany z waty cukrowej, który zginie od kropelki wody i jedyne co należy z nim robić, to głaskać i kłaść na kanapie. PIES TO PIES, organizm każdego zdrowego psa jest o wiele bardziej wydajny i sprawny niż człowieka. Pies lubi się zmęczyć, pobrudzić itd. Jeśli komuś wydaje się, że jego pies tego nie lubi, to musi zrozumieć, że wynika to tylko z tego, że pies przyzwyczaił się do nudnego życia właściciela.

Całe życie z wariatami…

No właśnie – pies do szczęścia najbardziej potrzebuje CZŁOWIEKA. Dla psa właściciel jest całym światem. Pies potrafi się przystosować do skrajnie niekomfortowych warunków – najlepszym przykładem tego jest miłość zwierząt do właścicieli, którzy je biją. Więc to naprawdę takie straszne, że pies trochę się pomęczy przez kilka dni, by potem przez rok (jak w naszym przypadku) mógł biegać u mojego boku po górach, dżungli, plażach Ameryki Południowej, poznawać całkowicie nowe zapachy roślin, miejsc, poznawać nowych ludzi, krótko mówiąc, przeżywać codziennie najlepszy spacer swojego życia?  Nawet jakby miałby to być tylko miesiąc, to co? Lepiej na ten miesiąc zostawić go w hoteliku dla psów, albo z rodziną?

To jak, naprawdę chciałbyś, żebym był teraz w domu i umierał z tęsknoty? 🙁

Wracając do meritum, należy podkreślić, że pies nie potrzebuje stadionu piłkarskiego do zabawy i wytracenia energii. Tak samo, jak mitem jest, że duży i aktywny pies potrzebuje gigantycznego mieszkania czy domu z ogrodem. Psu można zapewnić mnóstwo atrakcji na małej przestrzeni. Zwłaszcza, gdy uświadomimy sobie, że zmęczyć psa fizycznie jest ogromnie trudno i wcale nie jest to najważniejsze. O wiele bardziej efektywne i cenne dla samego psa jest zmęczenie go psychicznie. To właśnie zabawy wymagające myślenia, a nie bezmyślnie obgryzanie patyka, rozwijają intelekt i zmysły psa. Dlatego na jachcie świetnie sprawdzą się zabawy, jak noseworking (trenowanie zmysłu powonienia poprzez chowanie przysmaków), trenowanie sztuczek czy zabawa ulubioną zabawką w sposób wymagający skupienia i kombinowania (np. chowania maskotki pod przeszkodami, czy prowadzenia jej na sznurku, a nie zwykłego szarpania i siłowania się o nią z psem). W normalnym życiu brakuje nam na to czasu i motywacji, tymczasem długie, a czasem nudne, dni na wodzie będą idealną okazją do nadrobienia tych czynności.

Dodatkowo w zapewnieniu psu atrakcji nie będziemy sami. Pomogą nam pozostali członkowie załogi. Psy uwielbiają kontakt z nowymi ludźmi (oczywiście zdarzają się rasy z wyjątkami od tej reguły, czy psy z traumatycznymi przeżyciami, które boją się nieznajomych). Na takim jachcie pies staje się niemal centrum zainteresowania. Przecież kilka osób zamkniętych na jachcie, po pewnym czasie ma siebie nawzajem dość i musi od siebie odpocząć. Dopada je też znudzenie. Tymczasem pies jest świetnym wentylem bezpieczeństwa, rozładowującym napięcie, konflikty, jest wyśmienitym elementem zaczepnym do rozpoczęcia rozmowy i zabaw. Niemal każdy załogant łodzi, na której byliśmy, co chwilę zaczepiał Snupiego i chciał się z nim bawić. Poza tym na łodzi coś nieustannie się dzieje, ktoś idzie spać, ktoś wstaje, są delfiny, jest zmiana warunków atmosferycznych itd. więc pies będzie mógł wykonywać jedną z ulubionych czynności psów – obserwować sytuacje. Ogromną atrakcją dla psa jest także najzwyklejsze leżenie obok człowieka i zdobywanie zainteresowania, a jesteśmy przekonani, że każdy kto będzie miał wachtę, woli mieć towarzystwo niż samotnie siedzieć na pokładzie.

No i na koniec sprawa oczywista – problem braku przestrzeni występuje tylko przy długich przeprawach, przy każdym innym rejsie, który dopuszcza dobijanie do lądu co kilka dni nie ma w ogóle o czym mówić. Poza tym żeglowanie również gwarantuje wysiłek fizyczny – bujanie łódki na falach wymaga używania mięśni do balansowania i utrzymywania równowagi i zdziwilibyście się, jak mocno. 

No i dotarliśmy, do Brazylii.
Spuść psa z oka na 3 minuty, a ten zrobi abordaż na łódkę obcych ludzi.

 ŁÓDKA VS. SAMOLOT

Mimo to dwie osoby napisały, że taka przeprawa będzie gorsze dla psa, niż transport pod pokładem w samolocie. Ja jestem z kolei przekonany, że te niedogodności są dla psa, a już na pewno dla Snupiego, o wiele mniejszym stresem niż lot. Są, oczywiście, psy, które nie mają najmniejszego problemu z podróżowaniem samotnie w samolocie. Jednak z drugiej strony są psy, które mają ogromny lęk separacyjny i bez wsparcia człowieka mogą nawet umrzeć w stresującej sytuacji (a w samolocie bodźców mnóstwo hałas, przeciążenie grawitacyjnie, zmiana ciśnienia, przenoszenie w klatce przez obce osoby, obecność innych przestraszonych zwierząt itd.). Jak bardzo pies może się bać w samolocie? Wystarczy sobie przypomnieć letnie burze i sylwestrowe fajerwerki. Do tego dołożyć lęk i tęsknotę za człowiekiem – których objawy każdy z nas na pewno słyszał na swoim osiedlu, gdy sąsiad zostawia psa samego w domu. Właśnie stres jest najczęstszą przyczyną zgonów zwierząt podczas lotów, a nie jak powszechnie się uważa – wychłodzenie organizmu.

Przestrzeń, w której psy się transportuje, to nie jest luk bagażowy. Jest to oddzielona przestrzeń z lepszymi warunkami. Jeśli już, to psy umierają tam z przegrzania – podczas nieprzewidzianych utrudnień i opóźnień, gdy samolot długi czas czeka na lotnisku i nagrzewa się od promieni słońca. Właśnie z powodu stresu podczas przeładunku i ryzyka opóźnień, należy unikać lotów przesiadkowych w trakcie podróżowania z psem https://turystyka.wp.pl/smierc-w-samolocie-podroz-ze-zwierzetami-6044267395724417a). Obecność człowieka daje psu ogromne wsparcie, tymczasem podczas przelotu pies nie ma szans na bliskość swojego człowieka. Nawet nie myślcie o podawaniu psu leków uspokajających na czas takiego transportu. W połączeniu z opisanym stresem i zmianą warunków może to doprowadzić do śmierci, a przynajmniej poważnych powikłań.

Zupełnie inaczej ma się sprawa, gdy pies może lecieć z właścicielem w kabinie pasażerskiej. Jednak Snupi nie może, bo jest za duży. Większość linii dopuszcza by pies razem z transporterem ważyli 6, 8, bardzo rzadko 10 kg. Gorszym wymogiem jest to, że transporter musi się zmieścić pod siedzeniem, a psu musi być w nim wygodnie (dokładne wymogi i akceptowane wymiary znajdziecie na stronach internetowych linii lotniczych. Linie arabskie oraz większość tanich linii nie akceptuje psów). Cały haczyk w tym, że tą wygodę ocenia obsługa na lotnisku i to od niej zależy, czy polecicie, czy stracicie bilet, bo ich zdaniem psu będzie niewygodnie.

A jak widać, na łodzi potrafi być naprawdę komfortowo.

PRZERWA NA SIKU

Niektórzy upatrują kolejnego problemu w braku miejsca do oddania moczu i kału. To kwestia niezwykle istotna, ale też ogromnie indywidualna i, według mnie, w istocie prosta do rozwiązania. Nie podlega przecież dyskusji fakt, że psa można nauczyć załatwiania potrzeb w wyznaczonym miejscu i czasie – najlepszym dowodem na to jest sama idea spaceru. Zatem osiągnięcie bardziej udoskonalonego efektu, to tylko kwestia kolejnych nauk. Można takie nauki wprowadzić na wiele dni przed rejsem. Zarówno w domu, jak i na dworze.

W domu pomocne mogą być kuwety czy specjalne maty pochłaniające ciecze. Aczkolwiek dla mnie ryzykowne jest uczyć psa w domu, w końcu od narodzin uczony jest, że w pomieszczeniach zamkniętych się załatwiać nie można, więc lepiej niech mu ten nawyk pozostanie. Poza tym nie każdy będzie sobie życzył kuwetę pod pokład jachtu, a na pokładzie ją zmyją fale, zdmuchnie wiat itd. Gdyby mieć własny jacht, można by próbować się bawić w jakieś przymocowanie kuwety. Ale jeśli pływamy sporadycznie na czyjeś łódce, to nie jest to proste przedsięwzięcie.

Luka, którego poznaliśmy w Brazylii ma wszystko na wypasie.

Powstaje jednak kluczowe pytanie – po co kuweta? Przecież pies może się załatwiać bezpośrednio na pokład, potem wystarczy to umyć (wody pod dostatkiem, dodatkowo słona woda – w przypadku żeglugi po morzu i oceanie ma właściwości bakteriobójcze, tak samo jak promienie słońca uderzające nieustannie w pokład). Najlepiej gdyby pies robił to w jednym – wyznaczonym – miejscu  (łatwym do mycia, chroniącym dość dobrze przed wypadnięciem za burtę i jednocześnie niezbyt często używanym przez nas).

By uzyskać efekt załatwiania się w wyznaczonym miejscu, psa można przyzwyczajać na spacerach – wystarczy wprowadzić praktykę, by pierwsze siku robił na wyznaczone przez nas drzewo, krzak itd. Jak to zrobić? Stać przy nim tak długo, aż się uda. Przetrzymywać psa w domu (aż naprawdę mocno będzie mu się już chciało siku i zacznie pokazywać, że chce wyjść),  by od razu po wyjściu skupił się tylko na załatwieniu się, a nie radosnym szukaniu sobie 15-tu wymarzonych miejsca do podsikania. Nie chcę tego rozwijać, bo ile psów i ich właścicieli, tyle będzie właściwych metod na naukę. Oczywiście skuteczność nauk zależeć będzie od rasy, charakteru psa, a przede wszystkim od podejścia do sprawy przez właściciela, jego inwencji twórczej i cierpliwości.

Odczep się od mojego tyłka, łapię w niego trochę wiatru.

Nie zapominajmy jednego, pies nie jest głupi i ma instynkt, nie zrobi sobie sam krzywdy. Na pewno się nie zatka i nie będzie w stanie powstrzymać swoich potrzeb dłużej, niż przez kilka czy kilkanaście godzin. Raczej rozpozna też, że przestrzeń pod pokładem przypomina mieszkanie, więc tam się załatwiać nie można. Więc z naukami możemy równie dobrze poczekać, aż już będziemy na łodzi. A naszym zadaniem będzie wtedy tyko czujne obserwowanie psa (przecież widać po nich, kiedy je “ciśnie”) i w odpowiedniej chwili zaprowadzić w pożądane przez nas miejsce. Mądry pies po kilku takich naukach na pewno zrozumie.  Jeśli nie, no to trudno – cały czas będziemy musieli pilnować psa. Z jednej strony wydaje się to męczące, z drugiej strony i tak na pokładzie cały czas trzeba mieć oko na psa, bo może sobie coś zrobić (np. wypaść z łodzi).

Większość żeglujących psów, które widzieliśmy, załatwia się w części dziobowej łódki. Zwierzaki często same wybierają to miejsce, bo uznają je za najbardziej oddalone od części mieszkalnej. Wielu właścicieli próbuje pomóc psychicznie lub chociaż fizycznie poprzez przyklejenie do pokładu sztucznej trawy. Nawet jeśli nie kojarzy się psu ona z trawą naturalną, to zwiększa przyczepność psich łap. Ponieważ większość pokładów jest obecnie wykonywana ze sztucznych laminatów, a nie, jak dawniej, naturalnego drewna. Laminaty nie gwarantują zbyt dobrej przyczepności (ale o wiele łatwiej się je myje). Niektórzy przymocowują też kawałek jakiegoś drewna czy głaz. U nas to wszystko było zbędne, Snupi potrzebował jedynie czasu i spokoju.

No właśnie, niektóre psy mają z tym największy problem. Wstydzą się, bo wiedzą, że w domu załatwiać się nie powinny (innych wyjaśnień znaleźć nie mogę, proszę tutaj o wskazówki behawiorystów) i nie chcą się załatwić kiedy się na nie patrzymy. To nie jest dobre, bo cześć dziobowa, chociaż idealna na psią toaletę, nie należy do miejsc  najbezpieczniejszych, w sensie bardzo łatwo tam wypaść poza burtę. Jest tam dość wąsko, dużo lin itp. W razie chociaż minimalnej niepogody, jest to wręcz najgorsze miejsce. Ryzykownie zostawić tam psa bez opieki nawet przy całkowicie spokojnej wodzie. Dlatego rozwiązaniem może być takie pilnowanie psa, by nie widział wprost, że go obserwujemy, lub zamontowanie siatek na całej długości burty – i to rozwiązanie najczęściej wprowadzają właściciele jachtów, jeśli mają pupila na pokładzie. Ewentualnie zapięcie psa na smycz i podpięcie jej do specjalnych taśm, które większość odpowiedzialnych żeglarzy ma poprowadzonych na łodzi – właśnie w celu podpięcia siebie samych, gdy wychodzą na pokład. Rozwiązanie ze smyczą może być kolejnym małym detalem, który zaburzy komfort psychiczny psa i opóźni jego przełamanie się do do toalety na łodzi.

Kiedy już pies się załatwi, to albo zostawmy go w spokoju, by nie robić z tego “afery” i nie sprzątajmy od razu, by nie pomyślał, że to co zrobił, to było coś złego (zwłaszcza jeśli w przeszłości zdarzyło ci się nakrzyczeć na psa przy jego odchodach, gdy zrobił je właśnie w domu lub innym zakazanym miejscu). Możemy go spróbować go nagrodzić, nie koniecznie przysmakiem, po prostu ucieszyć się na fakt jego toalety, zacząć się z nim bawić. Gdy sprzątamy nie róbmy tego z perfekcyjną precyzją, nie szorujmy środkami czyszczącymi i neutralizującymi zapachy, bo jeśli zostawimy minimalnie trochę zapachu, psu łatwiej będzie się przekonać do zrobienia tego ponownie w tym samym miejscu. No i na litość boską, nie myjcie tego płynami, bo nasze oceany i morza wystarczająco już są zanieczyszczone. Słona woda i palące słońce działa wystarczająco bakteriobójczo.

Najlepiej psa uczyć toalety, gdy łódź stoi jeszcze w marinie. Po prostu nie schodzić z niej na spacer, spróbować psa “przycisnąć do muru”.

Podczas naszego pierwszej przeprawy (z Maroka na Wyspy Kanaryjskie), dowiedzieliśmy się o wypłynięciu dzień przed, więc nawet nie mieliśmy jak Snupiego obeznać z łodzią – w tym przypadku katamaranem. Pierwsze siku zrobił po 24 godzinach i potrzebował do tego ŚWIĘTEGO SPOKOJU. Gdy wcześniej próbowaliśmy mu pokazywać różne miejsca i zabierać na “spacery” – bo łódź była dość duża, nie dawało to efektu. W końcu, nad ranem, kiedy byliśmy wszyscy schowani w kokpicie, a na pokładzie był tylko kapitan. Snupi wyszedł i sam poszedł zrobić siku na trampolinie, czyli miejscu, gdzie zamiast stałego pokładu jest rozwieszona siatka – bardzo często rozwiązanie na katamaranach. Najlepsze jest to, że wcześniej Snupi bał się tego miejsca i nie chciał tam wchodzić nawet razem z nami. Tymczasem na toaletę, to najlepsze miejsce, bo wszystko od razu spada do wody i nie trzeba nic prawie sprzątać. Jak więc widzicie, CZASEM PSY SĄ MĄDRZEJSZE OD NAS I JEDYNE CZEGO POTRZEBUJĄ, TO ZOSTAWIENIA ICH W SPOKOJU. NASZA NADOPIEKUŃCZOŚĆ TYLKO OPÓŹNIA SAMODZIELNE – INSTYNKTOWNE ZNALEZIENIA ROZWIĄZANIA.   

Pierwsze siku 😀

Ponieważ rejs trwał tylko 2 dni, Snupi nie miał wystarczająco dużo zewnętrznej mobilizacji, by przełamać się do zrobienia “dwójki” i udało mu się ja przetrzymać. Jednak podczas kolejny rejsów odkryliśmy, że ostatecznie Snupiemu łatwiej było się przełamać na zrobienie kupy, niż siku. Przepraszam za tak szczegółowe i obszerny opis, ale to chyba kwestia, która wydaje się najtrudniejsza do rozwiązania podczas żeglowania z psem.

KAPOK

My mamy kapok Hunter Moss. Trzymanie jakiegokolwiek kapoku na psie przez cały czas może być dla niego uciążliwe. Jednocześnie może być koniecznością, nawet przy bardzo spokojnej wodzie. Bo jeśli pies do niej wpadnie, to odnalezienie go może być niewykonalne. Żeglarze mówili nam, że odnalezienie człowieka jest niezwykle trudne, a co dopiero małego psa. Łódź i załoga potrzebują kilku albo nawet kilkunastu minut na zawrócenie, jeśli w ogóle jest to możliwe, bo wiatr czy pogoda – generalnie, mogą to ogromnie utrudnić. Poza tym, najpierw ktokolwiek musi zauważyć, że kogoś brakuje na pokładzie – co nie jest takie oczywiste.

Nawet jeśli fale są spokojne, to wciąż mogą być duże. Przemieszczają łódź i osobę (czy psa) w wodzie, a gdy nie mamy żadnych punktów odniesienia, to uniemożliwiają orientację – gdzie dokładnie doszło do zgubienia pasażera. Zasłaniają także pole widzenia. Poza tym fale będą podtapiać nieszczęśnika i pozbawiać go sił na utrzymanie się na powierzchni. Dlatego tak ogromnie ważny jest kapok. Po pierwsze – wspomaga on ciało w walce z zanurzeniem, po drugie – jego wyrazisty kolor ułatwia załodze zlokalizowanie topielca. A na to wszystko mamy niewiele czasu, bo niska temperatura wody wręcz wysysa z topielca jego życie. O ile w ciepłej wodzie przed utratą przytomności dzieli nas godzina, to w zimnym Bałtyku będzie to maksymalnie 20 minut. Dla małego psa będzie to kilka minut. Jasne, wszystkie te niebezpieczeństwa spadają diametralnie przy pływaniu po jeziorze, ale dla bardzo małego psa, czy mocno przerażonego, również mogą okazać się zabójcze.

Pies może wpaść do wody nie tylko przez przypadek, ale całkowicie dobrowolnie. Pomijam psy, które uwielbiają wodę. Chodzi o sytuacje podobnej do tej, którą usłyszeliśmy od znajomych: załoga z psem przepływała przez kanał, w którym była wysoka trawa wodna. Pies wyskoczył z łodzi, bo był przekonany, że trawa to już stały ląd. Także przy dobijaniu do przystani pies może wylądować w wodzie. Połączenie ogromnej radości z nadchodzącego spaceru i śliskiej nawierzchnią jachtu, zamiast długiego wyskoku na pomost, zaowocują nieporadnym 10 cm lotem. Jak na załączonym filmiku 😀

Kapok jest przydatny nie tylko na ogromnym i trudnym akwenie. Przyda się na każdy wyjazd, gdzie pies dużo czasu spędza w wodzie. Wyporność kamizelki ułatwi psu pływanie, więc daje mu większą pewność siebie podczas tej czynności. Dlatego kapok jest wskazany, gdy nasz pies średnio przepada za wodą i chcemy go do niej przekonać.

Kapok ochrania też przed wychłodzeniem organizmu na pokładzie/lądzie w razie porywistych chłodnych wiatrów.

