Z PSEM W GÓRY albo DO LASU – NA JAKICH WARUNKACH I JAK SIĘ PRZYGOTOWAĆ?

Z PSEM W GÓRY albo DO LASU – NA JAKICH WARUNKACH I JAK SIĘ PRZYGOTOWAĆ?

Góry Huayhuash w Peru. My ze Snupkiem na wysokości ok. 5 000 m n.p.m., a szczyty za nami mają ponad 6 000 m wysokości.

Odnośnie podróżowania z psem po górach istnieją dwie kwestie, które wywołują liczne kontrowersje:

1) bezpieczeństwo i zdrowie psa,

2) wpływ psa na środowisko, a dokładniej, dzikich zwierząt w nim żyjących – co odnosi się pośrednio do przebywaniem psa w każdym innym środowisku niż góry – więc nasz artykuł wyjaśni też, jak zachowywać się z psem np. w lesie. 

Czy psa można zabrać w góry? Zdecydowanie, TAK! Poniżej wyjaśniamy i odpowiadamy – zarówno przeciwnikom tego pomysły, jak i też zwolennikom, ale łamiącym wszelkie zasady szacunku do natury i dzikich zwierząt – jak robić to odpowiedzialnie. 

Obydwie wymienione kwestie to zagadnienia banalnie prosta do rozwiązania, pod warunkiem używania przez nas, tj. właścicieli psów, mózgu! Myślenia logicznego i spokojnego, okazywania szacunku i kultury innym zwierzętom i turystom. No i włożenia w wychowanie psa i samego “spaceru” odrobiny pracy i wysiłku.

Zacznijmy od wpływu na środowisko. To temat, który interesuje zapewne więcej osób, w tym te, które tu zajrzały, a mają negatywne nastawienie do przebywania psów na łonie natury. W niektórych rejonach pełnych dzikiego życia, zwłaszcza tych o niskim natężeniu ruchu turystycznego, samo pojawienie się psa (lub jego zapachu) wywoływać może niepokój u innych zwierząt. Przypuszcza się, że zwierzęta kojarzą go z wilkiem lub lisem itp. drapieżnikami. Bardzo wrażliwe są np. niektóre gatunki ptaków – choć obecność człowieka wywołuje u nich również niepokój, to o wiele słabszych skutkach i o innych reakcjach niż obecność psa (wskazują to np. badania z okolic Sydney w Australii – artykuł o tym). Sprawa nie jest jednak taka prosta, bo wyniki zależą od wielu innych czynników. Przykładowo – inaczej wygląda reakcja zwierząt przy szlakach wybitnie uczęszczanych przez turystów, gdzie obecność ludzka już dawno spowodowała przeniesienie się zwierząt daleko od ścieżek lub zmianę ich zachowań (co wyczytać można między wierszami z tych samych badań z Sydney, jak też wielu innych badań, do których linki zamieszczone są na końcu tego artykułu). Jeszcze inne badania pokazują, że pies biegnący luzem po ścieżce jest mniej inwazyjny niż człowiek idący poza szlakiem z psem na smyczy – a więc dochodzi tutaj kolejna zależność, która udowadnia, że to nie pies jest meritum ingerencji, a sam fakt tej ingerencji ze strony człowieka – strona z badaniami .

Sprawa nie jest też prosta przy uwzględnieniu innych zmiennych. By je uwypuklić, podać należy dwie skrajne sytuacje. Z jednej strony, co z ekosystemami, w których pies jest całkowicie nieznany, tak samo nie istnieją tam drapieżniki, z którymi zwierzęta mógłby utożsamiać psa? Czy niepokój zwierząt będzie duży? Z drugiej strony, co z ekosystemami, gdzie takie drapieżniki są bardzo powszechne (i inne zwierzęta nauczyły się doskonale odróżnić psa od wilka, a niektóre są wręcz niejako przyzwyczajone do jego [wilka, lis itp.] stałej obecności.

Podsumowując, bardzo wiele zjawisk zależy od charakterystyki danego miejsca i gatunków tam występujących. To o tyle istotne, że np. w górach, powyżej danej wysokości, ilość dzikich zwierząt spada diametralnie w porównaniu do np. lasu na nizinach (aczkolwiek należy uwzględnić jeszcze zależność klimatu, w jakich te góry się znajdują. W Andach, w amazońskiej części Ameryki Południowej, na 2500 m n.p.m. mamy wciąż las deszczowy, podczas gdy w Europie już tylko ostre skały. Tutaj jednak znowu pojawia się cały łańcuch zmiennych zależności, zaczynający się od tego, że w obydwu tych miejscach występują zupełnie inne gatunki zwierząt. Zamiast wilków czy lisów, w Ameryce Południowej są pumy, jaguary i inne kotowate).

Dlatego proponuję Wam, by na spokojnie przeczytać różne badania, do których odnośniki załączam na końcu artykułu. Byście sami mogli zobaczyć, jak wiele zależności oraz czynników może mieć kluczowe znaczenie dla całej sytuacji. Trzeba je samodzielnie wyczytać między głównymi tezami, bo z jakiś powodów często nie są one zauważane (czy podkreślane) przez samych autorów tych opracowań. Jest to efekt prowadzenia bardzo uproszczonej dedukcji (co z kolei może wynikać z bardzo wielu przyczyn: braku wystarczającej wiedzy i inteligencji, celowego działania, a być może – jak mi się wydaję – głównie dlatego, że autorzy rozpatrywali tylko konkretne skutki oraz przypadki, tj. zbierali same dane i nie dokonywali wysuwania hipotez wątków pobocznych i nie spodziewali się, że ktoś rezultaty ich badań będzie chciał uogólniać, wyrywać z kontekstu i wykorzystywać w innych sytuacjach o diametralnie różnej charakterystyce. Przykładowo, większość tych badań nie rozróżnia ingerencji “psów turystów” od ingerencji psów zdziczałych, bezdomnych, porzuconych (takich, które zaczynają na stałe żyć w danym ekosystemie) czy kłusowników i myśliwych. Badania te mówię ogólnie o ingerencji psów. Mało tego – niektóre wręcz mówią tylko o ingerencji psów zdziczałych.

Najważniejsze, co wyłania się z niemal wszystkich badań, jest to, że inwazyjność psa jest zazwyczaj wypadową licznych BŁĘDÓW WŁAŚCICIELA PSA lub braku jakiejkolwiek kontroli (a więc domniemywać można psy zdziczałe czy puszczane samopas z okolicznych osad ludzkich). Badania ukazują bowiem szkodliwość psa w ekosystemie na podstawie jego zachowań, do których dochodzi przy braku kontroli nad nim przez właściciela lub patologicznego przyzwolenia z jego strony na takie (co powinno być oczywiście surowo karane i ścigane): zagryzanie dzikiej zwierzyny, głośne i nieustanne szczekanie, rozkopywanie nor, schodzenie z wyznaczonych ścieżek, pozostawianie odchodów i przenoszenie chorób. Jak widzicie, bardzo wiele zależy więc od nas samych. Tymczasowe oraz kontrolowane przebywania zdrowego psa w ekosystemie tę inwazyjność diametralnie obniża, a  może nawet w ogóle jej nie powodować. Dlatego:

1. KONTROLUJEMY SWOJEGO PSA:

a) Poprzez smycz lub pewność na wzorowe, podkreślam – WZOROWE (a nie czasem tak, czasem nie) i NATYCHMIASTOWE reagowanie na komendy.  Musisz zawsze mieć kontrolę nad swoim psem oraz pewność, że nie skrzywdzi dzikiego zwierzęcia, człowieka czy innego psa. Jeśli jeszcze nie nauczyliście się komend –  Ty ich używać w sposób właściwy, a Twój pies na nie wzorowo reagować, to używajcie smyczy!
Stosowanie smyczy jest według nas także niezbędne przy zwiedzaniu PARKÓW NARODOWYCH (w nich zresztą jest to nakaz prawny) i innych obiektów wysokiego stopnia ochrony przyrody ale także miejsc niechronionych, ale gdzie widzimy wzmożoną aktywność dzikich zwierząt.  

W przypadku psów z silnym instynktem łowieckim cały czas należy w dzikim ekosystemie trzymać je na smyczy. Gdyż nawet po wielu razach posłusznego zachowania, ich instynkt potrafi całkowicie wyłączyć ich posłuszność. Na wyciszenie instynktu może wpłynąć kastracja, co nie jest jednak pewne. Kastracja zmniejsza za to intensywność,”moc” zapachu moczu psa, więc zdecydowanie staje się on przez to odrobinę mniej drażniący dla zwierząt żyjących w ekosystemie.

b) Nie pozwalamy psu schodzić ze ścieżki, ani odejść samodzielnie na większy dystans. Pies ma cały czas być blisko nas. Na dystansie, który gwarantuje nam możliwość NATYCHMIASTOWEJ reakcji i przywołania psa do porządku. Pies biegnący kilkanaście metrów przed nami, samopas, wywoływać może u zwierzyny dużo większy strach, niż maszerujący w naszym sąsiedztwie. A nam o wiele więcej czasu zajmie reakcja w przypadku niewłaściwego zachowania psa.

c) NIGDY nie pozwalamy psu gonić dzikiej zwierzyny lub niszczyć jej siedlisk – np. lisich nor. Straszne jest to, że niektórzy ludzie się wręcz tym szczycą i traktują jako rozrywkę dla psa (jest takich ludzi mnóstwo i nie są to tylko zdegenerowani myśliwi).

d) Nie pozwalamy też psu stać dłużej pod jakimś drzewem czy skakać na nie. Może się bowiem okazać, że jest tam ptasie gniazdo albo znajduje na nim inne stworzenie, które traktuje drzewo jako swoje schronienie.

Mam pytanie do ludzi, którzy pozwalają psom na takie zachowania – czy byłbyś zadowolony gdyby wielki (stereotypowo) Rottweiler gonił twojego psa przez 15 minut? No byłbyś oburzony, żądałbyś kary śmierci dla psa i dla właściciela pewnie też, a przynajmniej kagańca, kolczatki czy porządnej i krótkiej smyczy. Kochasz swojego psa i traktujesz jak dziecko, a jednocześnie gardzisz emocjami, strachem i wysiłkiem innych zwierząt: sarny, lisa, dzika, świstaka, kozicy, ptaków? Czy to są grzyby bez mózgu? Te zwierzęta czują dokładnie tak samo, jak twój pies. Druga uwaga – jesteś takim słabym właścicielem, że nie potrafisz psu zapewnić sam odpowiedniej zabawy? Jesteś tylko gościem w danym ekosystemie, bez swoich ubrań, telefonu komórkowego i zapasów batoników zginąłbyś tu w ciągu 2 tygodni, a pewnie o wiele szybciej.

Nie będę tu rozwijał wątków, że smycz według prawa wielu krajów jest bezwzględnie wymagana czy niebezpieczeństwa dla samego psa… Nic mnie nie obchodzi, że pies, który pogonił jakieś zwierzę, sam został zaatakowany przez dzika czy wilka (na marginesie, których spotkanie w wyższych partiach górach jest niemożliwe). Twoja decyzja, twoje konsekwencje, więc nie płacz potem w internetach. My rezygnujemy często ze smyczy, ale nasz Snupi jest z nami od 2010 r. i byliśmy w setkach nietypowych sytuacji. Wiemy, że nie interesuje go gonienie dzikich zwierząt, a jeśli jednak czasem mu coś przejdzie przez głowę,  to po naszej jednej i stanowczej komendzie zostaje na miejscu.  W ekosystemach z dużą ilością zwierząt nie pozwalamy mu być dalej niż 3-4 metry od nas. Musimy jednak zrozumieć, że większość psów w Polsce nie jest poddawana żadnej tresurze, ani nawet nauce posłuszeństwa. Dlatego my pochwalamy nakaz trzymania psa na smyczy na łonie dzikiej natury i nie zamierzamy w żaden sposób z tym nakazem walczyć. Jeśli oberwie się nam – w pełni kontrolującym swojego psa samymi komendami – kiedyś jakimś mandatem, to po prostu go przełkniemy. Dopóki w Polsce nie zostanie wprowadzone rozwiązanie znane np. ze Szwajcarii – iż każdy pies i właściciel muszą przejść wspólnie szkolenie z tresury, tak długo nakaz smyczy jest w Polsce potrzebny.

Badania pokazują także, że pies luzem jest bardziej inwazyjny dla ekosystemu niż pies na smyczy. Te sformułowania nie są jednak w żaden sposób bardziej szczegółowo wyjaśnione. Należy więc przypuszczać, że wynika to z tego, że bez smyczy pies goni właśnie zwierzynę, zagryza ją, schodzi ze ścieżki i wyprzedza właścicieli na kilkadziesiąt metrów itd., a my nie wiemy gdzie pozostawił odchody. Trudno bowiem przypuszczać, by chodziło o sam fakt braku smyczy (bowiem dzikie zwierzęta nie są raczej w stanie jej dostrzec, a już tym bardziej rozumieć jej funkcji).

e) Nie pozwalamy psu szczekać. OK… pies szczeknie raz na jakiś czas – nie ma problemu, ale nie pozwalaj mu szczekać całą serią na coś, co zobaczył lub tylko dla zabawy. Zabawy, w których pies szczeka pozostaw na powrót „do” , lub bliżej cywilizacji, na obrzeża dzikich rejonów, a nie w ich samym środku.

Koziorożec ze Snupim wymieniali spojrzenia przez 10 sekund. Po czym Koziorożec wrócił do jedzenia trawy. Jak widać, spokojny pies i spokojny człowiek u niektórych zwierząt nie wzbudzają panicznego strachu.

2. REGULARNIE DBAMY O ZDROWIE NASZEGO PSA

a) Poprzez szczepienia. Nie tylko szczepienie przeciw wściekliźnie, którego obowiązek corocznego powtarzania nakłada na nas prawo. (jeśli chcesz łamać prawo, ale chcesz być  fair wobec natury i reszty świata – to zrób to chociaż na początku życiu psa, oraz powtórz szczepienie po roku, a potem powtarzaj je przynajmniej co 3 lata). Przypominam, że brak corocznego szczepienia sprawia paszport oraz badanie miareczkowanie nieważnymi, jest wystarczającym powodem do otrzymania mandatu w razie kontroli dokumentów psa oraz zadecyduje o poważnych problemach prawnych właściciela, w razie ugryzienia przez jego psa innego zwierzęcia lub człowieka).  

b) równie ważne jest także powtarzanie kombinowanej szczepionki na kilka CHORÓB WIRUSOWYCH (niestety prawo nie zmusza do jej powtarzania, ale należy ją powtarzać przynajmniej raz na 2, w ostateczności 3 lata. Nie jest tak, jak myślą niektórzy, że jedno szczepienie wystarczy na całe życie). Czy wiesz, że część z tych chorób wirusowych roznosi się poprzez MOCZ!? Tak śmiertelnie niebezpieczna nosówka rozprzestrzenia się nie tylko poprzez mocz, ale także wydzielinę z nosa, spojówek i ślinę. Coraz popularniejsze w Polsce stają się też choroby zwierząt, które kiedyś występowały tylko w klimatach tropikalnych np. robaczyca serca (dirofilarioza) czy erlichioza. Twojego pupila da się jeszcze wyleczyć, ale kto wyleczy zakażone dzikie zwierzęta? To teraz wyobraź sobie, że czyjś chory pies może zabić całe stado jakieś zwierzyny, a może nawet całą populację w danym ekosystemie. No i wyobraź sobie, jak łatwo pies może zarazić się taką chorobą w dużym mieście, gdzie każdy trawnik obsikany został w ciągu roku przez, dajmy na to, 200 różnych psów. Tak więc robisz to dla zdrowia własnego psa, siebie samego i członków swojej rodziny.

c) Regularne odrobaczanie. Twój pies chodzi zazwyczaj po trawnikach w mieście, gdzie jest mnóstwo kup innych psów, kotów – nie tylko tych domowych, ale też bezpańskich, poza tym ptaków, szczurów itp. Wszystkie wymienione żerują wcześniej na śmietnikach, w kanalizacjach. Na miejskich trawnikach znajdziecie też kupy dzieci, których matki nie mają kultury czy osób bezdomnych. W tych wszystkich kupach i glebie żyją larwy i jaja pasożytów, w tym trudnej do leczenia lamblii, możliwa jest też zakażona krew tych zwierząt i ludzi.

3. SPRZĄTAMY ODCHODY SWOJEGO PSA. Z uwagi na to, że takie odchody mogą się stać posiłkiem dla dzikich zwierząt (bo ingerują w ich system znakowanie terenu, więc będą się chciały pozbyć obcych zapachów lub dlatego, że wciąż mają odchody naszego psa w sobie atrakcyjne składniki odżywcze). Przy uwzględnieniu wszystkich uwag o chorobach i pasożytach z poprzedniego punktu jest to niezwykle ważne. Nawet jeśli zdajcie Ci się, że masz 100% pewność, że Twój pies jest zdrowy i odrobaczony stosuj się do poniższych uwag:

Na szlakach krótkich i masowo obleganych przez turystów, należy te odchody najzwyczajniej sprzątnąć do torebki i zabrać ze sobą do cywilizacji i kosza na śmieci. Im bliżej cywilizacji doniesiesz, tym lepiej. Unikaj wyrzucania do kosza ustawionego w głębi szlaku. To także z uwagi na szacunek do innych turystów, w końcu kto z nas chciałby pośrodku szlaku wdepnąć w psią kupę. Jeśli ruszamy w teren na kilka dni czy trudnodostępny, najlepiej kupę psa po prostu zakopać w ziemi. Zakopać – a nie przykryć ledwo trochę – bo takie przysypanie nie utrudni dzikim zwierzętom styczności z nią, nie ogranicza też wystarczająco rozprzestrzeniania się zapachu, ani nie ułatwia przetworzenia przez glebę. Należy wykopać przynajmniej 20 cm dołek, a najlepiej głębszy (zwłaszcza jeśli masz psa powyżej 12 kg, który robi dużą kupę),  (w wysokich górach, gdzie nie ma w czym zakopać, przykryć kamieniami – kamieniami, a nie kamyczkami!). Jeśli jesteśmy przy obozowisku, w terenie gdzie legalne jest rozpalenie otwartego ognia i będziemy to robić, to kupę najlepiej spalić. Zakopywanie odchodów musisz stosować także wobec swoich własnych! Jeśli komuś się chce nosić ze sobą wapno (które teoretycznie przyspiesza kompostowanie i ogranicza rozwój niektórych grzybów i  zarazków – ale nie chcę wchodzić za dokładnie w ten temat, o działaniu wapna musicie poczytać na jakimś blogu ogrodniczym czy naukowym) i posypać nim dodatkowo zakopywaną kupę, to czemu nie. Jednak to też trzeba umieć i nie można szaleć z rozsypywaniem takiego wapna wszędzie, gdzie popadnie, bo zjedzenie go przez dzikie zwierzęta będzie dla nich tragiczne w skutkach. Dlatego lepszym rozwiązaniem jest po prostu wykopać jak najgłębszy dołek.  

Na szczycie góry Roraima, i kilku sąsiednich, istnieje unikalny ekosystem. Niepowtarzalne nigdzie indziej: ptaki, owady, żaby, rośliny. By chronić ten ekosystem, a także czystość rzek, które spływają z tych gór i zaopatrują w wodę gigantyczne tereny, wprowadzono nakaz sprzątania po sobie odchodów. Każdy turysta wchodzący na teren parku otrzymuje torebki z wapnem (nie by nim przysypać kupy, ale by do tych torebek z wapnem kupy zapakować – wapno wiążę wilgoć – a potem do swojego plecaka). Zapas torebek ma przy sobie przewodnik, który jest obligatoryjny przy chęci zwiedzania parku. Po powrocie często strażnicy parku dokonują kontroli – ważą śmieci, jeśli waga znacząco odbiega od normy, to wlepiany jest mandat. Właśnie z powodu obowiązywania zasady wynoszenia z parku wszystkiego, co wyprodukujemy, mogliśmy tam wejść ze Snupkiem, no bo oczywiście jego bobki też należało sprzątać i było to dla strażników oczywiste i decydujące przy wyrażeniu zgody.

Tutaj bardzo ważna uwaga, na litość boską, nie traktujemy rzek oraz strumieni jako śmietników i nie wrzucajmy tam żadnych zanieczyszczeń. Tymczasem zauważyłem, że takie źródła wody stają się ulubionym miejscem załatwiania potrzeb fizjologicznych, mycia rąk, zębów, naczyń. Wszelkie te czynności należy wykonywać jak najdalej od źródeł wody, by gleba była w stanie je choć trochę przefiltrować nim dostaną się do wód gruntowych. Jedna rzeka, strumień i potok dostarczają życiodajną wodę często na ogromne połacie terenu. Będąc gdzieś w terenie ta woda może Ci uratować życie, chcesz pić ją z czyimś moczem, kałem, szkodliwymi dla zdrowia składnikami mydeł? Pewnie nie, to nie zmuszaj do tego innych. Tak wiele wysiłku kosztuje nalanie wody do butelki i użycie jej kilkadziesiąt metrów dalej? Druga sprawa to używaj w terenie mydeł naturalnych – ze składników organicznych! W Polsce jest kilka firm produkujących takie produkty w bardzo przystępnych cenach w porównaniu do ich wydajności i przyjemności używania dla własnej skóry (np. mydlarnia cztery szpaki – mydła w kostce i płynie, a nawet szampony do włosów w kostce oraz firma yope).

4. Ponadto, jeśli pies korzysta z obroży przeciwpchelnej i przeciw kleszczom (np. typu Foresto) to ZDEJMIJ JĄ Z PSA na czas jego pobytu w ZBIORNIKACH WODNYCH: jeziorach, strumieniach, potokach. Woda intensywnie i szybko absorbuje toksyczne substancje z obroży, które zabijają organizmy żyjące w tej wodzie, a także szkodzą zwierzętom, które tę wodę potem piją.

Jeśli zachowamy te podstawowe zasady działania, które służą przecież zdrowiu nas samych i naszego psa, to obecność psa w żaden sposób nie będzie gorsza od obecności człowieka. To człowiek robi kupę na szlaku i poza nią samą zostawia jeszcze tonę papieru toaletowego, tampony, podpaski, pieluchy dziecięce. To nie pies idzie po szlaku z włączoną muzyką z telefonu czy głośnika przenośnego. To nie pies idzie po szlaku nieustannie dyskutując ze swoimi towarzyszami, nawołując głośno tych, którzy oddzielili się od grupy. To nie pies drze mordę po pijaku, po urządzeniu sobie ogniska. To nie pies postanawia zerwać ładnego kwiatka, owoc, grzyba, tylko po to, by go sobie ponosić chwilę w ręce albo zobaczyć z bliska dla ciekawości. Pies nie pije z plastikowych – jednorazowych butelek, które „gubi” po drodze (albo przynajmniej ich nakrętki lub folijkę z etykiety). To nie pies je cukierki z plastikowych lub aluminiowych foli, które potem gubi z kieszeni. To nie pies robi siku i kupę do małych potoków i strumyków, to nie pies myje swoje stopy, ręce i zęby mydłem wprost w strumieniu, zamiast 15-20 metrów od niego, by gleba mogła wsiąknąć i choć trochę przefiltrować toksyny. To nie pies rozpala ogniska w miejscach zabronionych. Możemy jeszcze porozmawiać o kwestii zapachu, ale to sprowadza się do kwestii poruszonej na początku – dzikie zwierzęta tak samo odstraszać będzie ślad człowieka z psem, jak ślad samego człowieka. Mogę wymieniać jeszcze długo, więc przejdźmy do drugiej kwestii.

Mamy ogromną prośbę – DAWAJMY DOBRY PRZYKŁAD – nie tylko swoim zachowaniem, ale także edukując oraz zwalczając patologię w środowisku psiarzy i swoim najbliższym otoczeniu. Gdy widzimy innego właściciela psa albo mamy znajomego, który zachowuje się niewłaściwie, zwróćmy mu uwagę. Ale nie róbmy tego chamsko i w sposób bezużyteczny, bo nie przyniesie to żadnego efektu – zamiast tego wytłumaczmy mu na spokojnie, dlaczego właściwe zachowanie jest tak potrzebne. Że swoim złym zachowaniem  doprowadza do niechęci innych grup społecznych wobec nas wszystkich – posiadaczy psów… że za chwilę jedyne zielone miejsce, gdzie pies będzie dozwolony (już nie mówiąc, że dozwolony bez smyczy) to będzie ogródek własnego domu. Z Polski coraz więcej dochodzi do nas wieści o zamykaniu kolejnych terenów dla psów, zamiast ich otwieraniu. Właśnie z uwagi na niewłaściwe zachowanie nas – posiadaczy psów. Przykład narzekania na psie kupy na ulicy. Ileż psiarzy narzeka na innych na różnego rodzaju grupach internetowych, a ilu z nich podejdzie do drugiego na ulicy i powie „ej stary – masz torebkę, sprzątnij po swoim psie, będziemy lepiej postrzegani przez resztę społeczeństwa”. Być może ktoś nas zwyzywa, a może jednak zapoczątkujemy, a przynajmniej zakiełkujemy, u kogoś proces myślowy. Jeśli chcesz coś naprawdę zmienić, to chyba nie powinno Cię ruszyć kilka niemiłych słów od osoby, która nie prezentuje sobą wyższych wartości.

Z KOLEI W ARTYKULE POD TYM LINKIEM ZNAJDZIECIE ANALIZĘ OBECNEGO STANU PRAWNEGO DOTYCZĄCEGO WSTĘPU Z PSAMI NA TERENY POLSKICH PARKÓW NARODOWYCH.

Na takie odcinki mamy dla Snupiego specjalne szelki alpinistyczne (firmy hifica.pl), a dla nas uprząż do przypięcia go na swoje plecy. Jednak gdy sprzęt znajdował się 200 km od nas, trzeba było znaleźć inne rozwiązanie. Snupi już tak nam ufa i jest tak przyzwyczajony do wysokości, że w pewnym momencie po prostu zasnął

UWAGA: razem z autorami konta NIE Dla Zakazów Wędrówek z Psem rozpoczęliśmy działania mające na celu budowę oraz poprawę świadomości właścicieli psów wobec rozumienia zjawisk zachodzących w naturze oraz kształtować coraz lepsze wzorce ich zachowań. Stan przyrody w Polsce już obecnie jest w złym stanie. Polski system ochrony przyrody, kształtowania postaw oraz edukacji w tym zakresie jest fatalny i należy go zmienić oraz usprawnić. To turyści bez psów – co oczywiste z racji zakazów wstępów dla tych z psami do większości terenów objętych ochroną – mają większy wpływ na ekosystemy i tereny objęte ochroną. Wprowadzone zakazy obecności dla psów to tylko szukanie przysłowiowego kozła ofiarnego z powodu nieudolnej i źle prowadzonej od lat pracy na rzecz ochrony przyrody. To przede wszystkim inwazja człowieka (okolicznej osadniczej działalności człowieka, a przede wszystkim obecnej polityki gospodarczej – samorządowej i rządu centralnego oraz lasów państwowych – jest głównym wyznacznikiem szkodliwości, a nie turysta z psem. Potrzebna jest zupełnie nowa polityka instytucji odpowiedzialnych za ochronę przyrody, zwiększenia nakładu sił, pracy, kompetencji i odpowiednie ich dofinansowanie, by mogły w końcu w sposób realny: edukować, informować, prowadzić kampanie edukacyjne oraz pilnować i kontrolować podległe obszary oraz karać osoby łamiące przepisy. Niemniej, my – właściciel psów musimy kształtować właściwe postawy wśród swojej grupy społecznej, by w perspektywie kilkuletniej nasza grupa społeczna była dobrym wzorem. By argumenty przeciwko obecności nas z naszymi psami w ekosystemach ściśle chronionych (jak i każdych innych, bo przecież wszystkie z nich są cenne), dotyczyły tylko marginesu, znikomego procentu naszej grupy. Tylko niewłaściwe zachowania nas są głównym czynnikiem zakazującym wstępu z psem do większości atrakcyjnych miejsc przyrody w Polsce. Jeśli Jeśli jesteś autorem / właścicielem bloga/portalu/czasopisma itp. i jesteś gotów udostępnić swoje kanały oraz profile do publikowania materiałów informacyjno-edukacyjnych w kwestii odpowiedzialnego przebywania z psem w ekosystemie i chcesz dołączyć do tej akcji, napisz do nas e-mail na adres. pk.miklaszewski@gmail.com. Zapraszamy także wszelkie instytucje władz centralnych i samorządowych oraz organizacje pozarządowe do kontaktu, w celu tworzenia kolejnych etapów i kroków akcji na rzecz poprawy ogólnego stanu ochrony przyrody.
 

BEZPIECZEŃSTWO PSA:

Zacznijmy może od tego, że zdecydowana większość ZDROWYCH psów ma sprawność fizyczną i wydolność kondycyjną dużo lepszą od człowieka. A już na pewno konkretny pies od swojego właściciela. Chyba że ty uprawiasz sport intensywnie, a swojego psa trzymasz wiecznie w domu. No i są jeszcze schorowane mutanty genetyczne, jakimi są mopsy i różnego rodzaju buldogi, które hodowane są z dalszym pogłębianiem tych wad genetycznych. Ale to już osobna historia.

Tymczasem wiele osób mówi, bo „mój pies woli kanapę i nie lubi długich spacerów”. Najczęściej w takich sytuacjach ta rzekoma nieporadność czy zamiłowanie do kanapy „siedzi” tylko w głowach właścicieli. To, że dany pies uwielbia kanapę nie wynika z jego DNA, ani z tego, że to jedyna czynność, jaką chce w życiu robić. (Są oczywiście wyjątki, takie jak Akity, które z natury preferują spokojny i domowy tryb życia, ale jak piszę, i nie znaczy to, że pies nie chce dostarczać sobie żadnych nowych bodźców). W pozostałych przypadkach wynika to zapewne z tego, że ta kanapa to jedna z najlepszych rozrywek, jakie psu zapewnia właściciel. Pies przyzwyczaja się do życia właściciela i tego, co mu ten właściciel zapewnia. Na pewno widzieliście, słyszeliście albo czytaliście jakąś opowieść o psie, który przywiązał się nawet do takiego właściciela, który go bije.

Psy są więc mistrzami adaptacji i da się je przyzwyczaić do każdych warunków. To, czego naprawdę potrzebują, to nas – opiekunów. Jeśli zmienimy swoje nawyki, zmieni je również pies. Jasne jest, że jeśli ktoś od wielkiego dzwonu zabierze swojego psa na długi spacer, to pies może nie okazywać wspaniałej radości z tego powodu. Czy wyobrażacie sobie, żeby zawodnik zapasów Sumo od tak, z dnia na dzień, stał się mistrzem lekkoatltetyki? Czy to, że będzie na pierwszym treningu lekko zdezorientowany, to znaczy od razu, że mu się nie podobało? Ty zatuszujesz swoje zmęczenie i ból, by nie pokazać innym, jaki jesteś mięczak. Twój pies jest prawdziwy i szczery – zawsze. Kiedy jest zmęczony lub lekko przestraszony, to pokaże to. I nie znaczy to wcale, że cała sytuacja mu się w ogóle nie podoba. Nam też sporo czasu zajęło zamienienie kanapy z filmem na bycie aktywnym na świeżym powietrzu, nie tylko fizycznie, ale i mentalnie.

Każdy pies ma inną osobowość i cechy charakteru. Powinieneś nauczyć się rozumieć swojego psa, odczytywać jego emocje. By to się udało, musisz rozwijać więź łączącą Cię z psem. Dostarczać mu nowych sytuacji, wrażeń i bodźców. Jeśli nie zmarnujesz okazji, Twój pies stanie się najwierniejszym kompanem i najlepszym przyjacielem w wielu czynnościach, w tym górskich

Wulkan Misti w Peru. 5822 m n.p.m.

Pies w górach potrzebuje wody, jedzenia oraz ochrony przed długotrwałym upałem. Na pewno przyda się też zamiana obroży na szelki i zwykłej smyczy na smycz amortyzowaną. Można także wspomóc psa pastylkami z witaminami. Ich podawanie należy rozpocząć już na kilka dni przed wyprawą, np. Gammolen Active. Cała reszta to rzeczy, które mogą ułatwić mu aktywność górską, ale ich brak nie spowoduje zagrożenia życia i da się je zastąpić innymi rzeczami.

Przykładowo, czy pies idący w góry, POTRZEBUJE OD RAZU BUCIKÓW?

Nie, o wiele lepsze będzie zadbanie o jego opuszki na kilka dni przed i w trakcie wyprawy poprzez ich nawilżanie kremem. Najważniejsze jest właśnie, by zacząć kilka dni przed, by opuszki zdążyły nabrać elastyczności i sprężystości już na czas wyprawy, a nie w trakcie, gdy są poddawane dużym obciążeniom i intensywne używane, więc mogą się uszkodzić pierwszego dnia. U nas buty przydają się na “młodych” wulkanach, gdzie skały są bardzo ostre, lub na wulkanach z dużą ilością pyłu wulkanicznego, który się szybko, mocno oraz głęboko nagrzewa od promieni słońca, a z racji drobnej ziarnistości psie łapy psia głęboko się w nim “zatapiają”. Są niezbędne też przy trekkingach w terenie skalistym/kamienistym powyżej 5 dni, bo taki czas może powodować już starcie się pazurów – nawet do części “żywej” – tj. nerwów, które zaczną krwawić.  Buty na pewno nie są zatem podstawowym wyposażeniem w góry, chyba że pies ma wyjątkowe delikatne poduszki lub niedobór witamin i jego opuszki już teraz są w fatalnym stanie. Buty mogą tylko powodować dyskomfort u psa (odciski, odparzenia) i zaburzenie stabilności, utratę przyczepności, ograniczenie możliwości posługiwania się pazurami itd. Buty mogą się przydać w śniegu, ale z drugiej strony pies może w nim je bardzo łatwo zgubić, a mokre przestaną w jakikolwiek sposób pomagać, a zaczną szkodzić.

Podsumowując, sposób działania i rozwiązania musimy po prostu wypracować systematycznym podwyższaniem poprzeczki z dostosowaniem do konkretnego psa i warunków. Czego innego będzie potrzebował duży pies, czego innego mniejszy. Czego innego pies z krótkimi łapami, czego innego z długimi, itd. Nasz pies też pokazuje nam, co sądzi o danym rozwiązaniu, np. Snupi szalał jednego dnia w butkach po wulkanie w Gwatemali, a gdy 2 dni później założyliśmy mu je w prostszym terenie, to nie chciał w nich iść. Musimy więc nauczyć się “czytać” naszego psa, rozumieć, co nam sam próbuje przekazać, a to – ponownie – sprowadza się do zdobywania doświadczeń

Szelki alpinistyczne  ze specjalnym uchwytem umożliwiają łatwe złapanie psa i pomoc mu czy nawet jego przeniesienie w wygodnej pozycji dla niego. Smycz amortyzowana z kolei gwarantuje, że ani my psa, ani on nas nie wytrąci z równowagi w razie nieskoordynowanych ruchów.

Wymieńmy zatem obiektywne cechy, które pokazują, że pies w górach nie tylko sobie poradzi, ale radzić sobie będzie lepiej niż człowiek:

a) Pies ma 4 łapy z pazurami i chropowatymi opuszkami, położony jest bliżej ziemi. Zatem jego przyczepność, balans równowagi, punkt ciężkości i wyczucie podłoża jest o wiele lepsze niż człowieka. Ryzyko poślizgnięcia się u psa, potknięcia itp. jest bardzo niskie. Nawet jeśli do tego dojdzie, to z uwagi na lepszy refleks i bliskie położenie względem ziemi, pies powinien dobrze poradzić sobie w takiej sytuacji.

Pies idealnie sobie radzi na skałach, nawet przy nadchodzącym zmroku. W czasie kiedy ja robię jeden ostrożny kroczek, on przemieszcza się o ponad metr. Zdjęcie z góry Toubkal w Maroko, najwyższej góry północnej Afryki – 4167 m n.p.m.

b) Dzięki znajdowaniu się bliżej ziemi i gigantycznemu kątowi widzenia, który wynosi 240 stopni w poziomie (ludzki wzroku – niespełna 180° i równie duża różnica jest w pionie) ułatwione ma wyszukiwanie trasy i orientowanie się, co znajduje się w jego najbliższej okolicy. Wprawdzie kąt widzenia obuocznego, tj. widzenia ostro w pełnych detalach tego, co na wprost przed nim, jest mniejszy, to właśnie dzięki temu pies może być lepiej skupiony na tym, co dokładnie przed nim. Nie rozprasza go więcej detali po bokach, które jednocześnie może kontrolować i reagować w razie konieczności i pojawienia się w nich zagrożenia – jakiegokolwiek ruchu, np. spadającego kamienia. 

Ta umiejętność kontrolowania otoczenia wzrokiem oraz wyczulenie zmysłu wzroku na rzeczy w ruchu w połączeniu z lepszymi: słuchem i refleksem, sprawiają, że pies szybciej od nas zareaguje na spadający czy obślizgujący się spod/nad ścieżki kamień, głaz itp.

To właśnie odnajdywanie najbardziej optymalnej ścieżki po kamienistym szlaku sprawia Snupiemu największą frajdę. Widać jak używa mózgu i jak dużą radość mu to sprawia. Tutaj wdrapywaliśmy się na wulkan Imbabura w Ekwadorze 4630 m n.p.m., a w tle widać wulkan Cayambe.

UWAGA: Z wymienionych powodów należy rozsądnie używać butów dla psa, które często mogą tylko te cechy zaburzyć. A buty z gumowymi elementami powodować odciski i odparzenia. Buty dla psa zalecamy przy długich wyprawach (powyżej 5 dni) oraz wspomnianych wulkanach i chodzeniu po rozgrzanych powierzchniach (piasek, asfalt). Co jednak najważniejsze używania ich tylko na stosunkowo płaskich czy łatwych odcinkach trasy, a nie w terenie trudnym, gdzie pies musi mieć pewność swoich ruchów, przyczepność, możliwość wspomagania się pazurami.
My polecamy najprostsze buty, wykonane z cordury (tego samego materiału co plecaki), szyje takie np. polska firma Wild Soul i dostępne są TUTAJ.

W takich warunkach zalecamy buciki na łapy. Chodzenie po takiej nawierzchni ściera nie tylko opuszki (temu łatwo zapobiec poprzez ich kremowanie), ale także pazury (czemu nie da się w żaden inny sposób zapobiec). Na płaskowyżu Roraima w Wenezueli, pod koniec naszego 11 dniowego trekkingu, Snupiemu pazury starły się aż do nerwów i zaczęły krwawić. Musieliśmy go nieść przez kilka godzin. Gdy tylko się trochę zagoiły, już chciał sam iść.
“Ty się o mnie nie bój, tylko strzelaj fotę, ile można czekać!” Często “przyłapujemy” Snupka, gdy staje sobie na jakimś głazie i przed długie sekundy, a czasem minuty, wpatruje się w okolice… nasłuchuje, węszy. Jak ktoś mi powie, że nie czerpie z tego przyjemności, to zapraszam z nami w góry. Zobaczyć, gdy przerywamy mu to “podziwianie” albo jak roznosi go radość przez pierwsze 3 dni w górach.

c) Pies ma instynkt, więc wbudowany respekt i świadomość niebezpieczeństwa wysokości (przynajmniej większość zdrowych psów). Jednocześnie pies nie posiada wyobraźni, przynajmniej takiej, jaką znamy u nas samych. Nie tworzy więc w swojej głowie niepotrzebnych, czarnych scenariuszy, które tylko wytwarzają paraliżujący strach – co mam na myśli? Pies tak samo zareaguje na 10 metrową przepaść, jak na 100 metrową. Podczas gdy człowiek potrafi bagatelizować niebezpieczeństwo tej mniejszej, a przecież upadek w nią skończy się tak samo tragicznie. Z kolei przy 100 metrowej szczelinie pewność siebie u człowieka maleje i rozprasza go to. Jednym słowem pies reaguje na to, co się dzieje, nie zaprząta sobie głowy mnóstwem rozpraszających go kwestii.

d) Serce psa bije szybciej, ma większy puls/tętno oraz pies jest mniejszy niż człowiek, a wykonuje tyle samo lub więcej oddechów na minutę (w zależności od wielkości, rasy itd), co – w połączeniu z generalnie lepszą wydolnością organizmu – sprawia, że lepiej jego organizm znosi wysokość.

Dlaczego? Bowiem tlen, którego spadające stężenie tak mocno niektórzy ludzie odczuwają na wysokościach (choroba wysokościowa), jest szybciej rozprowadzany w organizmie psa. Dzięki temu pies szybciej się aklimatyzuje i ma mniejsze ryzyko odczucia poważnych symptomów choroby wysokościowej. U naszego Snupiego nigdy nie zaobserwowaliśmy objawów choroby wysokościowej. Być może męczy się on szybciej, niż na standardowej wysokości, ale i tak jego aktywność była zawsze większa niż nasza. Na 5000 m n.p.m. Snupi biegał sam dla siebie, wydłużał sobie trasę chodząc i węsząc na boki lub wyprzedzając nas i wracając do nas, podczas gdy my ledwo szliśmy.

e) Pies, kiedy się źle czuje/jest zmęczony, to wie, że musi iść spać, odpocząć. Jeśli dobrze znamy swojego psa, od razu zobaczymy, że potrzebuje on przerwy. Pies nie ma dumy i obaw o swój wizerunek by kontynuować marsz, gdy nie ma sił. Jedyne, co go może dalej motywować do marszu dalej, to nasza aktywność, dlatego tak ważne jest rozumienie i umiejętność „czytania” swojego psa.

Woda prosto z lodowca – pychota! Tylko strasznie taka… no… lodowata

Ważne jest również, by nie panikować za szybko. Wiele osób pisze do nas „ja nie wiem, jak wasz Snupi daje radę. Mój pies, jak tylko robimy przerwę, to od razu się kładzie i widać, jaki jest potwornie zmęczony”.

No przepraszam bardzo… ale co pies ma robić innego? Strzelać sobie fotki selfie telefonem? Czy przeglądać te już zrobione? Oglądać mapę? Gotować kawę? Porozmawiać z wyimaginowanym kolegą? Zastanawiać się nad pogodą i obraniem odpowiedniego szlaku? Pies regeneruje siły, a sen jest najlepszym do tego sposobem. Jeśli pies czuje się bezpiecznie w danym miejscu, to po prostu pójdzie w nim spać. Iza reaguje podobnie. Zasypia w sekundę i już po 20 minutach ma dużo więcej energii i tak bardzo nie marudzi, że trzeba iść pod górę 😀

Psy potrafią przemierzyć naprawdę ogromne dystanse. Mają 4 nogi, nie mają bagażu. Tak długo, jak nie ma upałów, mamy zapas jedzenia i wody, a pies nie ma kontuzji czy schorzeń, to nie możemy skrzywdzić psa zwykłym marszem.

no… ewentualnie do atrakcji psa podczas przerwy można jeszcze dołożyć zapozowanie do zdjęcia

f) Temperatura – pies, jeśli ma futro, o wiele lepiej znosi niskie temperatury niż człowiek. Psie futro jest genialną izolacją, która zatrzymuje w dolnej warstwie ciepło z organizmu, jednocześnie w górnej chroni przed chłodem. Dopóki pies jest w ruchu, nie pada gigantyczna ulewa i nie ma mocnego wiatru, pies z futrem dobrze znosi niskie temperatury. Przykładowo, nasz Snupi nie odczuwał dyskomfortu nawet przy minus 25 stopniach, podczas 4-godzinnego spaceru. Dopiero przerwy powodowały, ze robiło mu się zimno. Wysiłek fizyczny znacząco ułatwia zachowanie odpowiedniej temperatury ciała. Normą jest spotykanie osób w podkoszulce z krótkim rękawem na dużych wysokościach, nawet w chłodne pory roku. Poza tym problem temperatury to problem, który banalnie można rozwiązać – wspomagając psa jakimś ubraniem. Ważne jest by ubranie faktycznie spełniało swoją rolę, by było wygodne dla psa i przypadkiem nie osłabiało pracy naturalnej izolacji psa – futra (przykładowo zostanie ono zbyt mocno uklepane). W tym celu przydatne mogą być też buty, ale to w warunkach śniegowych lub przy gigantycznych porywach wiatru (pamiętaj jednak, że mokre buty tylko wyziębią psa jeszcze szybciej – zamiast pomagać, zaczną szkodzić. Dlatego muszą to być buty, które nie przemokną, a buty mogą się stać mokre nawet od temperatury psich łap, która rozpuszczać będzie śnieg). Jeśli chodzi o nocleg psa w takich temperaturach, to istnieją małe śpiwory dla psów, ale najprościej psa po prostu zaprosić do swojego śpiwora – co także nam umili górską noc, lub przykryć go naszymi ubraniami. Chociaż niektóre psy wolą spać zwinięte na śniegu poza namiotem jak np. Malamuty, warto im na to pozwolić.

Podsumowując, dla zdrowego psa oraz dla zdrowego człowieka nie jest problemem wejść na 6 – 6,5 tys. m.n.p.m – od samej strony fizycznej. Dopiero od tej wysokości zaczynają się poważne niedobory tlenu, niska temperatura. Oczywiście nie można zrobić tego z marszu. Istnieją wcześniej cały czas pewne zagrożenia, które niosą góry, ale to jest coś, z czym należy sobie radzić poprzez indywidualne i odpowiednie przygotowanie, zdobywanie doświadczenia oraz odpowiednią reakcję na bieżąco.

Jeśli pies jest zdrowy i dbamy regularnie o jego kondycję, to góry będą dla psa ogromną radością, a nie mordęgą. Zdrowy, zaszczepiony, odrobaczony pies oznacza także, że jego obecność w ekosystemie będzie znacznie mniejszym zagrożeniem dla tamtejszej fauny i flory.

Jeszcze jedna, bardzo istotna uwaga – to co dla nas jest bardzo wysoko, w innych rejonach świata jest normą. Piszę to, bo w głowie mam jeszcze mój ulubiony „rodzynek” ignorancji i definiowania rzeczywistości na podstawie wyłącznie własnych – a czasem nawet nie własnych, tylko wyssanych z kosmosu – doświadczeń i definiowania rzeczywistości „bo mi się wydaję”. Otóż pewna kobieta twierdziła, że bezpieczna wysokość dla psa, to maksymalnie do 1000 m n.p.m. Chciałbym więc poinformować, że istnieją rejony świata, jak Ameryka Południowa, Azja Środkowa i wiele innych, gdzie gigantyczne ilości osad ludzkich położone są na wysokości 2500 m.n.p.m i wyżej. Na takich wysokościach są nawet nawet stolice czy największe miasta krajów: jak Quito w Ekwadorze, Bogota w Kolumbii, La Paz w Boliwii. Ludzie, psy, koty, chomiki, kanarki, świnki morskie żyją tam, jak gdyby nigdy nic. W Peru czy Ekwadorze znajdziecie wulkany powyżej 5000 m n.p.m., gdzie nigdy nie ma śniegu, ewentualnie przez krótką chwilę, gdy nadciągnie burza, a w Europie jeszcze kilkadziesiąt lat temu był wieczny lodowiec na wysokościach od 2500 m n.p.m.

W drodze do inkaskiego miasta Choquequirao w Peru. 1,5 dnia marszu na wysokości 2500 – 3 000 m n.p.m. Po wcześniejszych naszych wizytach na 4 czy 5 000 metrów przez 12 dni, to był niemal poobiadowy spacerek 😀 Jednak według niektórych “psiarzy” to już dawno strefa śmierci 😀

Nie pozwalajmy z psów robić wydmuszek, którym grozi uszkodzenie od najmniejszej niedogodności. Nie róbmy z psów wyrwanych cesarskim cięciem schorowanych wcześniaków. Choć niektóre rasy psów wydają się bliższe pluszowym misiom niż wilkom, kojotom czy lisom, to nie zapominajmy, że właśnie od dzikiego zwierzęcia, które żyło w lesie, pochodzi pies. Wiele naszych milusińskich wciąż o tym pamięta, np. wykonując nawyk kręcenia się i kopania przed położeniem, który zapewne wziął się od tworzenia legowiska w ściółce leśnej. Pies potrzebuje i lubi się zmęczyć, wybrudzić. Psy uwielbiają myśleć, używać swojego mózgu i się rozwijać, o czym świadczy chociażby zamiłowanie do zabawy i radość z możliwości bawienia się w nowy sposób (np. z nową osobą, która wykonuje zupełnie nowe ruchy względem znanych ruchów właściciela).

Pamiętaj, że psy potrzebują przynajmniej jednego długiego spaceru dziennie, a wszystkie inne też nie powinny być krótsze niż 20-30 minut. Pies na spacerze realizuje swoje potrzeby, nie tylko fizjologiczne, ale także psychiczne i rozwojowe, potrzebuje kontaktu z innymi psami.

Snupi odnalazł swoją atrakcję podczas wizyty w lodowcu – możliwość jego lizania. Sprawiało mu to przyjemność mimo panującego chłodu.

Przykład namacalny – rasa psów ratlerek. Wiecie czym jest ratlerek? To tak naprawdę pinczer miniaturowy. A wiecie jakie jeszcze inne psy są tę rasą? DOBERMANY, czyli pinczery duże. Po środku mamy pinczery średnie. Wszystkie te psy mają bardzo podobne potrzeby, np. duża ilość ruchu. Ktoś dalej będzie chciał mi powiedzieć, że miejsce ratlerka jest w torebce Paris Hilton, a dobermana na posesji do pilnowania domu szefa mafii? Widzieliśmy takiego kurdupla w górach w Wenezueli, radził sobie bardzo dobrze i był szczęśliwy.

Jeśli ktoś twierdzi, że zabranie psa w góry to jego krzywdzenie, mam nadzieję że tak samo myśli o zabieraniu psa na 5 minutowe spacery – dzień w dzień dookoła bloku, malowaniu mu paznokci, ubierania w sukienki, albo zabierania go na wystawy (Niektórzy mają na tym punkcie chore obsesje. Dbają tylko o to, by pies był piękny i lśniący, a gdzieś mają jego psychiczne, fizyczne i emocjonalne potrzeby – są ludzie zdolni do tatuowania nosów swoich psów, by były idealnie czarne!). Jakby wszelkie dyscypliny sportowe z psem miały powstać w dzisiejszych czasach, to internet byłby pełen sprzeczek na ten temat. Bo jak to?! Pies w zaprzęgu sań przy -20 stopniach w śniegu. Jak to?! Pies biegnący przy rowerze 40 km/h (bikejoring)?! A może by się tak czepiać agility – tego, że teraz każda nastolatka chce mieć border collie, co będzie robił salta, fikołki i cuda na kiju. To może wprowadzić dla nich nakaz kupowania każdemu psu preparatu na wzmocnienie stawów, może obowiązkowy kurs podstaw psychiki psiej?!

Wróćmy jeszcze na chwilę do wpływu psa na ekosystem i potwórzmy – DAWAJMY DOBRY PRZYKŁAD – nie tylko swoim zachowaniem, ale także edukując oraz zwalczając patologię w środowisku psiarzy i swoim najbliższym otoczeniu. Gdy widzimy innego właściciela psa albo mamy znajomego, który zachowuje się niewłaściwie, zwróćmy mu uwagę. Ale nie róbmy tego chamsko i w sposób bezużyteczny, bo nie przyniesie to żadnego efektu – zamiast tego wytłumaczmy mu na spokojnie, dlaczego właściwe zachowanie jest tak potrzebne. Że swoim złym zachowaniem  doprowadza do niechęci innych grup społecznych wobec nas wszystkich – posiadaczy psów… że za chwilę jedyne zielone miejsce, gdzie pies będzie dozwolony (już nie mówiąc, że dozwolony bez smyczy) to będzie ogródek własnego domu. Z Polski coraz więcej dochodzi do nas wieści o zamykaniu kolejnych terenów dla psów, zamiast ich otwieraniu. Właśnie z uwagi na niewłaściwe zachowanie nas – posiadaczy psów. Przykład narzekania na psie kupy na ulicy. Ileż psiarzy narzeka na innych na różnego rodzaju grupach internetowych, a ilu z nich podejdzie do drugiego na ulicy i powie „ej stary – masz torebkę, sprzątnij po swoim psie, będziemy lepiej postrzegani przez resztę społeczeństwa”. Być może ktoś nas zwyzywa, a może jednak zapoczątkujemy, a przynajmniej zakiełkujemy, u kogoś proces myślowy. Jeśli chcesz coś naprawdę zmienić, to chyba nie powinno Cię ruszyć kilka niemiłych słów od osoby, która nie prezentuje sobą wyższych wartości.