Na co zwrócić uwagę przy wyborze kapoku:

1. NAJWAŻNIEJSZE by faktycznie miał jakąkolwiek siłę wypornościową, a nie był badziewiem zrobionym z gąbki do zmywania naczyń. Kapok Hunter Moss zdecydowanie spełnia to kryterium. Gąbki jest dużo i wypełnia kamizelkę w każdym zakamarku. Po założeniu Snupi wręcz zamienia się trochę w serdelka, bo kapok jest tak gruby.

Na dodatkową pochwałę zasługuje element zapinany pod pyskiem psa. Również tam gąbki jest dużo (o wiele więcej niż w bezmarkowym kapoku, który kupiliśmy na porównanie na allegro). Jest to ogromnie istotne, bo to właśnie głowa z pyskiem i nosem powinny być najlepiej chronione przed wodą.2. By nie był za duży i nie był zbyt luźno zapięty, bo jeśli tak będzie, to spadnie z psa przy pierwszym kontakcie z wodą, albo pies wysunie się z niego przy próbie wyłowienia z wody. Jest to ogromnie ważne, bo doprowadzenie łodzi do psa jeden raz będzie wyczynem, drugiej próby do wyłowienia może już nie być. Ważne by kapok był zapinany na brzuchu dwoma taśmami, które podtrzymywać będą zarówno przednią i tylną część tułowia, co ograniczy wysunięcie się psa z kamizelki przy podnoszeniu. 

Niezwykle istotna jest też rączka/uchwyt wszyty na górze kapoku, za który możemy psa chwycić – podnieść i wyłowić z wody.3. By był wygodny dla nas i dla psa – jak widzicie, warto żeby pies był w kapoku większość czasu, zwłaszcza mały pies o niskich pokładach energii. Chyba nie chcecie więc, żeby psu cały ten czas było niewygodnie.

Warto też, by kapok był wygodny dla nas, co oznacza, że jego zakładanie/zdejmowanie nie będzie mega trudnym i czasochłonnym przedsięwzięciem, z którego, z lenistwa, będziemy rezygnować.

Jak Hunter Moss sprawuje się pod względem wygody? Duże klamry umieszczone z boku bardzo wygodnie się zapina i reguluje. Taśmy do regulacji ściśle przylegają do konstrukcji kapoku, co ogranicza ryzyko przypadkowego ich obsikania przez psa (w kapoku, który kupiliśmy do porównania tak właśnie się stało, bo końcówki taśm układały się akurat pod “strumieniem” :D) czy wybrudzenia o inne przedmioty poprzez obcieranie się.

Rączka/uchwyt do podnoszenia psa jest wygodna i nie wżyna się w dłoń, jest duża i wyraźnie odcina się od pozostałej konstrukcji kapoku, więc łatwo ją chwycić w nagłej konieczności.

Kapok jest jakościowo i estetycznie bardzo dobrze wykonany. Nie obawiam się o wyprucie się rączki czy taśm pod brzuchem.

Jak wspomniałem, kapok jest dość gruby i może to psu trochę utrudniać położenie się w nim. Wspomniane duże klamry na boku, również  mogą utrudniać psu wygodne położenie się na boku. Ale to chyba lepsze niż klamry na brzuchu, bo wtedy trudno się położyć psu mu brzuchu i trudno się je nam zapina, tymczasem tutaj zawsze psu zostaje drugi bok.By wybrać najlepszy pod względem dopasowania i wygody kapok dla naszego psa najlepiej przymierzyć kilka różnych rozmiarów, a nie decydować wyłącznie na podstawie tabeli rozmiarów podanych w sklepach internetowych. Są kapoki takich firm, jak Ruffwear czy Hurtta, które słyną z produkcji sprzętu dla psów, ale ceny tych produktów to szaleństwo. Nie mieliśmy okazji ich przetestować. Tymczasem Hunter Moss można kupić za ok. 180 zł, co wydaje się ceną rozsądną, a jego użyteczność jest na naprawdę wysokim poziomie i wydaje się niczym nie ustępować droższym produktom.

4. By miał jak najbardziej wyrazisty kolor i kontrastowy względem wody. Taki kolor nie tylko ułatwi naszym oczom zlokalizowanie psa w wodzie, ale także na samej łodzi. Dlatego trochę szkoda, że kapok Hunter Moss dostępny jest tylko w czerwonym kolorze, który wydaje się mniej widoczny w wodzie niż np. żółty. Widoczność tego czerwonego koloru trochę poprawia to, że jest żywy i jasny. Na plus zasługuje też to, że kapok nie ma czarnych elementów, które pochłaniałyby promienie słoneczne i niepotrzebnie nagrzewały kapok, a przez to samego psa. To dość istotne bo przecież większość osób używa kamizelek dla pasów właśnie latem.

5. By kapok miał wszyte kółko do zaczepiania smyczy, bo to umożliwia zapięcia psa na smycz, byśmy mieli 100% gwarancję kontrolowania jego położenia na łodzi. No i zawsze możemy zapiąć psa, gdy musimy na chwilę zejść na ląd czy siedzimy na plaży i musimy mieć psa pod stałą kontrolą. W Hunter Moss na dużą pochwałę zasługuje fakt wszycia dwóch oczek do podpinania smyczy. Umożliwia to podwieszenie psa, by wisiał w pozycji poziomej, np. z wykorzystaniem smyczy,  specjalnej uprzęży do noszenia psa na sobie, lub najzwyczajniej podczepienia do jednego oczka adresówki czy czegokolwiek innego (np. lampki).

UWAGA – z Hunter przygotowaliśmy dla czytelników bloga promocję, przy składaniu zamówienia wpisz kod „PODRÓŻE Z PAZUREM”, a otrzymasz 10% upustu (nie obejmuje tylko produktów marki Kong i wcześniej już przecenionych, to nie jakaś jednorazowa akcja, tylko stała oferta 🙂

Zanim przejdę dalej. Wspomnę tylko o sytuacji, w której pies z łódki wypadnie po zmroku.

Otóż jeden żeglarz powiedział nam, że szansa znalezienia kogoś w nocy w wodzie wynosi 1%, no może 2%. Nie wiem, czy to prawda, czy da się to w ogóle zweryfikować. Jednak logiczne jest, że do wszystkich utrudnień, które wymieniłem powyżej, dochodzi ciemność. Jeśli niebo będzie zachmurzone, to będzie ona całkowita. Nawet jeśli trafi nam się noc bezchmurna, to widoczność zakłócać będzie odbijanie się księżyca w tafli wody. Dlatego NIEZBĘDNE JEST ZAMONTOWANIE DO PSA SPECJALNEJ LAMPKI, która aktywuje się w momencie zamoczenia. Koszt takiej lampki to zaledwie ok. 40-60 zł, za granicą ok. 15 euro, jest wielkości mniejszej niż paczka zapałek, zasilania baterią, więc w żaden sposób nie przeszkadza psu. Zlokalizowanie psa, jeśli wypadnie po zmroku, a ma podczepioną taką lampką, może być nawet łatwiejsze niż w ciągu dnia.  Lampkę kupimy z łatwością w każdym sklepie żeglarskim. Najczęściej będzie to produkt firmy Lalizas z serii Safelite TUTAJ a jej starszy model, np. w polskim sklepie TUTAJ.

Najbardziej niezawodnym rozwiązaniem dla bezpieczeństwa psa, może nawet wygodniejszym dla psa od kapoku, jest najzwyczajniej przypiąć psa do siebie lub jakiegoś elementu jachtu z dala od barierek. To rozwiązanie to na pewno KONIECZNOŚĆ w razie jakiejkolwiek niepogody i sztormu. Wystarczy do tego zwykła smycz, aczkolwiek najlepiej zaopatrzyć się w smycz amortyzowaną i szelki.

Najlepiej kupić smycz dłuższą i obwiązać ją sobie w pasie, by nie musieć nieustannie trzymać jej w ręce. To także pewniejsze mocowanie, jeśli zdarzy się, że pies wpadnie do wody. Siła jej naporu z łatwością wyrwie smycz z ręki. Jeśli ktoś chce wyższy poziom profesjonalizm, może kupić specjalny pas biodrowy, do którego mocuje się smycz. Najlepsza byłaby smycz amortyzowana, czyli taka z wszytą gumą w środku, która rozciąga się np. z długości 1,2 metra, do 2,5 metra, czy z 1,5 do 3,5. Taka smycz zapewnia Tobie i psu całkiem dużą swobodę poruszania się od siebie niezależnie i tłumienia szarpnięć, gdy pies wykonuje ruchy nieskoordynowane z naszymi. Zapobiega utracie równowagi przez Ciebie i przez psa. Gdzie takie smycze kupić? Są one obecnie bardzo łatwo dostępne i wprowadza  je do oferty coraz więcej producentów psich obróżek, szelek itd. My jednak zdecydowanie polecamy firmę Hifica Jest to polska firma, robi produkty o bardzo wysokiej jakości, użytkowości i  wytrzymałości, bo specjalizuje się w produktach do psich zaprzęgów. Spokojnie, niech Was nie przerazi ten fakt i zdjęcia Husky na każdym zdjęciu poglądowym. Hifica robi produkty na zamówienia i pod wymiar konkretnego psa, nawet małych ras. Jednocześnie robi to za bardzo rozsądne pieniądze. Ceny są zbliżone, a nawet mniejsze od tych w sklepach zoologicznych, czy wyrastających, jak grzyby po deszczu, sklepach internetowych z jakimiś desingerskimi i hipsterskimi psimi akcesoriami. A jakość jest o wiele, wiele lepsza. Wszystko robione z ogromną pasją.

Posiadanie psa na smyczy w razie jego wypadnięcia z jachtu okaże się nic nie wart, jeśli pies będzie miał na sobie zwykłą obrożę. Nasz pupil od razu z niej wypadnie przy naporze wody i siły naprężenia smyczy z drugiej strony (jeśli się z obroży nie wysunie, to z kolei będzie go dusiła). Pies musi mieć na sobie szelki. Oczywiście muszą być to szelki o odpowiedniej konstrukcji, która zapobiega wypadnięciu psa z nich, no i nie mogą być luźno zapięte. Tutaj również polecamy produkty firmy Hifica, my mamy szelki alpinistyczne. Spokojnie, niech Was nie przestraszy przymiotnik alpinistyczny, bo są zwykłe szelki, tyle tylko, że mają dodatkową – doczepianą w razie potrzeby – część tylną. Ich połączenie gwarantuje, że pies w razie zawiśnięcia na smyczy ma podtrzymanie na całej długości swojego ciała i wisi poziomo, zamiast tyłkiem czy głową w dół. Wtedy też w 100% eliminują ryzyko wysunięcia się psa z szelek. O zaletach mógłbym pisać bardzo dużo, więc lepiej, gdy zrobię osobny artykuł poświęcony sprzętowi marki Hifica.

Szelki lub kapok przydadzą się również do podnoszenia psa – by pomóc mu zejść/wejść po stromych schodach pod/na pokład.

Kiedy jacht stoi na kotwicy, a nie przy pomoście w marinie, trzeba się jakoś dostać na ląd. Przejażdżka pontonem dingy, to chyba jedna z ulubionych czynności psów żeglujących.

INNE MNIEJ PRZYDATNE RZECZY

  • Ograniczyć ryzyko wypadnięcia psa do wody i zwiększyć komfort przemieszczania się mogą buty dla psa. Pokład łodzi jest powierzchnią w większości bardzo śliską. Futro na psiej łapie i jej mała powierzchnia nie dorównują przyczepności ludzkiej stopie. Pazury, które dodają zwierzętom zwinności w terenie, na łodzi stają się bezużyteczne, bo wszelkie nierówności na pokładzie jachtu są zredukowane do minimum, by chronić człowieka przed kontuzją i ułatwić mycie pokładu. Pokład ma też często miejsca o wypukłych kształtach, nad którymi człowiek zrobi duży krok, lub ułoży odpowiednio stopę. Dla psa taka konstrukcja może być niemożliwa do pokonania. Dlatego rozwiązaniem mogą być buty, które dodadzą  psu przyczepności. Pod warunkiem, że będą to buty z podeszwą wykonaną z gumy, lub z silikonowymi wypustkami. Najważniejsze, by pies był do butów przyzwyczajony, inaczej takie buty będą tylko jeszcze większym zagrożeniem dla jego zwinności i poczucia równowagi. Buty mogą także powodować odciski, pęcherze i zaburzać pocenie łapy – jedynej części ciała psa, przez którą się poci!.
  • W niektórych sytuacjach warto także osłonić głowę psa, a właściwie uszy i czoło przed masą napierającego zimnego powietrza (zapalenie uszu u psa, to bardzo poważna sprawa). Konieczne to będzie wyłącznie w w skrajnych sytuacjach, chyba, że mamy psa ze stojącymi uszami i nieosłoniętymi futrem, np. wilczur czy buldog francuski. Czy ktoś uszyje dla psa czapkę, czy najzwyczajniej przewiąże mu na głowie bandanę, to już rzecz gustu i pomysłu. Pamiętajcie jednak, pies to pies, a nie modelka. Niech wynalazek nie ogranicza mu widoczności i go nie drażni, bo pies będzie wtedy rozkojarzony i będzie miał ograniczone zdolności manualne, a to może spowodować o wiele więcej szkody niż potencjalnych korzyści.
Rasowa foka
  • Podczas długiego rejsu należy także zabezpieczyć przed słońcem. Wprawdzie ryzyko poparzenia ciała, dotyczy raczej tylko ludzi, a nie zwierząt, których ciało osłonięte jest przecież futrem. Niemniej jeden element ich organizmy jest narażony na równi z naszym – OCZY. Promieniowanie UV niszczy je tak samo, jak nasza skórę. O tym, jak niebezpiecznie jest świadczy przykładowo choroba nazywaną górską/śnieżną ślepotą. To najzwyczajniej poparzenie spojówki i rogówki oka. W górach o wiele łatwiej o takie poparzenie, bo poziom promieniowana wzrasta wraz z wysokością, niemniej do choroby przyczyniają się także ogromne ilości światła odbijane przez śnieg. Dokładnie tak samo promienie odbija tafla wody. Zatem rejs przy mocnym nasłonecznieniu przez jeden dzień, czy kilka godzin, to żaden problem, ale 2 tygodnie takich warunków, mogą być już niebezpieczne. Rozwiązaniem mogą być gogle przeciwsłoneczne dla psa. Niestety, kupienie ich w Polsce to wyczyn niemal niemożliwy. Jeśli już coś można znaleźć, to przypomina to jakieś badziewiaste wytwory, których poziom faktycznej ochrony oczu jest wątpliwy, a już na pewno nie wyglądają na wygodne. Można więc albo spróbować zamówić je z zagranicy (co jest dość ryzykowne, bo trzeba je koniecznie dopasować do kształtu pyska), albo spróbować samodzielnie lub u ludzkiego optyka przerobić gogle/okulary dziecięce. Prostszym rozwiązaniem jest po prostu skonstruowanie psu posłania na pokładzie w jakimś zaciemnionym miejscu oraz liczyć na psi instynkt.

Dowodem na to, że psy mogą być prawdziwymi wilkami morskimi i świetnie radzić sobie na łodzi, nawet bez tych wszystkich bajerów i rozwiązań, które opisałem powyżej, jest książką “Burgas i Bosman – psy z Czarnego Diamentu”. Jest to historia polskiego żeglarza – Jerzego Radomskiego, który ze swoimi psami przepłynął wielokrotnie Ziemię, ba, większość życia spędzili na łódce. Książka nie jest arcydziełem literackim, ale wielokrotnie świetnie pokazuje, jak w ułamku sekund z łatwością rozwiązuje się pewne zagadnienia, które dla niedowiarków i życiowych tchórzy są często barierami nie do pokonania.

Za nami ponad 30 tys. km autostopowego i backpackingowego sposobu podróżowania. Przepłynięcie 3000 mil morskich.  Wiecie czego się nauczyliśmy? Że nie da się przygotować na każdą sytuację. Zamiast tego, nauczyliśmy się umiejętności przystosowania do trudnych warunków i czerpania ogromnej radości z ich pokonywania. Każdy ma to w sobie, trzeba tylko przezwyciężyć swoje początkowe lęki. Trzeba zacząć żyć pełnią życia, a nie tylko nieustannie się martwić. Tutaj zacytuję osobę, która stanęła w naszej obronie w jednej z internetowych dyskusji. „Psy mają w sobie zdolność do absolutnego szczęścia i jeśli znasz swojego psa, wiesz, jak się zachowuje w różnych sytuacjach, to będziesz potrafił wybrać co dla niego dobre. Dla psa nie ma większego szczęścia niż odkrywanie nowych lądów z panem. Oczywiście to zawsze jest tylko twoja decyzja, ale uwierz mi, gdybyś mógł psa zapytać <ziomek wybieram się na koniec świata, będzie trochę niewygodnie, czasami strasznie ale zawsze możesz na mnie liczyć> nie wierzę, że wolałby zostać w domu na kanapie”. A czy Ty wolisz spędzić swoje życie na kanapie, byle w spokoju dotrwać  do … no właśnie… dokąd? Do śmierci?

Jeśli ktoś zmierza z psem na Wyspy Karaibskie, to wymogi poszczególnych wysp znajdzie na stronie http://www.thecaribbeanpet.com/

O tym, co jeszcze przydaje się przy podróżowaniu z psem, przeczytać możesz TUTAJ lub pośrednio wyczytać z artykułów umieszczonych kategorii Porady

Na koniec przeprawy Snupi był już prawdziwym wilkiem morskim. No dobra… pluszakiem morskim 😀

Jeśli doceniasz pracę, jaką włożyliśmy w stworzenie tego obszernego poradnika, znacząco on Ci pomógł lub czytanie naszego bloga jest dla Ciebie najzwyczajniej… przyjemnością, to będziemy ogromnie szczęśliwi, jeśli zdecydujesz się nam odwdzięczyć i kupić komiks naszego autorstwa – szczegóły o nim przeczytasz TUTAJ.

Pierwsza autostopowa podróż w 2014 r. całkowicie odmieniła nasze życie. Ale gdyby nie Snupi, to nigdy by do niej nie doszło i nigdy nie powstałyby „Podróże z Pazurem”. O tym, a także o rozpoczęciu w 2017 r. ciągle trwającej wyprawy dookoła świata, opowiada 1. odcinek KOMIKSU

Możesz także wykonać darowiznę. Ten blog od strony czysto finansowej to dla nas spory wydatek, a nie źródło realnego dochodu (o czym poczytać możecie TUTAJ). Pomóż nam go prowadzić. Każda złotówka się liczy i nawet taką kwotę możesz przekazać. Jeśli każdy, kto skorzystał z naszych poradnikowych artykułów, przelałby zaledwie po “tej 1 złotówce”, to zebralibyśmy w ten sposób ponad 20 tys. zł. Co, przy naszym sposobie podróżowania, starczyłoby na blisko rok życia w trasie i możliwość przecierania szlaku dla kolejnych psi podróżników. Tak, jak uczyniliśmy to tym artykułem.

  • możesz wesprzeć nas poprzez platformę Patronite https://patronite.pl/podroze-z-pazurem
  • jeśli wolisz poprzez bezpośredni przelew na konto bankowe 62 1090 1014 0000 0001 3754 5690 Izabella Miklaszewska, w tytule darowizna (według polskiego prawa, każda osoba fizyczna może każdej innej wykonać darowiznę).
  • możesz to zrobić także poprzez PayPal – na to samo nazwisko i odnośnik do naszego konta paypal.me/zpazurem

Za darowizny znacznie przekraczające nasze oczekiwania, będziemy wysyłać różne podziękowania, o czym dokładnie poczytać możesz na stronie Patronite. Np. zaproszenie do “tajnej” grupy, gdzie możesz być z nami w stałym kontakcie,  zadać bardziej skomplikowane i indywidualne pytania. Czy to poprosić o pomoc w doborze sprzętu, czy poradę ws. podróżowania z psem, z plecakiem, w trudne tereny, w góry… Zapytać o kulisy prowadzenia bloga, czy poprosić o wskazówki do rozpoczęcia/prowadzenia swojej twórczości. Inna opcje, to że do Ciebie zadzwonimy z miejsca, gdzie aktualnie jesteśmy, umówimy się na spacer, a może nawet dołączysz do nas na jakimś etapie wyprawy i nauczymy Cię wszystkiego, co potrafimy. Dziękować też będziemy m.in.  przypinkami (tzw. button) lub magnesami na lodówkę z otwieraczem do kapsli z grafiką naszego bloga (zdjęcie poniżej).