Linki do badań i opracowań:
1. https://www.researchgate.net/publication/6055768_Four-legged_friend_or_foe_Dog_walking_displaces_native_birds_from_natural_areas
i skrót https://royalsocietypublishing.org/doi/full/10.1098/rsbl.2007.0374

2. https://www.vetpol.org.pl/dmdocuments/ZW-11-2015-02.pdf 

3. https://www.tau.ac.il/lifesci/zoology/members/yom-tov/inbal/dogs.pdf

6. https://www.tau.ac.il/lifesci/zoology/members/yom-tov/inbal/dogs.pdf

7. http://tchester.org/srp/lists/dogs.html 

 

WYWIADY Z NAMI – trochę o życiu, trochę o praktycznych kwestiach podróżowania z psem

WYWIADY Z NAMI – trochę o życiu, trochę o praktycznych kwestiach podróżowania z psem

Kilka ciekawych wątków odnośnie nas i samej kwestii podróżowania pojawia się w wywiadach z nami:

1. Hellodogs  https://hellodogs.pl/porady/poznajcie-snupiego

2. Życie w rytmie słów https://www.zyciewrytmieslow.pl/podroze-z-pazurem/

3. Behawiorystka Zuza Rybarczyk (Psiaki w Zen) https://youtu.be/VLjPgh12mbI – najciekawszy, jakiego udzielaliśmy w wersji niepisanej.

4. Dla portalu Onet i Ofemini https://www.ofeminin.pl/lifestyle/to-nas-kreci/podroz-z-psem-snupi-piotr-iza-blogerzy-podroznicy/v5rwhs1

5. Pomysł na weekend http://www.podrozujemy.info/polska-na-weekend/podroz-z-pazurem

Do POSŁUCHANIA RADIOWE:
1. Radio Lublin – styczeń 2020 r. https://radio.lublin.pl/2020/02/podroze-male-i-duze-11/

Po zdobyciu wulkanu Misti w Peru (5822 m n.p.m.)

TERMINY NASZYCH PREZENTACJI

TERMINY NASZYCH PREZENTACJI

Nadarzyn/Warszawa 20 października World Travel Show https://www.facebook.com/events/355469311969404/

Snupi wylądował na głównym zdjęciu promującym wydarzenie

Wrocław 6 listopada w ramach spotkań Dni Podróżnika   – https://www.facebook.com/events/810126089407517/

Ponad 300 osób (na zdjęciu kilku brakuje, bo musiały już wyjść), to nasz rekord frekwencji.

Łódź 30 listopada – https://www.facebook.com/events/800161540460004/

Warszawa w Kinie Luna – https://www.facebook.com/events/706104803212790/

Kraków 16 grudnia – https://www.facebook.com/events/474851330046347/

Ponad 150 osób przyszło na pokaz w kinie.

Katowice 17 grudnia – https://www.facebook.com/events/556198151829805/

Kraków 29 listopada – https://www.facebook.com/events/477300672911150/

Warszawa 22 stycznia –https://www.facebook.com/events/593414351453898/

Warszawa 23 stycznia –https://www.facebook.com/events/752511968569391/

Skierniewice 7 stycznia – https://www.facebook.com/events/588954448558071/

relacja – https://skierniewice.eglos.pl/galerie/opowiedzieli-o-podrozy-dookola-swiata-w-towarzystwie-psa,14879

Poznań 9 stycznia – https://www.facebook.com/events/2824903867561332/

Białystok 11 stycznia – https://www.facebook.com/events/2536305153360442/

Warszawa 14 stycznia – https://www.facebook.com/events/472807003347028/

Sopot 15 stycznia – https://www.facebook.com/events/528224251111670/

Lublin 17 stycznia – https://www.facebook.com/events/4083017685057484/

Warszawa 22 stycznia – https://www.facebook.com/events/593414351453898/

Warszawa 23 stycznia – https://www.facebook.com/events/752511968569391/

Holandia (Venlo) 27 stycznia – https://www.facebook.com/events/683701155494532/

Holandia (Amsterdam) 30 stycznia –https://www.facebook.com/events/472064710336840/

Nowy Jork 3 luty – https://www.facebook.com/events/243206359997639/  spotkanie odbędzie się w trakcie naszego międzylądowania (31 stycznia-4 lutego) w naszej drodze powrotnej do Gwatemali.

Pomóż nam tworzyć dalej i wesprzyj na Patronite https://patronite.pl/podroze-z-pazurem lub wykonaj darowiznę na zwykłe konto bankowe 62 1090 1014 0000 0001 3754 5690 Izabella Miklaszewska, w tytule darowizna (według polskiego prawa, każda osoba fizyczna może każdej innej wykonać darowiznę).

Każda złotówka się liczy i nawet taką kwotę możesz przekazać.

Wesprzeć nas możesz także poprzez zakup koszulki lub bluzy naszego projektu https://powercanvas.pl/pl/73-podroze-z-pazurem

Read more

MASOWA ZAGŁADA PSÓW W HISZPANII

MASOWA ZAGŁADA PSÓW W HISZPANII

Sprawa Soty, psa zastrzelonego przez służby mundurowe w Barcelonie #justiciaparasota , poruszyła lawinę naszych wspomnień z podróży przez Hiszpanię i Wyspy Kanaryjskie. Pewne sprawy, związane z posiadaniem tam psa czy funkcjonowaniem schronisk, wydawały się nam wtedy, delikatnie mówiąc, niedogodnością oraz dziwne. Teraz, po poczytaniu i zagłębieniu się w tematyce traktowania psów rasy Galgos i Podencos w Hiszpanii, widzimy że ten kraj ma gigantyczne problemy. Jest to tak brutalne i okrutne, że nie do pomyślenia jest, iż dzieje się w XXI wieku, na kontynencie europejskim, w kraju członkowskim Unii Europejskiej, a jednak… co roku cierpi tam przynajmniej 50 tys. psów tych ras.

fot. YoGalgo / Instagram

O CO CHODZI I CZYM SĄ GALGOS?

Chodzi o polowania na zające oraz wyścigi z wykorzystaniem psów (głownie Galgos, rzadziej Podencos). Właściwie to raczej o sposób traktowania tych psów, bo nie będziemy już kwestionować samych polowań i wyścigów.

Galgo Español to inaczej chart hiszpański. Starożytna rasa, niegdyś była cenną własnością, hodowaną przez rodziny szlacheckie. Obecnie jest jedną z najbardziej prześladowanych ras na świecie. Te piękne zwierzęta stały się jednorazowymi narzędziami w rękach hiszpańskich galgueros (hiszpańskich myśliwych, posiadaczy galgo).

Galgo można kupić już za 10 euro(!), więc gdy się nie sprawdza lub przestają być potrzebne, mordowane, okaleczane i traktowane w brutalny sposób. Szacuje się, że co roku ginie, poważnie okaleczanych, zaniedbywanych i porzucanych jest od 50 000 do nawet 100 000 tych zwierząt. Nie regulujcie monitora, nie mieni Wam się w oczach, widzicie dobrą ilość zer. Minimum 50 tys! Nie da się tego oszacować dokładnie, bo hodowle nie są w żaden sposób kontrolowane, a także istnieją np. masowe groby, pośrodku pustkowii, które funkcjonują już od 20 lat, a dopiero teraz są odkrywane. Jedno jest pewne, używana czasem nazwa „holokaust chartów” jest jak najbardziej adekwatna.

fot. YoGalgo – Wiele osób nie wierzy w to, co się dzieje… dopiero jak zobaczą to na własne oczy…
fot. YoGalgo – masowy grób w okolicy miasta Tarancón. Niektóre z tych psów zostały powieszone przed wrzuceniem ich do dołu. Wszystkim zostały wycięte chipy z karków.
fot. YoGalgo – Gdy ekipa wróciła, by wyjąć ciała, okazało się, że conajmniej 2 zniknęły. Społeczność myśliwska twierdzi, że psy porzucone czy zabite, to niech ich sprawka, tylko że psy zostały skradzione, bo przecież “żaden galguero nie potraktowałby tak swojego psa”. Tylko… kto kradłby wycieńczonego, niedożywionego psa, potem go zabijał, a potem jeszcze wróciłby po zwłoki psa?

SKĄD TAKIE ILOŚCI PRZEŚLADOWANYCH PSÓW?

Charty wykorzystywane są zazwyczaj tylko przez jeden sezon, a następnie odrzucane i zastępowane nowymi. W sezonie łowieckim, który trwa od listopada do lutego, myśliwi mają po 10, a nawet więcej galgos, niektórzy nawet 70! Jeśli polują słabo, są torturowane, jako kara za wstyd, jaki przyniosły swoim właścicielom. Tradycyjne wytłumaczenie okrucieństwa wobec nich polega na tym, że jeśli psy zawstydzą swego pana, nie spełniając jego oczekiwań, to zniesławienie musi zostać zmyte przez tortury i zabicie zwierzęcia. W rzeczywistości wytłumaczeniem tego zjawiska jest tylko sadyzm oraz ekonomiczny aspekt kosztu utrzymania psa. Psy polewane są kwasem, przeciągane za samochodem, obdzierane ze skóry, grzebane żywcem, wrzucane do głębokich studzien, kanionów, no i postrzelane (jak mają szczęście i myśliwemu nie szkoda naboju). Ale jest jeszcze jedna – najgorsza tortura.

Taniec fortepianowy”. Polega on na przywiązaniu psa za szyję i przymocowaniu go w taki sposób, że tylko lekko dotyka opuszkami tylnich łap ziemi. W ten sposób pies walczy o każdy oddech i powoli dusi się od tych ruchów. Trwać to może nawet 3 dni. Czemu fortepianowy? Bo pies wydaje przy tym charakterystyczne dźwięki.

Psom, które „dobrze się spisują”, wciąż młode i silne, oszczędza się tortur i śmierci… Chwilowo, bo służą więcej niż jeden sezon. Trzyma się je jednak w “zulosach” – w brudnych i ciasnych zagrodach, pozbawione światła dziennego, ćwiczeń, opieki oraz uczuć. Karmione często głównie chlebem, zjadają siebie nawzajem, gdy któryś pada z wycieńczenia. Przed „występem” są dodatkowo głodzone i szczute, aby lepiej sprawdzały się podczas polowań. Panuje przekonanie wśród myśliwych, że głodny chart daje z siebie więcej. Kiedy j osiągają wiek około trzech lat, są osłabione niedożywieniem i brakiem opieki, to czeka je tak samo śmierć. Myśliwym łatwiej i taniej jest im je zabić, niż płacić za utrzymanie do następnego sezonu. Przypominamy, nowego psa można kupić już za 10 euro. Skąd takie ceny? Jest popyt, jest biznes, jest konkurencja, więc hodowle ustawiają takie ceny i tak trwa błędne koło.

Śmierć przez tortury to nie jedyna droga pozbywania się psów. Te które nie zawstydziły swojego właściciela, są “nagradzane” przez wysłanie do „perreras”. Czyli obiektów w rodzaju komunalnych/państwowych schronisk. Ale co to za schroniska, w których psy, po odczekaniu 10 dni, mogą zostać poddane eutanazji?! (niektóre prowincje czy miasta w Hiszpanii wprowadziły politykę nie uśmiercania psów w schroniskach, w innych to wciąż norma). Niektórzy „łowcy” decydują się po prostu porzucić Galgo. Wywożą je gdzieś daleko, często łamiąc im nogi bądź przywiązując, by nie mogły wrócić. Jeśli psy mają tatuaże czy chipy, są im one wycinane, by zatrzeć jakiekolwiek ślady po właścicielu. Więc i te psy zwykle umierają – z głodu, wycieńczenia lub trafiają do schronisk, gdzie… zostają ostatecznie uśpione. Niektórzy galgueros, którzy mają „więcej (śmiechu warte) serca”, oddają je do prywatnych schronisk, gdzie psy mają szansę na kolejne życie. Te schroniska natomiast pękają w szwach.

fot. YoGalgo
fot. YoGalgo – Hiszpańskie schroniska sa pełne niechcianych psów myśliwskich. Większość z nich jest niestety po traumatycznych przeżyciach…

Jest jeszcze grupa psów szczęśliwców”, które są odratowywane przez wolontariuszy podczas interwencji. Nie jest to łatwe zadanie, bo psy są często przerażone, nieufne i nie dają się złapać dniami czy wręcz tygodniami. Wolontariusze spotykają się z ogromną wrogością i pogardą ze strony myśliwych, za okazywanie troski wobec rasy i indywidualnych psów, uznawanych przez nich za bezwartościowe. Istnieje kilka schronisk poświęconych wyłącznie ratowaniu galgos oraz podenco. Organizacje i fundacje pomagają w opiece weterynaryjnej, adopcjach oraz w zbieraniu funduszy. Prawie wszystkie środki na pomoc dla psów pochodzą spoza Hiszpanii, a mianowicie z USA, Wielkiej Brytanii, Belgii, Danii, Francji, Holandii i Niemiec.

fot. YoGalgo

CO NA TO RZĄD HISZPANII?

Prywatni ludzie i kilka organizacji walczy o „prawa” tych zwierząt i coś się powoli zmienia… Jednak o wiele za wolno, a na przeszkodzie stoi brak odpowiedniego prawa i ignorancja ze strony instytucji to prawo stanowiących.

Najbardziej szokujące w tym wszystkim jest to, że władze w Hiszpanii doskonale zdają sobie sprawę z tego zjawiska i z tego, co się dzieje na koniec sezonu łowieckiego. Wydaje się jednak, że nie chcą tego powstrzymywać. Przeciwnie, przepisy są wprowadzane w taki sposób, aby galgueros unikali kary za swój sadyzm. Wynika to z tego, że wielu myśliwych to osoby z „wyższych sfer”, członkowie elit politycznych, lub przynajmiej z wpływami i znajomościami w tych elitach oraz władzach państwowych. Przypomnieć tylko można, że jeszcze 4 lata temu, sam król Hiszpanii jeździł do Afryki i urządzał polowania na słonie – taki „świetny” przykład dają władze w Hiszpanii.

Zgodnie z hiszpańskim prawem, Galgos, tak samo jak Podenco, są uważane za psy myśliwskie, czyli „służbowe/pracujące”, są więc wyłączone z przepisów dotyczących okrucieństwa wobec zwierząt domowych. Są po prostu narzędziami do użycia i wyrzuconymi, gdy właściciel nie uważa ich dłużej za przydatne do pracy.

Ponadto przywiązywania Galgos do samochodów, motocykli, koni itp. – w celu sprawdzenia ich prędkości – co jest powszechną praktyką, jest tylko przestępstwem administracyjnym, a nie z kodeksu karnego (chyba że skutkuje śmiercią lub poważnymi obrażeniami. I choć oba występują często, rzadko są zgłaszane).

Istnieje także Krajowa Federacja Galgos, która przenika wszystkie obszary społeczeństwa i ma wpływy polityczne. Przedstawiają tradycję polowania z chartami jako tysiącletni skarb kulturowy, praktykowany z pokolenia na pokolenie.

Żadne z gospodarstw hodowlanych nie było również ścigane.

CO UNIA NA TO?

Nic konkretnego. Pojedyncze osoby się starają, ale nie przynosi to jak na razie żadnych spektakularnych efektów.

8 marca 2017 r. Anja Hazekamp, holenderska poseł, wiceprzewodnicząca Intergrupy Parlamentu Europejskiego ds. Opieki nad Zwierzętami, zorganizowała wydarzenie “Broken spirit – The galgo’s last run”, które skupiło się na losach chartów w Hiszpanii. Stara się zwrócić uwagę Parlamentu Europejskiego na złe traktownie tych psów oraz podnosić świadomość w kwestii galgos wśród posłów do PE, aby móc “współpracować i to zakończyć”.

Karen Soeters, założycielka Animals Today, pojechała do Hiszpanii i nakręciła dokument, który zaprezentowała na tym posiedzeniu Broken Spirit – The Galgo’s Last Run ( https://vimeo.com/198363758 – w ustawieniach można włączyć angielskie napisy. Więcej filmów odnajdziecie na dole artykułu w źródłach).

Stefan Eck, niemiecki poseł, również dodaje, że ludzie muszą być informowani o tej brutalnej rzeczywistości, zarówno posłowie do Parlamentu Europejskiego, jak i społeczeństwa obywatelskie. Fakt, że galgueros obawiają się już petycji oraz tego, co ukazuje dokument Karen Soeters, pokazuje, że coś się już dzieje. Tu znajdziecie link do petycji https://www.spcai.org/other-ways-help/sign-our-petitions/sign-our-petition/

AKTUALIZACJA – o wiele WAŻNIEJSZĄ PETYCJĄ jest ta, złożona do Komisji Petycji Parlamentu Europejskiego, którą znajdziecie TUTAJ.  Jeśli link nie działa, wyszkuj petycję, wpisując jej numer 0516/2016 Czemu jest taka ważna? Bo nie jest petycją istniejącą samą dla siebie. Ta petycja w razie rozpoznania zmusi Hiszpanię do odniesienia się do problemu i skutecznego zajęcia się nim. Zobliguje to stosowania wymogów dyrektyw z zakresu dobrostanu zwierząt, który w unijnym dorobku prawnym jest wartością wspólnotową. Dlatego poprzyjmy mocno tą, stworzoną przez francuskiego obywatela, który sam niestety niewiele robi w celu jej rozpromowania (w momencie jej odnalezienia przez nas podpisana została tylko przez 17 osób). Dlatego wysyłajcie petycję do wszystkich znajomych, w tym tych zagranicznych, bowiem podpisać ją może każdy. Na górze – po lewej stronie można wybrać każdy z ponad 20 języków UE. By podpisać petycję, trzeba się zarejestrować.

A CO SAMI HISZPANIE NA TO?

Większość uważa, że to okrutne i też są przeciwni takiemu zjawisku. Wiele osób ratuje te psy, adoptuje i pokazuje innym, jakimi świetnymi towarzyszami są. Problem w tym, że to nie zawsze jest łatwe i przyjemne. Ci którzy je krzywdzą, nie szczędzą złych słów tym, którzy je ratują, szczególnie na południu kraju i w mniejszych miejscowościach. Psy mają też wiele problemów z psychiką.

Nomad.dog – Sara i jej trzy adoptowane psy. Ula – pies rasy podenco, porzucona w lesie przez myśliwych. Joy – galgo, porzucona po sezonie łowieckim gdy przestała być potrzebna. Ginger – kundelek, zaadoptowana podczas podróży po Zambii w Afryce.

Na szczęście, Galgos stają się coraz popularniejsze i coraz więcej widać ich na ulicach dużych miast, szczególnie połnocnej Hiszpanii. Posiadanie ich staje się nie tyle co normalne, ale wręcz modne. „W Barcelonie nie kupuje się Galgo, je się adoptuje”  tłumaczy Klea Levin, założycielka Barcelonadogs.com

Klea Levin – ściśle współpracuje z fundacją SOS Galgos

Działają organizacje takie jak: SOSGalgos, GRIN, Galgos del Sol. Powstają projekty i filmy dokumentalne takie jak Yo Galgo https://yogalgoproductions.com/ . Każda z fundacji prowadzi swoje strony internetowe, gdzie opowiadają historie konkretnych psów, nagrywają filmy z pojedynczych akcji ratunkowych, zakładają ośrodki pomocy dla tych psów, pomagają w adopcji i wysyłają psy za granicę, zakładają szkółki, gdzie edukują młodzież i prowadzą projekty edukacyjne wśród miejscowej ludności, robią banery informacyjne na ulicach, piszą artykuły do gazet krajowych i zagranicznych. Zakładają konta na różnych social media i starają się nagłaśniać problem. Jednak, czy to coś pomaga? Czy my ich słyszymy?

fot. YoGalgo / trailer i film do obejrzenia na tej stronie lub vimeo

Abigail Christman, założycielka Galgo Rescue Internation Network (GRIN) mówi, że kluczem jest następne pokolenie”. Poza edukowaniem ogółu społeczeństwa na temat losów Galgo i Podenco, należy uczyć młodych ludzi humanitarnego traktowania zwierząt oraz zaprzestać szerzącej się hodowli.

Istnieją dziesiątki organizacji walczących przeciwko tej okrutnej tradycji w Hiszpanii, ale ich wysiłki skupiają się głównie na ratowaniu opuszczonych Galgos i apelowaniu do władz o ukaranie sprawców. Jednak większość z nich zdaje sobie sprawę z tego, że nie są to skuteczne długoterminowe rozwiązania i że jedynym sposobem na prawdziwą zmianę jest zmiana postrzegania psów przez ludzi i wartość ich życia. Czyli budzenie świadomości i edukacja, to jedyne rozwiązanie tej sytuacji.

W naszej prywatnej opinii, Hiszpanie mają bardzo dużo do zrobienia, bo chociaż psy się tam lubi, to wiele osób traktuje je jak zabawki. Czego innym, skrajnym przejawem, jest dość duża popularność ubierania ich w ubranka, malowania pazurów, robienia „fryzurek”. Szczeniaki sprzedaje się w sklepach zoologicznych, trzyma się je tam godzinami i dniami w klatkach. Równocześnie wiele lokali gastronomicznych, hotelowych czy nawet komunikacja miejska nie akceptują psów. Wielu właścicieli nie dba o socjalizację i wychowywanie psów, nieustannie trzyma je na smyczy – w żadnym, z dotychczas odwiedzonych przez nas krajów ze Snupim (25), inne psy nie były tak agresywne wobec niego, jak w Hiszpanii właśnie.

 

fot. YoGalgo – Pierwszy luty został nazwany międzynarodowym dniem Galgo (World Galgo Day) #FreeTheGalgo, więc zachęcamy Was do działań na social mediach tego dnia, ale ważniejsze poniżej…

A CO MOŻEMY MY – POLACY – Z TYM ZROBIĆ?

Jak już wspomnieliśmy, wielu członków instytucji reprezentujących władzę ma w tym szeroko pojęty „biznes” i są przekonani, że to sprawa, o której niewiele osób spoza Hiszpanii wie. Dlatego pora ich uświadomić, że bardzo łatwo mogą się o tym dowiedzieć tysiące osób i że ta wiedza może zaboleć Hiszpanię, która czerpie ogromne zyski z turystyki.

  1. NAMAWIAMY DO BOJKOTOWANIE WYJAZDÓW TURYSTYCZNYCH DO HISZPANII oraz UDOSTĘPNIANIE TEGO POSTA.(jego wersję na facebook dostępną pod tym linkiem – udostępniło go już ponad 12 tys. osób w tym osoby znane np. aktorzy, celebryci)

Tym bardziej, że koniec sezonu łowieckiego pokrywa się z okresem polskich wakacji zimowych, a Hiszpania jest popularnym kierunkiem dla polskich turystów. W dzisiejszej polityce i realiach świata liczy się tylko element ekonomiczny i tylko on jest w stanie zainteresować hiszpański rząd.

Co to ma dać? Wyślemy statystyki udostępnień oraz wyświetleń tego posta na naszych kanałach (facebook, ta strona) oraz statystki z dużych i znanych kont, które do udostępniły dalej u siebie (kont osób znanych, organizacji) oraz jego przedruki w portalach internetowych (już teraz uczyniła to m.in. WP Turystyka) do hiszpańskich organizacji walczących o poprawę losu tych psów. One następne wyślą go do rządu Hiszpanii, by uświadomić go o istnieniu akcji jawnie namawiającej do dyskredytacji.

Stworzyliśmy też ten artykuł w  angielskiej wersji językowej TUTAJ

2. Możecie podpisać NAJWAŻNIEJSZĄ PETYCJĘ do Komisji Petycji Parlamentu Europejskiego – znajdzecie ją POD TYM LINKIEM. Czemu jest taka ważna? Bo nie jest petycją istniejącą samą dla siebie. Ta petycja w razie rozpoznania zmusi Hiszpanię do odniesienia się do problemu i skutecznego zajęcia się nim. W razie przyjęcia zobliguje Hiszpanię do stosowania wymogów dyrektyw z zakresu dobrostanu zwierząt, który w unijnym dorobku prawnym jest wartością wspólnotową. Zgodnie z regulaminem Parlamentu Europejskiego, nie można złożyć kolejnej petycji, dopóki jest otwarta w tym samym temacie inna petycja. Dlatego poprzyjmy mocno tą, stworzoną przez niemieckich obywateli, którzy sami niestety niewiele robią w celu jej rozpromowania (w momencie otrzymania przez nas informacji o niej, podpisana była tylko przez 9 osób). Dlatego wysyłajcie petycję do wszystkich znajomych, w tym tych zagranicznych, bowiem podpisać ją może każdy obywatel UE. Na górze – po lewej stronie można wybrać każdy z ponad 20 języków UE, jeśli ktoś nie zna angielskiego. By podpisać petycję, trzeba się zarejestrować.

2b. podpisać także wspomnianą w artykule petycję

3. Możecie też pisać listy z wyrazami sprzeciwu do ambasady Hiszpanii w Polsce (wzór oraz instrukcję załączam na samym końcu tego artykułu – pod źródłami oraz w osobnym wpisie TUTAJ) oraz komentarze na jej stronie internetowej .

4. Możecie użyć przygotowanych plakatów informacyjnych, które możecie pobrać TUTAJ, wydrukować i do rozwieszać w klinikach weterynaryjnych, sklepach zoologicznych, generalnie wszędzie, gdzie tylko ktoś sobie wymyśli czy dostatnie zgodę od właściciela obiektu. Można je też sobie wrzucić jako zdjęcie w tle na swoim profilu facebook, albo po prostu udostępniać we wszelkich social mediach.

5. Możecie też używać wspomnianego tagu #freethegalgo w swoich postach i opisach do zdjęć na wszelkich social mediach.

6. Możecie użyć nakładki na zdjęcie profilowe na facebook. To bardzo prosty sposób, by zasygnalizować i zaciekawić inne osoby istnieniem procederu i by mogły zainteresowane wyszukać potem dalszych informacji. Nakładka jest zatwierdzona przez facebook. BY JĄ USTAWIĆ – naprowadzamy kursor na swoje zdjęcie profilowe – wybieramy napis “aktualizuj”, który się na nim pojawi – po kliknięciu, pojawi się tam zakładka “dodaj nakładkę” – wpisujemy wyszukiwarce freethegalago i ustawiamy jedną z dostępnych – gotowe.

7. Udostępniajcie artykuł na stronach agencji turystycznych organizujących wycieczki do Hiszpanii i podejmujcie inne tego typu akcje, które przyjdą Wam do głowy.

Do wymiany pomysłów i ich realizacji utworzyliśmy grupę na facebook – Na Pomoc Galgo Dołączajcie do niej, jeśli macie jakieś konkretne pomysły, chcecie pomóc w realizacji pozostałych lub macie dodatkową wiedzę (bo materiałów w Polsce o tym jest bardzo niewiele). Razem możemy więcej! Po to właśnie, między innymi, istnieje nasz blog,  by mieć siłę zmieniania takich zjawisk.

Aktualizacja 1: Jak wiecie, jesteśmy w nieustannej podróży. Często z bardzo ograniczonym zasięgiem do internetu, dlatego nie nadążamy z odpowiedziami na wszystkie komentarze i wiadomości prywatne, nie jesteśmy w stanie też koordynować wszystkich inicjatyw do walki z procederem. Mam nadzieję, że to zrozumiecie. Dlatego stworzyliśmy grupę Na Pomoc Galgo  byśmy nie musieli pośredniczyć we wszystkim, bo jest to niemożliwe.

UWAGA: ostrzegamy przed zaagngażowaniem się w akcje osób Wake Up Doszły do nas głosy o ich niepoprawnym sposobie działania. Nie jesteśmy w stanie tego w pełni zweryfikować, więc nie przesądzamy. Z naszej strony tylko powiemy, że o niejasnych intencjach działania twórców tej społeczności może świadczyć fakt, że w żaden sposób nie korzystali z materiałów, które przygotowaliśmy do walki z tym procederem i ich nie promowali (np. list protestacyjny do ambasady). Nie szerzą również informacji o najważniejszej petycji do Parlamentu Europejskiego. Nie zaangażowali się także i nie skorzystali ze społeczności i akcji, które już zostały w tym temacie podjęte, na stworzonej przez nas grupie Na Pomoc Galgo. Zresztą zostali mianowani przez nas na chwilę jej administratorami i nie wykazywali tam żadnej aktywności.

Chciałbym Was jednak wszystkich poinformować, że planujemy i obmyślamy kolejne działa oraz przekazać, że dzięki Wam już ruszyła lawina! Dzięki udostępnieniom artykuł dotarł do organizacji i kont, które mają znacznie większą siłę niż my. Ten artykuł został przedrukowany już w portalach internetowych (m.in. WP turystyka oraz NOIZZ) oraz udostępnił go polski aktor walczący o prawa zwierząt Marcin Dorociński i mamy zapewnienia od kolejnych znanych osób o publikacji, np. Martyny Wojciechowskiej. Pracujemy też nad wersją tego artykułu w wersji angielskiej, byście mogli go wysłać swoim zagranicznym znajomym. Na razie możecie im wysłać jakiś z artykułów, które podane mamy poniżej

Aktualizacja 2: pytacie nas, jak można zaadoptować takiego psa. Piszcie do organizacji podanych poniżej, niektóre pomagają, inne odmawiają, bo nie mają swoich przedstawicieli – “kontrolerów” w Polsce. Jednak zachęcamy Was do adopcji psów z polskich schronisk, a w sprawie Hiszpanii najważniejsza jest pomoc w nacisku na władzę, by powstały rozwiązania systemowe, a nie tylko jednostkowe.

Podziękowania dla Sary z Nomad.dog oraz Robei z Viajerosperrunos, za wsparcie i pomoc merytoryczną.

 PRZYKŁADOWA TREŚĆ LISTU PROTESTACYJNEGO DO AMBASADY:

Szanowni Państwo

Chciałbym wyrazić swój sprzeciw i obrzydzenie wobec procederu, który ma miejsce w Hiszpanii. Co roku w Waszym kraju masowo zabija, torturuje, okalecza, porzuca i celowo zaniedbuje psy wykorzystywane przez niektórych Waszych rodaków do polowań oraz wyścigów (często nielegalnych). Szacuje się, że rocznie cierpi od 50 do 100 tysięcy psów, dotyczy to przede wszystkim psów rasy Galgo oraz Podenco.

Rząd Hiszpanii oraz ogół społeczeństwa mają wiedzę i świadomość o zachodzących wydarzeniach, tymczasem wciąż występuje społeczne przyzwolenie, a co gorsze, bezczynność rządu i organów państwa w celu zwalczania i zapobiegania temu zjawisku. Przyzwolenie na wieszanie psów na drzewach, by dusiły się przez kilka godzin czy nawet dni, zakopywanie ich żywcem, wrzucanie w kaniony, studnie, głębokie doły, przeciąganie za samochodem, zagładzanie na śmierć, łamanie kończyn, oblewaniem kwasem i wiele innych sadystycznych działań.

Chciałbym więc poinformować, że podejmę wszelkiego rodzaju działania, w których informować będę inne osoby o zacofaniu Hiszpanii względem europejskich standardów, nie tylko w kwestii formalnych praw zwierząt, ale także „humanitaryzmu” oraz wartości etycznych i moralnych.

Ogłaszam również, że w ramach osobistego protestu, powstrzymam się od wszelkich wyjazdów turystycznych do Państwa kraju, do tego samego będę namawiać pozostałe osoby. Hiszpańska branża turystyczna „czerpie garściami” z wizerunku swojego kraju, jako „pełnego życia, radosnego, zabawowego i ludzi o ciepłych sercach”. W obliczu wydarzeń, które mają tam miejsce, faktu że zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od turystycznych ośrodków i stolicy kraju odnajdywane są masowe groby zwierząt, niemożliwe jest podtrzymywanie tego mitu. Także dostarczanie środków finansowych ludziom, którzy z jednej strony uśmiechają się do nas – turystów i dzięki nam zarabiają, a weekendami urządzają tortury na zwierzętach na masową skalę lub ludziom, którzy „przymykają oko” na wydarzenia, o których mają wiedzę. Wiedza ta musi być powszechna, skoro rok w rok, zabijanych, torturowanych i okaleczanych jest kilkadziesiąt tysięcy psów. Nie jest możliwe, by wszystko to działo się w ukryciu. Niemożliwe by najbliżsi członkowie rodzin tych sadystów nie mieli wiedzy o praktykach swoich ojców, mężów, braci, dziadków, dzieci.

Podejmę także inne kroki, bojkotujące hiszpańskie interesy, jak bojkotowanie hiszpańskich marek odzieżowych, spożywczych, warzyw i owoców, itd. Będę także wspierał inne inicjatywy podejmowane przez pozostałe osoby w Polsce, które mają wiedzę o tym procederze – wśród nich m.in. rozwieszanie plakatów informujących o procederze w takich miejscach jak: kliniki weterynaryjne, sklepy zoologiczne itp. Sam dowiedziałem się o procederze z artykułu w internecie, który udostępniło już ponad 12 tys. ludzi i liczba wciąż rośnie, także za sprawą mojego udostępnienia.

Będę trwał w tych działaniach tak długo, jak długo nie dowiem się o rozpoczęciu faktycznych i skutecznych działań ze strony hiszpańskich instytucji państwowych, które będą miały na celu ukrócenie sadystycznych praktyk części hiszpańskiego społeczeństwa (nie tylko myśliwych i uczestników wyścigów, ale także hodowców, którzy ich zaopatrują i rozmnażają psy w skandalicznych warunkach).

Wielka szkoda, że moje działania dotkną również przeważającą część społeczeństwa Hiszpanii, która nie bierze udziału w procederze. Także osoby dobre i szlachetne, w tym takie, które starają się walczyć z procederem. Są one jednak ignorowane przez swój własny rząd i instytucje państwowe, które Państwo reprezentujecie.

Jestem przekonany, że tylko ostracyzm i uderzenie w finansowe interesy Hiszpanii jest w stanie przekonać Wasz rząd do działania, skoro przez dziesięciolecia pozostawał on bierny wobec tego procederu. Niech ma świadomość, że nie jest to już wyłącznie sprawa „hiszpańska”.

Z wyrazami szacunku
XYZ

List możecie adresować na 3 różne sposoby, najlepiej wykorzystajcie każdy z nich: 1) Fizycznie, klasycznym listem na adres ambasady Hiszpanii w Polsce: Ambasada Królestwa Hiszpanii, ul. Myśliwiecka 4, 00-459 Warszawa. 2) Na skrzynkę mailową ambasady emb.varsovia.info@maec.es oraz 3) W formie komentarza pod jakimkolwiek postem ambasady na ich fanpage na facebook – https://www.facebook.com/EmbEspPolonia/ Na marginesie dodam, że mój komentarz usunęli, więc zafundujmy im ostry spam, by nie nadążali z usuwaniem pojedynczych komentarzy 😉 ).

PLAKATY INFORMACYJNE (przygotowane do druku A3 lub mniejszego, w razie problemów z pobraniem w pełnym rozmiarze, napisz maila z prośbą o przesłanie na pk.miklaszewski@gmail.com) :

ŹRÓDŁA I PRZYDATNE LINKI:

Petycja do Komisji Parlamentu Europejskiego

https://petiport.secure.europarl.europa.eu/petitions/pl/petition/content/0516%252F2016/html/Petycja-nr-0516%252F2016%252C-kt%25C3%25B3r%25C4%2585-z%25C5%2582o%25C5%25BCy%25C5%2582%2528a%2529-P.E.-%2528Francja%2529%252C-w-sprawie-niew%25C5%2582a%25C5%259Bciwego-traktowania-ps%25C3%25B3w-w-Hiszpanii-?fbclid=IwAR1dBOZ2RbCQ6Q0mlY1p7mcMdWOc227d6dqivBwFoGvg0l4oKs2bRSt_CKg

Druga petycja, o mniejszej mocy sprawczej
https://www.spcai.org/other-ways-help/sign-our-petitions/sign-our-petition/

Filmy:
„YoGalgo” – film dokumentalny, social media, strona www.
Broken Spirit – The Galgo’s Last Run” – film dokumentalny Karen Soeters

Febrero, el miedo de los galgos – film dokumentalny Waggingtale Films

Organizacje w Hiszpanii:
Barcelona – SOSGalgos
Murcia – Galgos del Sol

Organizacje zagraniczne:
USA – GRIN (Galgo Rescue International Network)
Holandia – Dutch Galgo Lobby
Wielka Brytania – Greyhounds In Need
Francja – Galgos France

Niemcy – Galgo -hilfe

Belgia – https://www.greyhoundsinnood.be/

Artykuły:
2015/04/21 DODO
Tens Of Thousands Of Dogs Are Being Tortured For A Gruesome ‘Tradition‘”
2015/05/11 Pies.plHorror chartów w Hiszpanii
2015/08/21 National GeographicRestoring Dignity to Spain’s Mistreated Hunting Dogs
2016/10/26 National GeographicTraditional Hunting Dogs Are Left to Die En Masse in Spain
2017/02/01 Animals TodayPetition: ban the hunting with galgos in Spain
2017/02/10 OdditycentralThe Cruel Spanish Tradition That Kills Tens of Thousands of Greyhounds Every Year
2017/03/19 Animal Welfare Inter Group.euEnding the brutal fate of the Spanish galgo
2018/10/29 The Guardian Galgos: how rescue greyhounds became fashionable in Barcelona

The Holocaust of Galgos (MASS ANNIHILATION OF DOGS IN SPAIN)

The Holocaust of Galgos (MASS ANNIHILATION OF DOGS IN SPAIN)

In the past few weeks I found myself contemplating matter of Sota, a dog recently shot by an officer in Barcelona #justiciaparasota. I felt moved by an avalanche of memories from our trip through Spain and our stay in the Canary Islands. During that time, some things … connected with our passion and love for dogs, the work of rescue shelters in Spain, and atrocities we started reading about began to upset us greatly. Today, after reading… and checking … about the treatment of Galgos and Podencos dogs in Spain, I see that this country has large and complex problem. What is happening with these dogs is so brutal and cruel that we must take initiative now and unite our voices and stand as one. It is nearly unimaginable that it is the 21st century and these offenses our occurring in a European country, an EU member. It is an intentional holocaust of man’s best friend to an epic scale and horrific proportions (at least 50 000 to 100 000 dogs suffer each year)

fot. YoGalgo / Instagram

What are the Galgos and what is happening?

The Galgos breed (and Podenco breed) dogs have long traditionally been used for racing and hunting in Spain. We have no issues with the hunts or races themselves but the diabolical and barberous mistreatment of these animals themselves.

A Galgo Español is a Spanish Greyhound, an ancient race. Once, they were viewed as a valuable possession and breaded by noble families. Now, they are one of the most persecuted dog breeds in the world. These beautiful animals have become disposable tools, in the hands of Spanish galgueros (hunters). You can purchase Galgos dog for a mere 10 euros or $15 bucks! Due to the cheap supply of these animals, when they do not ‘work good’ or are no longer needed, they are murdered or brutally tortured and abused. It is estimated that every year, around 50,000 to even 100,000 are murdered, tortured, abused and/or abandoned. Do not adjust the monitor settings, you see a good number of zeros. A minimum 50,000 annually! This can not be estimated accurately because the farms (that produce dogs) are not controlled or regulated in any way, and there are for example, mass graves in the middle of nowhere which have been in existence for 20 years only now being discovered. One thing is certain, using the name “Holocaust greyhounds” is the most adequate.

fot. YoGalgo – Many people do not believe what is happening … only when they see it with their own eyes …

photo: YoGalgo – mass grave near Tarancón (near Madrid). Some of these dogs were hanged. The chips from the necks were all cut out.

 

fot. YoGalgo – When the team came back to remove the bodies, it turned out that at least 2 disappeared. The hunting community claims that the dogs abandoned or killed “is not their job”, they claim that the dogs were stolen, because “no galguero would treat his dog like this”. Question is … who would steal a tired, undernourished dog, then kill him, and then he would go back for the dog’s corpse?


Why are so many dogs being abandoned and abused?

Greyhounds used for hunting are usually used only for one season. Afterwards, they often are rejected and replaced with new ones. During the hunting season, lasting 4 months from November to February, galgueros have at least 10 galgos, and some of them even have up to 70! Because the dogs are so cheap to buy, their lives have virtually no value. At the end of February, when hunting season ends, hunters get rid of those they no longer need.

If dogs hunt poorly, they are tortured as punishment for the ‘shame’ they have brought their owners. The traditional explanation for their cruelty is that if a dog shames their master without meeting his expectations, defamation must be washed away by torture and the killing of the Galgo. In reality this practice is simply an exercise in sadism, and from an economic point of view, a reduction in costs. They often dispose of these animals in the most frightening ways imaginable. At times, strong acids are used purposefully poured over these living creatures to put them to a slow death. In other cases, they are simply dragged behind the car until they perish. Additionally and quite often, they are buried alive or thrown into deep wells or down canyons, leather stripped alive. It is only the lucky ones that may be simply shot and killed on the spot without experiencing the inhumane torture. But it is not all, there is one more traditional torture.

The most well known torture and killing method is called the “piano dance”. This consists of tethering the dog by the neck and fastening it so only the tips of the feet touch the earth. As the poor animal fights for each and every last breath, the animal slowly suffocates to death over hours and sometime over the course of 3 days. Why the name ‘piano dance’, because the dog during strangling makes characteristic noises.

The ‘Good’ hunting dogs are saved from torture and death if they are still young and strong…, because they may be used for more than one hunting season. They are kept in “zulos” – dirty, tight, unregulated kennels. Often in concrete bunkers, devoid of daylight, exercise, medical treatment and of course any sight of feelings. Often fed mainly with only bread, they eat each other when one falls from exhaustion. Before they are used for hunting, they are starved for days and embittered to make them better at hunting. There is a belief that a hungry greyhound gives more of himself in the chase and therefore makes a better hunter.

Even these dogs, the ‘good’ hunters, often perish by the age of three. After years of being weakened by malnutritment and lack of care, it is easier and cheaper to kill the dog rather than to pay to maintain them for the next season. Remember, you can purchase a new galgo for only 10 euros in a cattery, which supplies hunters with dogs. How it is possible that this cannibilistic cycle continues and the prices remain so low? Easy… there is a demand, there is a business, there is price competition. The farms set the prices and the vicious circle goes on.

Death through torture is not the only method to get rid off dogs. Those who do not “embarrass” their owner are “rewarded” by sending them to “perreras”. These are facilities like public dog shelters. However, when dogs are not adopted within 10 days can be euthanized (some provinces or cities in Spain have introduced a policy of not killing dogs in shelters, in others it is still the norm). Some Galgueros decide to simply abandon them as well. They transport them somewhere far away and leave them, often breaking their legs or tying them with chains so that they can not come back. If they have identity tattoos or microchips, their skin is cut to remove any traces of the owner. They usually die of hunger, car accidents, or end up in city shelters where after a few days they are put to sleep. Some galgueros who have “more heart” give them to private shelters, where dogs may have a chance for another life. Those shelters still are often overcrowded.

fot. YoGalgo

photo: YoGalgo Dogs also have many problems psychologically after the abuse.



T
here is also a group of ‘lucky’ dogs that are being recovered by volunteers through a type of intervention. This is not an easy task because dogs are often terrified, distrustful, and can not be caught easily. Additionally, volunteers are often met with hostility and contempt on the part of hunters for showing concern for race and dog deemed worthless. There are several shelters devoted exclusively to the rescue of galgos and podengos, another race used for the entertainment. Organizations and foundations help in veterinary care, adoption and fundraising. Almost all funds for helping these dogs currently come from outside Spain, namely from the USA, Great Britain, Belgium, Denmark, France, the Netherlands and Germany.

YoGalgo

 

And what about the Spanish government?

The most shocking thing about this situation is that the authorities in Spain are well aware of what is happening and it seems, however, that they do not want to put a stop to it. On the contrary, laws and regulations are being introduced in such a way that the Spanish Greyhound owners can avoid any and all punishment for their sadism. According to Spanish law, Galgos and Podencos are considered “business” or “working” dogs and as so are exempt from the provisions regarding cruelty to pets. They are simply tools to use and be thrown away when the owner does not consider them useful for work.

It would appear that little can be done in the hunting tradition rooted in hundreds of years of Spanish customs. Another fact making this epidemic difficult to correct is that many hunters are people from the “upper classes”, members of the political and financial elite, or at least from influences and acquaintances in these elites and state authorities. May I remind you that 5 years ago the previous king of Spain himself went to Africa and organizes elephant hunting. Leading by great example, right?

Additionally, attaching Galgos to cars, motorcycles, horses, etc. in order to check their speed is common practice, and is only viewed as an administrative offense. This is not criminal unless it results in death or serious injury. Though both occur frequently, these incidents are rarely reported nor enforced.

There is the National Federation of Galgos, which penetrates all areas of society and has political influence. They present the tradition of hunting greyhounds as a thousand-year cultural treasure practiced from generation to generation. Not one of the breeding farms have yet to be prosecuted, and many of Spanish associations that oppose this cruelty do not have a political voice.

And what about Spanish people?


Many of the people living in Spain think its cruel and they are against such treatment. Many people save these dogs and adopt them. The problem is that it is not always easy and pleasant. Those who harm them, do not spare bad words to those who save these “useless” dogs, especially in the south of the country and in smaller towns. Dogs also have many problems psychologically after the abuse.

Sara with rescued Joy – galgo, Ula – podenco, and Ginger mongrel from Zambia z Nomad.dog


Fortunately, Galgos are becoming more and more popular and more and more can be seen on the streets of large cities, especially northern Spain and big cities. Having them becomes not only normal, but fashionable as well. “In Barcelona you don’t buy galgos, you adopt them” says Klea Levin, designer and founder of Barcelonadogs.com.

Klea Levin, Barcelonadogs.com – works closely with the SOS Galgos foundation

There are the organizations such as SOSGalgos, GRIN, and Galgos del Sol. They work on different projects and documentary films such as Yo Galgo, https://yogalgoproductions.com/ to help raise awareness. Each foundation runs its own website, tell stories of specific dogs, record videos of individual rescue actions, establish help centers for these dogs, help in adoption, and send dogs abroad. They run classes where they educate young people and run educational projects among local people. They make informational banners on the streets and write articles for national and foreign newspapers. They set up accounts on various social media and try to publicize the problem. The question remains, is it helping? Does it help? Do we hear them?

YoGalgo / trailer and movie to watch on this site or vimeo

Private people and several organizations are fighting for the “rights” of these animals and something is slowly changing … However, progress appears too slow, and the lack of appropriate law and the ignorance of institutions are the law of the act.

Abigail Christman, the founder of the international Galgo Rescue network (GRIN), says “the next generation is the key.” In addition to educating the general public about the fate of Galgos and Podengos, young people should be taught the humane treatment of animals and stop poor breeding practices.

There are dozens of private organizations fighting against this cruel tradition in Spain, but their efforts are mainly focused on saving abandoned Galgos and appealing to the authorities to punish the perpetrators. Unfortunately, most of them are aware that these are not effective long-term solutions and that the only way to really change this situation is to change the perception of dogs by people and the value of their lives. Raising awareness and education is the only solution to this situation!

YoGalgo – The first February was named the international day of Galgo (World Galgo Day) #FreeTheGalgo, so we encourage you to take action on social media on that day


And what about the EU?

Nothing specific can be noted regarding the actions of the E.U.. Individuals try but it does not bring any visible effects.

On March 8, 2017, Anja Hazekamp, a Dutch deputy vice-president of the European Parliament’s Intergroup on Pet Care, organized the “Broken spirit – The “galgo’s last run” event. This event focused on raising public awareness about the situation and fate of greyhounds in Spain. She is trying to draw the attention of the European Parliament to the mistreatment of these dogs and to raise awareness about the issue of galgos among the memebers of EP in order to be able to “cooperate and end it”.

Karen Soeters, founder of Animals Today, went to Spain and made a document that she presented at this meeting https://vimeo.com/197089467 . More videos you will find at the bottom of the article in “sources”).

Stefan Eck, a German deputy, adds that people must be informed about this brutal reality, both Members of the European Parliament and civil society. The fact that Galgueros are already afraid of petitions and what Karen Soeters document shows, shows us that we are on the right track. Here you can find link to the petition https://www.spcai.org/other-ways-help/sign-our-petitions/sign-our-petition/

UPDATE – MUCH MORE IMPORTANT PETITION is the one submitted to the European Parliament, which you can find HERE If the link doesn’t work, find petition by entering its number 0516/2016. Why  is it so important? Because it is not a petition existing for itself. This one in case of recognition, will actually force spanish government to refer to the issue and to take care of it effectively. It will force Spain to apply requiremnts of regualtions concerning wellbeing of animals. This wellbing is in EU acquis is common value. That’s why let’s support the one made by French citizens. Unfortunately authors do little to promote it (when we found it, it was signed by 17 people). Beause of that send this petition to all your friends, it can be signed by every person. On the top left side you can choose one from more than 20 languages. You have to register to sign petition.

What can we do about it?

As we have already mentioned, many members of the institutions representing the authorities have broadly misunderstood the “business” in this and are convinced that this is a matter that very few people from outside of Spain know about. Therefore, it’s time to make them realize that thousands of people can easily learn about it and that this knowledge can hurt Spain, which derives huge profits from tourism.

First and foremost, we need to raise public awareness on the issue. Please talk about it loudly and condemn any manifestations of aggression towards dogs. Let your own voice be heard. Share this post, inform your friends and your neighbors. We need to unite and spread this story of gross mistreatment of animals. What is more:

1. WE RECOMMEND BOYCOTT TOURIST TRIPS TO SPAIN. Read more

Video relacja z gór Huayhuash w Peru

Video relacja z gór Huayhuash w Peru

Pierwsza część relacji z naszego 11 dniowego trekkingu w Cordillera Huayhuash. W tej części zobaczycie m.in. najpiękniejszy widok, jaki dotychczas widzieliśmy w naszym życiu, nasze górskie obiady, jak Snupi radzi sobie w górach i Izę jako Chinkę. Druga część relacji jest prawie gotowa, więc powinna być już za tydzień. Zachęcamy więc do subskrybowania naszego kanału na YT, wtedy będziecie mieli pewność, że informacja o nowym odcinku do Was dotrze.

AKTUALIZACJA DRUGA CZĘŚĆ:

Zapraszamy Was koniecznie do obejrzenia, bo wrzucenie kosztowało nas 3 dni jeżdżenia za internetem i mnóstwo kasy na doładowania internetu w telefonie, by dokończyć wgrywanie (robiliśmy to w Boliwii, gdzie internet to średniowiecze)  Dowiecie się czemu ja płakałem, a Iza wpadła w atak histerii. Zobaczycie Snupka w hawajskiej koszulce na środku lodowca i najtrudniejszy fragment szlaku. Za naszymi pięknymi zdjęciami i filmami, kryje się cała gama emocji. Często nie mamy nagranych tych najbardziej skrajnych, bo nie ma wtedy na to czasu, sił, chęci czy po prostu fizycznych możliwości. Mam nadzieję, że poczujecie chociaż namiastkę.

NÓŻ, SCYZORYK, MULTITOOL – rzeczy przydatne w podróży

NÓŻ, SCYZORYK, MULTITOOL – rzeczy przydatne w podróży

Zajeżdża tu lekką oczywistą oczywistością i nic w tym nietypowego, a jednak… Spotkaliśmy masę podróżników, którzy go ze sobą nie mieli. Większość o nim najzwyczajniej zapomniała. Wielu sądziło, że im się nie przyda, bo nie zapuszczają się w jakieś samodzielne trekkingi, ale przyznawali, że to był błąd i muszą sobie jakiś skołować. Drugi wątek – nie chodzi o taki zwykły nóż. Warto, by był on czymś bardziej wielofunkcyjnym. Można pokusić się nawet o jakiegoś multitoola, który będzie miał w sobie…np. kombinerki. Choćby przydać się one miały tylko 2 razy do roku, to okazać się to mogą bardzo istotne 2 razy.