3. Wesprzeć nas także możesz poprzez zakup koszulki/bluzy z wzorami naszego autorstwa w sklepie Power Canvas TUTAJ (20% zysku z nich idzie do nas).

Z projektu bluzy jesteśmy najbardziej dumni, ale są także 3 zacne wzory koszulek. Wszystko w wersji damskiej i męskiej TUTAJ
JAK i CZY PRZEDŁUŻYĆ BRAZYLIJSKĄ WIZĘ TURYSTYCZNĄ?

JAK i CZY PRZEDŁUŻYĆ BRAZYLIJSKĄ WIZĘ TURYSTYCZNĄ?

To wprawdzie policja drogowa, która nie zajmuje się przedłużaniem wiz, ale nie mogłem się oprzeć

Na przestrzeni ostatnich dwóch lat Brazylia zmieniła znacząco przepisy dotyczące pobytu obcokrajowców na swoim terytorium. Niestety, w internecie wciąż brak nowych informacji, np. na stronie polskiej ambasady czy ministerstwa spraw zagranicznych. Co jednak gorsze, na różnych podróżniczych forach i stronach wciąż powielane są „na nowo” błędne – nieaktualne zasady. Dlatego przygotowaliśmy ten post. Jesteśmy „świeżo” po wydłużeniu swojej wizy na nowych przepisach.

Zacznimy od tego, że aby dostać się do Brazylii nie trzeba wizy załatwiać z wyprzedzeniem. Wizę otrzymujesz na miejscu – na lotnisku czy każdym innym przejściu graniczym. Albo tak jak my, musieliśmy po dotarciu łodzią pojechać na komisariat policji federlanej. Za wizę się też nic nie płaci. Otrzymujesz zgodę na 90-dniowy pobyt. Wraz ze stemplem/wizą w paszporcie, otrzymasz stempel na formularzu, który musisz wcześniej wypełnić – w samolotach rozdaje go załoga. Jest to tzw. karta wejścia/wyjścia. Jest to zwykła wydrukowana kartka papieru z podstawowymi danymi, ale MUSISZ JĄ MIEĆ W MOMENCIE OPUSZCZANIA BRAZYLII. (AKTUALIZACJA: w 2019 r. Brazylia zaprzestała procedury kart wejścia/wyjścia)

Po lewej pierwotna wiza, po prawej wiza przedłużona

Komplikacje zaczynają się dopiero z chęcią wydłużenia tego pobutu. Tutaj należy podkreślić, że JEST TO MOŻLIWE. Czemu tak to podkreślam, otóż jakieś 2 lata temu Brazylia wycofała możliwość przedłużenia pobytu dla niemal wszystkich obywateli krajów europejskich. Przyczyną była niejako zemsta na rządzie francuskim, który swego czasu utrudnił Brazylijczykom ich pobyt we Francji. Brazylia w ramach rewanżu pojechała grubo, nie tylko po Unii Europejskiej, ale po całym układzie z Schengen i tak oberwało się też np. Szwajcarii. Tylko obywatele 3 krajów z układu z Schengen wciąż mają możliwość przedłużenia wizy: Portugalczycy, Brytyjczycy i Polacy. Nie wiem skąd wynika ta wspaniałomyślność względem naszego kraju. Być może wynika z dobrych relacji gospodarczych… być może z tego, że w Brazylii żyje ogromna – druga na świecie – polonia (tak jest, szacuje się, że w Brazylii może mieszkać ponad 3 mln. osób polskiego pochodzenia). A może tylko dlatego, że ktoś „na górze” w brazylijskich insytucjach popełnił błąd, co by mnie nie zdziwiło, bo brazylijski system jest pełen biurokracji, w tym absurdów i bałaganu. Tak czy inaczej, pamiętaj tą informację, bowiem w wielu mniejszych miejscowościach i miastach policjanci odmawiają Polakom przedłużenia wizy, bo, jak argumentują, „europejczycy stracili możliwość przedłużenia wizy”. Nie daj się spławić, spróbuj ich przekonać, żeby sprawdzili w internecie specjalne rozporządzenie brazylijskiego ministerstwa z czytelną tabelą, która wskazuje zasady pobytu obywateli poszczególnych krajów.

W Sao Paulo, Rio czy stolicy – Brasili nie będzie tego problemu. Nie będzie też w Manaus i Belem – bo tutaj my się za to zabieraliśmy. Słyszeliśmy o takich problemach w takich miastach jak Natal, Fortaleza, Recife. No i to Brazylia, zawsze możecie trafić na osobę, która totalnie nie zna zasad, a jednocześnie jest przekonana, że robi wszystko perfekcyjnie zgodnie z nimi albo po prostu ma grymas. Choć Brazylijczycy należą do bardzo życzliwych osób, to akurat na policji dużo jest osób, które lubią pokazać „kto tu rządzi”. Przykłądowo, my w malutkiej miejscowości Cabadelo, gdzie robiliśmy swój check-in po dotarciu, trafiliśmy za pierwszym razem na niemiłego policjanta, któr powiedział, że nie ma możliwości przedłużenia. Potem pojechaliśmy dla towarzystwa ze szwajcarkim żeglarzem, który był pewien o możliwości przedłużenia swojej wizy i trafiliśmy na miłego policjatna, który z pomocą 3 kolegów, odnalazł wspomniane rozporządzenie. Potem, ten sam dokument widzieliśmy jeszcze w rękach policjantów w Belem i Manaus.

Druga sprawa, która wymaga podkreślenia, to zmiana sankcji za pozostanie dłużej na terytorium Brazylii bez właściwego przedłużenia wizy. Wcześniej, w razie „nielegalnego” wydłużenia swojego pobytu, karą było jedynie naliczenie grzywny w wysokości 8 reali (czyli jakiś 8,5 zł) za każdy dzień „nielegalnego pobytu”. Wielu obcokrajowców ignorowało więc zasady i zostawali sobie tydzień, dwa czy miesiąc dłużej bez kłopotania się o wydłużanie wizy, a na koniec płacili wciąż symboliczną karę. Albo w ogóle jej nie płacili, bo konieczność zapłaty pojawiała się przy ponownym zawitaniu w Brazylii. Przepisy więc zaktualizowano i teraz ta kara wynosi ponad 100 reali za dzień.

Obecnie nie opłaca się więc ignorować zasad, zwłaszcza że koszt przedłużenia wizy to tylko 110 reali (2 lata temu ten koszt był jeszcze niższy i wynosił 10 dolarów, a od niektórych czasem w ogóle nie była pobierana opłata). Za tą sumę możemy się cieszyć kolejnymi 90 dniami pobytu, czyli polski turysta może w Brazylii spędzić łącznie 180 dni. Zanim przyjdzie nam się jednak cieszyć, musimy się mocno napracować i „nalatać” po różnych miejscach. Na pewno zawitać będziemy musieli na komisariacie policji federlanej i w banku Banco de Brasil. Nalatać można się już z tego tylko względu, że czasem od komisiariatu policji do najbliższego Banco de Brasil dzielić nas będzie kilka kilometrów, a czasem na komisariacie trzeba zawitać więcej niż raz.

Zanim gdziekolwiek się ruszysz, upewnij się, który komisariat policji federalnej (ale nie policji federalnej rodoviaria – bo to tylko policja drogowa) obsługuje takie sprawy. To kolejny element zmian, kiedyś można to było zrobić na niemal każdym większym posterunku, teraz system sprawił, że wyznaczany jest jeden komisariat w promieniu metropolii. W ten oto sposób, wizę w Belem przedłużyć można w… innym mieście w Ananindeua. (Uwaga: w Manaus nie jest to posterunek policji przy ulicy Av. Tancredo Neves, informacja, które podaje google, że jest to komisjariat ds. paszportowych, jest nieaktualna. Teraz jest to komisariat przy Av. Domingos Jorge Velho).

Gdy już masz pewność, to wciąż wstrzymaj się z wyprawą. Najpierw wypełnij internetowo formularz na stronie policji federalnej – www.dpf.gov.br Wejdź w zakładę po lewej stronie – GRU, następie w podstronę Imigração / Estrangeiros, a następnie w punkt Pessoas e entidades estrangeiras.

Wtedy pojawi się formularz do wypełnienia, służy on m.in. do wygenerowania rachunku z unikalnym kodem kreskowym (tzw. boleto), który musisz opłacić w banku. Fomularz nie ma tłumaczenia na język angielski, a musisz w nim np. wpisać brazylisjki adres zamieszkania… Z pomocą google translator idzie jednak sprawnie. Na koniec dojdziesz do dwóch trudniejszych punktów, które są ogromnie ważne. W jednym z nich musisz wybrać z listy oddział/departament (nie wiem, jak to przetymaczyć) policji federalnej, właściwy pod względem regionu/prowincji, w którym przedłużasz wizę. Dla przykładu, my przedłużając wizę w Manaus wybrać musieliśmy (AM 0060) Superintendencia Regional do Estado do Amazonas. Jest to niezwykle ważne, bo te miejsca muszą się zgadzać, a od tego co zaznaczysz, zależy jaki kod kreskowy zostanie wygenerowany i czy pieniądze trafią w odpowiednie miejsce. Więc jeśli nie uda Ci się ze 100% pewnością skojarzyć nazwy departamentu z regionem, upewnij się wcześniej w internecie albo od kogoś.

Drugą rzecz, jaką musisz wybrać z listy jest kod sprawy, jaką chcesz załatwić. W tym przypadku jest to kod 140090, możesz wyszukać go własnoręcznie, albo przy pomocy filtra. Niestety kod ten ma dwie podkategorie, my wybraliśmy PEDIDO DE PRORROGACAO DO PRAZO DE ESTADA (wniosek o przedłużenie terminu) i wszystko poszło dobrze, drugi to „wniosek odnowienia terminu wejścia”, opłata za nie jest identyczna, więc nie wiem czy pomyłka będzie aż tak mocno komplikowała sprawę.

Wydruk opłaty

Formularz zapisujesz w formie pdf i próbujesz znaleźć miejsce, gdzie można go wydrukować. Czasem w Brazylii punkty xero są co dwie ulice, czasem nie ma ich na przestrzeni kilometra kwadratowego. Z wydrukiem jedziesz do Banco de Brasil – i tylko tego jedynego, bo tam konto ma odbiorca przelewu. Ale upewnij się, że masz ze soba gotówkę w realach. Jako obcokrajwiec nie możesz zapłacić przy użyciu karty kredytowej/debetowej/walutowej czy jakiejkolwiek innej. W bankomacie Banco de Brasil prawdopodobnie nie uda Ci się wyciągnąć pieniędzy z bankomatu, bo Banco de Brasil nie obsługuje wielu zagranicznych kart. My korzystamy z bankomatów banco24horas , które obsługują wszystkie banki i nie pobierają za to żadnych dodatkowych prowizji ani opłat. Tak, jako obcokrajwowiec w Brazylii spotkasz się z licznymi problemali związanymi ze wszelkimi płatnościami wykraczającymi poza zwykłe zakupy w sklepie spożywyczym czy restaruacji, ale to już materiał na osobny artykuł.

Jako obcokrajowiec nie możesz opłacić wydrukowanego formularzu w bankomacie (w Brazylii takie mądrzejsze „wpłatomamy” są standardem, podchodzisz skanujesz kod i leci). Musisz dostać się do środka banku, gdzie są już pracownicy w okienkach. By wejść do tej części jakiegokolwiek banku w Brazylii, musisz przejść przez bramke wykrywającą metale, pokazać ochroniarzowi wszystkie rzeczy w kieszeni i plecaku, a potem odstać swoje w kolejce.

UWAGA – niech nie przyjdzie Ci do głowy prosić kogoś loklanego o opłacenie wydrukowanego „boleto”. Policjant powiedział, że na dowodzie zapłaty, który otrzymamy w banku musi być nasze imię i nazwisko. Jakby to wszystko wydawało Ci się już mocno skomplikowane, to dodam tylko, że banki są w wielu prowincjach czynne tylko do godziny 15 albo 16.

Z dowodem opłaty, czyli tym samym formularzem z podczepionym dodatkowo paragonem z banku, możecie jechać na komisariat. Odstać swoje i… są dwie opcje: albo policjant od razu wpisze do paszportu nowy stempelek z odpowiednią adnotacją, albo wyznaczy wizytę na inny dzień. Nam chciał wyznaczyć wizytę na ponad tydzień później. Dopiero gdy wyjaśniliśmy, że nie chcemy tutaj być tygodnia, chcemy ruszyć się w inne miejsce, to dostaliśmy termin na następny dzień.

UWAGA, pozostałe niezbędne informacje:

1. WIZY NIE MOŻNA PRZEDŁUŻYĆ WCZEŚNIEJ NIŻ W OSTATNIM MIESIĄCU OBOWIĄZYWANIA PIERWSZEJ – PIERWOTNEJ WIZY. Nie możesz pierwszego dnia pobytu w Brazylii prosić od razu o przyznanie wizy na 180 dni. Gdy my chcieliśmy wizę przedłużyć po 3 tygodniach pobytu w Brazylii, bo wiedzieliśmy już, że nie wyrobimy się z naszym planem zwiedzania w 90 dni, to policjanci odmówili. Wyjaśnili, że można to zrobić dopiero w ostatnich 30 dniach obowiązywania pierwotnej wizy, najlepiej jakieś 10 dni przed końcem, ale NIE PÓŹNIEJ JEDNAK NIŻ 3 dni. Jeśli przyjdziecie dzień przed, jest duża szansa, że otrzymacie odmowę. Nie wiem, z czego to wynika, zwłaszcza, że nikt nas nie zapytał nawet o powód wydłużenia pobytu.

2. Do przedłużenia wizy potrzebujesz okazać bilet powrotny do Polski, czy gdzie tam wylatujesz. Ale obowiązuje to tylko, jeśli dostałeś się do kraju drogą lotniczną. My dostaliśmy się jachtem po przekroczeniu Atlantyku i nie musieliśmy pokazywać absolutnie nic. Możesz też okazać bilet autokarowy do innego kraju Ameryki Południowej. Dlaczego przy łodzi nie ma problemu? Nie wiemy, ale „przeszliśmy” kilku funkcjonariuszy. Być może byli przekonani, że skoro przypłynęliśmy jachtem, to jest to nasza łódź i pewnie nią też odpłyniemy. Zapewne nie znają pojęcia jachtostopu 😀

3. Do przedłużenia wizy musisz okazać także dowód posiadania środków finansowych na swoje utrzymanie. Jeśli nie masz karty kredytowej, musisz okazać wydruk swojego konta bankowego.

4. Musisz także przedstawić kartę wejścia/wyjścia, o której wspomniałem we wstępie. Pamiętaj, jest ona bardzo ważna. Słyszałem historie o gigantycznych problemach, gdy ktoś przy wyjeździe z kraju orientował się, że ją zgubił. Wierzę w te historie, bo Brazylia jest jak PRL – to z jednej strony machina pełna zasad i reguł, a z drugiej totalny chaos, bo nikt powodów tych zasad nie rozumie albo całkowicie nie opłaca się ich przestrzegać. – NIEAKTUALNE (przypominam o aktualizacji – wraz z 2019 r. Brazylia zrezygnowała z wydawania kart wejścia/wyjścia).

Karta wejścia/wyjścia. Jak widać, wydruk dość stary – jeszcze z czasów mistrzostw świata w piłce nożnej 😀

My na przedłużanie wizy straciliśmy łącznie ponad 3 dni i mnóstwo pieniędzy na przejazdy, ale tylko dlatego, że wszystko musieliśmy odkryć na sobie, bo nigdzie nie ma rzetelnych informacji (łącznie z absurdalnością brazylijskiego systemu bankowego, czasem w jednym banku, dwóch pracowników mówi zupełnie co innego). Mam nadzieję, że ten post zaoszczędzi Ci dużo czasu i zdrowia psychicznego :), bo jeśli wszystko pójdzie gładko, to sprawę można zamknąć w jakieś 4-6 godzin.
BY ŚLEDZIĆ NASZĄ PODRÓŻ NA BIEŻĄCO zajrzyj na facebook lub instagram, lub youtube.

Jak widać, Brazylia to nie tylko dżungla

Jeśli doceniasz pracę, jaką włożyliśmy w stworzenie tego obszernego poradnika, znacząco on Ci pomógł lub czytanie naszego bloga jest dla Ciebie najzwyczajniej… przyjemnością, to będziemy ogromnie przeszczęśliwi, jeśli zdecydujesz się nam odwdzięczyć i wykonać darowiznę. Każda złotówka się liczy i nawet taką kwotę możesz przekazać. Jeśli każdy, kto skorzystał z naszych poradnikowych artykułów, przelałby zaledwie po “tej 1 złotówce”, to zebralibyśmy w ten sposób ponad 20 tys. zł. Co, przy naszym sposobie podróżowania, starczyłoby na blisko rok życia w trasie i możliwość przecierania szlaku dla kolejnych psi podróżników. Tak, jak uczyniliśmy to tym artykułem.

  1. Możesz wesprzeć nas poprzez platformę Patronite https://patronite.pl/podroze-z-pazurem
  2. Lub, jeśli wolisz, poprzez bezpośredni przelew na konto bankowe 62 1090 1014 0000 0001 3754 5690 Izabella Miklaszewska, w tytule darowizna (według polskiego prawa, każda osoba fizyczna może każdej innej wykonać darowiznę). Przelew możesz wykonać także poprzez PayPal – na to samo nazwisko i odnośnik do naszego konta paypal.me/zpazurem

Za darowizny znacznie przekraczające nasze oczekiwania, będziemy wysyłać różne podziękowania, o czym dokładnie poczytać możesz na stronie Patronite. Np. zaproszenie do “tajnej” grupy, gdzie możesz być z nami w stałym kontakcie,  zadać bardziej skomplikowane i indywidualne pytania. Czy to poprosić o pomoc w doborze sprzętu, czy poradę ws. podróżowania z psem, z plecakiem, w trudne tereny, w góry… Zapytać o kulisy prowadzenia bloga, czy poprosić o wskazówki do rozpoczęcia/prowadzenia swojej twórczości. Inna opcje, to że do Ciebie zadzwonimy z miejsca, gdzie aktualnie jesteśmy, umówimy się na spacer, a może nawet dołączysz do nas na jakimś etapie wyprawy i nauczymy Cię wszystkiego, co potrafimy. Dziękować też będziemy m.in.  przypinkami (tzw. button) lub magnesami na lodówkę z otwieraczem do kapsli z grafiką naszego bloga (zdjęcie poniżej).

3. Wesprzeć nas także możesz poprzez zakup koszulki/bluzy z wzorami naszego autorstwa w sklepie Power Canvas TUTAJ (20% zysku z nich idzie do nas).

4. Możesz także wykorzystać nasz “link polecający” przy dokonywaniu swojej rezerwacji noclegu w wyszukiwarce airbnb. Jeśli dokonasz rezerwacji za minimum 300 zł po wejściu na airbnb przez ten link https://www.airbnb.pl/c/piotrm1636?currency=PLN , to otrzymasz zniżkę 100 zł, a my 50 zł “nagrody”.

Ten blog od strony czysto finansowej to dla nas spory wydatek, a nie źródło realnego dochodu (o czym poczytać możecie TUTAJ). Pomóż nam go prowadzić.

Przypinka i magnes mają po 56 mm średnicy.
Z projektu bluzy jesteśmy najbardziej dumni, ale są także 3 zacne wzory koszulek. Wszystko w wersji damskiej i męskiej TUTAJ
Jachtostop – obiektywne spojrzenie na łapanie morskiego autostopu

Jachtostop – obiektywne spojrzenie na łapanie morskiego autostopu

„Co?! Autostopem przepłynęliście ocean? Ale jak to?! Ja też tak chcę! Ale czad, ekstra, moje marzenie”. Gdy tylko wrzucamy gdzieś do sieci wzmiankę o naszej podróży, ludzie ostatnio właśnie w ten sposób skupiają się na jachtostopie, bo tak nazywa się wodny autostop. A co ja sądzę o jachtostopie? Hmm, jeśli bawi Cię to, że najprostsza czynność życiowa jak ubranie się, zrobienie herbaty czy kupy w toalecie zamienia się w wymagające przedsięwzięcie, które trzeba najpierw dokładnie zaplanować, to znaleźć mogę o wiele więcej ciekawych przygód.