Zanim rozwinę powyższe wątki, wyjaśnijmy jedno – nóż do samoobrony to sprawa drugorzędna, można wręcz powiedzieć, że nawet błędna i ryzykowna. Pamiętajcie, jeśli wyciągacie nóż, musicie być gotowi go użyć. To oznacza gotowość nawet do zabicia kogoś, Może to być czystym przypadkiem, w trakcie szamotaniny czy trafienie, akurat, w jakąś aortę. Co jednak ważniejsze – MUSICIE UMIEĆ SIĘ NIM POSŁUGIWAĆ, a miejcie świadomość, że napastnik raczej ma te zdolności większe, a przynajmniej mniejsze opory skrzywdzenia kogoś. Może wam go bardzo sprawnie odebrać i użyć przeciwko wam. Możecie się zranić sami lub swojego współtowarzysza podróży w szamotaninie. No i możecie tylko jeszcze bardziej zdenerwować napastnika. Wyciągnięcie nóż, a on wtedy wyciągnie broń palną… I co wtedy?! Te uwagi dotyczące noża można zastosować do wszelkich innych narzędzi, jak pałka teleskopowa itp. O wiele bardziej przydatne, zwłaszcza dla kogoś bez umiejętności walki, jest zaopatrzenie się w gaz pieprzowy (ale o nim innym razem) oraz posiadanie „fałszywego portfela”, który opisywałem wcześniej w cyklu rzeczy przydatnych w podróży

Narzędzie przyda się za to do dziesiątek innych czynności: otwarcia puszki konserwowej, kapsli od butelek, wina , pokrojenia owoców czy ich obrania, bo w warunkach podróży często nie mamy jak ich umyć (o tym, dlaczego to trzeba robić, pisałem przy okazji wpisu o innej przydatnej rzeczy – obieraczce), warzyw. Czy tak codziennej rzeczy, jak pokrojenia pieczywa i zrobienia sobie kanapki w każdym miejscu i każdej porze. Przecież w warunkach podróży jemy często coś “na kolanie”, przed chwilą zakupionego w sklepie. Ostrze przyda się także do oprawienia patyka, który ma pomóc w marszu, gdy nie mamy ze sobą żadnych kijków trekkingowych czy patyka do ogniska. Jednym słowem, zamiast samego noża – ostrza, warto mieć scyzoryk z kilkoma narzędziami.

To, jakich narzędzi potrzebujecie, zależy od sposobu waszego podróżowania. Jednak, pamiętajcie, czasem może się przydać coś, czego zupełnie nie przewidujecie, np. śrubokręt, bo coś się poluzuje w waszym sprzęcie fotograficznym czy kempingowym. Nawet śrubokręt mikro-precyzyjny, bo macie okulary i ich zauszniki się nieustannie luzują albo telefon wpadł do wody i będziecie mogli go dzięki takiemu śrubokrętowi otworzyć na części i próbować uratować. A może pęseta, by wyciągnąć kleszcza albo drzazgę z siebie/psa, albo wsadzić na miejsce jakaś malutką część, która wypadła ze sprzętu?! A może kombinerki? Nam by się przydały w ewidentny sposób tylko 2 razy w ciągu ostatniego roku, ale za to kiedy! Jednym z nich był trekking na wulkan Acatenango w Gwatemali. W planie mieliśmy nocleg na szczycie na 3700 m n.p.m z widokiem na czynny wulkan Fuego. Porywisty wiatr, wilgoć z chmur, przeszywająco zimno. Przy nieustannej walce z wiatrem, udało się postawić namiot. Ręce nam już odpadały z zimna, chceliśmy sobie ugotować wodę, a tu się okazuje, że pokrętło w naszym palniku się zablokowało (bo nie używaliśmy go przez 4 miesiące, a palnik ma już 4 lata, więc coś się „zapiekło”). 20 minut próbowałem złapać czymś pokrętło, by je rozruszać, ale mieliśmy przy sobie bardzo niewiele rzeczy (to miał być tylko 2-dniowy trekking i dlatego też nie sprawdziłem dokładnie sprzętu). W ruch poszły nawet zęby, ale żal mi ich było. Ostatecznie, udało się, ale gdyby skończyło się inaczej… to nie byłoby nam zbyt wesoło. Byliśmy mega zziębnięci, a wodę, którą mieliśmy ze sobą, chcieliśmy zagotować, bo nie byliśmy przekonani o jej czystości… Druga sytuacja, to gdy pękła tuleja na jednym z segmentów stelaża namiotu (przy jego składaniu jeden segment nie wszedł do końca i przy naprężeniu rozerwał końcówkę tulei, która musiała być wcześniej pewnie uszkodzona w transporcie). Odkryliśmy to dopiero w nocy, gdy wiatr zaczął miotać tropikiem. Materiał zaczepił o to pęknięcie i się rozdzierał. Zakleiliśmy pęknięcie grubo plastrem, ale wcześniej musieliśmy je czymś zagnieść. Udało się z wykorzystaniem kamieni, ale musieliśmy rozłożyć cały namiot w środku nocy. Gdybyśmy mieli kombinerki, moglibyśmy to zrobić w kilkadziesiąt sekund, wystawiając tylko ręce z sypialni namiotu. To była ciepła noc, w dość spokojnych warunkach, a co, gdyby stało się to gdzieś w wysokich górach albo przy ulewie?! Pewnie było jeszcze kilka innych sytuacji, gdy kombinerki okazałyby się przydatne, ale poradziliśmy sobie w inny sposób, szybciej i bez jakiś poważniejszych konsekwencji, dlatego nie zapadły mi w pamięć. No ale właśnie… są czasem sytuacje, gdy kilka minut może się okazać kluczowe dla całego dnia.

Dlatego sam nóż, który ważyć będzie jakiś 150-250 gram, warto zastąpić czymś z mniejszym ostrzem, ale z rozbudowaną ilością innych narzędzi. Jasne, waga będzie pewnie odrobinę większa, ale nie musi być to dramatyczny wzrost. Można dorwać toola pełnowymiarowego już 200-gramowego, np. Leatherman Signal waży 214 gram, ale można od niego oczepić 3 elementy (ostrzałkę, krzesiwo z gwizdkiem i klips do mocowania) i już będzie to poniżej 200. Wagi jakiś scyzoryków z sensownym ostrzem z kilkoma narzędziami też zaczynają się od 150 gram. Wielkie ostrze nie jest potrzebne, jeśli nie zamierzamy mieszkać samotnie w lesie i polować oraz budować sobie codziennie szałasu. No chyba, że ktoś ma jakieś kompleksy 

My właśnie zastąpiliśmy scyzoryk bez kombinerek na multitoola. Jest to element naszych przygotowań do przeprawy przez Kanadę, Alaskę i północno-wschodnie krańce Rosji (jeszcze tysiące kilometrów dalej niż Syberia). Będziemy na tak odludnych terenach, zdani często tylko sami na siebie – co nie jest nam obce z poprzednich doświadczeń ale jednak nie były to aż tak niewybaczalne błędów rejony i tak odseparowane – że musimy być w jak największym stopniu samowystarczalni. W prezencie otrzymaliśmy multitoola Leatherman Charge Plus.

Ogromną wadą tego modelu jest brak szydła/rozwiertaka, to moje największe zastrzeżenie. To narzędzie przydatne w ogromnej ilości sytuacji. Przydałaby się także odrobinę dłuższa piła oraz otwieracz do kapsli i konserw działa o wiele gorzej niż w scyzorykach Victorinox. Bity śrubokrętowe są wymienne i w zależności od modelu dostajecie od razu albo trzeba dokupić ich zestaw. Dla mnie bity są ważne, bo kilka razy już rozkręcałem nasze telefony, laptopy i aparaty fotograficzne, by uratować je po zamoczeniu, albo wyjąć dysk z zepsutego laptopa. Jednak w zestawie nie ma specjalnej przedłużki (trzeba ją dokupić osobno za 60-90 zł), która umożliwia rozkręcania śrub w bardziej trudno dostępnych miejscach, w moim przypadku to niemal połowa okoliczności.

Waży on już niemało, bo 235 gram, ale ma masę narzędzi, z których można zrobić kilka zastosowań. Jakość przyjdzie mi przetestować, na razie bazuję na tym, że jest legendarna – i to nie tylko marketingowo. Ten model nie jest tani, dlatego alternatywą może być prawie identyczny, a dużo tańszy, model Wave Plus czy wspomniany Signal – znacznie lżejszy i również tańszy. Ale nie myślcie też, że taki multitool musi być wielki i nieporęczny. Możecie wybrać coś już od wagi 55-60 gram (i to z kombinerkami! na przykład TAKI), a do tego osobny, drugi nóż. Można też znaleźć scyzoryki z małymi kombinerkami i mnóstwem narzędzi o wadze ok. 180-200 gram (przykład 1 albo przykład 2)

AKTULIZACJA: po roku używania mutlitoola musze z żalem stwierdzić, że Leatherman znacznie ustępuję produktom firmy Victorinox.  Narzędzia tej drugiej są odrobinę lepszej jakości, ale przede wszystkim – działają znacznie lepiej, chociażby otwieracz do kapsli (Leatherman mam czasem duże trudności zaczepienia niektórych kapsli) czy konserw/puszek (Victorinox tnie z dużo większą lekkością). Piła do drewna również jest znacznie lepsza w Victorinox. Jedyne czym wygrywa Leatherman to kombinerki. Zatem jeśli chcecie je mieć, ale nie jest to najważniejsze narządzie dla Was to polecam zamiast Leatherman – Victorinox model Swisschamp!  Albo pozostać przy scyzoryku bez kombinerek, a dokupić je sobie w takiej postaci – Knipex Cobra XS (100) najmniejszych “pełnozadaniownych” kombinerek na świecie. Waga zaledwie 65 gramów, a funkcjonalność ogromna.

No właśnie, przy wybieraniu swojego noża (mówiąc już ogólnikowo) musicie pomyśleć, jak chcecie połączyć narzędzia i gdzie je nosić. Można bowiem skorzystać z jednej z dwóch szkół: 1. Chcemy mieć wszystko w jednym przedmiocie – ryzyko w razie zgubienia/kradzieży, bo zostajemy z niczym oraz nieporęczna waga jednostkowa.
2. Rozbijamy potrzebne nam narzędzia na więcej przedmiotów, wtedy mamy zabezpieczenie w razie utraty, ale zwiększa nam się waga całości (bo przecież najwięcej ważą wszystkie rączki, a w takim scyzoryku czy multitoolu każdy niemal centymetr jest wykorzystany na coś). Musimy też pamiętać, gdzie jakie narzędzie mamy, znaleźć i by zabrać to, co potrzebujemy gdy przepakowujemy bagaż.

By pomóc wam podjąć decyzję, dorzucę kilka porad pobocznych:

– Przywiąż do noża jakiś troczek w wyrazistym kolorze, nietypowym dla natury, np. wściekło pomarańczowym, różowym itp. W razie jego upuszczenia/zgubienia w trawie, śniegu, wodzie, łatwiej będzie go wypatrzyć.

– Trzymaj go w miejscu łatwo dostępnym, by faktycznie ułatwiał ci życie, kiedy będziesz go potrzebował, a nie byś musieć go szukać 5 minut w plecaku, otwierać główną komorę plecaka czy przewalać wszystkie rzeczy w namiocie. (Dlatego uważnie zastanów się, czy lepiej u Ciebie się sprawdzi jedno narzędzie czy 2/3). Trzymaj go w kieszeni, albo specjalnej kaburze podpiętej do paska spodni.

Ja swój scyzoryk trzymałem dotychczas jako… wisiorek- naszyjnik. Trzeba tylko uważać, by nie wybić sobie nim zębów przy pochylaniu się, więc trzymać go trzeba zawsze pod bluzką – ja nabrałem tego odruchu. Niemniej bywało to bolesne w innych okolicznościach – gdy trzymałem nóż na wierzchu i zrobił się potwornie zimny, a potem wrzucałem na rozgrzaną klatkę piersiową  Za to jest to miejsce, gdzie nóż na pewno będzie zawsze z nami, nie zapomnimy go spakować do kieszeni, gdy wychodzimy tylko na kilka godzin i zostawiamy plecak, nie wypadnie z tejże kieszeni podczas wsiadania/wysiadania z auta/autobusu czy podczas biegu. Będzie zawsze, ale to zawsze, pod ręką (gdy plecaki są w bagażniku albo na dachu autobusu. Nóż może się przecież przydać w czasie długiej jazdy do zrobienia kanapki, albo w razie wypadku – do przecięcia pasów czy wybicia szyby). Gdy jesteśmy w namiocie, o dość mocno ograniczonej powierzchni, to taki naszyjnik z noża chroni przed gimnastykowaniem się w chińskie zero, w celu wyciągnięcia noża z kieszeni czy wbijania się go w tyłek, uda czy w żebra podczas siedzenia.

Można sznurek zrobić ze specjalnym węzłem, który skraca i wydłuża całość, co uchroni przed koniecznością zdejmowania całego naszyjnika przez głowę do prostego użycie noża. Ewentualnie, gdy noża jednak potrzebujemy na dłużej i bardziej swobodnie, to możemy go trzymać na tym sznurku na malutkim karabińczyku, by odpiąć sam nóż. Taka lokalizacja noża mocno też ogranicza jego utratę w razie napadu rabunkowego. Kieszenie napastnik zawsze nam zmaca i nie pogardzi takim nożem, na szyi raczej nie będzie szukał, jeśli nie mamy go na złotym łańcuszku 

Przy masie mojego obecnego multitoola, 235 gram, to miejsce staje się mało wygodne (ale taki model Signal by dał radę jeszcze). Nie smuci mnie to, bo teraz na szyi będę nosił kamerkę sportową w stylu gopro, bo waży 130 gram. Tak naprawdę bardzo dobrze wyszło, bo bardziej mi zależy na jej ochronie przed kradzieżą i zgubieniem niż noża (nie wiem czemu wcześniej o tym nie pomyślałem…)

Jeśli zdecydujecie się na noszenie narzędzia przy skórze, to unikajcie aluminiowych konstrukcji. Glin jest szkodliwy dla zdrowia. Nie chcę tutaj wchodzić w dyskusje, że otrzymujemy go we wszystkim i czy jest szkodliwy od samego dotykania skóry. Akurat rękojeść tego urządzenia jest aluminiowa, ale poddana została procesowi anodowania, który wytwarza warstwę bezpiecznego dla zdrowia tlenku. Dodatkowo sprawia powierzchnię bardziej odporną i chropowatą, co poprawia chwyt.
W planach mam wydrukowanie w drukarce 3D elementu, który podczepię na spodzie toola i będę mógł nim uderzać, jak młotkiem. Są multitoole (np. wspomniany model Signal), która mają już same w sobie taką konstrukcję.

Taki sznurek z naszyjnika jest też przydatny, bo gdy go zdejmujemy z szyi, to możemy zapleść go na nadgarstku, by nie zgubić noża/kamerki gdy ich używamy, np. kamery, gdy pływamy albo noża gdy wchodzimy na masz jachtu czy pracujemy w głębokim śniegu.

– Jeśli podróżujecie w parze, to warto mieć przynajmniej jeden dodatkowy nożyk, nawet coś malutkiego. Przyspieszy to ogarnianie obozowiska, albo umożliwi drugiej osobie szykowanie jedzenia. Dobrym zwyczajem może być, gdy ten dodatkowy nóż będzie właśnie tylko do jedzenia, a skomplikowany scyzoryk czy multitool zostawimy do zadań pozostałych. Po co? Taki prosty nóż jest najzwyczajniej łatwiej umyć. Częste mycie scyzoryka czy multitoola wypłukuje z niego smar, który gwarantuje gładkie i właściwe działanie. Drugi nóż jest też przydatny w kwestii bezpieczeństwa – może z jakiś powodów będziecie musieli się rozdzielić na trekkingu (bo jedno złamie nogę i drugie będzie musiało iść po pomoc), albo jeśli już dojdzie do sytuacji bez wyjścia, to nóż posłuży do próby obronienia się.

My, jako taki drugi nożyk, mieliśmy kiedyś plastikowy z decathlonu, ale zamieniliśmy go na coś znacznie bardziej przydatnego, a wciąż niezwykle lekkiego – Kershaw Reverb o wadze zaledwie… 45 gramów i z wbudowanym karabińczykiem, który może posłużyć jako otwieracz kapsli. W naszej wyprawie to niezwykle istotne, bo niemal każdy gram się liczy.  No i bardzo łatwo można go umyć, dzięki szerokim szczelinom pomiędzy ostrzem i dwoma stronami rękojeści i generalnie „otwartą” konstrukcją (czasem nie mamy jak umyć noża od razu po użyciu i jak go zamykamy, to wszystko wpada do wnętrza, tak samo też wszelkie “syfy” z kieszeni, piach, pył itd. itp.).

Kershaw reverb (zaledwie 45 gram) oraz nożyk z Decathlonu, wielkość ta sama, waga również piórkowa, za potencjał znacznie inny. Obydwa noże mają bardzo przydatne “fałszywe ostrze” – o czym poniżej.

 

Fałszywe ostrze, to przeciwległa do ostrza część na samym końcu nożna. Taki jego kształt umożliwia użycie go do wyczyszczenia ścianek albo dna pojemnika, w którym przechowywaliśmy jedzenie, czy, jak na załączonym obrazku, młynku po mieleniu kakao.

 

Wspomniana w tekście, “otwarta” konstrukcja nożyka i jego minimalizm.

Wybierz nóż z systemem otwierania jedną ręką. To nie tylko umożliwi jego błyskawiczne otwarcie, gdy drugą rękę masz czymś zajętą, ale także w rękawiczkach, albo ze zmarzniętymi dłońmi/palcami albo przy “słabych” paznokciach, gdy wydłubywanie ostrza w klasycznym scyzoryku byłoby, po prostu, bolesne i trudne. Taki system ułatwia otwieranie noża „po kryjomu”, np. w kieszeni spodni, za plecami, czy udając grzebanie w plecaku – w celu samoobrony. (UWAGA, w niektórych krajach noże z takim systemem są zakazane).

Wybierz nóż z system blokowania głównego ostrza, tzw. liner, frame, itp. lock (UWAGA, takie noże są zakazane w niektórych krajach), który uchroni przed niespodziewanym złożeniem się ostrza i zranieniem się przy wykonywaniu prac.

W wielu scyzorykach i multitoolach nie ma bardzo przydatnego narzędzia, jakim jest marszpikiel – mówiąc po ludzku – szpikulec/szpon. Zazwyczaj jest on tylko w nożach dedykowanych żeglarstwu, bo służy do luzowania węzłów. Szkoda, że producenci są tak ograniczeni twórczo, bo węzły rozwiązuje się przecież nie tylko na jachcie, a narzędzie przydaje się także do przebicia skorupy kokosa, jakiegoś kartonu czy zrobić nową dziurę w pasku do spodni. Taki szpon może też posłużyć do wyczyszczenia sobie brudu spod paznokci albo podważenia dużego kamienia z ziemi albo wypchnięcia ułamanej części śruby, nitu, czy rozbicia bryły lodu. Do części tych zadań, czasem nawet z większym powodzeniem, ale jednak nie do wszystkich, można użyć końcówki w scyzoryku/multitoolu – śrubokręta, albo – tego, co zazwyczaj nie-żeglarskie scyzoryki mają, zamiast marszpikiela – szydła/rozwiertaka. Ja swój marszpikiel zdemontowałem z badziewiastego scyzoryka, który kupiłem za 4 euro w Las Palmas, gdy obracaliśmy się w środowisku żeglarskim przed dłuższy czas, a nie chciałem ryzykować zniszczeniem/zgubieniem swojego normalnego scyzoryka. Uważam go za tyle przydatny, że noszę osobno, pomimo posiadania w dotychczasowym scyzoryku szydła/rozwiertaka.

Mój dotychczasowy zestaw, naszyjnik :D, w tym wspomniany – marszpikiel – Victorinox  Trailmaster. Zjechał ze mną kawał świata i chyba do niego powrócę, gdy dokupię wspomniane w aktualizacji kombinerki Knipex Cobra XS. 

 

Uważam, że bardzo przydatne jest ostrze ząbkowane. Najlepiej mieć dwa: jedno gładkie i drugie ząbkowane. Ale jeśli chcecie się ograniczyć tylko do jednego, to moim zdaniem dobrą opcją jest ostrze gładkie z ząbkowaną przednią lub tylną częścią. O tym, do czego się przydaje to ząbkowanie i czy takie mieszane ostrze wam się sprawdzi, musicie już poczytać na blogach stricte survivalowo-męskich, bo to temat rzeka. Na dodatek taki, który lubi być omawiany przez zakręconych na punkcie survivalu facetów, którzy wymyślają coraz to dziwniejsze „za” i „przeciw” oraz problemy takich konstrukcji, a przecież powinni być w stanie przeżyć w mrocznym lesie z nożykiem do masła 😉

Jakby ktoś chciał sobie poczytać więcej podstawowych informacji o budowie noży, to można zerknąć na 4-częściowy przewodnik tutaj https://www.combat.pl/blog/post/wiemy-czym-tniemy-nozowe-abc-2 

Recenzja La Sportiva TX4 TX3 i TX5 buty podejściowe, hikingowe i trekkingowe w jednym

Recenzja La Sportiva TX4 TX3 i TX5 buty podejściowe, hikingowe i trekkingowe w jednym


Recenzje i opinie o butach La Sportiva TX4 przedstawiam po 15 miesiącach ich ciągłego używania (niemal codziennie w naszej podróży do Ameryki Południowej). Pośrednio jest to także recenzja modelu La Sportiva TX3 oraz La Sportiva TX5 i TXS bowiem wszystkie modele z serii TX bazują na tej samej konstrukcji. 
Model TX3 różni się tylko tym, że zamiast z nubuku/zamszu wykonany jest z siatki mesh, a więc materiału syntetycznego. Z kolei model TX 5 jest wersją wysoką – za kostkę – oraz z lekko zmodyfikowaną konstrukcją i mieszanką gumy podeszwy, by lepiej radził sobie w zróżnicowanym terenie, a nie tylko stricte górskim. Z kolei model TXS jest za kostkę, ale wykonany z materiałów syntetycznych. Kilka słów więcej o modelu TX 5 znajduje się w końcowej części tego artykułu, bowiem to właśnie tego modelu zacząłem używać po TX4. Wszystkie te modele mają wersje damskie i męskie. 

La Sportivawłoska firma, choć jest jednym z najlepszych na świecie producentów obuwia górskiego, w Polsce jest stosunkowo mało znana. Lepiej firmę kojarzą zapewne jedynie osoby uprawiające wspinaczkę skałkową i na ściance, bo do tego sportu jej buty są obecne na polskim rynku już od dawna. Do pozostałych dziedzin… cóż, gdy ja kupowałem swoje pierwsze La Sportivy w 2014 roku, w Polsce ich dostępność była taka sama, jak gumisiowego soku. Dorwać je można było tylko na serwisach aukcyjnych od prywatnych osób, czasem zdarzały się jakieś pojedyncze modele w sklepach internetowych. Ich cena była astronomiczna w porównaniu do cen zagranicznych. Teraz ceny są już wyrównane, czasem nawet bardziej korzystne w Polsce. Wciąż ilość pieniędzy, jakie dane nam będzie dać za buty tej marki, jest wysoka jak na polskie standardy życia. Tak też jest z modelem TX4. Jednak jest ona według mnie zdecydowanie warta produktu, jaki dostajemy. Dokładając 100 czy 150 złotych, otrzymujemy produkt znacznie lepszej klasy, niż najpopularniejsze na polskim rynku „nortffejsy”. Niemniej zaznaczyć muszę, że nie wszystkie modele La Sportivy są tak udane. Poza modelem TX 4, i jego wszystkimi kuzynami, z ręką na sercu polecam jeszcze La Sportiva Trango TRK Leather, ale o nich kiedyś powstanie osobna recenzja.  

Kiedy kupowałem TX4, nie zapowiadało się, że ruszymy w kilkuletnią wyprawę dookoła świata. Bardziej prawdopodobne były  jedno-, dwu-, maksymalnie kilkudniowe wycieczki bez większego obciążenia w górach, podczas planowanych wakacje w Rumunii, w Szwajcarii oraz, od czasu do czasu, weekendowe wyprawy w polskie góry. Dlatego zamiast buta do „wszystkiego”, wolałem buta tzw. podejściowego. Przy poszukiwaniach spodobała mi się interpretacja tego pojęcia w rozumieniu La Sportivy. Mianowicie chciała ona stworzyć produkt do długich, wielogodzinnych podejść i wspinaczki, dlatego dołożyła do butów więcej amortyzacji i dość agresywny bieżnik, który dawałby radę na odcinkach górskich pozbawionych gołych skał.

Te dwa ulepszenia sprawiały, że buty okazały się właśnie butami do “wszystkiego” i nie zawiodły mnie ani razu od ponad roku naszej nieprzerwanej podróży. Codziennie dźwigam w nich swój blisko 20-kg plecak. W Wenezueli zrobiłem w nich nieprzerwany 11-dniowy trekking do” i „po” szczycie płaskowyżu Roraima – choć z mniejszym obciążeniem, ale w dniu startu wciąż około 13 kg (zapas jedzenia). I co? Nogi mają się wyśmienicie, zarówno uda, kolana, kostki, jak i stopy. Żadnej kontuzji i żadna z tych części nigdy nie zaczęła mnie boleć ponad normę (relacja z pobytu na płaskowyżu możecie zobaczyć na naszym kanale YouTube ).Nazwałbym więc buty TX4 butami wszelkiego górskiego zastosowania do granicy 3000-3500 metrów nad poziomem morza w górach typu Alpy, Kaukaz, Tatry (oczywiście w sezonie ciepłym), ale także wyżej – na wszelkich górach w cieplejszej części świata, np. azjatyckie wulkany czy góry w okolicach równika.

W tle Mont Blanc. W ciągu dwóch dni na pograniczu szwajcarsko-francuskim przeszliśmy blisko 30 km.

Na marginesie tylko dodam, że te klasyfikacje butów, jak: podejściowe, alpinizm, trekking, hiking itd. oraz definicje, co się pod nimi kryje, rodzą coraz więcej zamieszania. Zwłaszcza gdy uwzględnimy, że np. w języku angielskim rzadko używa się słowa „trekking”, a raczej właśnie „hiking”, który jednak powoli zmienia swoje znaczenie w szybkie/krótkie wycieczki, a długie wyprawy z plecakiem – trekking, zastępuje się tam coraz częściej słowem „backpacking”. Ostatnio pojawia się także określenie buty „turystyczne” oraz „górskie”, to ostatnie ma być chyba czymś pomiędzy butami podejściowymi, a butami wysokogórskimi – alpinistycznymi). 

JAKOŚĆ WYKONANIA:

W ciągu ostatniego roku naszej podróży, buty przeżyły już wszystko. Upały i palące słońce na równiku w suchym klimacie Ekwadoru, tamtejszy pył i skały wulkaniczne, duchotę i wilgoć amazskiej dżungli w Brazylii, alpejskie skały na pograniczu szwajcarko-francuskim w Chamonix. No i wspomniany trekking na Roraime, kiedy w ciągu 11 dni naprzemiennie – co kilka godzin – mokły do ostatniej nitki, a następnie wysychały w słońcu podczas nieprzerwanego noszenia na stopie. Do tego wiele razy zakładałem je do miasta, ba, właściwie to przez ostatnich 5 miesięcy są moimi jedynymi butami i noszę je codziennie – wszędzie. Tymczasem ich stan jest… wzorowy, według mnie. Możecie go ocenić sami na podstawie zdjęć.

ani śladu rozklejania się materiałów, nawet w najbardziej newralgicznych miejscach

Jak widać, poza wycierającą się systematycznie podeszwą i jednym przetarciem na lince od systemu sznurowanie (całą linkę można w miarę łatwo wymienić, poza tym wytarta jest sama otulina a rdzeń linki jest jeszcze cały), but nie ma żadnych usterek. Jest podrapany i… tyle. Nic się nie rozkleja: żadna warstwa podeszwy, ani gumowy otok od skórzanej cholewki. Sama skóra jest w bardzo dobrym stanie – nigdzie nie pęka, jest ciągle miękka, a – co wymaga podkreślenia – w warunkach nieustannej podróży bardzo rzadko udaje mi się buty umyć i użyć jakiegoś środka do pielęgnacji skóry. Nie licząc impregnacji przed wyjazdem, od ponad roku udało mi się ze 2 razy zadbać jakoś mocniej o skórę w butach. Buty zostały uprane w pralce i wciąż skóra ma się wyśmienicie. Wszystkie nici także wyglądają jak świeżo zszyte. Spójrzcie nawet na wyściółkę wewnętrzną, zwłaszcza na pięcie. Tam, gdzie wiele butów przeciera się po kilku miesiącach – tutaj nie widać nawet odrobiny zmechacenia materiału! A przyznam, że często zdarza mi się pochodzić krótkie odcinki bez wiązania butów, a to wyjście na siku z namiotu, a to po hostelu, a to na szybki spacer ze Snupim.

Niebieski materiał, z którego wykonana jest wyściółka jest nadzwyczaj delikatny i przyjemny w dotyku. Dodatkowo, faktura wypustek poprawia przepływ powietrza. Wypełnienie zagłębienia pięty w żaden sposób się nie ubiło ani nie zdeformowało.

Sama podeszwa, poza starciem, również nie ma żadnych nietypowych zniszczeń – wypustki bieżnika nie mają żadnych pęknięć, żadnych oderwanych kawałeczków. Jedynym minusem podeszwy jest właśnie tempo jej wycierania. Znika ona, może nie gołym okiem, ale po każdej dłuższej wyprawie widać zużycie. Najgorzej jeśli w butach pochodzimy po asfalcie i chodnikach, wtedy podeszwa znika w oka mgnieniu. Ale to już ogólna przypadłość Vibramu Megagrip.

No właśnie, może chwila o samym Vibramie. Wiele osób myśli, że Vibram jest jeden. Tymczasem różnorodność dostępnych mieszanek tej gumy i ich najlepsze zastosowanie porównać można na stronie producenta https://us.vibram.com/technology/compounds/ Dodatkowo, niektórzy producenci obuwia wraz z Vibramem tworzą swoje własne mieszanki i kształty bieżników.

Mieszanka Megagrip ma być przyczepna na suchych i mokrych skałach, ma być także kompromisem między wytrzymałością i elastycznością. Co mogę powiedzieć. Tyle, że nie mam żadnych zastrzeżeń, ta mieszanka z konstrukcją bieżnika sprawiają, że but trzyma się po prostu wszystkiego, niczym ślimak. Nawet mokrych czy wytartych pni powalonych drzew i kamieni znajdujących się poniżej poziomu wody (np. przy przekraczaniu strumyków). Nawet nie wiecie jaką frajdę i spokój to daje w naprawdę ekstremalnych warunkach. Na skałach ta podeszwa może się tylko poślizgnąć, gdy skała będzie pokryta jakąś średnio-cienką warstew piasku (bo gdy będzie go więcej, lub tyle co nic, to już trakcja powinna zostać zachowana). Co w terenie nie skalistym? Buty oczywiście nie mają tak głębokiego bieżnika, jak buty trekkingowe, jednak zachowują się dobrze. Powiem tak, zachowywały się tak samo dobrze, jak buty stricte trekkingowe Izy, innej marki. Poza i tak dość dobrze rozbudowanym bieżnikiem, na pięcie znajduje się jeszcze więcej jego deformacji, co skutecznie chroni przed poślizgnięciami przy schodzeniu po luźnych kamykach, żwirze, ziemnej czy trawiastej ścieżce. Jedynym problemem jest błoto, głębokość bieżnika jest niska i nie ma dużych szczelin miedzy wypustkami, więc podeszwa szybko się “zalepia” błotem i nie czyści się ona sama, tak, jak potrafią to robić niektóre buty trekkingowe. Po dłuższej chwili chodzimy więc nie bieżnikiem, a samy błotem przyklejonym do buta.

Jeszcze 3 miesiące temu podeszwa była o wiele grubsza.

By Was uspokoić, wytarcie podeszwy nie oznacza, że skończy się żywot butów. Bowiem większość obuwia La Sportiva jest tak skonstruowana, że można je „przepodeszwować”, tłumacząc dosłownie z języka angielskiego, czyli wkleić nową podeszwę. Niestety polski dystrybutor La Sportiva nie posiada żadnego autoryzowanego punktu do takiej usługi. Musicie znaleźć taki punkt sami, jednym z nich jest http://friction.pl/cennik.php albo udać się do któregoś z autoryzowanych punktów zagranicznych. Oto ich lista https://www.lasportiva.com/en/authorized-resolers

WYGODA

Dla mnie TX4 są jak druga skóra. Należy jednak pamiętać, że każdy ma inną budowę stopy. Wielu osobom dobranie odpowiedniego rozmiaru w numeracji La Sportivy sprawia trudności. Ale to dlatego, bo każdy model La Sporitva – w zależności od przeznaczenia: alpinizm, wspinaczka, bieganie, trekking, hiking, a nawet wśród tych grup ma pewne wahania i trochę inną konstrukcję. Przez co rozbieżność rozmiarów może u niektórych osób wynosić nawet cały jeden rozmiar – u mnie to pół rozmiaru. W TX4 mam rozmiar 42,5 i pokrywa on się z większością moich butów. Niektóre jednak modele La Sportivy są dla mnie dobre w roz. 43, a żadnych innych butów nie miałem nigdy w tym rozmiarze.

Te różnice wynikają z tego, że każdy rodzaj aktywności wymaga innych parametrów od buta (buty podejściowe powinny być bardziej dopasowane i twardsze, a buty trekkingowe, w których przyjdzie nam czasem maszerować nieprzerwanie przez kilkanaście dni, muszą dostarczyć stopie więcej luzu i amortyzacji, itd., itd.). Faktycznie La Sportiva mogłaby popracować nad zmianą sposobu produkcji butów, by jeśli ktoś już odnajdzie swój rozmiar, to mógł w ciemno kupować inne modele. Myślę jednak, że wariacja jest dobra, bo każdy może znaleźć produkt idealny pod siebie, bo gdy ktoś już odnajdzie swój krój i rozmiar w La Sportiva, to uzna je za jedne z najwygodniejszych butów, jakie miał na stopach. Gdy kupowałem TX4, przymierzałem dziesiątki innych butów: Millet, Scarpa, Zamberlan, Salewa, North Face, Hanwag, i w każdym coś mi przeszkadzało. Gdy pierwszy raz założyłem TX4, to było dziwne uczucie, bo poczułem … nic nie poczułem. Nic mnie nie uwierało, nic nie było za twarde, nic za sztywne, nic za luźne, nic za cienkie, nic za grube. Tak, jakby te buty były uszyte na wymiar dla mnie. Z czego to wynika?

Poza całą masą technologicznych rozwiązań, których nie widać gołym okiem (system Impact Brake System – czyli specjalne ukształtowanie, nachylenie i rozłożenie bieżnika w podeszwie, które zmniejszają przeciążenia przy schodzeniu i wchodzeniu o nawet 20% względem butów bez tego systemu oraz system STB – czyli wstawki z twardego plastiku stabilizujące buty po bokach i na pięcie, jednocześnie nie odbierającą im elastyczności) model TX4 zawdzięcza to także bardzo przyjaznemu dla stopy kształtowiczyli dużej ilości przestrzeni dla palców i przedniej części stopy.

Jednocześnie but jest tak skonstruowany, że wciąż umożliwia precyzyjne wciśnięcie stopy w malutką szczelinę czy stopień skalny. Buty podejściowe innych firm często charakteryzują się spiczastym czubkiem i ściskaniem palców, by właśnie to wciskanie umożliwić. Zresztą dużo producentów robi to też tylko dlatego, że buty wtedy ładniej wyglądają. Mylicie się, jeśli sądzicie, że ta szerokość TX4 utrudnia wspinaczkę. W praktyce okaże się, że ją wręcz ułatwia, bo zamiast wisieć całym swoim ciężarem na palcach, możemy oprzeć większa płaszczyznę stopy, co da odpocząć całemu ciału. Taka budowa gwarantuje też więcej gumy stykającej się ze skałą, gdy musimy zrobić kolejny krok, opierając się jedynie na płaskiej, mocno nachylonej płaszczyźnie. A jeśli już trafimy na stopień/szczelinę, gdzie naprawdę nie ma miejsca, to możemy wykorzystać “dziób” buta w okolicach dużego palca, wymaga to tylko odrobiny innego ułożenia stopy.

Widok z 4700 m.n.p.m z wulkanu Rumiñahui na najsławniejszy w Ekwadorze wulkan, i cały park narodowy, Cotopaxi.

 Ten but wygląda tak… prosto, a jednocześnie jest przemyślany i dopracowany w każdym detalu. Spójrzcie np. na otok po bokach, czy widzicie te delikatne nacięcia, czy raczej miejsca, gdzie użyto odrobinę cieńsza warstwę wzmocnienia? Detal, którego na początku nie widać, albo może wydawać się elementem ozdobnym.

ani śladu rozklejania się materiałów, nawet w najbardziej newralgicznych miejscach

Gdy przyjdzie nam jednak się wspinać i wyginać przednią część stopy w poszukiwaniu oparcia w skałach, nawet przez chwilę dzięki tym nacięciom nie odczujemy niewygodnej sztywności buta. But po prostu robi to, co wasza stopa i w żaden sposób was nie ogranicza.

Nie każdy rozumie frajdę trudności szlaku. Niektórzy idą w góry i myślą, że potrzebują buta “traktora”, który ochroni ich przed wszystkim “co czyha na szlaku”. Jednak gdy ktoś już trochę w tych górach czasu spędzi, zrozumie jaką frajdę daje pokonywania szlaku, czucia go, im on trudniejszy, tym więcej frajdy, a wysokie, toporne, ciężkie czy zbyt zamortyzowane lub zbyt chroniące stopę buty tą frajdę odbierają. Jak by to wytłumaczyć… to jak tańczenie w kaloszach, albo pływanie w czepku, albo zasypianie przy swojej partnerce/partnerze ubranym w 2 swetry, zamiast przy dotyku gołej skóry. Kiedy coś robisz i naprawdę to lubisz, chcesz to czuć całym sobą.

Nie dajcie sobie wmówić, że na wyprawę w góry typu Tatry potrzebujecie buty “do” lub “za” kostki. Oczywiście, potrzebujecie, jeśli idziecie z bardzo ciężkim plecakiem, albo w wysokim śniegu lub w fatalnych warunkach atmosferycznych (chociaż problem rozwiązać mogę stuptuty). Zadaniem butów wysokich jest wspieranie stawu skokowego i mięśni dolnych partii nóg przy dużym obciążeniu. Na 1- czy 2-dniową wycieczkę, z małym plecakiem takie buty są zbędne. Jeśli zakładasz wysokie buty, bo boisz się, że skręcisz nogę, to tylko dlatego, że pewnie nie próbowałeś/próbowałaś nigdy chodzenia w butach niskich. Znaczy też, że nie umiesz do końca chodzić po górach. Czemu tak uważam? Otóż wysokie buty często wręcz grożą większa kontuzją niż niskie. W niskich i lekkich butach czucie podłoża: jego nachylenia, punktów podparcia itp. jest dużo lepsze, niskie buty gwarantują też większa swobodę i przyspieszają czas reakcji w nagłej sytuacji, np. poślizgu czy utraty równowagi. Chodząc w niskich butach udoskonalicie swoje umiejętności. Zaczniecie chodzić szybciej i pewniej. 

Należy także zauważyć, że wiele modeli niskich butów, ma tak skonstruowane wcięcie na kość stawu skokowego, że jest ono lekko podwyższone i wystarczająco podpiera staw, by zapobiec delikatnym skręceniom. Tak też właśnie jest w modelu TX4.

Jak już jesteśmy przy okolicach kostki, to w TX4 wyróżnić wypada lekko przekrzywiony, asymetryczny język, który dzięki swojemu kształtowi w żaden sposób nie uciska w przód stawu skokowego. Można mu jedynie zarzucić, że nie jest połączony z resztą buta poprzez zszycie, co budzić może obawy o przedostawanie się przez tę szczelinę woda, kamyczki i pył. Jednak przy właściwym zawiązaniu, but staje się bardzo szczelny na takie drobne zanieczyszczenia (jedynie woda pozostaje zagrożeniem), jednocześnie wyeliminowane zostały wszelkie wewnętrzne fałdy i zagniecenia języka, które mogą drażnić.

Bardzo wygodne jest też wykończenie, które otula staw skokowy – ten czarny materiał. Jest miękkie i elastyczne. Przy maksymalnym wygięciu stopy w pozycję pionową, w żaden sposób nie wżyna się w tylną cześć kostki, zamiast tego zgniata się „mięciutko”.

Otok ochraniający po bokach oraz palce jest perfekcyjny, co już zasygnalizowałem. Dodam tylko, że w wielu butach innych firm otok przypomina bardziej swoimi właściwościami oponę samochodową. Ten w TX4 nie w sobie nic z takiej oponiarskiej „ciężkości” czy „sztywności”. Tylko na samym czubku jest trochę bardziej gumowy i mocny, chociaż wielu osobom i tak może się wydać za miękki, wręcz lichy. Jednak ta miękkość powoduje idealnie pochłanianie siły uderzenia. A wielkość tej części nie jest ani za duża, ani za mała, po prostu wystarczająca do ochrony palców, które najbardziej narażone są na bezpośrednie uderzenie o kamienie, korzenie itd. Cała reszta otoku jest elastyczna niczym skóra, z którą jest złączony. Otok bardzo skutecznie chroni but przed uszkodzeniem, a stopy przed uderzeniem spadających kamieni. Sama skóra również jest materiałem, który bardzo dobrze amortyzuje uderzające małe kamyczki i kamienie.

Do wygody buta należy dodać jeszcze bardzo niską wagę (producent podaje 370 gram dla roz. 42, moje buty w roz. 42,5 ważą 380 gram) oraz użycie skóry, która jest materiałem gwarantującym dopasowanie do kształtu stopy (bo jeśli trzeba, to się trochę rozciągnie).

Lepsze dopasowanie TX4 jest także możliwe poprzez sięgające nisko sznurówki – niczym w butach do wspinaczki, które pozwalają maksymalnie ciasno związać buta. Najlepsze jednak jest to, że system wiązania, jest jedną, zintegrowaną całością, która otula stopę równomiernie na całej swojej długości. Osiągnięto to poprzez zastąpienie klasycznych “oczek”, jedną, nieprzerwaną nigdzie, nylonową linką, która stanowi wszystkie szczeble sznurowadeł. Ta sama linka dochodzi aż do pięty, dzięki czemu regulować można stopień ściskania piętyJednocześnie ta sama linka pełni rolę troczka ułatwiającego zdejmowanie i zakładanie butów, czy umożliwia ich podpięcie do plecaka. Inne firm wymyślają jakieś dziwaczne systemy, przeganiają się w nadawaniu im jeszcze dziwaczniejszych nazw i robią z tego super hiper element marketingu i technologicznej innowacyjności. Tymczasem La Sportiva wykorzystała „zwykły” sznurek. Nie nazywa go super, hiper systemem, a sprawdza się wyśmienicie. Ten sznurek jest dla mnie idealną metaforą podejścia La Sportiva do tworzenia butów – innowacyjność z zachowaniem prostoty. 

Przykładowo, w swoich innych butach – modelach Stream i Spire, La Sportiva zrobiła dziury po bokach podeszwy, oraz wewnątrz buta – pod wkładką oraz kanały do tych dziur, przez które but zasysa świeże powietrze i jednocześnie wypycha nagrzane z wnętrza. Dziury zabezpieczone są wodoszczelną membraną Gore-Tex – to chyba najlepsze wykorzystanie technologii wodoodpornych membran, jaki widziałem dotychczas w odzieży turystycznej.

Wróćmy do TX4. Co jeszcze można powiedzieć o zaletach tego “sznurkowego” rozwiązania? A no tyle, że sznurek zapewnia większe tarcie niż metalowe oczka, dzięki czemu sznurówki nie mają tendencji do luzowania się i cofania między kolejnymi rzędami, co ułatwia wiązanie i umożliwia wielogodzinne noszenie buta bez konieczności – poprawiania. Tutaj jednak duże rozczarowanie samą sznurówką, która rozwiązuje się z klasycznej kokardki, bardzo łatwo. Jeśli więc faktycznie nie chcemy co chwilę poprawiać butów, wymagają one zakończenia sznurowania bardziej specjalistycznym węzłem, lub chociaż podwójną kokardką, która jednak po kilku godzinach również się luzuje. Zawiązanie lepszego węzła utrudnia „krótkość” sznurówek.

ODDYCHALNOŚĆ

Buty oddychają bardzo dobrze. Zawdzięczają to wykonaniu ze skóry zamszowej, która ma bardzo dobre właściwości pod tym względem, a dodatkowo jeszcze u La Sportiva punktuje jakość tej skóry. (drobna uwaga do wszystkich wegan – nie traktujcie z góry buta zrobionego ze skóry jako największa zbrodnię, bo zastanówcie się, ile świństw dla natury wytwarza się przy produkcji wszystkich sztucznych materiałów, a często żywotność butów ze sztucznych materiałów jest o wiele krótsza niż butów skórzanych. Jeśli to nie przekonuje to do wyboru jest model TX3 z siatki mesh).

W butach przeżyłem brazylijskie upały, sięgające 45 stopni i dużej wilgotności. Wiadomo, nie było perfekcyjnie, ale w połączeniu z dobrą skarpetką bez problemu mogłem nosić buty przez długie godziny. Moje stopy zaczęły się poważnie grzać, gdy buty totalnie zalepił drobniutki pył wulkanicznym w Ekwadorze. Po upraniu butów oddychalność się poprawiła, ale wciąż nie było tak, jak poprzednio. Dopiero, gdy nawilżyłem buty odpowiednim preparatem, wróciła ona do normy.

Mimo bardzo dobrej wentylacji, skóra jednocześnie bardzo dobrze chroni przed chłodem z zewnątrz. Jednak nie ma co rozwijać tego wątku, bo odczuwanie ciepła to zbyt indywidualna kwestia. Wiele zależy też od jakości używanych skarpetek.

 Jeśli jednak ktoś chce coś jeszcze bardziej lekkiego i przewiewnego, lub ze względów etycznych nie chce używać skóry naturalnej, to występuje model TX3, który jest idealną kopią TX4 tylko z cholewką wykonaną z siatki mesh. Jest on także odrobinę lżejszy, ale zaledwie o jakieś 20-25 gram na jednym bycie. 

tak wygląda praca przy Futrzaku :), już chcesz robić zdjęcie, a tu ci się wpycha wielki, mokry nos

ODPORNOŚĆ NA WODĘ

Moje TX 4 są bez jakiekolwiek membrany wodoszczelnej (ten model występuje też w wersji z membraną Gore-Tex, jest też model TX 5 z membraną oraz model TX-TOP z membraną i dodatkową osłoną na zewnątrz buta). Po poprzednich butach, marki North Face, które oddychały okropnie z wbudowanym goretexem, no i nieświadom naszej wyprawy, zdecydowałem się na buty bez membrany. Jak teraz to analizuję, to chyba musiałem mieć jakieś chwilowe zaćmienie mózgu. Nawet jeśli zostalibyśmy w Polsce, to powinienem pamiętać, że membrana uratowała mi, może nie życie :D, ale samopoczucie nawet w środku lata, np. w Gruzji, gdy szliśmy przez szlak pokryty ogromną ilością kałuż, w których większość woda wymieszana była z krowimi odchodami. Membrana byłaby zbawienna nawet w upalnej Brazylii, gdzie w połowie dnia następuje potężne urwanie chmury i po ulicach płyną wręcz małe potoki.

Jak mnie już złapie deszcz lub woda, to jest kiepsko. But przesiąka błyskawicznie, czasem wręcz czuje, jak przez skórę przesiąkają pojedyncze krople deszczu. Na szczęście but też bardzo szybko wysycha. Zazwyczaj wystarczą 3 godziny ich leżakowania, by dało się je dość komfortowe nosić. Jeszcze szybciej wysycha na nodze, a dzięki dobrej oddychalności skóry zamszowej, nie kończy się to dramatycznym kiszeniem stopy.

Docenić za to można jakość łączenia podeszwy z otokiem i górną częścią buta, które zapewnia, że woda nie dostaje tędy do wnętrza – przynajmniej nie robi tego w tempie błyskawicznym w razie wdepnięcia w kałużę. Skóra w TX4 jest naprawdę dobrej jakości, więc pewnie dobrą wodoodporność można osiągnąć poprzez użycie dużej ilości dobrego impregnatu.

AMORTYZACJA:

Amortyzację należy rozumieć jako amortyzowanie sił przy stawianiu kroków, jak i tłumienie nierówności podłoża.

Buty bardzo dobrze amortyzują piętę, jednocześnie nie zapadamy. Bezboleśnie jestem w stanie w nich nosić 20-kg plecak. Amortyzacja przedniej części jest już trochę mniejsza , ale to niezbędne do czucia podłoża. Po wielu godzinach marszu można czuć lekki ból przedniej części stopy, bo but nie zapewnia dodatkowego wsparcia stopie w tej części – w sensie nie ma żadnego systemu, jak np. lekko wyprofilowana kształt podeszwy (tzw. drop), który wspomagałby przetaczanie stopy w krokach. TX4 są niemal całkowicie płaskie. No i choć zastosowana amortyzacja jest dobra, to nie sprawdzi się przy naprawdę długich trasach po nierównym terenie, bo jest za mała, bywygłuszyć” wszystkich nierówności. But też jest bardzo elastyczny, więc palce i przednia cześć stopy wyginają się „w pełni” przy każdym kroku, co jest męczące przy długich dystansach. Jeśli jednak chodzi o chodzenia po wyższych górach, to buty są wręcz idealnym złotym środkiem między amortyzacją a czuciem podłoża. Zachowanie pewnej twardości jest też zdrowsze dla prawidłowego funkcjonowania stóp. Tymczasem wielu producentów obuwia ma teraz manię maksymalnego amortyzowania, jakbyśmy chodzili po łóżku wodnym.

PODSUMOWANIE:

TX4 to nowoczesne rozumienie buta podejściowego, a może jednak ulepszone hikingowego… hmm… Tak czy inaczej, posiada w sobie najważniejsze cechy butów podejściowych uzupełnionych o rozwiązania z butów trekkingowo/hikingowych. Czyli jednocześnie twarda podeszwa o płaskim profilu, która umożliwia czucie podłoża po którym się wspinamy, możliwość ciasnego dopasowania i kształt pozwalający zachować precyzję i swobodę kroków oraz odporność konstrukcji, a jednocześnie jej metaforyczną “lekkość”, wygodę dla stopy przy kilkugodzinnym noszeniu, amortyzację i bieżnik umożliwiające wielogodzinny marsz.

Buty są idealne dla tych, którzy wiedzą konkretnie czego chcą i mają duże górskie doświadczenia, i będą potrafili wykorzystać je do granic ich możliwości. Jak i dla tych, którzy do końca nie wiedzą lub dopiero zaczynają swoje przygody w górach, albo dla tych, których nie stać na posiadanie kilku par butów: lekkich trekkingowych, podejściowych, do wspinaczki skałkowej czy halowej (pod warunkiem, że nie jest to wspinaczka w szczelinach i stopniach wielkości paczki zapałek :D). Nazwałbym więc buty TX4 butami wszelkiego górskiego zastosowania do granicy 3000-3500 metrów nad poziomem morza w górach typu Alpy, Kaukaz, Tatry (w sezonie ciepłym) ale także wyżej na wszelkich górach w cieplejszym klimacie np. azjatyckie wulkany i góry w okolicach równika.

Jedyne, czym na pewno nie są, to butem turystycznym do ciężkiego trekkinguczyli w moim rozumieniu butami do wielogodzinna noszenia z dużym obciążeniem. Choć u mnie się jako takie sprawdzają, tak samo, jak wszedłem w nich na 4600 metrów w delikatnym śniegu. Jednak tylko dlatego, że nie miałem alternatywy. Aczkolwiek istnieje model TX4 w wersji pół wysokiej (tj. dochodzącej do stawu skokowego), który już takim butem może być (aczkolwiek wciąż pozostają pewne braki podeszwy i niewystarczające podparcie stawu skokowego).