Jachtostop i przepłynięcie Atlantyku… są ludzie, dla których jest to największe marzenie. Dla mnie nigdy nim nie było, a przyszło samo jako rozwiązanie trudności przedostania się na drugi koniec świata z psem. Przyznaję, gdy już się pojawiło na horyzoncie, to również dla nas stało się chęcią dodatkowego uatrakcyjnienia i ubarwienia naszej podróży do Ameryki Południowej. Gdy się na to nastawiliśmy, nie chcieliśmy już żadnego innego rozwiązania.

Zacznijmy może od dokładnego wyjaśnienia czym jest jachtostop. Bo zapewne nie dla wszystkich jest to do końca jasne. Jest to coś w rodzaju autostopu, tylko zamiast samochodów, łapiemy prywatne jachty. Oczywiście nie stoimy z kciukiem na nabrzeżu. Łapać łódkę można głównie na dwa sposoby. Pierwszy, to znalezienie takiej „przejażdżki” w internecie. Najzwyczajniej szukamy odpowiedniego ogłoszenia (coś jak blabla car), ale możemy też zamieścić swoje ogłoszenie o swojej gotowości do bycia członkiem załogi. Tutaj nie ma co chyba dokładniej wyjaśniać, dodać tylko można, że poza wszelakimi grupami na facebook, forami internetowymi itd., istnieją jeszcze wyspecjalizowane strony internetowe tylko w tym celu. I chociaż te strony powoli się zamieniają w bazę ofert dla spragnionych podróży hipsterów, neohipisów i innych – zwykłych podróżników, to nie powstały w takim zamyśle. Powstały lata temu w celu poszukiwania mniej lub bardziej – ale jednak w pewnym stopniu doświadczonej – załogi, a z drugiej strony umożliwiania tejże załodze zdobywania pracy i doświadczenia.

Tutaj pojawia się poboczny negatywny aspekt rosnącej popularności jachtostopu. Otóż wszyscy ci podróżnicy (jak my 😀) sprawiają, że osoby, które swoją karierę zawodową wiążą z żeglarstwem, tracą możliwość zarobku i zdobycia doświadczenia. Otóż kapitanowie jachtów mają teraz tak szeroki wybór osób gotowych popłynąć z nimi za darmo, że mało który zdecyduje się zatrudnić skippera po żeglarskich szkołach czy kursach (nam przez 2 miesiące siedzenia w Las Palmas przez oczy przewinęło się minimum 100 chętnych, a to tylko jedno miasto i 2 miesiące z całego sezonu). Wielu kapitanów nie chce też kogoś z doświadczeniem, bo nie lubią, kiedy okazuje się, że jakiś „gówniarz” wie i zna się na żeglarstwie lepiej niż oni i umie coś, czego oni nie potrafią. Kiedy jachtostop nie był jeszcze tak popularny, normą było, że członek załogi otrzymywał jakieś wynagrodzenie za rejs. Teraz to ty jeszcze musisz zapłacić za swoją obecność na jachcie. Jasne – o ile jest to sytuacja, w której wsiadasz na łódkę, bo jej załoga zdecydowała się ciebie zabrać tylko dlatego, że chce ci zrobić przysługę, a nie faktycznie potrzebuje pomocy , to jest to całkowicie sprawiedliwe. Jednak wielu kapitanów wie, że nie dadzą rady sami, ale nie kłopoczą się w wyszukiwanie załogi. Wiedzą, że jakiś chętny sam do nich przyjdzie i jeszcze za to zapłaci. Mało tego, niektóre osoby wyniuchały nadchodzące trendy i uczyniły z zabierania ludzi na pokład bardzo dochodowy interes (dodajmy – nielegalny, bo w żaden sposób nieewidencjonowany). Są tacy, którzy pobierają od załoganta 1 500, a nawet więcej euro! Za samo przepłynięcie z punktu A do B! Wprawdzie takie propozycje to głównie oferty dla osób, które mają miesiąc wakacji i chcą najzwyczajniej przepłynąć ocean, a nie jacyś podróżnicy czy „wolne duchy”. Kapitan, który inkasuje tę sumę, pozostawia też „klientowi” do wyboru – czy na łódce chce jakkolwiek pomagać i uczestniczyć w jej pracach, czy woli tylko leżeć 2 tygodnie i popijać drinki. No i zazwyczaj są to nowe i luksusowe katamarany, ALE NIE ZAWSZE…. Poznaliśmy kilka łodzi, gdzie ludzie płacili naprawdę grubą kasę, np. 800, 1000 czy, rekord o jakim słyszeliśmy, 2000 euro, a musieli na łódce wykonywać normalnie obowiązki, a i łódki nie były ani piękne, ani przyjemne. Zresztą, daleko nie patrząc – przykład 4-go załoganta na łódce Mistral, na której spędziliśmy tyle czasu. Nasz pseudo kapitan zainkasował od niego 600 euro (dla tych, którzy nie śledzą nas na facebook – historię Mistral i kapitana Igora – człowieka, który okazał się największa szumowiną, opisałem w osobnych postach: nr 1, nr 2, nr 3, nr 4, nr 5).

DCIM100GOPROGOPR2047.JPG

Tutaj dochodzimy do kolejnego wątek. Jeśli myślisz, że przepłynięcie jachtostopem Atlantyku to opcja dużo tańsza niż samolot, to grubo się mylisz. Odrzucając te wszystkie nienormalne kwoty, o których wspomniałem przed chwilą, przedstawię sytuację, która ma miejsce najczęściej. Otóż standardowe – uczciwe przepłynięcie Atlantyku, czyli około 15-20 dni na wodzie, będzie cię kosztowało jakieś 250 euro. Jest to kwota uśredniona, zdarzają się tacy, którzy płacą 150 euro i tacy, co płacą 350 euro. Skąd ta rozbieżność? Jest to kwota na zrzutkę na jedzenie, a kwota zależy od mnóstwa czynników: ile jest osób na łodzi – im dla większej ilości osób się gotuje, tym mniejszy koszt indywidualny, co kto lubi jeść i jakiej jakości to jedzenie, czy musisz się dorzucać na to, czego nawet nie będziesz jadł, bo np. nie lubisz kaparów (od razu odpowiadam – raczej tak, bo przy natłoku poważnych spraw, które są do załatwienia przed wypłynięciem, kapitanowi nie będzie się jeszcze chciało rozliczać drobnych pozycji na paragonie. Sądzę jednak, że takie rozliczenie łatwiej uda się przeforsować, gdy powiemy, że nie chcemy np. pić alkoholu/jeść słodyczy czy coś w tym rodzaju – chociaż większość kapitanów ze względów bezpieczeństwa stosuje i tak zasadę, że na otwartym akwenie się alkoholu nie pija, tylko w marinach). Pomijam tutaj cały wątek wegetarianizmu czy weganizmu i jego słuszności – niestety dla wielu kapitanów i pozostałych członków załogi, to coś, co skreślić cię może z miejsca. Dlaczego? Jest to po prostu kolejny problem, a jak wspomniałem – zwykłe funkcjonowanie na łodzi jest już samo w sobie problematyczne. Gotowanie zdecydowanie należy do tych trudniejszych czynności, gdy wszystko wokół ciebie się rusza. Nikt więc nie chce się bawić w gotowanie osobnego posiłku dla takiej osoby, albo by deska do mięsa nie dotykała deski do warzyw, albo by ktoś odmawiał zrobienia obiadu z mięsa dla pozostałych członków załogi itp. (jeśli nie masz z tym problemu, to jasno zakomunikuj). Poza tym lodówki na łódkach zazwyczaj nie są duże, a świeże warzywa i owoce psują się już po kilku dniach na oceanie, a w lodówce zajmują mnóstwo miejsca a przy tym są mało kaloryczne. Tymczasem by się nimi najeść, trzeba ich zjeść naprawdę dużo, więc to kolejny problem logistyczny (oczywiście wciąż zostają konserwy i warzywa w słoikach, np. nam udało się znaleźć nawet szpinak w słoikach, normą jest już miękka ciecierzyca). Dodatkowo, posiłek to ważny socjalizacyjny element na łodzi, więc przykre, jak ktoś w nim normalnie nie uczestniczy. Zatem jeśli jesteś w jakiś sposób „wege” to od razu to przyznaj, nie ukrywaj tego, zamiast tego wysil się i daj coś z siebie załodze – zapewnij, że będziesz w stanie pomagać przygotować posiłki z mięsa i że zadbasz samodzielnie, by samemu sobie coś ugotować, a przynajmniej nie być głodny 😉 Gdy już będziecie płynąć, zapewne nie raz i nie dwa uda ci się przekonać załogę do przygotowania wegetariańskiego obiadu, ale na początku musisz dać to zapewnienie. Zamiast tego znamy jachtostopowiczów, którzy okłamują załogi łodzi i do swoich bezmięsnych preferencji przyznają się dopiero na wodzie… Uważam, że to wybitne chamstwo i tchórzostwo, w tym tchórzostwo wobec swoich własnych przekonań.  Fakt kłamania, to bardzo niepożądany na stan, zwłaszcza na małej łódce, gdzie macie spędzić 2-3 tygodnie (Żeby nie było, że jestem tu mięsnym potworem – my z Iza sami walczymy o redukcję spożycia mięsa na świecie. Gdy jeszcze mieszkaliśmy w Polsce obiady bez mięsa, albo z zaledwie kilkudziesięcioma gramami, stanowiły przeważającą cześć naszej tygodniowej diety, w trakcie podróży bywało różnie, bo okoliczności i warunki nam dostępne były różne, ale od 2019 r. nie jemy mięsa wcale. A nabiał sporadycznie i z niego tylko masło, biały ser i jajka).

Wracając do głównego wątku finansowego. Zdarzają się kapitanowie, którzy poza zrzutką na jedzenie, chcą dodatkowo od załoganta by partycypował w kosztach paliwa do silnika i opłatach za marine (akurat na trasie z Europy do Karaibów czy Ameryki Południowej marin raczej nie ma, więc to nie problem, ale na innych trasach może być bolesne dla kieszeni, bo jeden dzień jachtu w marinie to często wydatek rzędu kilkudziesięciu, a nawet powyżej 100 euro). Ja uważam to za niesprawiedliwe, jeśli rejs faktycznie ma być tylko transportem z punktu A do B i „wysiadka”. Jeśli umawiasz się na coś więcej (np. wspólne żeglowanie po Karaibach przez miesiąc), to staje się to bardziej sprawiedliwe. A czemu uważam to za niesprawiedliwe? Otóż bez ciebie czy z tobą i tak kapitan musiałby ponieść te wydatki, a nie wzrastają one z powodu twojej obecności. Gdy zapraszasz gości do domu to pobierasz od nich opłatę za zużytą wodę i prąd? Oczywiście jeśli się zaprzyjaźnicie z kapitanem i widzicie, że nie należy do bogaczy, to już zupełnie inna rozmowa.
Takie drobne wtrącenie, bo zaraz pojawią się głosy sprzeciwu do moich słów. Jasne, wciąż da się załapać na łódkę, na której ktoś ci zapłaci, albo popłyniesz za darmo – np. bo łódka nie jest prywatna, tylko jest to nowa łódź, którą ktoś kupił i wynajął skippera by ją doprowadził, lub jest to łódka kupiona pod czarter i trzeba ją doprowadzić do miejsca, gdzie będzie wynajmowana. Wtedy, taki zatrudniony do przeprawienia łodzi kapitan ma finansowane przez właściciela wyżywienie, paliwo… wszystko, więc raczej nie pobierze pieniędzy od ciebie. Albo inna sytuacja – właściciel jachtu jest tak bogaty, że nie zależy mu na pieniądzach, tylko na fajnym towarzystwie (my tak trafiliśmy na 1-wszym katamaranie), bądź kimś, kto przejmie obowiązki kucharza albo nocne wachty (tak trafiliśmy na naszej 3-ciej łódce). Zdarza się jednak, że te bogate osoby są jeszcze większymi sknerami niż pozostali (znamy z opowieści). Podsumowując, znamy parę osób, które przepłynęły Atlantyk zupełnie za darmo. Aczkolwiek nie stanowią one większości wśród jachtostopowiczów, których mieliśmy okazję poznać przez pół roku spędzone dotychczas w środowisku żeglarskim.

Dobra, 250 euro (+ewentualne koszty paliwa, marin) to wciąż mało pomyślisz, ale teraz włącz kalkulator i dodaj do tego: koszt dostania się do miejsca, z którego chcesz łapać jachtostop – najlepsze miejsce (do łapania przeprawy przez Atlantyk) to wybrzeże Portugalii, Gibraltar, Wyspy Kanaryjskie lub Wyspy Zielonego Przylądka. No i dodaj to, co najgorsze, koszty życia tam na miejscu. No właśnie, wciąż nie opisałem, jak wygląda druga opcja łapania okazji – poza internetem. Otóż udajesz się do miasta z mariną i codziennie chodzisz w jej okolicy, rozwieszasz swoje ogłoszenie (nazwijmy to czymś w rodzaju CV: kim jesteś, jaki jesteś, dokąd chcesz płynąć, generalnie wszystko, co istotne i co może przekonać kogoś do zabrania cię), podchodzisz do zacumowanych łódek i najzwyczajniej pytasz (co w wielu marinach nie jest łatwe, bo do wrodzonej nieśmiałości dochodzą ogrodzenia montowane osobno przed każdym pomostem dla bezpieczeństwa zacumowanych łódek), albo siedzisz w restauracjach nieopodal mariny i próbujesz zagadać członków załóg. I trwać to może długo. Jak długo? Zależy tylko od szczęścia i twojej mobilizacji. Jedni nie mają żadnego doświadczenia, wyglądają jak bezdomni i łapią łódkę w 2 dni. Inni mają dużo doświadczenia żeglarskiego, wyglądają czysto i schludnie, a po miesiącu wciąż nie mają łódki. A przez ten czas trzeba gdzieś spać, trzeba coś jeść, a lokale gastronomiczne w okolicach mariny do tanich nie należą. Nawet gdy obiady zjemy gdzieś indziej, to i tak trzeba rano czy wieczorem wpaść do tych knajp na kawę czy piwo, by stworzyć możliwość rozmowy z członkiem jakieś łódki. Więc jeśli nie uda Ci się załatwić noclegu na jakieś łódce (bo niespodziewanie dość często się udaje, zazwyczaj na łodziach, które nie płyną dalej a ich kapitanowie są z tego samego kraju albo są znudzeni byciem samemu, więc chcą Ci pomóc, albo czekają na znajomych, którzy do nich dolatują i do tego czasu szukają innego towarzystwa), to pomnóż miesiąc razy 10 euro za noc najtańszego hostelu (za taką sumę, tj. 300 euro można już czasem upolować tanie bilety np. do Brazylii, Boliwii czy Peru). By oszczędzić, możesz także spać na pobliskich plażach (nie w każdym mieście jest to legalne albo przynajmniej akceptowalne przez policję), albo w squocie…

Niektóre mariny są ogromne. Codzienny spacer w tę i z powrotem jest dobry dla zdrowia, ale też jest elementem, który nudzi, pochłania mnóstwo czasu i obniża morale np. gdy już długo szukasz łodzi. Dlatego zawsze warto skorzystać z każdej okazji na pożyczenie roweru czy hulajnogi, które przyspieszy przemieszczanie się.

Do tego może się okazać, że będziesz musiał coś dokupić sobie na jacht. W skrajnym przypadku np. kamizelkę ratunkową, bo na łodzi nie ma dodatkowej. Wygodna kamizelka to koszt minimum 50 euro. Często kapitanowie sami dokupują kamizelki (bo czują się za ciebie odpowiedzialni, no i wiedzą, że zapasowa kamizelka może się im przydać w przyszłości), ale trzeba być przygotowany na samodzielny wydatek. Często dochodzą też rzeczy, które nie są byłyby potrzebne przy podróży do ciepłych krajów z wykorzystaniem samolotu, np. porządna kurtka przeciwdeszczowa, czapka, więcej niż jedna ciepła bluza, wodoszczelna torba na laptopa, telefon czy inną elektronikę.

No i teraz kwestia samej przygody.

Co mogę powiedzieć na ten temat. Otóż jeśli nie jesteś wielkim fanem żeglarstwa… nie jest to nic specjalnego. Jasne, pierwsze dni będą pełne wrażeń – tych pozytywnych i negatywnych, ale jednak wrażeń. To, których będzie przewaga, zależy od stopnia w jakim ruszy cię choroba morska i jaka będzie pogoda. Ale nawet jeśli będzie słonecznie i woda w miarę spokojna, wszystko co normalnie robisz w życiu będzie utrudnione. Ja nie zdawałem sobie sprawy, że będzie to aż tak uciążliwe. O czym mówię? O wszystkim. Przy ostrych, wysokich falach nawet ubranie się jest niezłym wyczynem, który może się skończyć niezłym poobijaniem się, bo zakładając koszulkę puścisz ręce i akurat fala rzuci cię na stół. Lubisz wypić kawę/herbatę do książki? No to najpierw się nastaw, że przez pierwsze parę dni nie będziesz w stanie czytać, bo zrobi ci się niedobrze, a zostawienie kubka bez opieki na dłużej niż kilka sekund skończy się lataniem ze szmatą. Toaleta? Twój tyłek ledwo mieści się na muszli klozetowej, musisz załatwiać się z przerwami, bo spuszczenie wszystkiego naraz na koniec może zapchać kibel. Zapchanie kibla jest też możliwe, przez użycie zbyt dużej ilości papieru toaletowego, zresztą niektórzy kapitanowie w ogóle nie pozwalają wrzucać papieru do muszli, własnie na skutek ryzyka zapchania. Wtedy trzeba ze sobą wziąć torebkę foliową i wszystko spakować do torebki. Jeden z chłopaków, z którymi żeglowaliśmy, wrzucił do muszli mokrą chusteczkę, taką jak do mycie tyłków niemowlaków (niebiodegradowalną, P.S. biodegradowalne też da się kupić). Pomijam fakt braku szacunku do środowiska, ale skończyło się to tym, że drugiego dnia rejsu (z planowanych 7) 1,5 godziny spędził na rozmontowywaniu i odtykaniu kibla, a prysznica by się umyć brak, No własnie – prysznic, to jest coś niezwykle rzadkiego na oceanie. Jeśli masz ogromnego farta, trafisz na łódkę z „water maker-em”, czyli maszyną, która pobiera wodę morską i ją odsala. Wtedy może uda się wziąć 1-3 prysznice. Jeśli płyniesz na jachcie, który całą słoną wodę ma zmagazynowaną w zbiornikach, (a takie stanowią większość) to jeden prysznic to maksimum, na co możesz liczyć. A twoje ciało się brudzi i to bardzo szybko. Myślisz sobie w marinie „wezmę prysznic tuż przed wypłynięciem i mam spokój na 3 dni”. Nic z tego, jeszcze tego samego dnia chętnie wziąłbyś prysznic znowu. Sól jest wszędzie w powietrzu, osadza się na twoim ciele i na ubraniach, włosy i skóra są lepkie od niej, pocisz się mocno, bo chorujesz na chorobę morską albo bo jest najzwyczajniej cholernie gorąco. Często pod pokładem jest bardzo duszno, bo wszystkie okna muszą być zamknięte z uwagi na wysokie fale, które mogą się wlać. A jak się wleją, to wszystko w środku też staje się lepkie. A jak gotujesz…. O MATKO! To dopiero piekarnik się robi w środku. Brudzisz się gdy gotujesz, jesz, pijesz, bo na fali zawsze coś na siebie rozlejesz.

Burza to dobra okazja na jakikolwiek prysznic. Inaczej muszą wystarczyć mokre chusteczki albo wykąpanie się w słonej wodzie (poprzez wskoczenie do wody uwiązanym do łodzi – nie każdy kapitan się na to zgodzi albo z wiaderka) a na końcu przetarcie się tylko ręcznikiem nasączonym woda słodką.