KILKA SŁÓW O MODELU LA SPORTIVA TX 5

Dlatego jeśli nie potrzebuje perfekcyjnej precyzji we wspinaczce, a więcej robimy trekkingów, lepszym wyborem może być model TX5, czyli niemal w całości TX4 , ale już w wersji w pełni wysokiej i ze zmodyfikowaną podeszwą, która jest odrobinę bardziej toporna w wyczuciu, ale daje więcje przyczepności w zróżnicowanym terenie. To właśnie tego modelu teraz używam. Mimo że to niemal identyczna konstrukcja, polecam go kupić o pół rozmiaru większego niż TX4, ponieważ ochrona palców wykonana jest z twardszej mieszanki, wykonany jest ze skóry licowej – a nie nubuku – oraz masywniejsza i bardziej sztywna konstrukcja podeszwy, sprawiają, że but rozciąga i dopasowuje się mniej mniej niż TX4).

Jeśli ktoś z kolei szuka takiego buta do wycieczek w warunkach bardziej ekstremalnych, czyli deszcz, śnieg, to dostępny jest model La Sportiva TX-TOP. Żaden z tych butów nie będzie jednak dobrym wyborem do wycieczek w lodzie. Problemem będzie podeszwa, która jest zbyt elastyczna i zbyt miękka do wygodnego zintegrowania z rakami. Aczkolwiek TX4, TX5 i TX3 dobrze sprawdza się w warunkach wilgotnych i deszczowych, jeśli połączymy je ze stuptutami (dzięki bardzo nisko schodzącym sznurówkom w butach, podpięte do nich stuptuty ochronią prawie całego buta).

TX4, jak i WSZYSTKIE WYMIENIONE MODELE WYSTĘPUJĄ TAKŻE W WERSJI KOBIECEJ https://www.lasportiva.com/en/approach-footwear-woman

Pozostałe uwagi:

na początku but za mało trzymał mi piętę – ale to pewnie zależy już od kształtu stopy danej osoby. Dało się to także mocno poprawić naciągnięciem linki na pięcie, ale wciąż nie było do końca wzorowo Na szczęście po kilku dniach użytkowania buty dopasowały do moich pięt,

nie wiem, jak rozwiązana jest konstrukcja języka w wersji z membraną Gore-tex, ale jeśli tak samo jak tutaj, tzn. brak zszycia z butem na całej swojej długości., to należy na to uważać przy głębszych kałużach,

– świetny wygląd – agresywny, nowoczesny, jednocześnie prosty, harmonijny, bez żadnej krzykliwości i rażenia w oczy. Jeśli ktoś jednak woli, może wybrać bardziej wyraźne kolory – czerwony, żółty, jasno-niebieski  

Jeśli doceniasz pracę, jaką włożyliśmy w stworzenie tego obszernego poradnika, znacząco on Ci pomógł lub czytanie naszego bloga jest dla Ciebie najzwyczajniej… przyjemnością, to będziemy ogromnie szczęśliwi, jeśli zdecydujesz się nam odwdzięczyć i kupić komiks naszego autorstwa – szczegóły o nim przeczytasz TUTAJ.

Pierwsza autostopowa podróż w 2014 r. całkowicie odmieniła nasze życie. Ale gdyby nie Snupi, to nigdy by do niej nie doszło i nigdy nie powstałyby „Podróże z Pazurem”. O tym, a także o rozpoczęciu w 2017 r. ciągle trwającej wyprawy dookoła świata, opowiada 1. odcinek KOMIKSU

Możesz także wykonać darowiznę. Ten blog od strony czysto finansowej to dla nas spory wydatek, a nie źródło realnego dochodu (o czym poczytać możecie TUTAJ). Pomóż nam go prowadzić. Każda złotówka się liczy i nawet taką kwotę możesz przekazać. Jeśli każdy, kto skorzystał z naszych poradnikowych artykułów, przelałby zaledwie po „tej 1 złotówce”, to zebralibyśmy w ten sposób ponad 20 tys. zł. Co, przy naszym sposobie podróżowania, starczyłoby na blisko rok życia w trasie i możliwość przecierania szlaku dla kolejnych psi podróżników. Tak, jak uczyniliśmy to tym artykułem.

  • możesz wesprzeć nas poprzez platformę Patronite https://patronite.pl/podroze-z-pazurem
  • jeśli wolisz poprzez bezpośredni przelew na konto bankowe 62 1090 1014 0000 0001 3754 5690 Izabella Miklaszewska, w tytule darowizna (według polskiego prawa, każda osoba fizyczna może każdej innej wykonać darowiznę).
  • możesz to zrobić także poprzez PayPal – na to samo nazwisko i odnośnik do naszego konta paypal.me/zpazurem

Za darowizny znacznie przekraczające symboliczną wdzięczność, będziemy wysyłać różne podziękowania, o czym dokładnie poczytać możesz na stronie PatroniteNp. zaproszenie do „tajnej” grupy, gdzie możesz być z nami w stałym kontakcie,  zadać bardziej skomplikowane i indywidualne pytania. Czy to poprosić o pomoc w doborze sprzętu, czy poradę ws. podróżowania z psem, z plecakiem, w trudne tereny, w góry… Zapytać o kulisy prowadzenia bloga, czy poprosić o wskazówki do rozpoczęcia/prowadzenia swojej twórczości. Inna opcje, to że do Ciebie zadzwonimy z miejsca, gdzie aktualnie jesteśmy, umówimy się na spacer, a może nawet dołączysz do nas na jakimś etapie wyprawy i nauczymy Cię wszystkiego, co potrafimy. Dziękować też będziemy m.in.  przypinkami (tzw. button) lub magnesami na lodówkę z otwieraczem do kapsli z grafiką naszego bloga (zdjęcie poniżej).

3. Wesprzeć nas także możesz poprzez zakup koszulki/bluzy z wzorami naszego autorstwa w sklepie Power Canvas (20% zysku z nich idzie do nas).

Z projektu bluzy jesteśmy najbardziej dumni, ale są także 3 zacne wzory koszulek. Wszystko w wersji damskiej i męskiej TUTAJ

 

Snupi się pyta, gdzie są jego butki?!  😀

 

Kulisy podróżniczego bloga i (nie) zarabiania na nim

Kulisy podróżniczego bloga i (nie) zarabiania na nim

AKTUALIZACJA LISTOPAD 2019 -Pomimo naszej rosnącej “popularności”, artykuł poniżej wciąż pozostaje w większości aktualny. Być może to kwestia naszego braku umiejętności marketingowych i zarządzania, a być może naszych zasad etycznych i światopoglądowych, a być może mieszanki tego wszystkiego.

To my, całkiem normalni, więc może za mało atrakcyjni dla “sponsorów” 😀 Serio, pomimo naszych wszystkich dokonań i planowania następnych, ostatnio w pytaniu o to, dlaczego firma nie chce wejść we współpracę z nami, otrzymałem odpowiedź: “Panie Piotrze, produkty XYZ są produktem ekskluzywnym, niszowym – zawsze są szyte na indywidualne zlecenie dla konkretnej osoby, poszukującej czegoś wyjątkowego i unikatowego pod każdym względem 🙂

Jest długo, nawet bardzo, ale, mam nadzieję, interesująco i wiele Wam to pokaże.

Zmęczony powoli zaistniałą sytuacją. Zainspirowany także Waszym zdziwieniem, że za naszą wyprawą nie stoi rząd firm walczących o możliwość współpracowania z nami w tak „wspaniałym przedsięwzięciu” oraz wywiadem dla czasopisma – o tym, czy na blogu podróżniczym da się zarabiać. Opiszę, jak wygląda to z naszej perspektywy, tj. prowadzenie bloga, będąc cały czas w podróży i odsłonię trochę kurtyny polskiego „zarabiania” na blogu.

A to kulisy studia filmowego Atlas w Maroko, które mogliśmy zwiedzić ze Snupim bez żadnych problemów. Tzn. Iza mogła, bo ja mam w nosie takie atrakcje i wolałem zaoszczędzić pieniądze na obiad.

Nigdy nie chciałem żebrać od innych – zwykłych ludzi, by pomagali mi realizować moje marzenie i, jakby nie patrzeć, przyjemność (pomimo wszystkich trudów wyprawy) oraz, niejako, inwestycję w samego siebie. Dlatego nie chcieliśmy rozpoczynać żadnej zbiórki na patronite czy polakpotrafi, siepomaga itp. Jak robi mnóstwo osób, a jeszcze więcej nam doradzało. Chcieliśmy to wszystko ogarnąć samodzielnie. Liczyliśmy, że uda nam się zdobyć wsparcia z innej strony. Sądziliśmy, że uda nam się zdobyć wspomnianych partnerów. Nawiązać poważne współprace. Nie chcieliśmy i nie chcemy mieć sponsorów, którzy dawaliby nam kasę (zresztą teraz wiem, że to w Polsce niemal niemożliwe) z różnych powodów. Chcieliśmy zdobyć wsparcie producentów, którzy przekazywaliby nam swój sprzęt w zamian za naszą “pracę” dla nich (co obejmuje wyjaśniam akapit niżej), a także płacili za reklamę, jako niejako jest widoczność ich produktów na naszych materiałach.

Zamysł nie był tylko taki, żeby zdobyć wsparcie kogokolwiek i zdobyć cokolwiek, ale też nie taki, żeby zdobyć tylko to, czego potrzebujemy. Chcieliśmy uzyskać produkty, których jakość już znaliśmy i ceniliśmy. Chcieliśmy jednocześnie nawiązać jak najwięcej współpracy z polskimi firmami, żeby promować polskie produkty. Czasem nawet te, których do końca nie potrzebujemy w podróży, ale spodobała nam się ich idea. Ktoś pomyśli „tani chwyt”… no nie do końca. Chodziło nam o to, że skoro już wyjechaliśmy z Polski na dłuższy czas, to chcielibyśmy wciąż w jakiś sposób przyczyniać się do jej rozwoju. Serio, często mamy dylemat, że rozbijamy się po Ameryce Południowej, zamiast robić coś ważnego: ja – być rzetelnym dziennikarzem Polsce, albo pójść pracować do policji, bo mam ukryty talent dostrzegania w ludziach złych stron i wad, a Iza tworzyć jakąś fajną bajkę dla dzieci… ale zostawmy ten wątek na inny post.

***
Chciałbym tylko nadmienić, że oczywiście nie wszystkie firmy i współprace, które poniżej opiszę, tak wyglądają. Są firmy, które wykazują się bardzo pozytywnie. Zresztą, zauważyliście już pewnie, że czasem niektóre z nich wymieniamy na naszych social mediach. Nie dlatego, że robię to na siłę, czy każe mi to umowa, ale dlatego, że doceniam ich zaangażowanie i ich produkty. Znacie mnie już na tyle, że wiecie, że piszę zawsze to, co sądzę. UWAGA: Firmy, które wymienione są u nas na stronie (w zakładce zadaj pytanie i kontakt), nas nie zawiodły. Sytuacje, które opisuję dotyczą firm, z którymi już nie mamy żadnej współpracy.

Jednak te firmy to wyjątki, a bardziej rzeczywisty opis sytuacji, przynajmniej naszej, przedstawią te mniej udane współprace.

W zamian za produkty, oferowaliśmy i oferujemy firmom przekazywanie zdjęć (by wykorzystali w swoich social mediach, katalogach, prezentacjach biznesowych, jednym słowem – co tam sobie chcą), oznaczanie ich na naszych zdjęciach, w artykułach, recenzje (z zastrzeżeniem, że będą one obiektywne, a nie pochlubne i pisane na kolanie) itp. Zawsze dodaje też zdanie “wszelkie formy i zakres współpracy są otwarte do dyskusji”.

Niestety uzyskanie tego wsparcia nie do końca nam się udaje, bo niektórzy ludzie, którzy pracują w marketingu i public relation w polskich firmach to jakieś dinozaury. Na dodatek chyba skamieniałe, bo ich wyobraźnia, inwencja twórcza i polot równy jest właśnie kawałkowi skały.

O ile rozumiem pewne niepowodzenia w poszukiwaniu partnerów jeszcze przed samą wyprawą, gdy wielu z nich mogło nie wierzyć w nasze przedsięwzięcie. O tyle teraz, jedyne wytłumaczenie jakie znajduję, jest niezrozumienie trendów, które w USA czy zachodnich krajach Europy biją już rekordy. Tam firmy stawiają na influencerów i na pokazywanie rzeczywistej wartości swoich produktów. Rozumieją też, że influencerem nie musi być wielka gwiazda, a już na pewno nie taka oderwana całkowicie od dziedziny, jaką reklamuje. Bo zwykli ludzie coraz lepiej wyłapują sztuczność (was też śmieszą zdjęcia pięknie umalowanych modelek na środku pustyni w spodniach jeansowych przy temperaturze +45 stopni – najlepsze jest to, że wiele podróżniczek próbuje to naśladować, a inne kobiety wpadają w kompleksy).

Może jakbym miał większe cycki, to to zdjęcie podbiłoby internety 😀

ale musicie przyznać, że to zdjęcie jest już całkiem zacne. P.S. Pod dżelabą (bo tak nazywa się to wdzianko) mam tylko majtki 😀

W Polsce nadal szczytem marzeń marketingowca jest mieć w reklamie Antonio Banderasa, reklamę w telewizji i wcisnąć coś klientowi, by potem zlać go ciepłym moczem w razie reklamacji, niezadowolenia, innego problemu. Tyle się mówi o tym, jak niski jest koszt utrzymania klienta – względem kosztu jego pozyskania – ale nie wiem, do kogo trafia ta zasada. Dla przykładu podam sytuację, gdy zareklamowałem buty górskie kupione w USA. Moja reklamacja została uwzględniona na podstawie… ZDJĘCIA i to było 3 lata temu. A w Polsce? Ile z Was usłyszało odmowę uznania reklamacji, bo Wasza noga jest nieodpowiednia do buta? Albo bo używaliście go za często? (śmieszne, ale tak naprawdę – tragicznie żałosne).

Wracając do kwestii influncerów. Polskie firmy, które nie potrafią nawet zbudować swojego social media i mają 500-1000 obserwujących, zamiast rozpocząć jakiś fajny, spójny, jednolity projekt, budować wspólnie coś z blogerami/influencerami, swój i blogera wizerunek i wspólnie się rozwijać, to one … chciałyby przyjść na gotowe, rzucić jakiś pojedynczy ochłap, gotowej gwieździe, świecącej niczym goły tyłek Kim Kardashian, a dostać w zamian wszystko, najlepiej recenzję – oczywiście pochlebną oraz zdjęcie swojego logo na twojej głównej stronie bloga. W ten oto sposób my dostajemy odmowy współpracy, bo mamy za mało lajków (od firm, które same mają ich 1/5 tego, co my), albo takie zawrotne oferty jak 10, 15, 20% zniżki („rekordzista” negatywny 8%, rekordzista w znaczeniu pozytywnym 45% ) na swoje produkty, podczas gdy ich ceny katalogowe są o 20% większe niż w sklepach zewnętrznych i w tych sklepach zewnętrznych są często bardzo atrakcyjne promocje.

Rozumiem jeszcze takie propozycje przy udzieleniu nam wsparcia kilkudziesięcioma rzeczami, wartymi kilka tysięcy, ale te firmy to oferują przy chęci “zakupu/zdobycia” przez nas jednego czy 2 produktów. A przecież tyle z Was się nas pyta o sprzęt, jakiego używamy. Wystarczy więc, że jedna czy 2 osoby zakupiłyby produkt z naszego polecenia, to firma już ma zwrot inwestycji, jaki poczyniła w przekazaniu nam sprzętu.

To dobry moment, żeby przejść do zagadnienia iż wiele firm wchodzi we współpracę z blogerami, którzy mają tysiące obserwujących, ale te tysiące są bardzo często sztucznie „nabite”. Ci obserwujący to puste konta czy różnego rodzaju booty – programy komputerowe, które nie niosą żadnego realna zainteresowania kontem blogera. Widzicie czasem komentarze pod zdjęciem typu „super”, „twoje konto jest świetne, zajrzyj do mnie”, po czym wchodzisz w konto autora tego komentarza i widzisz, że to konto ma +30k (tysięcy) obserwujących. Tak, możesz mieć prawie 100%, że ten komentarz napisał właśnie boot. Ma on na celu przyciągnięcie innych użytkowników instagramu (czy innego social media) do tego konta i generować „organiczny ruch”. Najlepiej to sprawdzić po poziomie zainteresowania pojedynczym postem takiego blogera. Przykładowo ktoś ma 30 tysięcy obserwujących, a jego zdjęcie/post lubi tylko 200, może 300 osób, a czasem o wiele mniej. To jednak jest osobny, bardzo obszerny temat, który mogę kiedyś opisać, ale na razie podam link do ciekawego artykułu, który wyjaśnia bardzo wiele w tej kwestii https://noizz.pl/nauka-i-technologia/jak-kupuje-sie-lajki-i-followersow-na-instagramie/1wqvcf6?utm_source=fb_onet&utm_medium=social&utm_campaign=share_desktop_top

Blogerów możecie zweryfikować poprzez stronę socialblade.com lub hypeauditor.com Po wpisaniu loginu dowolnego konta, zobaczycie wykresy – wszystkie nienaturalne – pionowe kreski oznaczają kupowanie lajków (wyjątkiem od tego jest stworzenie materiału, który stanie się viralem lub udostępnienie konta przez inne duże i “zdrowo” działające konto). Możecie też zerknać na wskaźnik zaangażowania – engagemnet rate – czyli ilość reakcji (tzw.polubień) i komentarzy porównana do osób obserwujących konto ogółem. Jeśli wskaźnik wynosi mniej niż 4% , możecie być niemal pewni, że konto jest napompowane sztucznymi lajkami. Sprawdźcie sobie kilku polskich czy zagranicznych blogerów, zobaczycie jaką są wydmuszką. U nas wskaźnik zaangażowania oscyluje wokół 9, co jest wynikiem bardzo pozytywnie wyróżniającym się, można powiedzieć więc bardzo dobrym. Czasem spada, gdy dojdzie do naszej społeczności dużo osób w jednym momencie. Czy to po jakieś prezentacji, wystąpieniu czy udostępnieniu nas przez inne konto. Wtedy potrzeba ok. 2-3 tygodni, by się ustabilizował. By nowi obserwujący albo zaczęli się udzielać albo jednak zrezygnowali z obserwowania naszych losów.

Tutaj ciekawostka. Istnieją osoby wredne, zawistne i grające nieczysto, które potrafią zlecić “atak” kupionych obserwatorów na swojego konkurenta. W ten sposób popsuć mu statystyki, a może nawet narazić na konsekwencje ze strony administratorów social mediów. Przecież często do kupienia takich akcji wystarczy podanie samej nazwy konta, które chcemy “podrasować”. Mało kto weryfikuje czy zleca to faktycznie właścicielem konta czy ktoś inny Jeśli prowadzicie swoje konta, lepiej opracujcie strategię działania na wypadek takiego “ataku”.

Ktoś z Was pomyśli sobie, o ten to chciałby kokosów i wszystko za darmo. To teraz przechodzimy do kolejnego wątku. Przecież nie dostajemy sprzętu za darmo. Otóż byle jakie stockowe zdjęcie (zdjęcie stockowe, to zdjęcie, które można ściągnąć ze specjalnych serwisów, wykupując do niego prawa i wykorzystać je do swoich celów. Oczywiście można wykupić zdjęcie na wyłączność, ale zazwyczaj to samo zdjęcie może kupić nieograniczona ilość podmiotów). Takie o to zdjęcie kosztuje np. takie lepsze – minimum 100 zł. Ile zatem dla firmy powinno być warte ładne, spersonalizowane zdjęcie z ich konkretnym produktem, w pięknym krajobrazie, w faktycznym użyciu produktu?

Od nas producenci mogliby dostać takie zdjęcia, publikujemy takie zdjęcie w internecie, ogląda je mnóstwo osób. Tymczasem mamy absurd, że ktoś chce dostać reklamę i jeszcze chce, żebym zapłacił za produkt, który mam mu reklamować. To budzi tylko moje politowanie, zwłaszcza, że taka polityka, to nie tylko próby małych firm, robią to nawet duże firmy i polscy dystrybutorzy gigantycznych, globalnych, znanych marek. Chwila… Tak właściwie, to głównie oni. Małe firmy zdają sobie sprawę, że nie stać ich na inne reklamy. Ponadto zakładają je często młodzi ludzie, którzy rozumieją już panujące/nadchodzące trendy, że koszty innych reklam są nieadekwatne do korzyści, że standardowe reklamy się wypalają.

Jakbyś był producentem plecaków, to nie chciałbyś mieć takiego zdjęcia do wykorzystania?

Żeby nie pisać ogólnikowo w nieskończoność, opiszę zamiast tego 4 przykłady, które nas dotknęły i wyczerpują wiele braków polskiego „rynku”.

Polski producent, który przekazał nam odzież termokatywną jeszcze rok przed aktualną wyprawą. Znali nasze dalsze plany i przez 8 miesięcy mnie zwodzili, nie dając jasnej deklaracji – czy wchodzą, czy nie, we współpracę, by miesiąc przed wyprawą odpowiedzieć, że oni się jednak wycofują, bo „wolą iść w środowisko biegaczy, a nie górsko-turystyczne”.

Teraz bardzo ważne wyjaśnienie, które odniesienie ma do całego zagadnienia. W przypadku tej firmy prosiliśmy o ubrania za jakieś 800-1000 zł ceny rynkowej, powtarzam RYNKOWEJ. Jaki jest więc koszt producenta? Trzeba sobie coś uzmysłowić. Mianowicie ogromna ilość produktów w sklepach sprzedawana jest z marżą sięgającą 100%. Sprzedając koszulkę termoaktywną za 100 zł, sklep kupił ją za 50. To teraz, kto mi powie, ile producenta kosztowało wyprodukowanie tej koszulki? Pal licho, przyjmijmy już aż 30 zł. Dla mnie trzeba być mocno zacofanym marketingowo, i nie tylko marketingowo, żeby pożałować w dużej firmie 300 zł na promocję i reklamę, która trwałaby nieustanie przez cały czas trwania naszej podróży, nawet jeśli ktoś „chce się skupić na środowisku biegaczy”. Tym bardziej, że pierwotnie sam pomysł się im podobał. Poza tym, ile wart był czas mój (to ich nie obchodzi), ale tego pracownika na prowadzenie konwersacji przez miesiące, by potem to olać…

Inna firma, polski oddział globalnej marki. Sami się do nas odezwali, czy chcemy wejść z nimi we współpracę. Po otrzymaniu 2 rzeczy, wyciągnięcie każdej następnej było niczym pokojowe negocjacje ws. Palestyny. A przecież współpraca już trwa, widzą, że się wywiązujemy. Wyjaśniasz, tłumaczysz, że jakby przekazali jeszcze inne rzeczy, to wtedy prawie tylko ich produkty byłyby widoczne na zdjęciu, zamiast innej dużej firmy (z którą nic nas nie łączy, a na zdjęciach ich loga się tylko ze sobą gryzą), ale gdzie tam… nie bardzo to do nich przemawia. Jak już coś zdecydowali się przekazać, to my musieliśmy opłacić koszt wysyłki za granicę i cło, co w praktyce niewiele się różniło od tego, jak byśmy sobie to wszystko samodzielnie i normalnie kupili w kraju, gdzie aktualnie byliśmy.

Najlepsze w wielu firmach jest właśnie to, że zachowują się tak, jakby od samego początku nie wiedziały, że wyjeżdżamy na drugi koniec świata. To, co powinno być dla nich mega atrakcyjne, staje się dla nich wielce problematyczne. To przejaw kolejnego zastrzeżenia, jakie mam. Ci ludzie w ogóle nie nadążają: nie weryfikują do końca z kim wchodzą we współpracę. Wspomniani przeze mnie blogerzy napędzani pustymi kontami do jedno, ale ci marketingowcy nawet nie interesują się tobą i twoją aktualną sytuacją, nie kontaktują się z tobą ws. tego, co robisz, co oni robią, co chcą dostać – a przecież zaangażowanie z dwóch stron to klucz do sukcesu. Firma ma do mnie zastrzeżenia, że wysyłałem im zdjęcia za późno, ale już nie docenia, że zamiast zdjęć, zostali wcześniej mnóstwo razy oznaczeni w naszych zdjęciach na social mediach (co nie było częścią umowy) albo są w intro naszego vloga. Nie potrafią tego nawet zweryfikować, bo nie mają wystarczająco osób do tego albo po prostu nie ogarniąją kuwety.

Największy cyrk się zaczyna, jak firma nie ma swojej osoby od marketingu i PR, tylko wykonuje to dla niej jakaś zewnętrzna, jakże wielce, „KREATYWNA” agencja reklamowa. Rozmawiasz z jakąś Panią o butach, która nie ma do końca pojęcia, jakie dokładne parametry ma but i czy nadaję się w teren, gdzie chcesz go użyć. Po czym otrzymujesz buty ze starej kolekcji, a następna Pani z innej firmy – która w międzyczasie przejęła obowiązki tamtej – ma do Ciebie jakieś zastrzeżenie, że wysyłasz jej zdjęcia butów z kolekcji, której już nie ma. Tylko czy naprawdę w posiadaniu „ambasadorów” takich jak my, chodzi o to, by byli oni niczym cotygodniowe gazetki promocyjne z supermarketu spożywczego? Czy chodzi o budowanie długofalowego wizerunku i identyfikacji marki oraz pokazywanie, że ich sprzęt faktycznie daję radę przez X czasu w trudnych warunkach?

Wątek obuwia dotyczy naszego dawnego partnera, naszym obecnym partner w tych produktach jest La Sportiva. To, że La Sportiva zdecydowała się nas wesprzeć, jest idealnym przykładem zacofania polskiego rynku. Bowiem wsparł nas nie polski dystrybutor, ale centrala tej firmy we Włoszech. A La Sportiva to potęga i legenda w produkcji butów górskich i turystycznych. Ta firma posiada ambasadorów, którzy wyczyniają cuda w górach i są znanymi na całym świecie alpinistami/wspinaczami. Mimo to La Sportiva dostrzegła w nas potencjał i chce nas wspierać.

W kwestii braku zaangażowania, normą jest także brak odwzajemnienia postów o sobie nawzajem. W sensie, firmy nie wspominają o nas na swoich kanałach, a przecież nasza wyprawa jest czymś ciekawym.
Np. nasz dawny partner obuwniczy, relacjonuje podróż Amerykanina po Afryce, a on nas wspomnieli od wielkiego dzwonu, może ze 3 razy przez rok. Przecież nie muszą pisać „ej dajemy tym ludziom sprzęt za darmo”. Mogą to zrobić w sposób, który da ciekawą treść odbiorcom. Jednocześnie dawaliby na tacy swoim odbiorcom nas, czyli dowód, że sprzęt ich produkcji daje radę w trudnych warunkach. Jednocześnie pomogaliby nam się rozwijać, co jest przecież z korzyścią dla nich. Już pomijam takie pomysły, że sami mogliby zadać o naszą promocję w innych mediach, wykorzystując wartości, które chcemy przekazać, np. o adopcji czy porzucaniu zwierząt i tworzyć ciekawy kontent, który przyciągnie nowych ludzi do nich.