Jeśli masz długie włosy, to przygotuj się, że połowę ich stracisz. Mimo codziennego czesania, zaplatania w warkocze i chowania ich pod chustkę, to z wiatrem nie wygrasz. Na Wyspach Zielonego Przylądka Iza postanowiła zapleść warkoczyki i to faktycznie było mega ułatwieniem podczas przeprawy, ale przy rozplątywaniu okazało się, że zostały one tak mocno zaplecione, że i tak straciła ich bardzo dużo. Jest to dobra opcja do zrobienia w Europie, bo Afrykanki nie należą do najdelikatniejszych i nie są przyzwyczajone do zaplatania długich, prostych i cienkich włosów.

brazylijski archipelag wysp Fernando de Noronha i Izy warkoczyki
Snupiemy nie zaplataliśmy warkoczyków, ale warto przystrzyc futro psa. Jeśli się okaże, że trzeba go będzie w trakcie rejsu wykąpać (np. z powodu biegunki), to z mniejsza ilością futra będzie to o wiele łatwiejsze.

Nie chcę tutaj wyjść na marudę czy mięczaka, chcę po prostu pokazać utrudnienia osobom, które nigdy nie pływały. Bo z jednej strony ktoś, kto tego nie próbował, myśli sobie „przecież łódka jest jak dom”. No tak, zgadza się – jest jak dom, ale wszystkie przyzwyczajenia z domu musisz tam skorygować o fakt nieustannego ruszania się łodzi i to jest takie irytujące. Nawet nie chcecie wiedzieć ile razy Iza się wkurzała, bo kolejny ra ze stołu zleciały jej pokrojone warzywa czy talerze. Ciągle musisz być uważny, nawet jeśli chcesz odłożyć na sekundę miskę z jedzeniem i podrapać się za uchem, bo w tej sekundzie może przyjść duża fala – akurat teraz, gdy przez ostatnią minutę woda była względnie spokojna. Twoje jedzenie ląduje na podłodze, a dokładki w garnku brak. Smuteczek. Gotowanie w pojedynkę? Zapomnij, chyba, że podgrzewasz sobie gotowe danie z puszki. No dobra, przyznam, że przy naszym trzecim jachtostopie było o wiele łatwiej, wiedzieliśmy już czego się spodziewać. Iza nabrała już wprawy, że sama dzielnie radziła sobie z gotowaniem i miała wszystko pod kontrolą i tylko przy nakładaniu niezbędna była pomoc. Były i naleśniki, i placki z jabłkami. Ale łódka była naprawdę dobrze wyposażona i ustawna, tak że dało się na niej wygodnie żyć (piszemy o tym, bo mamy porównanie już do wielu innych łódek, czasem tylko detal w konstrukcji stołu czy umiejscowienie jednej rzeczy wpływa na wygodę i bezpieczeństwo).

Piękne widoki na oceanie? Nie zobaczyłem na oceanie nic, co byłoby ładniejsze od widoków w wysokich górach, czy nawet w innym, zwyczajnym tj. w miarę łatwo dostępnym miejscu. Zachód słońca? Wygrywa w górach! Wschód słońca? Wygrywa w górach. Niebo pełne gwiazd? Nic z tego, mimo że nie ma wokół ciebie źródeł światła, które zaburzały by widoczność, to jest ogromna wilgotność powietrza, która działa tak samo. Można oczywiście trafić idealne warunki, ale nie po takie same nie trzeba się pchać na środek oceanu. Najciekawszym zjawiskiem podczas żeglugi jest bioluminescencja (przez pierwsze kilka dni, bo potem też już się nudzi. Taka ciekawostka – jak się postarasz wystarczająco mocno pompować wodę w toalecie, to możesz ją nawet zobaczyć w marinie, gdy spuszczasz wodę 😀) oraz wizyty delfinów i ptaków, które zmęczone daleką podróżą odpoczywają nawet w kokpicie tuż obok ciebie. Możesz też obserwować bezkres oceanu, codziennie wygląda on w pewnym stopniu inaczej czy spróbować złowić rybę. Ale ileż można się gapić w wodę i niebo? Po 5 dniach wszystko zaczyna się powtarzać, a po 7 dniach jedyne co zostaje, to filmy, książki i muzyka (a pamiętaj, że prąd też jest limitowany. Na łodzi prąd można mieć tylko z paneli słonecznych i wiatraków. Prądu jest jedynie pod dostatkiem, gdy łódź płynie na silniku, wielu kapitanów używa także małych spalinowych agregatów). Dni zaczynają się zlewać, powoli stajesz się tak rozleniwiony, znudzony i zmulony, że nawet nie chce Ci się czegoś robić, wolisz włączyć opcję przeczekania w swoim mózgu i przesypiasz pół dnia. Dlatego tak ogromnie ważna jest atmosfera, jaka panuje między członkami załogi. Gdy macie o czym pogadać, możecie razem pograć w gry, powygłupiać się i jest wesoło, to przeprawa zdobywa wiele na wartości. Gdy atmosfera jest grobowa i inni ludzie ci nie odpowiadają, to najgorsze co może się wydarzyć. O konflikt na łódce bardzo łatwo, a w takich warunkach jest to bardzo niezręczna sytuacja. W końcu nie masz jak wysiąść, nie masz nawet prywatności poza swoją kabiną (jeśli ją w ogóle masz, bo może się okazać, że musisz ją współdzielić z kimś w zależności od wacht), a nie możesz w niej przecież siedzieć cały czas, bo masz obowiązki do wykonania. Wiecie co Wam powiem? Chyba nie spotkaliśmy łodzi, na której nie doszłoby do jakiegoś konfliktu. Jasne, 80% dotyczyło pierdół (ale to właśnie one potrafią czasem być najbardziej irytujące), w 90% udało się też konflikt zażegnać, ale w pozostałych 10% poznaliśmy też mnóstwo łodzi, gdzie konflikt był cały czas, albo nawet ludzie rozstawali się po dotarciu do lądu z nadzieją nie spotkania się nigdy więcej w życiu (nawet jeśli nie doszło do jakiś wielkich sporów czy kłótni), a cała przeprawa była dla nich męczarnią. Blisko 3 tygodnie, 24 godziny na dobę, na małej przestrzeni, z organizmem podrażnionym trudnymi okolicznościami – to warunki, gdzie można się pokłócić nawet z najlepszym przyjacielem. Ba, słyszeliśmy nawet o parach, które po takich przeprawach się rozstawały.

Ludzie w takich warunkach się zmieniają i nawet jeśli kogoś bardzo polubiłeś przy pierwszym wrażeniu na lądzie, na wodzie z czasem możecie dojść do punktu, w którym się nie zgracie. Dlatego łapiąc jachtostop, nie należy się skupiać na znalezieniu kogoś, kto wydaje się perfekcyjnie zgrany z Tobą. Najważniejsze jest znaleźć kapitana i załogę, od których czujesz, że da się z nimi otwarcie i logicznie porozmawiać, by dojść do porozumienia oraz liczyć na wzajemny szacunek i akceptację w razie zachowania różnic. Bo w razie konfliktu na oceanie najważniejsza jest błyskawiczna i bezpośrednia rozmowa, o tym co komuś przeszkadza, bez żadnego owijania w bawełnę. Duszenie irytacji w sobie, doprowadzi tylko do wybuchu, którego skutki mogą się okazać nieodwracalne. Tak naprawdę ta zasada powinna dotyczyć też normalnego życia, ale w nim mamy tyle spraw i wydarzeń, które pomagają „rozmazać” i zamieść wszystko pod dywan. Mamy tęż tę durną sztuczną kurtuazję. Niestety często takich ludzi uważa się za bezczelnych – ja miałem ten problem wśród znajomych. Gdy mówisz coś wprost, ludzie mają cie za chama… zamiast zrozumieć, że mówisz to w nadziei naprawienia tych relacji albo przynajmniej ich jednoznacznego zdefiniowania, by żadna ze stron nie musiała się męczyć w sztuczną grzeczność.

Dlatego najważniejsza rada od nas ws. jachtostopu jest bardzo banalna, ale brzmi – posłuchaj swojej intuicji, skup się na tym co, poczułeś w żołądku, gdy pierwszy raz rozmawiałeś z kapitanem. Posłuchaj tego pierwszego wrażenia. Przy naszym drugim jachtostopie nasz przebłysk intuicji rozmył się w czasie oraz zatarł innymi sprawami i wyszliśmy na tym tragicznie. Nie bójcie się zrezygnować z łodzi, nawet jeśli już od tygodni próbujecie. Poznaliśmy jachtostopowicza, który przez miesiąc szukał jachtu, codziennie wydawał pieniądze na hostel. Z każdym dniem jego irytacja rosła, wkradała się bezsilność,napięcie, spadek wiary w siebie. Wyobraźcie sobie jego szczęście, gdy w końcu znalazł jacht, który zgodził się go zabrać aż na Kubę. Mimo to, po kilku godzinach namysłu, zdecydował nie płynąć. Czemu? Bo nie czuł, by kapitan był osobą, która poradzi sobie w trudnej sytuacji, a on sam nie czuł się na tyle doświadczonym żeglarzem, nie czuł też „pozytywnych” wibracji. Na drugi dzień znalazł nowiutki katamaran z fajną załogą, która zabrała go zupełnie za darmo i we wspaniałej atmosferze dotarł na Karaiby.

Jak Iza znosi lenistwo…
jak ja znoszę lenistwo.

Kwestia przygody i atrakcyjności rejsu, to też kwestia indywidualnej psychicznej odporności na to co przyniesie los. Już wyjaśniam. Zazwyczaj przeprawa przez Atlantyk jest zaliczana do łatwych rejsów. W najlepszym okresie sezonu ocean jest spokojny, bez sztormów. Chociaż na skutek zmian klimatycznych potrafią się one pojawić całkowicie niespodziewanie. Niemniej w dzisiejszych czasach, nowoczesnej technologii i komunikacji, z wyprzedzeniem da się wykryć i te, dzięki czemu jeśli nie ominąć, to przynajmniej się na nie przygotować.

No i tutaj pojawia się kwestia łodzi na jakiej płyniesz. Jeśli zdecydujesz się na nowiutki katamaran, albo wielką łódź jednokadłubową, to ilość przygód ograniczy się do minimum, w zasadzie jedyną przygodą będzie sam fakt przepłynięcia oceanu. Nic się nie zepsuje, będzie ci wygodnie i komfortowo na nowych, mięciutkich kanapach, popijając colę z lodem z zamontowanej kostkarki lodu, a połowę pracy wykonają za ciebie automatyczne kabestany! Chcesz więcej przygód, zdecyduj się na małą łódkę starszej konstrukcji, gdzie coś – nie może – ale na pewno się zepsuje, gdzie będzie dużo pracy do wykonania, ale gdzie będziesz mógł się też wiele nauczyć, gdzie w razie sztormu, będzie naprawdę nieprzyjemnie, tylko pytanie – czy twoja psychika jest na to gotowa? Dla mnie rejs ze wspomnianym Igorem był z jednej strony najgorszym przeżyciem w życiu. Z drugiej, gdyby nie on, rejs (w sensie sama czynność żeglowania) przez Atlantyk byłby tylko totalnie bezbarwnym i bezpłciowym przemieszczaniem się, niczym więcej. No, chyba żebyśmy popłynęli z katamaranem Charm w ARC (Altantic Rally for Cruisers – coś w rodzaju wyścigu) przez Atlantyk – naszym pierwszym jachtostopem, który zabrał nas na stopa z Maroko. Wygryli w sekcji katamaranów, przypływając jako trzeci jacht na metę. Pokonali trasę Gran Canaria – Sao Vicente (Wyspy Zielonego Przyląda) – wyspa St. Lucia na Karaibach w 13 dni (zazwyczaj zajmuje to jakieś 20 dni). Było szybko, a dzięki temu na pewno NIE nudno, no i załoga to 5 osobowa rodzina. Niestety nie mogli nas zabrać dalej, bo w Las Palmas dołączało do nich dwóch członków załogi, którą załatwili sobie miesiące wcześniej.

W katamaranie, nawet tym pół-sportowym, jest tyle miejsca, co w niemałym mieszkaniu. A niektóre katamarany są niczym apartamenty.
Wolisz taką łódeczkę? Czy …
czy taką łódkę?
Rozpoczęcie ARC-u , grupowego przekraczania Atlantyku. Na raz marinę opuszcza kilkaset łodzi.

Ostatecznie cały ten jachtostop jest ciekawym przeżyciem, i jesteśmy dumni, że udało nam się znaleźć łodzie i przepłynąć Atlantyk. Wielkim fanami żeglowania się jednak nie staliśmy, w sumie to nie wiem, czy chciałbym to kiedykolwiek w przyszłości powtórzyć, tzn. takiej długiej trasy. Wiele z tego co cię spotka przy jachtostopie jest jedną wielką niewiadomą. Możesz się starać złapać łódkę przez miesiąc i nic, a możesz rozwieszać swoje ogłoszenie drugiego dnia po przybyciu do miasta i ktoś akurat w tym momencie będzie stał za tobą i bez dokładnego czytania tego ogłoszenia zaproponuje ci przeprawę (poznaliśmy jedną taką parę). Możesz w 2 tygodnie zobaczyć 20 stad delfinów, a możesz nie zobaczyć nic oprócz śmieci unoszących się na wodzie. A co do samych kapitanów i jachtostopowiczów, to najlepiej podsumować to mogę tak – każdemu psychiatrze i psychologowi polecam zagłębić się w to środowisko, materiał na 50 książek murowany. W naszym odczuciu większość żeglarzy, poza całymi rodzinami i tymi żeglującymi tylko okazjonalnie, to osoby mało stabilne i racjonalne (oczywiście w razie zagrożenia na wodzie potrafią się zachowywać całkowicie profesjonalnie, ale w wielu pozostałych aspektach życia… już nie do końca). A to dlatego, że żyją poza społeczeństwem – taka jest specyfika życia na łódce. Wiele elementów i zasad życia w społeczeństwie, które pozwalają ukryć negatywne cechy charakteru (które przecież każdy z nas ma w sobie), po prostu w morskim trybie życia nie funkcjonuje. I tak żeglarze często nie przychodzą na czas na umówione spotkanie, albo całkowicie zapominają o nim, jednym słowem nie szanują czasu innej osoby, wiele ich obietnic, deklaracji i opowieści ma w sobie mnóstwo ubarwień. Jest też wielu, którzy nadużywają alkoholu lub narkotyków (nawet jeśli podczas rejsu mają zasadę bycia trzeźwym, to mocno nadrabiają w marinach). Są też pojedyncze przypadki, ale jednak przez ostatnie 6 miesięcy widzieliśmy takich dużo, kiedy kapitan ma przerośnięte ego i traktuje siebie jak boga. Nawet na lądzie chce mieć nad wszystkimi władzę, chce innymi osobami rozporządzać, a czasem wręcz pomiatać, albo mieć przynajmniej zawsze ostatnie słowo i być tymi “najmądrzejszymi”.

Chciałbym zaznaczyć, że wiele uwag zawartych w tym tekście dotyczy tylko długich rejsów bez postojów. Zanim ktoś chciałby mi coś zarzucić, albo zanim się obrazi, proszę – niech upewni się, że dokładnie przeczytał cały tekst, akapit czy pojedyncze zdanie. I tak, oczywiście – wśród żeglarzy jest mnóstwo wspaniałych i dobrych osób, bez nich bylibyśmy teraz w poważnym dołku, ale chyba daliśmy to do zrozumienia w innych postach i nie to jest najważniejsze w tym tekście. O tym, jak wyglądało łapanie jachtu i żeglowanie z psem napiszemy w kolejnym poście.

Cyfry dotyczą godziny, nie daty 😉

PLAKAT INFORMACYJNY WS. MASOWEGO MORDOWANIA PSÓW W HISZPANII

PLAKAT INFORMACYJNY WS. MASOWEGO MORDOWANIA PSÓW W HISZPANII

Jeśli ktoś nie wie, o co chodzi w całej sprawie, zapraszam do naszego artykułu wyjściowego TUTAJ

Poniżej znajdują się plakaty informacyjne, które możecie pobrać, wydrukować i do rozwieszać w klinikach weterynaryjnych, sklepach zoologicznych, generalnie wszędzie, gdzie tylko ktoś sobie wymyśli czy dostatnie zgodę od właściciela obiektu. Można je też sobie wrzucić jako zdjęcie w tle na swoim profilu facebook, albo po prostu udostępniać we wszelkich social mediach. Do wyboru dwie wersje, a pod nimi także wersja w języku angielskim:

 
1. Na “bogato” – czarna, jeśli ktoś ma możliwości dobrego i taniego wydruku, bo czarne tło strony zużyje mnóstwo tuszu.
2. Na białym tle – tańsza i łatwiejsza do drukowania na każdej drukarce.
 
Plakaty przygotowane w formacie A3, więc można śmiało drukować też w mniejszym A4.
 
W wątku plakatów pojawiają się 2 kwestie:
1. Czy ktoś ma dostęp do profesjonalnej drukarni? Gdzie możliwe byłoby tanie/darmowe wydrukowanie tych plakatów, i przekazywanie ich dalej osobom, chętnym do ich kolportowania na większą skalę.
2. No i właśnie, czy ktoś chciałby się zająć kolportażem tych plakatów na większą skalę?
 
Czy ktoś ma jeszcze jakieś ciekawe pomysły / możliwości ws. plakatów?

KLIKNIJ PRAWYM PRZYCISKIEM MYSZY I WYBIERZ OPCJĘ “ZAPISZ ELEMENTY DOCELOWY JAKO”. Plik zapisany powinien ważyć ok. 7mb. Jeśli się nie uda, spróbuj z inną przeglądarką. Jeśli dalej nie zadziała, możesz napisać do nas wiadomość e-mail na adres pk.miklaszewski@gmail.com z prośbą o ich przesłanie.

wersja 1 jeśli ktoś ma możliwości dobrego i taniego wydruku, bo czarne tło strony zużyje mnóstwo tuszu
wersja 2 – tańsza i łatwiejsza do drukowania na każdej drukarce.

 

ENGLISH VERSION:

WZÓR LISTU PROTESTACYJNEGO ws. MASOWEGO TORTUROWANIA I MORDOWANIA PSÓW W HISZPANII

WZÓR LISTU PROTESTACYJNEGO ws. MASOWEGO TORTUROWANIA I MORDOWANIA PSÓW W HISZPANII

Jeśli ktoś nie wie o co chodzi, to odsyłamy do naszego artykułu wyjściowego o temacie TUTAJ

List możecie adresować na 3 różne sposoby, najlepiej wykorzystajcie każdy z nich: 1) Fizycznie, klasycznym listem na adres ambasady Hiszpanii w Polsce: Ambasada Królestwa Hiszpanii, ul. Myśliwiecka 4, 00-459 Warszawa. 2) Na skrzynkę mailową ambasady emb.varsovia.info@maec.es oraz 3) W formie komentarza pod jakimkolwiek postem ambasady na ich fanpage na facebook – https://www.facebook.com/EmbEspPolonia/ Na marginesie dodam, że mój komentarz usunęli, więc zafundujmy im ostry spam, by nie nadążali z usuwaniem pojedynczych komentarzy 😉 ). Pod polską wersją znajduje się również wersja w języki angielskim.

TREŚĆ LISTU:

Szanowni Państwo

Chciałbym wyrazić swój sprzeciw i obrzydzenie wobec procederu, który ma miejsce w Hiszpanii. Co roku w Waszym kraju masowo zabija, torturuje, okalecza, porzuca i celowo zaniedbuje psy wykorzystywane przez niektórych Waszych rodaków do polowań oraz wyścigów (często nielegalnych). Szacuje się, że rocznie cierpi od 50 do 100 tysięcy psów, dotyczy to przede wszystkim psów rasy Galgo oraz Podenco.

Rząd Hiszpanii oraz ogół społeczeństwa mają wiedzę i świadomość o zachodzących wydarzeniach, tymczasem wciąż występuje społeczne przyzwolenie, a co gorsze, bezczynność rządu i organów państwa w celu zwalczania i zapobiegania temu zjawisku. Przyzwolenie na wieszanie psów na drzewach, by dusiły się przez kilka godzin czy nawet dni, zakopywanie ich żywcem, wrzucanie w kaniony, studnie, głębokie doły, przeciąganie za samochodem, zagładzanie na śmierć, łamanie kończyn, oblewaniem kwasem i wiele innych sadystycznych działań.

Chciałbym więc poinformować, że podejmę wszelkiego rodzaju działania, w których informować będę inne osoby o zacofaniu Hiszpanii względem europejskich standardów, nie tylko w kwestii formalnych praw zwierząt, ale także „humanitaryzmu” oraz wartości etycznych i moralnych.

Ogłaszam również, że w ramach osobistego protestu, powstrzymam się od wszelkich wyjazdów turystycznych do Państwa kraju, do tego samego będę namawiać pozostałe osoby. Hiszpańska branża turystyczna „czerpie garściami” z wizerunku swojego kraju, jako „pełnego życia, radosnego, zabawowego i ludzi o ciepłych sercach”. W obliczu wydarzeń, które mają tam miejsce, faktu że zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od turystycznych ośrodków i stolicy kraju odnajdywane są masowe groby zwierząt, niemożliwe jest podtrzymywanie tego mitu. Także dostarczanie środków finansowych ludziom, którzy z jednej strony uśmiechają się do nas – turystów i dzięki nam zarabiają, a weekendami urządzają tortury na zwierzętach na masową skalę lub ludziom, którzy „przymykają oko” na wydarzenia, o których mają wiedzę. Wiedza ta musi być powszechna, skoro rok w rok, zabijanych, torturowanych i okaleczanych jest kilkadziesiąt tysięcy psów. Nie jest możliwe, by wszystko to działo się w ukryciu. Niemożliwe by najbliżsi członkowie rodzin tych sadystów nie mieli wiedzy o praktykach swoich ojców, mężów, braci, dziadków, dzieci.

Podejmę także inne kroki, bojkotujące hiszpańskie interesy, jak bojkotowanie hiszpańskich marek odzieżowych, spożywczych, warzyw i owoców, itd. Będę także wspierał inne inicjatywy podejmowane przez pozostałe osoby w Polsce, które mają wiedzę o tym procederze – wśród nich m.in. rozwieszanie plakatów informujących o procederze w takich miejscach jak: kliniki weterynaryjne, sklepy zoologiczne itp. Sam dowiedziałem się o procederze z artykułu w internecie, który udostępniło już ponad 12 tys. ludzi i liczba wciąż rośnie, także za sprawą mojego udostępnienia.

Będę trwał w tych działaniach tak długo, jak długo nie dowiem się o rozpoczęciu faktycznych i skutecznych działań ze strony hiszpańskich instytucji państwowych, które będą miały na celu ukrócenie sadystycznych praktyk części hiszpańskiego społeczeństwa (nie tylko myśliwych i uczestników wyścigów, ale także hodowców, którzy ich zaopatrują i rozmnażają psy w skandalicznych warunkach).

Wielka szkoda, że moje działania dotkną również przeważającą część społeczeństwa Hiszpanii, która nie bierze udziału w procederze. Także osoby dobre i szlachetne, w tym takie, które starają się walczyć z procederem. Są one jednak ignorowane przez swój własny rząd i instytucje państwowe, które Państwo reprezentujecie.

Jestem przekonany, że tylko ostracyzm i uderzenie w finansowe interesy Hiszpanii jest w stanie przekonać Wasz rząd do działania, skoro przez dziesięciolecia pozostawał on bierny wobec tego procederu. Niech ma świadomość, że nie jest to już wyłącznie sprawa „hiszpańska”.

Z wyrazami szacunku
imię i nazwisko

ENGLISH VERSION:

THE LETTER (send it by e-mail, as a comment or traditional way – post, or the best – by all 3):

I would like to express my disagreement and disgust at a procedure that takes place in Spain. Every year in your country there is mass killing, torturing, mutilation, abandonment and intentional neglect of dogs used by some of your countrymen for hunting and in races (often illegal). It is estimated that between 50,000 and 100,000 dogs suffer annually, mainly Galgo and Podenco dogs.

The Spanish government and the general public have knowledge and awareness about the events taking place, while there is still social acceptance and, what is worse, the inaction of the government and state to combat and prevent this phenomenon. Permission to hang dogs on trees to choke for a few hours or even days, burying them alive in the ground, throwing them into canyons and wells, dragging behind the car, smoothing to death, breaking limbs, acid drenching and many other sadistic activities.

I would like to inform you that I will undertake all kinds of activities in which I will inform other people about the backwardness of Spain against standards of civilized world, not only regarding animal rights, but also „humanitarianism” and ethical and moral values.

I also declare that as part of a personal protest, I will refrain from any tourist trips to your country, I will persuade other people to do the same. The Spanish tourism industry „draws heavily” from the image of his country as „full of life, joyful, fun and people with warm hearts.” In the face of the events that take place there, the fact that sometimes only a few dozen kilometers from tourist centers and the capital of the country are found mass graves of animals, it is impossible to sustain this myth. Also providing financial resources to people who, on the one hand, smile at us – tourists and thanks to us earn money, and on weekends organize tortures on animals on a mass scale or people who „turn a blind eye” on events they know about. This knowledge must be universal, since a few tens of thousands of dogs are killed, tortured and maimed year after year. It is not possible that everything is happening in hiding. It would be impossible for the closest family members of these sadists to know about the practices of their fathers, husbands, brothers, grandparents, and children.

I will also take other steps boycotting Spanish interests, such as boycotting Spanish clothing brands, food, vegetables and fruits, etc. I will also support other initiatives taken by other people, who already have knowledge of this practice – among them, among others hanging posters informing in such places as: veterinary clinics, zoological stores, etc.

I will continue in these activities as long as I do not learn about the start of effective actions by Spanish state institutions aimed at curbing the sadistic practices of part of the Spanish society (not only hunters and race organizers, but also the breeders who supply and breed dogs in scandalous conditions).

It is a great pity that my actions will also affect the majority of Spanish society, which is not involved in the procedure. Also good and noble people, including those who try to rescue those dogs, but are ignored by their own government and state institutions, that you represent.

I am convinced that only ostracism and a blow to Spain’s financial interests can persuade the Spanish government to act if it has remained passive in the face of decades. May you all be aware that this is no longer just a „Spanish” matter.

Yours faithfully
your name

AKUMULATORKI do ładowania zamiast BATERII – rzeczy przydatne w podróży

AKUMULATORKI do ładowania zamiast BATERII – rzeczy przydatne w podróży

Ładowarka może ładować standardowy rozmiar paluszka czyli AA (zwany także HR6), jak i małe paluszki czyli AAA (HR03).

Chociaż w dzisiejszych czasach coraz więcej urządzeń produkowanych jest z wewnętrznymi, zintegrowanymi akumulatorami, to wciąż mnóstwo potrzebnego sprzętu działa na klasycznych bateriach „paluszkach” AA lub AAA. Albo działa na nich lepiej. My mamy 3 takie urządzenia: latarki czołówki, maszynkę do strzyżenia/golenia (czemu mamy maszynkę w osobnym wątku) oraz bezprzewodową myszkę komputerową. Mieliśmy także dyktafon, który zastępować nam miał oryginalny mikrofon do kamery GoPro (który kosztuje krocie i jego podłączenie do kamery naraża ją na uszkodzenia). Ostatecznie go ani razu nie użyliśmy 😀

Te klasyczne baterie da się zastąpić takimi sami bateriami, ale wielokrotnego użytku, które da się ładować – akumulatorkami.

Czemu warto to zrobić?

1. Pieniądze.
Koszt akumulatorów rozmiaru AA, tych najlepszej klasy, zaczyna się od 8 zł. Dobra, klasyczna bateria (czyli taka, które faktycznie posłuży dłuższą chwilę, czyli ma w sobie wystarczająco mAh – mili amperogodzin) to przynajmniej 2 zł. Do akumulatorów trzeba dokupić ładowarkę za ok. 40 zł. Na początku więc wydaje się to mało opłacalne, ale musimy sobie uzmysłowić, że potem nie ponosimy już żadnych kosztów. Przecież gdy podróżujemy, prąd mamy za darmo w hotelach, restauracjach, na lotniskach, dworcach, itd. To, że w Polsce poprzez internet da się kupić dobrą baterię za 2 to komfort. Koszt w sklepie, zwłaszcza gdzieś za granicą, bywa o wiele większy, a i z dostępnością dobrych baterii może być problematycznie. Niestety nie jestem tu w stanie zaprezentować żadnego równania matematycznego, które wykazałoby po jakim czasie akumulatorki zaczynają się naprawdę opłacać. Wiem, że ja w ciągu roku podróży już ok. 20 razy ładowałem akumulatorki AA o mocy 1900 mAh i AAA o mocy 800 mAh. Produceni akumulatorków zapewniają, że niektóre mogą przeżyć nawet 1000 cykli ładowania. Oczywiście nie wierzę w to, ale jeśli przeżyją ich 500, 300 czy nawet tylko 100, to oszczędność będzie gigantyczna. Jeśli akumulatorki ładujemy we własnym domu, to i tak oszczędzamy, bo koszt energii elektrycznej z sieci jest o wiele tańszy niż ten uwięziony w baterii.

2. Gotowość i pewność działania.

Jeśli wiemy, że idziemy w trudny teren na kilka dni, możemy naładować akumulatorki do pełna i nie martwić się, tak jak przy klasycznych bateriach, które są już w sprzęcie, że są trochę rozładowane i „padną” w środku wyprawy. Oczywiście możemy wsadzić „świeże” klasyczne baterie, ale znowu tutaj pojawia się kwestia ich ceny w danym miejscu oraz dostępności. Tymczasem jeśli trafimy do wioski, gdzie nie da się kupić nic, to i tak na 99% będzie tam prąd do naładowania akumulatorków. Jeśli nie ze stałej linii energetycznej, to chociaż przez kilka wieczornych godzin z generatora.

3. Dbanie o środowisko.

Skład baterii to ogromny syf. Nawet w Polsce, mimo istnienia w wielu sklepach specjalnych pojemników na zużyte baterie, wciąż ogromnie dużo ludzi wyrzuca je do normalnych śmieci. To teraz pomyślmy, kto dba o właściwą utylizację baterii w krajach nierozwiniętych, gdzie nawet zwykłymi śmieciami nikt się nie interesuje. W trakcie podróży odwiedziliśmy mnóstwo wiosek, gdzie nie istnieje zorganizowany system zbierania śmieci. Zamiast tego lądują one w rzekach, rowach czy są spalane przed domem. Co więcej, nie raz widziałem zużyte baterie porzucone na szlaku w pięknych miejscach natury, np. w drodze na szczyt Toubkal w Maroko albo nieopodal strumyka pod płaskowyżem Roraima w Wenezueli. Zatem wydaję mi się, że o wiele lepiej kupić akumulatorki, które posłużyć nam mogą latami, niż zanieczyszczać odwiedzane miejsca zużytymi bateriami. No chyba, że chcecie wszystkie zużyte baterie przetransportować ze soba do cywilizowanego miasta/kraju, gdzie występuje ich właściwe zbieranie. Może się okazać, że zajmie Wam to tygodnie. Poza tym, jak można przypuszczać, proces produkcji nowych baterii także generuje mnóstwo zanieszyczeń, ale nie wchodźmy już w takie szczegóły.

4. Teraz powiem, jaki może być minus akumulatorów

– waga (choć ta kwestia mocno zależy od naszego sposobu przygotowania do podróży).

Waga samych akumulatorków względem klasycznych baterii jest prawie identyczna. Ewidentnie za to zwiększa ją niezbędna ładowarka. Jednak jeśli ktoś podróżuje z zapasem klasycznych baterii, to waga ładowarki jest mniejsza niż taki zapas. Waga ładowarki jest też niższa niż np. ewentualne transportowanie zużytych baterii do właściwego miejsca ich wyrzucenia.

– problem pojawia się także wtedy, gdy jakiś akumulatorek nam się zepsuje, np. z powodu wilgoci i trudno będzie nam odnaleźć w sklepie akumulatorek o tej samej pojemności (nie powinno się w jednym urządzeniu montować źródel zasilania o różnych parametrach). W mojej czołówce doszło do zwarcia i dwa akumulatorki się zjarały. Podejrzewam, że nastąpiło to z powodu ogromnego upału panującego w Brazylii. Oczywiście producent akumulatorów zapewnił mnie, że taka temperatura nie powinna doprowadzić do uszkodzenia i odrzucił możliwość wady produkcyjnej. Możliwe, że przyczyna leżała po stronie czołówki, bo miała ona już z 4 lata.

ZGUBIONY PASZPORT PSA, ZŁAMANA NOGA IZY i PIERWSZY AUTOSTOP SNUPIEGO, czyli 3. część naszych wpadek z podróży

ZGUBIONY PASZPORT PSA, ZŁAMANA NOGA IZY i PIERWSZY AUTOSTOP SNUPIEGO, czyli 3. część naszych wpadek z podróży

Snupi – nielegalny imigrant

Wracaliśmy już do Polski. Tego dnia z Gruzji przedostaliśmy się do Turcji w przejściu granicznym Sarpi-Hopa. Stamtąd zabrał nas jeden samochód 100 km dalej do Ardeşen. Niestety, kierowca z rozpędu wywiózł nas kawałek w głąb miejscowości. Tam Snupi złapał stopa. Szliśmy sobie z powrotem do głównej drogi, gdy obok zatrzymało się auto z mężczyzną i jego bardzo starym ojcem na fotelu pasażera. Staruszek zakochał się w Snupim i poprosił syna, by zatrzymał się dla nas właśnie z jego powodu.

Dziadek zapytał, czy może wziąć Snupiego na kolana. Opowiedzieli nam, że w tej części Turcji psy traktuje się już z dużo większym szacunkiem i dobrocią, niż w pozostałej części kraju. Tutaj, w górzystych terenach i klimacie korzystnym do uprawy roślin i hodowli zwierząt, wykorzystuje się psy w celach pasterskich. Za ich pracę ludzie odwdzięczają się im zatem należycie.

Wydawało nam się, że ten dzień będzie naszym rekordem, bo pruliśmy przed siebie jak strzała. Od dziadka przesiedliśmy się do kolejnego samochodu, który jechał ponad 400 km w odpowiednim dla nas kierunku – do Samsun. Droga to w całości autostrada. Szło nam tak dobrze, że zaczęliśmy się zastanawiać, czy jednak nie zwiedzić jeszcze miejscowości Amasya – rzekomo malowniczo położonej na stokach gór nad rzeką. Jeszcze dzień wcześniej odrzuciliśmy ten plan, bo zostały nam zaledwie 4 dni, by zdążyć do Polski na ślub mojego przyjaciela ze studiów.

Kierowca był bardzo małomówny. Przez 3 godziny dowiedzieliśmy samych podstaw o nim. Z ciekawszych rzeczy, że jest oficerem policji z Rize, który jechał do Samsun w jakieś sprawie służbowej. Ciszę i spokój wykorzystaliśmy na sen. Gdy mężczyzna miał już zjeżdżać do miasta, to zdecydował, że ma jeszcze chwilę czasu, więc wysadzi nas już za miastem, gdzie będzie nam łatwiej złapać odpowiedni pojazd dalej.

Po wysiadce, Iza poszła na pobliską stację do toalety, a ja obmyślałem plan. Gdy wróciła, przedstawiłem taki: do Amasya i do Europy jest jeszcze kawałek wspólnej trasy, zobaczmy jak ułoży się najbliższa godzina i zadecydujemy. Zatrzymał się samochód z dwoma mężczyznami. Zapytaliśmy, dokąd zmierzają, a oni – do Amasya! No co za fart, co za strzał, niczym w lotto. Decyzja mogła być tylko jedna. Obaj mężczyźni wyszli z auta i zaczęli nam pomagać w zapakowaniu bagażów. Mężczyzna odpalił auto i ruszyliśmy, wtedy uznałem, że to chyba najwyższa pora, żeby schować paszporty – mój i Snupiego. Złapałem się za tyłek i poczułem, że w tylnej kieszeni na suwak nic nie ma. Błyskawicznie zatrzymałem kierowcę, przeszukałem na szybko mały plecak, wszystkie kieszenie w spodniach i wszystkie w dużym plecaku. Nic. Oznajmiłem mężczyznom, że to chyba bez sensu by czekali, bo teraz czekało nas wywalenie wszystkich naszych rzeczy z plecaka. Byłem na siebie ogromnie wkurzony. Byłem pewien, że gdy na spokojnie przeszukam bagaże, to paszporty się odnajdą, a nasza idealna podwózka właśnie odjeżdża. Iza wzięła się za przeszukiwanie bagażu, a ja cofnąłem się do miejsca, w którym staliśmy. Niestety był tam przystanek, na który zdążyły już podjechać 2 autobusy. Jeśli paszporty tam leżały, to na pewno ktoś już je zabrał. W Turcji europejski paszport to łakomy kąsek. Jak potem dowiedzieliśmy się od policji, fałszuje się zdjęcia i mężczyźni próbują przekraczać granicę nawet na damskie paszporty. No właśnie, na policji… Na ulicy udało mi się spotkać młodego chłopaka, który chociaż trochę mówił po angielsku i zadzwonił do najbliższego komisariatu i wytłumaczył moją sytuację. Nie dłużej niż po 5 minutach pojawił się patrol, ale mówili tylko po turecku. Jak się okazało cały komisariat mówił tylko w tym języku.

Na posterunku policji. Ta mina mówi wszystko.

Zadzwoniłem na numer dyżurny do polskiej ambasady, a tam – UWAGA – pracownik nie mówił po turecku, więc nie miał jak pośredniczyć w rozmowie z policją. Niezła kpina. Kazano nam więc czekać na tłumacza, miało to być 30 minut. Było 2 godzinami. Każda z tych minut, ba, każda z sekund, była dla mnie psychiczną torturą. Zamiast działać, to musiałem bezczynnie siedzieć, a w wyobraźni co chwilę powstawała nowa wizja sytuacji i miejsca – gdzie zgubiłem paszport. Na przejściu granicznym byliśmy w łazience, ale ja do łazienki nie szedłem, tylko Iza. Potem siedziałem na barierce drogi, może tam paszporty wysunęły mi się z kieszeni, ale przecież były w kieszeni na suwak… A może to tych dwóch mężczyzn, którzy mieli nas zabrać do Amasya. Podejrzanie ochoczo wyskoczyli z auta i zaczęli pomagać nam z włożeniem bagaży. Powstało przy tym niezłe zamieszanie, bo 4 osoby przy jednej klapie bagażnika, to o wiele za dużo. Może to był celowych zabieg odwrócenia naszej uwagi? Już wtedy wydawało mi się to podejrzane, dlatego bardzo uważnie patrzyłem, co jeden z nich robi z plecakami, czy przypadkiem czegoś z nich nie wyciąga. Tymczasem zamiast plecaka powinienem był pilnować własnego tyłka!  A może to ten mężczyzna, który wiózł nas 400 km. Przecież oboje z Izą zasnęliśmy, ale jakim cudem udałoby mu się wyjąć paszporty z mojej kieszeni, gdy na nich siedziałem. Mówił zresztą, że jest oficerem policji. Oficerem policji… taaaa, na pewno kłamał. Przecież to najprostszy sposób, by przestępca mógł rozwiać niepokój obcej osoby.

Wszyscy zaczęli być podejrzani, nawet przemiły dziadek zachwycony Snupkiem. Przecież sami się dla nas zatrzymali, zanim jeszcze wystawiliśmy rękę do łapania okazji i na dodatek podwieźli nas tylko kilka kilometrów. Było to nieopodal granicy, więc może to taka szajka, która działa w ten sposób. I tak przez 2 godziny wymyślałem historie spiskowe i czynności, które mogłem zrobić, żebym zapobiec tej sytuacji. Czemu nie schowałem paszportu pod podłogę w psim transporterze, przecież nikt by tam nie zajrzał. Zwłaszcza, gdy w środku siedzi Snupi itd. itd. Strata paszportu bolała tym bardziej, że obawiałem się, że nie zdążę na ślub Adriana.

W końcu pojawił się tłumacz – Ozan. Jak się okazało, jest tłumaczem wolontariuszem. Współpracuje z policja od kilku lat, ale ma swoją normalną pracę, dlatego musieliśmy poczekać, aż uda mu się z niej wyrwać. Cały dzień straciliśmy na formalnościach i wyszukiwania z policją możliwości odnalezienia paszportu. Mógłbym o tym opowiadać przez następne dwie strony. W wielkim skrócie napiszę tylko, że niemożliwe okazało się, żeby dowiedzieć się czy faktycznie jakiś policjant z Rize przybył do Samsun. Policjanci zaproponowali sprawdzenie na monitoringu numerów rejestracyjnych samochodów, którym przyjechaliśmy i tego, który rzekomo zabrać nas miał do Amasya. O godzinie 21, gdy byliśmy już na kolejnym komisariacie, który gromadzi nagrania, to pomysł upadł, bo musiałby na to wydać zgodę sąd. A więc całkowicie bezsensownie zostaliśmy zmuszeni do nocowania w Samsun. Mieliśmy otrzymać nocleg w jakimś policyjnym hotelu, ale ostatecznie to też okazało się niemożliwe z jakiś formalnych przyczyn, bo skoro policja nie może nam już dalej pomóc, to nie mogą nas też tam zakwaterować. Jedyne, na co więc wpadli, to że odwiozą nas do zadbanego i czystego parku w centrum miasta i u ochroniarza załatwią zgodę na nasz nocleg w namiocie. Jedyny plus z tej całej sytuacji, to znajomość z Ozanem, który towarzyszył nam jeszcze przez godzinę w parku. Przyjaźń pozostała do dziś. Niedawno Ozan był w Warszawie, więc się spotkaliśmy.

Następnego dnia, zamiast być w pięknej Amasya, to musieliśmy ruszyć na środek pustyni – do Ankary, by w ambasadzie dowiedzieć się, co dalej w mojej sytuacji. W placówce o gościnności mogliśmy szybko zapomnieć. Była niedziela, więc poza nami i pracownikami na obiekcie nie było nikogo. Mimo to, nie wpuszczono nas nigdzie dalej niż do malutkiej poczekalni przy okienkach do załatwiana wiz itp. spraw. Na szczęście, mogliśmy swobodnie siedzieć w ogrodzie, więc tam czekaliśmy na wicekonsula. Nikt nie zaproponował nam nic do picia, oprócz wody z dystrybutora. Pojawił się wicekonsul, a wraz z nim absurdy polskiego urzędnictwa. Dialog wyglądał mniej więcej tak:

– Zgłasza Pan utratę paszportu? Jeśli tak, to w tej chwili ważność traci Pana normalny paszport i jeśli się odnajdzie, to i tak nie będzie już ważny.

– No to może Pan zadzwonić do komisariatu, gdzie wczoraj byłem? Może jakiś cudem odnaleźli paszport, bo mieli jeszcze jakoś spróbować namierzyć tego policjanta z Rize, z którym jechaliśmy.

Wicekonsul bardzo, ale to bardzo niechętnie poszedł wykonać telefon i wrócił bez dobrych wieści.

– Ma Pan ze sobą zdjęcie zapasowe do paszportu, bo trzeba będzie wyrobić paszport tymczasowy?

– Nie mam.

– No to mamy duży problem, bo dzisiaj jest ostatni dzień ramadanu, na dodatek niedziela. Jutro bajram, więc wszystkie zakłady fotograficzne pozamykane będę przez najbliższe 3 dni.

– Nie ma tutaj gdzieś budek fotograficznych? A poza tym w ambasadzie nie ma aparatu fotograficznego?

– Nie wiem czy są jakieś budki, rzadko zwiedzam okolice, a aparatu nie ma.

– Myślałem, że ambasada jest przygotowana na takie sytuacje… Możliwe, że mam zdjęcie na poczcie e-mail, bo Iza sama robiła mi zdjęcie do paszportu, a potem je obrabiała i wysyłała do mnie. Wystarczy mi więc połączenie z internetem.

– Nie może Pan się połączyć z siecią wi-fi ambasady, to jest tajne.

– Nie macie wi-fi dla gości?

– Nie.

– A jakiś komputer, z którego mogę skorzystać?

– Nie – wicekonsul zaczął o czymś rozmawiać z ochroniarzem. Może Pan skorzystać z prywatnego laptopa ochroniarza, ale tylko na korytarzu pomieszczeń mieszkalnych dla pracowników.

Poszedłem z ochroniarzem, ale zasięg wi-fi był tragiczny. Na otwarcie każdej strony czekać trzeba było kilkadziesiąt sekund. Przy takim połączeniu nie udało mi się odnaleźć zdjęcia. Wróciliśmy do rozwiązywania problemu. „A czy zdjęcie z telefonu wystarczy?”

– Jeśli będzie dobrej jakości i będzie miało wszystkie cechy zdjęcia paszportowego.

– Gdzie możemy zrobić zdjęcie, żeby było jednolite białe tło i dużo światła?

– Nie możecie Państwo wejść nigdzie dalej do ambasady, więc proszę próbować tutaj, na tle elewacji.

– Spróbujemy – Iza swoim Samsungiem S2 zrobiła zdjęcie. Konsul poszedł sprawdzić czy się nada. W tym czasie ochroniarz przyniósł nam kawałek swojego prywatnego arbuza. Wiedział, że cały dzień nic nie jedliśmy. Konsul wrócił z próbnym wydrukiem i stwierdził, że jest kiepskiej jakości, ale można zaryzykować „może przepuszczą Pana na granicy”. Przytaknęliśmy, ale zauważyliśmy, że wydruk był na zwykłej kartce, „na papierze fotograficznym będzie trochę lepiej”. Konsul odpowiedział, że nie mają w ambasadzie papieru fotograficznego… (Jak opowiadałem to potem rumuńskiemu strażnikowi granicznemu, to nie mógł powstrzymać się od śmiechu z niedowierzania).Zapytaliśmy – co z psem? Konsul odpowiedział, że nie wie, bo on nie może w tej sprawie zrobić nic.

Zaczęliśmy drążyć  – nie może Pan chociaż podbić jakieś pieczątki na moich zeznaniach z komisariatu, że zapoznał się Pan z nimi i potwierdza, że podróżujemy z psem? „Nie”. Nie może Pan wydrukować papieru z elektronicznej bazy danych, gdzie zarejestrowany jest Snupi i jej podbić jakaś pieczątką, że potwierdza Pan tożsamość psa? „Nie”. A jest tu gdzieś w okolicy weterynarz? „Nie wiem”. „Gdyby były problemy, niech Państwo pokażą zeznania z komisariatu, tam jest wzmianka o psie. Może wystarczy”.

Tak na marginesie, wiecie jak po turecku jest “pies”?
Köpek – całkiem ładnie i śmiesznie, bo szybko​ przerobiliśmy to na polskiego “głupka”.

Mieliśmy nadzieję, że powie nam chociaż, gdzie możemy coś zjeść w okolicy. Skoro jest Ramadan, więc z otwartymi restauracjami jest kłopot. Oczywiście nawet tego nie wiedział… Ambasada ma pomagać obywatelom zagranicą?! Litości! Ochroniarz wskazał pobliską ulicę, na której są 2 restauracje. Obydwie okazały się zamknięte. Dopiero, gdy wróciliśmy, konsul poinformował, że za paszport tymczasowy trzeba jeszcze zapłacić 160 lir.

– CO?! – Wcześniej nawet nie wspomniał, że cokolwiek będzie to kosztowało. Myślałem, że może 10-20 euro, a nie 160 lir, co wynosi ponad 160 zł – więcej niż normalny paszport w Polsce. A przecież ten jest ważny tylko rok. Tzn. byłby, gdyby zdjęcie w nim było dobrej jakości, bo z tym, to od razu w kraju wyrobić będę musiał nowy (wtedy nie wiedziałem jeszcze, że opłata za nowy paszport przy utracie starego jest podwyższana o 200%, a więc wynosi 450 zł?! Co jest według mnie niezgodne z konstytucją, bo to niemal rodzaj sankcji karnej – grzywny, za czyn niezamierzony i nieumyślny).

– Nie mamy tyle lir, wczoraj mieliśmy wyjechać z Turcji. Mogą być złotówki?

-Nie.

– Euro?

-Nie.

– To skąd mam wytrzasnąć liry? (Palant z niego – siedzieliśmy tutaj 2 godziny zanim poszliśmy szukać jedzenie, wiedział, że idziemy, wiedział też, że chcemy jak najszybciej dotrzeć do Polski. To nie mógł nam wcześniej powiedzieć, że musimy wytrzasnąć pieniądze?)

– Po drugiej stronie jest bankomat.

To była wisienka na torcie irytacji, jaką wywoływało u nas zachowanie konsula. Nie odezwałem się jednak ani słowem, bo wiedziałem, że jak już wybuchnę, to skończy się to dla mnie aresztem. Powstrzymywałem złość tak mocno, że krew pulsowała mi w żyłach niczym do piosenki zespołu Prodigy.

– Wypłaciliśmy pieniądze. W drodze powrotnej do ambasady zorientowaliśmy się, że karta została w bankomacie. Szybko pobiegłem, ale już jej nie było. Albo bankomat ją wciągnął, albo ktoś ją zabrał. Pognaliśmy do ambasady, ochroniarz wyjaśnił nam, że niektóre bankomaty w Turcji, w przeciwieństwie do polskich, najpierw dają gotówkę, a potem dopiero kartę. SUPER – NIE MÓGŁ NAM NIKT TEGO POWIEDZIEĆ, GDY DO NIEGO SZLIŚMY! Zdenerwowani sytuacją i zachowaniem konsula, odruchowo wzięliśmy pieniądze i poszliśmy, a karta dopiero wtedy się wysunęła. Oczywiście konsul stwierdził, że niemożliwe jest wykonanie połączenia telefonicznego z ambasady do Polski by zablokować kartę. Musieliśmy więc zrobić to z naszej komórki.

Konsul zabrał pieniądze i zniknął na kolejne kilkanaście minut. Pojawił z paszportem i informacją, że opłata za paszport to nie 160 lir, a 106. To głupi ćwok. „Nie mógł Pan spojrzeć wcześniej, co ja teraz zrobię z 54 lirami. Odkupi je Pan ode mnie, bo ja zamierzam jutro wyjechać z tego kraju, a jeszcze dziś z Ankary?!” Nawet nie przeprosił. Dobra, pozostało dowiedzieć się, jak najszybciej dostać się na autostradę. Mieliśmy mapę i GPS w komórce, ale to nie wyjaśniało czy dostać się tam metrem, autobusem, w którą stronę najłatwiej, gdzie wysiąść itd.? Konsul bawiąc się kluczykami od samochodu (machając nimi na palcu), stwierdził, że nie ma pojęcia, bo nie zna rozkładu linii metra i najlepiej jak weźmiemy taksówkę…

Znowu najbardziej pomocny okazał się ochroniarz, który wspomniał coś o grupie pracowników ambasady, która miała gdzieś jechać. Poszedł zadzwonić, ale okazało się, że to nieaktualne. Wrócił jednak z notatkami, na jaką stację metra musimy się udać, jakie kupić bilety i gdzie wysiąść.

Dojechaliśmy na stację przesiadkową do innej linii metra. Nasze zagubienie zauważył mężczyzna, który płynnym angielskim zapytał, czy może nam pomóc. Po chwili podeszła kobieta, jak się okazało jego siostra, która właśnie przyleciała do domu z Holandii. Oznajmili, że jadą w tym samym kierunku, więc nas poprowadzą. Zdążyliśmy im odpowiedzieć naszą nieszczęsną przygodę. Chyba musiała brzmieć naprawdę źle, bo rodzeństwo po krótkiej naradzie zaproponowało nam nocleg w swoim mieszkaniu. Było już blisko zmierzchu, byliśmy wkurzeni, zmęczeni, głodni, spoceni i totalnie zagubieni bez dobrego planu. Nie mogliśmy odmówić. Spędziliśmy przemiły wieczór. Jak się okazało rodzeństwo pochodziło z … Amasya! I na rodzinny obiad z okazji Bajramu jechali tam następnego dnia, ehhhh. Mężczyzna zaproponował mi jeszcze, że może mi odstąpić jedną ze swoich maszynek, bym mógł zgolić 1,5 miesięczny zarost. Zajęło mi to ponad 40 minut, czułem się 2 kilogramy lżejszy. Już po fakcie uznałem, że nie było to najlepsze posunięcie. Przecież teraz w ogóle nie przypominam osoby ze zdjęcia w paszporcie, na którym i tak ledwo coś widać…

Islamski terrorysta i normalny ja

Bez problemów (poza żołądkowymi, o których wspomniałem w 1 części historii naszych wpadek – pożegnanie z Turcja à la Sütlaç) przekroczyliśmy granicę. Bez problemów również ze Snupim. Aczkolwiek nawet nie próbowaliśmy się przekonać czy one będą, bo Snupiego szmuglowaliśmy. Półtora miesiąca wcześniej, gdy do Turcji wjeżdżaliśmy, na 6 punktach kontrolnych nikt nawet nie zerknął do jego paszportu, jednak znając zasadę „jeśli coś może pójść źle, to pójdzie”, byliśmy pewni, że teraz ktoś się o niego upomni.­­­­­­­ Spakowaliśmy więc Snupka do transportera, Iza dołożyła tam jeszcze kilka swoich ubrań, by go zasłonić i udawaliśmy, że to nasza zwykła torba podróżna. Szliśmy w takim ustawieniu, by torba była schowana za Izą, za mną i nie rzucała się w oczy żadnego strażnika. Potwierdzanie tożsamości Snupka, szczepień, badań itd. zagwarantowałoby nam kolejne wydatki i, co gorsze, kolejne minimum 2 dni w Turcji, co zaprzepaściłoby szanse na punktualny powrót do Polski. Ten sam manewr powtórzyliśmy jeszcze na granicy bułgarsko-rumuńskiej i rumuńsko-węgierskiej, bo chociaż Bułgaria i Rumunia należą do Unii Europejskiej, to nie należą do układu z Schengen, więc woleliśmy nie utrudniać sobie życia i nie sprawdzać, co z tego wynika w praktyce.

Pół roku oszczędzania na ślub i życia w rozłące, by miesiąc miodowy spędzić w rozłące…

O tym, dlaczego zdecydowaliśmy się na ślub poza Polska, możecie przeczytać TUTAJ.

Gdy decyzja już zapadła, trzeba było zdobyć fundusze. Jak na złość, miesiąc po podjęciu decyzji, czasopismo, w którym pracowałem zbankrutowało. Nie mogłem sobie pozwolić na stratę 2-3 miesięcy na poszukiwaniu pracy. Szczerze, nawet nie miałem ochoty tego robić. Czytać te wszystkie, beznadziejne ogłoszenia o pracę. W których nie potrafią i nie chcą napisać – czym miałby się człowiek dokładnie zajmować, co otrzyma w zamian i te kosmiczne wymagania (które podsumować można jednym zdaniem: masz pracować za darmo, jak student na praktykach, ale doświadczenia zawodowego to masz mieć 20 lat). Ruszyłem więc do Holandii, by tam zdobyć szybko kasę.

Przez 5 miesięcy żyliśmy z Izą w rozłące. Do Polski wróciłem zaledwie tydzień przed naszym wylotem do Indonezji. Podczas tych 5 miesięcy układaliśmy plan – kiedy robimy ceremonię ślubu? Czy na samym początku, jak chciała Iza, czy później, jak chciałem ja. Iza mówiła, że nie godzi się na ślub później, bo nie chce na zdjęciach ślubnych być nierównomiernie opalona, nieogarnięta, zmęczona – jednym słowem, tak jak wyglądamy po tygodniu naszego podróżowania. Na dodatek ze złamaną ręką albo nogą, skoro w planach mamy takie atrakcje jak wchodzenie na wulkany i uprawianie canyoningu (sportu, który obejmuje skoki do wody z kilkunastu metrów bez zabezpieczeń). Dlatego ceremonię zaplanowaliśmy na drugi dzień pobytu w Indonezji. Kto mógł przypuszczać, że to właśnie sam ślub okaże się największym niebezpieczeństwem dla zdrowia?

Wszystko przebiegało (z grubsza) według planu. Ceremonia odbyła się na plaży o godzinie 15.00. Wróciliśmy do hotelu, zjedliśmy obiadokolację z grupą 14 znajomych, którzy zdecydowali z nami spędzić wspólne wakacje. Toasty, zabawy w basenie i bach! Podczas tańca ze swoją świadkową Iza źle postawiła nogę na parkiecie wykonanym z betonu i trzasnęła jej 5 kość śródstopia. Oczywiście wtedy nikt nie przypuszczał, że noga jest złamana. Raczej skręcona czy nadwyrężona. Tylko lekko spuchła i mało bolała. Iza uznała, że to przecież nasze wesele na drugim końcu świata. Nie możemy się teraz martwić.

Z powodu zawirowań związanych z dniem niepodległości Indonezji, który wypadał dnia następnego i odległości dobrze wyposażonego szpitala, minęły 3 dni nim potwierdziliśmy złamanie.

Iza wraca do hotelu ze swoim zdjęciem rentgenowskim. Przynajmniej humor się nie ZaŁAMAŁ.

Miesiące rozłąki, oszczędzania pieniędzy, by spędzić wspaniałe chwile w Indonezji, właśnie okazały się, może nie bezwartościowe, ale mocno bezsensowne. Wprawdzie Iza po kontuzji się nie poddała i niemal wszędzie jeździła na skuterze ze mną i grupą, to nie mogła brać udziału we wszystkich najciekawszych czynnościach. Zamiast snurkować (uwielbia pływać), wchodzić na wulkany, uprawiać canyoning, czy po prostu biegać po plaży, to musiała chodzić o kulach z ciężkim białym gipsem w 30 stopniowym upale. Gdy nie miała już sił, to z kolegami nosiliśmy ją na plecach, co nie wszędzie było możliwe z powodu religijnych obyczajów. Nawet w stolicy Bali – Denpasar – niedostępny był lekki gips.Kontuzja dotknęła też pośrednio mnie. Czułem się źle, że zostawiałem Izę podczas tych wszystkich atrakcji. Jednak oboje uznaliśmy, że bez sensu będzie, gdy cały wyjazd i ja spędzę na leżąco obok niej. Od razu odrzuciliśmy też pomysł powrotu do Polski. Przede wszystkim nigdy się nie poddajemy. Poza tym nie wiedzieliśmy, czy odszkodowanie pokryje koszty takiej ucieczki. A co najważniejsze byliśmy pewni, że wciąż możemy tutaj przeżyć wspaniałe i niezapomniane chwile pełne radości. Tak zresztą było. Poza tym może złamana noga uchroniła nas przed jakimś gorszym wypadkiem. Niemniej na zawsze pozostanie w nas pewien niedosyt i smutek z tamtych dni. Dodatkowo zwiększają  je wspomnienia o zachowaniu niektórych naszych znajomych. Którzy poprzez traktowanie mnie jako przewodnika, a jednocześnie braku zaufania do moich planów i swoje nieprzygotowanie, pozbawiali nas spokojnych wspólnych chwil.

Perypetie o tym, jak zdobywaliśmy gips dla Izy, jak z nim sobie radziła na skuterze, to ogromnie ciekawa historia, ale chyba warta osobnego wpisu.

Gruzja – kraj krów, pięknych krajobrazów i czaczy

W 2 części historii naszych przypałów wspomniałem o ogromnych ilościach czaczy, jaką raczyli nas Gruzini. To fakt, alkoholu pije się tam dużo. Trzeba jednak zaznaczyć, że Gruzini znają umiar. Gdy dostrzegają, że gość nie jest już w stanie, ewentualnie dalej chce, ale już nie powinien pić – bo zaraz się upodli, to potrafią błyskawicznie i grzecznie stwierdzić, że na dzisiaj starczy. Tak też się stało, kiedy w Gruzji byliśmy zaledwie przejazdem. Według planu na kilka godzin, by przedostać się z Turcji do Armenii, bo te dwa kraje nie utrzymują stosunków dyplomatycznych.

W tym miejscu w Turcji od Armenii dzieliło nas kilka kilometrów. Jednak z powodu konfliktów turecko-armeńskich musieliśmy przejechać ich setki.

O godzinie 16 byliśmy na granicy turecko-gruzińskiej, szybko złapaliśmy pierwszego stopa, ale potem ugrzęźliśmy. Złapaliśmy w końcu ciężarówkę, która na miejscowych drogach nie była najszybszym środkiem transportu. Było już ciemno, gdy wylądowaliśmy w miejscowości Achalkalaki. I nie będę się silił na eufemizmy – było to najgorsze zadupie, do jakiego mogliśmy w tamtej chwili trafić. Małe miasteczko, w który nie ma szans na hostel, jednocześnie nie ma gdzie rozbić namiotu. Przyczepił się do nas jakiś niezbyt świeży, zarówno higienicznie jak i trzeźwością, mężczyzna. Szedł za nami dobrych kilkadziesiąt metrów, co trochę nas zaniepokoiło, ale robił to raczej z ciekawości, a nie złych zamiarów. Stwierdziłem, że trzeba odnaleźć komisariat albo radiowóz, nie żeby zgłosić mężczyznę, ale zapytać się o bezpieczne miejsce do rozbicia namiotu. W głębi liczyłem jednak na życzliwość policji, której doświadczyliśmy na naszej poprzedniej wyprawie w Gruzji wielokrotnie. Byłem pewien, że stanie się tak, jak kiedyś i policjanci zaproponują nam nocleg na terenie komisariatu. Wypatrzyliśmy radiowóz… Policjanci nas totalnie olali, powiedzieli, że nie wiedzą i wrócili do zapisywania czegoś w swoich kajecikach… ruszyliśmy więc dalej przed siebie.

Po takiej drodze ciężarówka szybko nie pojedzie.

Po chwili policjanci podjechali do nas i oznajmili, że na końcu ulicy są ruiny jakiegoś starego zamku i tam możemy spróbować. Po czym odjechali w jego kierunku, nie proponując nam nawet podwózki. Po 15 minutach marszu, w tym pod mocną stromiznę, miejsce okazało się jednym wielkim śmietnikiem. Na dodatek, co chwile zajeżdżał tu jakiś samochód, by zawrócić na przegapione rozwidlenie głównej drogi. Byliśmy pewni, że zaraz zjedzie się tutaj okoliczna młodzież, by urządzić sobie jakieś ognisko. Nie chcieliśmy tutaj zostać. Nagle podjechał do nas mężczyzna i zapytał, czy potrzebujemy pomocy. Zaproponował nam nocleg w swoim domku letniskowym.

Hmmm, Gruzini zawsze byli dla nas mili, więc nie czuliśmy żadnego strachu przed nim. Dopiero w aucie przyjrzeliśmy się. Kierowca był wysoki, potężnie zbudowany, łysy i o mało przyjemnych rysach twarzy.  Zaczęliśmy się martwić, zwłaszcza, że zjechaliśmy w jakaś dziwną okolicę, pełną obskurnych bloków. Byliśmy pewni, że zaraz zostaniemy skrojeni ze wszystkich naszych rzeczy i oby tylko to… Mężczyzna stwierdził, że pojedziemy najpierw do jego żony, to powie jej, że wróci później, bo nas odwozi. To już w ogóle było dla nas niezwykle podejrzane. Przecież widzieliśmy, że ma telefon komórkowy, poza tym – jak to „później”?! Jedziemy już prawie 10 minut, to gdzie on chce nas wywieźć, skoro zamiast w te 10 minut nas odwieźć i wrócić do domu, bardziej opłaca mu się jechać ją poinformować. Nagle mężczyzna zatrzymał auto i powiedział, że idzie do sklepu. To nas uspokoiło. Gdyby chciał nam coś zrobić, to nie zostawiłby nam auta z kluczykami w stacyjce. Z drugiej strony… nie takie pułapki widywało się w filmach gangsterskich. Wrócił z sokiem i ruszyliśmy dalej. Chwilę później zatrzymaliśmy się pod jednym z obskurnych bloków. Mężczyzna zniknął i za chwilę wyszedł z budynku z butelką czaczy w ręce. No tak, już wszystko jasne, będziemy po prostu kompanami do picia – uspokoiliśmy się.

Spokojni byliśmy aż do momentu, gdy wjechaliśmy do lasu. Mężczyzna ciągle nic nie mówił, nie było tam żadnych śladów cywilizacji – oho, chyba jednak nas zabije – niby wesoło, ale jednak niepewnie żartowaliśmy. Przy szosie zaczęły pojawiać się małe ogrodzone tereny, przypominające polskie ogródki działkowe. Dla bezpieczeństwa zadecydowaliśmy, że jedno z nas pić nie będzie. Oczywiście mogła to być tylko Iza. Bo tylko fałszywa wymówka, że jest w ciąży, była dość dobra, by nie obrazić gościnności mężczyzny. To także jedyny argument, jaki dociera do Gruzinów. I tak często o nim zapominają i zamiast proponować kielonka co 5 minut, robią to tylko co 15. Cały ciężar picia spadł na mnie. Nie był to najlepszy moment. Właśnie spędziłem miesiąc w Turcji. Kraju, gdzie nie pija się właściwie alkoholu poza gównianym piwem. Więc i ja byłem abstynentem przez cały ten czas. Tymczasem wiadomo – bez treningu możliwości spadają, zwłaszcza przy przemęczonym fizycznie organizmie, a mój zdecydowanie taki był. Po 15 minutach już wiedzieliśmy, że ze strony mężczyzny nie grozi nam żadne niebezpieczeństwo. Wraz z wyjęciem przez nas rozmówek rosyjskich i 3 szybkimi kolejkami, stał on się znacznie bardziej rozmowny i przyjazny. Po godzinie, może dwóch przyszedł moment, w którym Gruzin dostrzegł już, że więcej nie jestem w stanie w siebie wlać i stwierdził, że koniec picia. Zrobił to bardzo uprzejmie, żeby nie było mi wstyd. Wziął niejako winę na siebie, tłumacząc, że jutro praca, no i do żony musi wracać. Przeprosił nas, że nie możemy spać w domku, a w namiocie na zewnątrz, ale musi zamknąć domek, a jutro nie będzie miał kiedy tego zrobić. Nie przeszkadzało nam to, wręcz przeciwnie, w środku nie było zbyt czysto. Mężczyzna zapakował się do auta, a ja poległem w namiocie tak szybko, że nic więcej nie pamiętam.

Rano…. taaaa, jakie rano. Obudziłem się o 12. Podczas całej naszej wyprawy, nie zdarzyło się bym wstał później niż o 7.00, a już na pewno nie po Izie. Ona codziennie błagała mnie, bym dał jej poleżeć. Czasem godziłem się na 30 minut i po zrobieniu wszystkiego, co się dało, umierałem z nudów. Tym razem Iza już dawno wstała i czytała sobie książkę. Czułem się jak sardynka w puszce pozostawiona w rozgrzanym samochodzie. Słońce tak nagrzało namiot, że nie mogłem w nim wytrzymać ani sekundy dłużej. Jednocześnie głowa eksplodowała, gdy tylko próbowałem utrzymać pion. Cały nasz namiot okrążyło stado krów, ich zapach w tym upale i chmara much, które za sobą przywlekły, potęgowały chęć wymiotowania. Ale nie mogłem sobie na to pozwolić, bo nie mieliśmy ze sobą żadnej wody… Iza była wybitnie uradowana, że ją picie ominęło. Szybko się zasmuciła, gdy okazało się, że w domku zostały nasze rozmówki polsko-rosyjskie. Właśnie jechaliśmy do Armenii, by spędzić tam ponad tydzień. Wszyscy znają tam język rosyjski, a my wcale… Ruszyliśmy w kierunku głównej drogi.

Jedyne zdjęcie, jakie Iza wykonała – i zapewne wykona – mi w życiu śpiącego rano.

Czekaliśmy ponad 40 minut na jakiegoś życzliwego kierowcę. Z każdą z tych minut moja miłość do tego kraju spadała błyskawicznie. Nie mogliśmy pojąć, czemu nikt nie chce się zatrzymać, przecież Gruzini są tacy uprzejmi wobec turystów. Dopiero potem dowiedzieliśmy się, że jeszcze kilka lat temu bardzo powszechne były napady i rabunki na metodę autostopowicza. Chociaż widać po nas ewidentnie, że jesteśmy obcokrajowcami, a nie miejscowymi rabusiami, uprzedzenia wygrywały.

Naszym zbawcą okazał się stary Ormianin. Jechał do Ninotsmindy, skąd do granicy już tylko rzut beretem. Tam zmarnowany usiadłem na krawężniku jezdni i zarządziłem odpoczynek, bo mój stan przechodził w kolejną fazę kaca. Jakaś kobieta z pobliskiego stoiskami z różnymi duperelami podeszła do mnie z filiżanką kawy. Oznajmiła, że to mocna kawa, przygotowana według tradycyjnej armeńskiej receptury i że powinna mi pomóc. Nie wiem, jak źle musiałem wyglądać, skoro z taką łatwością to zauważyła. Kobieta nie chciała za kawę żadnej rekompensaty. Chyba, że za taką uznać ubaw, jaki miała ze mnie ze swoja koleżanką z drugiego stoiska. Chociaż kawa była malutka, to błyskawicznie mi pomogła… A jak potoczył się ten dzień dalej, przeczytać możecie TUTAJ.

Niech zdjęcie jeziora Tsalka w Gruzji zobrazuje stan mojego nastroju tego dnia.

Fatalny początek

Snupi w mieście jest często nie do zniesienia: nie lubi stać za długo w miejscu, a do tego uwielbia ludzi. To połączenie sprawia, że we wszystkich środkach komunikacji miejskiej i restauracjach często wierci się, kręci, jęczy, żeby tylko ktoś zwrócił na niego uwagę. Odkąd codziennie jeździ z Izą do pracy metrem, to trochę się ogarnął, ale i tak przy każdym przejeździe wynajduje w swoim sąsiedztwie jakąś osobę. Patrzy się na nią, macha ogonem i od czasu do czas pojękuję, by zdobyć głaskanie i zainteresowanie. I wiecie co? Nie ma takiego przejazdu, żeby mu się nie udało. Wtedy się uspokaja i patrzy się na nas dumnym spojrzeniem ”eeee łyso wam, wy nie chcieliście mnie drapać, to sobie poradziłem, zazdrośni?”. Chcieliśmy go tego oduczyć, ale nie da się, bo chociaż my staramy się go ignorować, to zawsze znajdzie się jakaś osoba, która ulegnie jego zaczepkom.

Również podczas jazdy samochodem w mieście Snupi jest wybitnie podekscytowany. Uspokaja się dopiero po jakiś 30 minutach jazdy. Dlatego bardzo baliśmy się zachowania Snupiego, gdy ruszaliśmy w naszą pierwsza autostopowa wyprawę. Przecież mieliśmy dostać się aż do Armenii.  Wiedzieliśmy, że na prostych odcinkach autostrad i szybkich trasach będzie lepiej, ale z drugiej strony nie wiedzieliśmy jak Snupi zareaguje na nieustanne i częste zmiany pojazdów, z ciągle nowymi osobami do zaprzyjaźnienia się.

Pierwszy dzień i pierwsze chwile podróży nie wróżyły nic dobrego. Pierwszy samochód jechał z Warszawy do Radomia. Snupi zachowywał się okropnie, siedział na moich kolanach, a mimo to nieustannie jęczał i wiercił się, przez co jego futro fruwało po całym samochodzie. Mieliśmy go porządnie wyczesać dzień wcześniej, ale nie zdążyliśmy. Wsadziłem go w miejsce na nogi pasażera, by ograniczyć zasięg futra. Gdy wysiadaliśmy z auta, odkryłem, że cała przestrzeń na nogi jest wyściełana czarną chropowatą tkaniną, która niczym klej przyczepiała do siebie białe futro. Było go tak dużo, że można by z niego zrobić małą poduszkę. Na szczęście chłopak był bardzo miły. To był także jego pierwszy raz, kiedy zabierał autostopowiczów i był zachwycony doświadczeniem. Chciałem mu dać pieniądze na umycie auta, ale powiedział, ze sobie z tym poradzi. Mam nadzieję, że nie była to kurtuazja.

Wtedy właśnie odkryliśmy, że transporter, który zabraliśmy tylko na wypadek chowania Snupiego podczas wizyty w zabytkach i restauracji, świetnie sprawdzi się przy przejazdach. Jednak nie rozwiązywało to podekscytowania Snupka, które przecież i dla niego było męczące. Ale to był dopiero początek, nie mogliśmy poddać się już teraz, bez upewnienia się czy naprawdę będzie tak źle.

W Radomiu Snupi znowu się nie popisał. Ciągle jęczał, bo nie pozwalaliśmy mu odejść dalej, ulica była bardzo ruchliwa, a padał mocny deszcz. Byliśmy więc przekonani, że zaraz ktoś się nad nami zlituje. I tak w deszczu spędziliśmy godzinę. W końcu zrezygnowani pozwoliliśmy Snupiemu pobiegać swobodnie. Po 5 minutach obwąchiwania i obsikiwania okolicy, wziął się za jedzenie trawy. To oznaczało tylko jedno – rzyganie. Ale co tam, od godziny stoimy z podniesionym kciukiem i nikt się nie zatrzymał, to możemy sobie odpuścić te 3 minuty – od konsumpcji do rzygania. Snupi skończył jeść, przybrał pozę pokrzywdzonej foki i zaczęło mu się odbijać. I co? W tym momencie zatrzymał się czysty, zadbany samochód, mimo, że nie mieliśmy wystawionego kciuka. Gdy kierowca wychylił się przez szybę, zobaczył Snupiego puszczającego pierwszego (zawsze są minimum 2 albo 3) hafta. Załamani oznajmiliśmy „Rozumiemy, jeśli nie będzie chciał Pan nas zabrać, ale z nim wszystko jest OK, nie jest mu niedobrze, on tylko zjadł trawę”. Mężczyzna odpowiedział, że rozumie, bo ma psa, więc żebyśmy wsiadali i nie ma problemu. Wtedy nam znowu zrobiło się cholernie głupio, bo musieliśmy przekazać „Jeśli chce Pan nas zabrać, to musimy jeszcze chwilę poczekać, bo to był dopiero 1 haft, zawsze są co najmniej 2”. Po drugim widać było już po Snupku, że kolejnego nie będzie i możemy bezpiecznie wsiadać. Kierowca był naprawdę bardzo miłym człowiekiem i dobrze znał zachowania psów oraz relacje właściciel-pies. Nawet nie zapytał, czy na pewno nie będzie trzeciego. Z kolei na pytanie „Czy mamy go wsadzić do transportera, by nie gubił w aucie futra?”, odpowiedział negująco i zapewnił, że wieczorem będzie sprzątał auto. W tym aucie Snupi był już grzeczny jak aniołek i takim pozostał do ostatniego dnia naszej wyprawy. Na każdej naszej wyprawie jest tak samo, pierwszego dnia jest nieznośny, a od drugiego już zachowuje się normalnie, jak w domu.

Od drugiego dnia Snupi tak zachowuje się w samochodach.
Łapanie stopa to już dla nas łatwizna.

Dlatego pamiętajcie, nigdy nie poddawajcie się na samym początku i nie załamujcie się. Niepowodzenia nie dotykają tylko tych, którzy nic nie robią. A pokonane trudne chwile stają się najlepszymi wspomnieniami.

Wpadki z naszej następnej wyprawy do Ameryki Południowej będziecie już mogli odkrywać niemal na bieżąco z nami, bo uruchomimy vloga na Youtube – nasz kanał.

Snupi zastanawia się, czy jak uruchomimy vloga, to skończy się wielogodzinne pisanie postów na bloga… a co za tym idzie – okazja do podżerania.

OBIERACZKA/ SKROBACZKA DO ZIEMNIAKÓW – rzeczy przydatne w podróży

To urządzenie jest idealne w warunkach podróży, gdyż bez użycia wody (z której dostępnością często jest problem) i mydła pozbędziemy się bakterii, jaj pasożytów oraz wszelkich pozostałych zanieczyszczeń z owoców i warzyw.

Zacznijmy od tego, że umycie, a raczej opłukanie, samą wodą – jak robi większość osób – warzyw i owoców nie tylko w żadnym stopniu nie przyczynia się do poprawy higieniczności jedzenia, ale wręcz ją pogarsza. Sama woda, bez mydła, tylko pomaga rozmnożyć się bakterią, dowód? Po pierwsze sama nauka, a bardziej namacalny? Weźcie dwa takie same owoce/warzywa, jedno opłukajcie, a drugi nie, i porównajcie ich stan po 3 dniach (często wystarczy jeden dzień czy kilka godzin). Druga sprawa: woda, której używamy do mycia, sama w sobie może mieć bakterie, niekoniecznie muszą to być bakterie groźne dla zdrowia, wystarczy, że są to inne bakterie, niż te, do których przyzwyczajony jest nasz żołądek. Przykładowo: my z Iza mieliśmy problemy po każdej wodzie w Maroko, nawet tej niby czystej w górach (oczywiście mowa o każdej innej, niż butelkowana). Sama woda nie zmywa także pestycydówŻeby więc mycie miało jakikolwiek sens, trzeba użyć mydła lub sody oczyszczonej.

No i tutaj się pojawią inne problemy. Jak już obiekt naszej konsumpcji będzie namydlony, to trzeba go porządnie spłukać. Inaczej, zamiast szkodliwych bakterii i pestycydów, nażremy się innej szkodliwej “chemii”, a to chyba nawet gorsze. Na dodatek zepsujemy sobie smak. Tymczasem w warunkach podróży, takie spłukanie to często coś niemożliwego. Gdy śpimy w namiocie, gdzieś przy drodze czy obrzeżach miast, to nie mamy przy sobie dużego zapasu wody, bo jest ona, najzwyczajniej, jedną z najcięższych rzeczy w plecaku. Łatwiej jest, gdy śpimy w dzikiej naturze, ale wtedy mydliny zanieczyszczają środowisko (chyba że mamy mydło naturalne). Tutaj ważne wtrącenie – pamiętajcie by zęby, naczynia czy siebie samego myć z użyciem mydła co najmniej 20 metrów od rzeki, by mydliny nie trafiały bezpośrednio do wody, tylko by ziemia miała szansę je zaabsorbować, chociaż trochę przefiltrować i zmniejszyć szkodliwość na organizmy żywe.

Obieraczka to też wyśmienity sposób do pokrojenia wielu owoców i warzyw. Przecież w podróży nie mamy zastawy z 10 talerzy, wszystkich rodzajów miseczek, noży i deski, często nawet nie mamy dogodnego kawałka miejsca do “kuchennych” działań. Tymczasem obieraczką możemy łatwo pokroić np. buraka, marchewkę na plasterki, nie brudząc sobie przy tym za bardzo rąk ich sokami. To samo dotyczy wycięcia zepsutych kawałków, np. z owoca mango, które jest pełne potwornie lepkiego soku, albo twardych pozostałości skórki w zagłębieniach ananasa. Obieraczka świetnie się też sprawdzi przy spożywaniu papai, bo zazwyczaj owoc straszliwie się rozpada i robi się z niego paćka przy większej sile dotykania go ręką, więc obieranie nożem kończy się dżemem. Są też takie owoce, jak np. tucuma, której obieranie nożem kończy się utratą dużej ilości części jadalnej.

Ogromnie polecamy więc zaopatrzenie się w obieraczkę, bo jeśli wybierzemy odpowiedni egzemplarz, to waży one tyle, co nic. Ogromnie się też przyda przy gotowaniu w trudnych warunkach, gdy mamy mało czasu, bo przyspiesza przygotowanie warzyw do dania lub gdy jest zimno, bo nie musimy ściągać rękawiczek (przynajmniej nie od razu). Ogranicza dotykanie owoców i warzyw naszymi rękami, na których też może być dużo brudu.

Ktoś powie, że owoce można czyścić alkoholem. Waga alkoholu + waga pojemnika,  w którym go trzymamy, znacząco przewyższa wagę obieraczki. Zakup obieraczki to wydatek jednorazowy, w naszym przypadku obieraczka działa już 10 lat. Alkohol trzeba uzupełniać.  Są też kraje, jak Turcja, Maroko,Indonezja, gdzie nie kupi się łatwo wysokoprocentowego alkoholu, nawet nie wiem jak z dostępnością spirytusu w aptece. Przykładowo, nawet w Brazylii, w aptekach w wielu małych miejscowościach jest tylko coś w rodzaju wody utlenionej. No i alkohol rozwiązuje tylko problem z bakteriami, a też nie musi to być w 100%, bo sekundowe przetarcie alkoholem nie daje pełnej gwarancji ich zabicia. Alkohol nie zmywa chemii z oprysków. Pozostaje problem co z pozbyciem się niesmacznej skórki i innymi, wymienionymi przeze mnie, trudnościami. Ponadto zapach alkoholu nie znika zbyt szybko i możemy sobie zepsuć wrażenia z konsumpcji.