Kolejna firma, która sama się do nas odezwała, że chce być naszym sponsorem – produkująca akcesoria dla psów. Mieliśmy sobie wybrać co tylko chcemy. Akurat pod ręką mieliśmy kontakt z chłopakiem, który leciał do Brazylii i miał zabrać dla nas aparat fotograficzny. Ostatecznie się nie udało z aparatem z powodów czasowych. Zamiast tego stwierdziliśmy, że mógłby więc zabrać rzeczy od tej firmy i śmigła do uszkodzonego drona jednego z żeglarzy, których poznaliśmy w Brazylii. Chłopak nie miał za wiele miejsca w bagażu, więc na pierwszy rzut poszły tylko jakieś drobiazgi od tej firmy o wartości rynkowej nieweiele ponad 100 zł. Chłopak nie mógł zabrać tego, na czym zależało nam najbardziej – nowego transportera dla Snupiego. Od razu ostrzegłem „sponsora”, że te rzeczy mogą ostatecznie do nas nie trafić, z przeróżnych przyczyn i nakreśliłem skomplikowanie całej naszej sytuacji. No i stało się, chłopak zapomniał tych drobiazgów, bo skupił się na zbaraniu śmigieł do drona (za długa historia, by ją tutaj przytaczać). Ale jakiś miesiąc później znalazłem dziewczynę, która lecieć miała do Peru i zabrać dla nas mogła nowy transporter. Piszę więc z wielką radością do firmy, że mogą szykować transporter. Oni mi odpowiadają, że nie przekażą nam nic więcej, bo „zablokowaliśmy” ich tym, że nie dotarły do nas poprzednie rzeczy… Czaicie?! To się nazwa pomoc i zrozumienie dla podróżników na drugim końcu świata z psem, powód – 100 zł wartości rynkowej, czyli produkcyjnej kilkadziesiąt złotych. Czyli o wiele, wiele mniej, niż gdyby mieli nam te rzeczy wysłać do Brazylii. Podkreślam, sami się do nas zgłosili z propozycją.

No i jeszcze jeden przypadek. Firma ubezpieczeniowa, która dostawała od nas, zgodnie z umową kilka zdjęć miesięcznie, a do tego dorzucaliśmy wiele więcej w „gratisie”, np. tagowanie w postach. Ani razu nie potrafili mi nawet zorganizować normalnej wizyty. Najpierw umówili mnie do dermatologa w klince, gdzie nie przyjmuje dermatolog, potem do szpitala, gdzie jak przyszedłem, to odmówiono mi pomocy. A na sam koniec współpracy – na szczęście umówa z nimi wygasa z końcem lipca, firma odmówiła wykonania zabiegu (po otrzymaniu z Brazylii zdjęcia) usunięcia mi pieprzyka, który może być zaczątkiem czerniaka. Jak tak traktują swoich ambasadorów, to jak potraktują szarego człowieka? Czy mogę powiedzieć o niej jedno dobre słowo? Jedyne, że zaoferowali nam kupno nowego aparatu, po tym, jak nasz wpadł do wody. Ale wolałem nie sprzedawać duszy diabłu, bo w ostatecznym rachunku, na pewno nie byłby ten aparat nam przekazany za „darmo”.

AKTUALIZACJA Z LISTOPADA 2019 – Pomimo naszej rosnącej “popularności” niewiele się zmieniło. Dlatego prosimy Was o pomoc i wsparcie. Jak wspomniałem na początku tego artykułu – kiedś nie chcieliśmy zbierać pieniędzy wśród naszych odbiorców. Teraz patrzymy na to trochę inaczej. Także podróż i blogowanie zweryfikowały kilka wyobrażeń i sytuacji.

Prowadzenie bloga, wbrew pozorom, bardzo sporo nas kosztuje. Przykładowo, w 2 lata i 2 miesiące podróży wydaliśmy 70 tys. zł, z czego ok. 10 tys. pochłonęło stricte blogowanie i czynności z tym związane (wymiana sprzętu z powodu usterek – laptop i kamera – jak część z Was może pamiętać, z dnia na dzień przestały działać w Brazylii i w ciągu miesiąca musieliśmy wydać ponad 5 tys. zł), nieudanej próby naprawy aparatu fotograficznego, zakup muzyki do filmów na YT, utrzymanie strony. a nie wliczamy w to wydatków przed wyjazdem – zakup pierwszego – odpowiednio mocnego laptopa, kamery itd. Dochodzą koszty mniej oczywiste: wykupywanie kart SIM i pakietu danych internetowych w każdym kolejnym kraju, by na bieżaco wrzucać krótkie posty (w wielu krajach szybki i duży pakiet danych to luksus). Noclegi w bardziej cywilizowanych i spokojniejszych miejscach, tylko po to by coś napisać jakiś dłuższy post, zedytować zdjęcia, zmontować, opublikować, wysłać i mnóstwo podobnych pierdół (dla lepszego zrozumienia podam przykład – kiedyś ktoś chciał nam pomóc zmontować filmik na naszego vloga, ale internet w Boliwii był takiej szybkości, że materiał wysyłał się 5 dni, a i znalezienie takiego miejsca było dla nas wyczynem. Na marginesie tylko wspomnę, że do zmontowanie filmiku my sami potrzebujemy ok. 2 tygodni pobytu w sprzyjających warunkach). Zatem musi to być miejsce z prądem, internetm i spokojem jednocześnie (często, gdy ktoś nas zaprasza do swojego domu, nie pracujemy nad blogiem, bo nie wypada siedzieć z nosem w komputerze, gdy ktoś nas gości). Często modyfikujemy plany, czasem kilka dni, tylko pod publikację treści. Gdybyśmy podróżowali sami dla siebie, moglibyśmy robić wszystko dużo bardziej dziko, czyt. taniej, i mieć zupełnie inny sprzęt, czy wręcz nie mieć połowy.

Jednocześnie dostajemy bardzo dużo wiadomości, że dzięki nam ktoś zdobył odwagę i motywacje i zdecydował się: adoptować psa, wyjechać ze swoim psem, przełamać swoje lęki i spróbować czegoś nowego, zaczął spędzać czas bardziej aktywnie, a nawet kupił bilet w jedną stronę na drugi koniec świata, czy spróbował podróżowania z plecakiem czy autostopem. Zmusiliśmy do przemyślenia całego systemu wartości danej osoby i otrzowyliśmy jej oczy na zagadnienia, o których nie miała pojęcia. Zaczęliśmy więc czuć, że ten blog jest potrzebny, że robimy coś ważnego, że nie chodzi tu już tylko o pokazywanie jak przekracza się granice kolejnego kraju, ale o całkowicie inne granice. To Wy jeszcze powodujecie, że nie zostawiliśmy już dawno tego bloga. Wasze słowa pochwały, że podoba Wam się nasz sposób pisania i prowadzenia bloga. Nie chcemy więc go zamykać.

Oczywiście, blog jest inwestycją w nas samych, to nie jest tak, że robię go tylko dla Was. Gdy zakończymy już nasz projekt okrążenia Ziemi i osiądziemy gdzieś na dłuższą chwilę, może uda nam się dzięki niemu zdobyć jakąś ciekawą pracę. Ja i Iza rozwijamy swoje umiejętności językowe i ogólno-poznawcze. Iza uczy się także montażu, a właściwie uczyła, bo chwilowo przestaliśmy montować filmiki z powodu braku czasu. Na razie musimy jednak powiedzieć wprost, nie mamy z tego bloga prawie nic namacalnego. Jak mogliście od nas wcześniej się dowiedzieć, nawiązanie SENSOWNYCH współprac z polskimi firmami jest bardzo trudne i nie jest źródłem dochodu. Być może to kwestia naszego braku umiejętności marketingowych i zarządzania, a być może naszych zasad etycznych i światopoglądowych, a być może mieszanki tego wszystkiego. Te wszystkie, mało atrakcyjne, odpowiedzi firm sprawiają, że czujemy się jakby to wszystko, co robimy, było takie nic nie znaczące, jakby to była bułka z masłem. A przecież słyszeliśmy, że można, że da się i co chwilę docierają do nas takie wieści, że na blogu można zarabiać, że ktoś z zachodu dostał katamaran. I wtedy się zastanawiamy, czy to my jesteśmy za słabi, czy w złą stronę kierujemy swoją energię. Ale o tym, że to raczej przypadłość polskiego rynku, niech świadczy to,, że nawet duże „gwiazdy polskich internetów” szukają wsparcia na Patronite.

W tej chwili na naszym koncie mamy 1 tys. zł oszczędności, a w planie kontynuowanie wyprawy. Jeśli mamy pracować w standardowej pracy, nie mamy jak blogować. Jeśli mamy blogować, nie mamy jak pracować w standardowej pracy. Oczywiście szukamy innych, dodatkowych form zarobku i mamy wizę W&T do Kanady, z której zamierzamy skorzystać, więc to nie jest tak, że my tylko prosimy, prosimy i nic nie robimy. Ale nie da się, po prostu się nie da tego wszystkiego połączyć, a właściwie zostawić tego w takiej formie, w jakiej jest. Jest nas tylko dwoje i nie mamy wystarczających mocy przerobowych. Jeśli mamy blogować, musimy kontynuować wyprawę. Jeśli mamy przy tym blogowaniu zachować swój styl, niezależność i nie wciskać Wam kitu, z którym się nie utożsamiamy, to nie możemy też iść na większe kompromisy w zakresie współprac z firmami.

Płaci się za pójście do kina, za posłuchanie muzyki czy obejrzenie filmu na netflixie. Kupuje się bilety do teatru, muzeum czy by obejrzeć wystawę. Wykupuje się pakiety za czytanie artykułów w serwisach internetowych czy prenumeruje gazety i magazyny. Nasza praca niczym się nie różni od pracy wszystkich tych innych twórców i nie jest bułką z masłem. Zresztą, chcielibyśmy się rozwijać dalej. Zacząć montować filmy i mówić głośniej o pewnych ważnych rzeczach. Myślę, że nasza postawa, którą prezentowaliśmy przez ostatnie 3 lata, pokazuje wyraźnie, że słów na wiatr nie rzucamy i nie boimy się trudnej i brudnej „pracy”.

Dlatego, jeśli uznajecie naszą pracę za wartościową, to byłoby nam ogromnie miło, gdybyście pomogli nam w naszym projekcie. Nasz aktualny plan wygląda następująco: jak najszybciej w 2020 r. chcemy wrócić samolotem do Gwatemali (gdzie przerwaliśmy naszą wyprawę), następnie lądem przez Meksyk, USA i Kanadę dotrzeć do Alaski, a stamtąd przez Morze Beringa do miejsca, gdzie zachód zamienia się we wschód, czyli wschodnio-północne tereny Rosji (jeszcze nie wiemy dokładnie jak to zrobić . Potem przez Kamczatkę, Mongolię, Chiny, Syberię, Kazachstan itd., wrócić w ciągu 2 lat do Polski. Potem w kraju, a może w Peru, rozpocząć projekt niosący większe i namacalne dobro/ Teraz jednak, w Polsce, musimy uzupełnić/wymienić nasz ekwipunek o mocniejszy namiot, śpiwory, zmienić aparat fotograficzny (przykładowo, śpiwory jakie dadzą radę w terenach, do jakich zmierzamy, kosztują powyżej 1000 zł każdy, a już ofertę poważnej współpracy odrzuciło kilka firm). Czas nas goni – Alaski i krańce Rosji możemy przemierzać tylko w tamtejszym lecie, inaczej są to tereny nie do przeżycia. Snupi się starzeje, no i poważne plany na przyszłość czekają, nie możemy czekać za długo.

Każda złotówka się liczy i nawet taką kwotę możesz przekazać albo najmniejszym progiem wsparcia na Patronite – 5 zł.  Jeśli każdy, kto skorzystał z naszych poradnikowych artykułów, albo chociąż obserwuje nas na FB, albo na Instagramie, przelałby zaledwie po “tej 1 złotówce”, to zebralibyśmy w ten sposób ponad 20 tys. zł. Co, przy naszym sposobie podróżowania, starczyłoby na blisko rok życia w trasie. Ze spokojniejszą głową (bo bez troski o każdą wydaną złotówkę), moglibyśmy tworzyć. Zbierać i opisywać doświadczenia, a także przecierać szlak dla kolejnych psich i ludzkich podróżników czy blogerów. Tak, jak uczyniliśmy to tym artykułem.

  1. Możesz wesprzeć nas poprzez platformę Patronite https://patronite.pl/podroze-z-pazurem
  2. Lub, jeśli wolisz, poprzez bezpośredni przelew na konto bankowe 62 1090 1014 0000 0001 3754 5690 Izabella Miklaszewska, w tytule darowizna (według polskiego prawa, każda osoba fizyczna może każdej innej wykonać darowiznę). Przelew możesz wykonać także poprzez PayPal – na to samo nazwisko i odnośnik do naszego konta paypal.me/zpazurem

Dla naszych patronów i darczyńców przewidziane mamy też kilkanaście innych form podziękowań, o czym dokładnie poczytać możesz na stronie Patronite, np. zadzwonimy do Ciebie z miejsca, gdzie aktualnie jesteśmy, umówimy się na spacer, a może nawet będziesz mógł do nas dołączyć na jakimś etapie wyprawy i nauczymy Cię wszystkiego, co potrafimy – całkiem serio i zachęcamy przede wszystkim na pierwszy odcinek naszej trasy Gwatemalę i Meksyk. Dziękować też będziemy m.in. przypinkami (tzw. button) lub magnesami na lodówkę z otwieraczem do kapsli z grafiką naszego bloga. Od teraz zakładamy także grupę dla naszych patronów i darczyńców. Osobom zgromdzonym w tej grupie, będziemy poświęcać więcej uwagi, zamiast obszernie i merytorycznie odpowiadać na każdy komentarz i wiadomość do naszych postów i artykułów. Tylko takie osoby dostaną odpowiedź na bardziej skomplikowane i indywidualne pytania. Czy to w sprawie pomocy w doborze sprzętu, czy poradę ws. podróżowania z psem, z plecakiem, w trudne tereny, w góry… Zapytać o kulisy prowadzenia bloga, czy poprosić o wskazówki do rozpoczęcia/prowadzenia swojej twórczości. Jednym zdaniem wszystko, co wykracza poza ogólne informacje przekazywane przez nas w postach na fb/insta i artykułach na stronie www (prośba do osób, które wsparły nas wcześniej lub zrobią darowizny poza platformą Patronite – napiszcie do nas wiadomość, bym mógł Wam wysłać zaproszenie do grupy i podziękować w odpowiedni sposób).

Bo te, oczywiście, dalej będziemy kontynuować w sposób otwarty, a dostęp do obszernych artykułów poradnikowych, które już wiszą na naszej stronie www, również nie zostanie ograniczony. Przecież jednym z naszych celów jest pokazanie, że życie z psem nie jest trudniejsze, tylko trochę inne, a w ten sposób pośrednio walczyć o poprawę losu psów na świecie. Przekazywać inne wartości i zagadnienia, które istotne są dla… naszej planety i wszystkiego, co na niej żyje. Dalej będziemy też odpowiadać na proste zapytania, ale nic, co wykracza poza kilkadziesiąt sekund naszej uwagi.

Mam nadzieję, że większość z Was nas zrozumie i nie poczuje się urażona. Jeśli ktoś ma jakiekolwiek wątpliwości i uwagi do naszych poglądów, piszcie w komentarzach. Jeśli ktoś chce się obrazić i czuje się oburzony, proszę bardzo. Nauczyliśmy się, że nigdy wszystkim nie dogodzimy.

3. Wesprzeć nas także możesz poprzez zakup koszulki/bluzy z wzorami naszego autorstwa w sklepie Power Canvas TUTAJ (20% zysku z nich idzie do nas).

Z projektu bluzy jesteśmy najbardziej dumni, ale są także 3 zacne wzory koszulek. Wszystko w wersji damskiej i męskiej TUTAJ

4. Możesz także wykorzystać nasz “link polecający” przy dokonywaniu swojej rezerwacji noclegu w wyszukiwarce airbnb. Jeśli dokonasz rezerwacji za minimum 300 zł po wejściu na airbnb przez ten link https://www.airbnb.pl/c/piotrm1636?currency=PLN , to otrzymasz zniżkę 100 zł, a my 50 zł “nagrody”.

KONIEC AKTULIZACJI

Osobnym wątkiem, ale dość ważnie powiązanym z tym wszystkiem, jest to, że w Polsce wciąż czasopisma czy portale internetowe wolą napisać artykuł o norweskim psie, który podróżuje po Norwegii, czy amerykańskim psie, który podróżuje po USA (swoją drogą robią przepiękne zdjęcia, ich właściciele są fotografami i od tych zdjęć oczu oderwać nie można ). Nie chcą jednak napisać o polskim psie, który przebył już całkiem spory kawał świata. Mam swoje podejrzenia, że wynika to z kilku czynników.

Pierwszy – wielu dziennikarzy nie potrafi nawet zrobić porządnego research’u: bo są dziennikarzami z przypadku i nie pomyślą, nie potrafią. Albo zarabiają za mało, więc im się nie chce, nie mają czasu, a i tak są dodatkowo poganiani, więc wolą ściągnąć anglojęzyczny artykuł i go sobie przetłumaczyć w google translate. Przykład – napisał do nas na blogu dziennikarz z Newsweek, że chce, żebym udzielił wypowiedzi ws. jachtostopu. A na koniec pytam się go, czy nie chcieliby napisać o podróżującym psie, a on do mnie “a jest taki?”. Czaicie?! Pisze do mnie przez bloga i nawet nie sprawdzi co my na tym blogu robimy. Poza tym w Polsce wciąż panuje przekonanie, że to, co zachodnie, to fajniejsze, ładniejsze, ciekawsze, lepsze, takie „amerykańskie”. Co z tego, że często to wszystko jest podkoloryzowane, zretuszowane, podciągniete w photoshopie, a za tym kimś stoi… właśnie wsparcie w postaci sponsorów. Nawet autorzy artykułów o fali porzuceń psów w wakacje (http://www.tokfm.pl/Tokfm/51,130517,23642495.html?i=4), nie wspomną o naszej działalności. By zamiast tylko trąbić o problemie, pokazać dowód, że można z psem podróżować bez większych problemów.

Wydaje mi się, że wynika to także z zawiści. Kogoś „obcego” to można zareklamować, ale ‘ty Polaku, oooo nie! Chcesz mieć wzmiankę o sobie w mojej gazecie, na mojej stronie, to zapłać. Za darmo, to nie ma nic” (przykład – pewna strona na facebooku, chciała od nas 600 zł za to, że opublikowaliby artykułu o tym, dlaczego zdecydowaliśmy się na ślub za granicą. Strona, która pisze, że istnieje po to, by inspirować młode pary do ciekawych rozwiązań na swoim ślubie. Dajemy im artykuł, ciekawy dla ich odbiorców, a oni zamiast zapłacić mi, to chcą jeszcze pieniądze od nas. Rozumiecie to? Bo ja nie. Na marginesie ich konto także jest pompowane pustymi kontami). Zresztą psucie rynku wydawniczego przez blogerów to teraz norma, zwłaszcza jeśli chodzi o artykuły podróżniczne. Ludzie jadą na wakacje, prawie all-inclusive, piszą swoje wypociny w stylu „byłem, widziałem, tekst z wikipedii, cyknąć 10 prostych fotek, wkleić, zamieścić w internecie”, albo są gotowi oddać to do czasopism podróżniczych, jak „Poznaj Świat” czy wspomniany, „Traveler”, nawet za darmo. Teraz każdy może być dziennikarzem… szkoda tylko, że jednak nie może, potem mamy niesprawdzone – błędne czy wręcz fałszywe informacje. Nie do końca rozumiem, po co te osoby przekazują swoje artykuły? Często na tym jednym artykule kończy się ich twórczość, więc PO CO? To zabija prawdziwych dziennikarzy i ciekawe dziennikarstwo, gdy ktoś jedzie do jakiegoś kraju i poświeca mnóstwo energii i czasu na realne wtopienie się w tamtejsze zwyczaje. Ryzykuje zdrowie i życie, by dostać się w niebezpieczne tereny. Jakieś 3 lata temu, za moją gigantyczna relację z Armenii ze zdjęciami, łącznie ponad 20 tys. znaków, którą można by rozdzielić na 3 artykuły, czasopismo „Poznaj Świat” zaproponowało mi 300 zł (pod warunkiem przekazania także zdjęć). Podczas gdy stawka szanującego siebie i rynek dziennikarza, to minimum 20 zł za tysiąc znaków, a powinna być większa. Ostatecznie stawka nie byłaby taka zła, bo redakcja ten tekst chciała skrócić do 10 tys. (to kolejny absurd, jak w niecałych 4 stronach można opisać wrażenia z całego kraju, czemu nie wzięli całości jako dwa teksty i nie opublikowali w częściach?). Ostatecznie zrezygnowałem, zmodyfikowałem tekst i opublikowałem u nas na blogu.

Z kolei w kwestii psucia rynku blogerów, tego, że sponsorzy proponują ochłapy, to także wina niektórych blogerów, którzy za przysłowiową „paczkę wacików” wartą 10 zł, są gotowi sprzedać swoją duszę. Byle tylko coś dostać, byle tylko ich artykuł został udostępniony przez kogoś jeszcze. No i tacy rozpieszczeni sponsorzy, zawsze znajdą frajera. Należy jednak zastrzec, że są także tacy blogerzy, którzy nie wywiązują się w ogóle ze swojej współpracy i sponsorzy niechętnie podchodzą do następnych. Ale to już znowu osobna historia.

Wróćmy do nas. Nawet strony o tematyce adopcji psów niechętnie o nas wspominają. Czemu? Jedna, chyba dlatego, bo nie zgadza się z niektórymi naszymi poglądami w kwestii wychowania psów. Boi się zająć jakieś konkretne stanowisko, by się komuś nie narazić, wiadomo lepiej być w nijakim w dzisiejszym świecie. Przypuszczam też, że myślą, że chcemy na Snupku zbić majątek i go wykorzystujemy. (Swoją drogą wielkie uznanie dla Wadim Lis, administratora dużej i zintegrowanej grupy PSI FAN, który pozostaje wierny swoim przekonaniom i robi dobrą robotę – nie pozostawia ludzi z psem i z problemem). Inne, nie mam pojęcią czemu. Czemu np. Schronisko na Paluchu nie prowadzi cyklinczyh relacji z naszej podróży, przecież Snupi to ich dawny podopieczny? Pisaliśmy do nich nawet zanim powstała idea bloga, a już mieliśmy kilka podróży, że chętnie weźmiemy udział w jakiś festynach i opowiemy historię podróżującego psa. Czy pokazywanie, że z psem da się robić niemal wszystko, nie jest dobrym motywatorem do adopcji? Albo pokazaniem tym, którzy już mają psa, że z „Azorem” też można pojechać gdzieś dalej niż nad Morze Bałtyckie? Inne strony o tematyce psiej, np. prowadzące ewidencję restauracji czy hoteli psioprzyjaznych zapewne o nas nie wspomiją, bo zbyt często pokazujemy, że znalezienie takiego miejsca jest banalnie proste i nie wymaga wielogodzinnych przygotowań i zmartwień wcześniej. Boją się, że przez pisanie o nas, zaprzeczą sensowi swojego istnienia. Niesłusznie, bo ZAWSZE będzie grono ludzi, którzy wolą wszystko zorganizować z wyprzedzeniem, na spokojnie i bez ewentualnego stresu. Mnie osobiście ogromnie rozbawia, jak ktoś woli spędzić godzinę na pytanie w internecie – gdzie znajdzie psioprzyjazną kawiarnię w Warszawie, zamiast po prostu wyjść na ulicę i w 15-minutowy spacerek z psem znaleźć kilka takich miejsc. Odmówią w pierwszym, zgodzą się w drugim, jak w drugim nie, to na pewno w trzecim. Nigdy, ale to nigdy, nie musieliśmy z Izą pójść dalej, niż do trzeciego obiektu, by znaleźć psioprzyjazną restaurację, hotel itd. A ile jest restauracji w zasięgu 15 minutowego spaceru? W centrum miasta z 20, jak nie więcej!

Nawet wielu naszych znajomych „żałuje” nam „lajka”. Rozumiem pod konkretnym postem, nie muszą przecież śledzić co u nas, mają własne życie, ale chociaż sam fanpage jako całość mogliby polubić. Nie mówię też o tych, którzy mają, ale całkowicie nie ogarniają fejsa. Mówię głównie o tych, którzy dobrze wiedzą, jak to działa. Niektórzy mają swoje – już potężne – interesy, ale gdy zaczynali wysyłali nachalne, wysyłane z automatu prośby o polubienie ich profili, a potem spamowali tymi prośbami. Teraz… zapomniały woły, jak cięlęciem były. 

Dlatego ogromnie dziękujemy wszystkim, którzy z nami są i zapewniamy, że dopóki będziemy dawać radę, będziemy robić swoje.

Mam nadzieję, że nikt z Was nie czuje się oszukany, wykorzystany, że próbujemy na Waszej obecności coś ugrać. Po to właśnie napisałem cały ten artykuł, żeby spróbować wyjaśnić całą sytuację.

Jeśli chcesz, żebym rozwinął jakiś wątek tutaj zaprezentowany, daj znać.  Jeśli ktoś ma jakiekolwiek wątpliwości i uwagi  do naszych poglądów na pewne sprawy, pisz śmiało w komentarzach. Zadawajcie pytania i wyrażajcie wątpliwości. A po nasze ładne zdjęcia, zapraszam na nasz instagram 🙂

czyli to

Mam nadzieję, że nikt z Was nie czuje się oszukany, wykorzystany, że próbujemy na Waszej obecności coś ugrać. Po to właśnie napisałem cały ten artykuł, żeby spróbować wyjaśnić całą sytuację.

Jeśli chcesz, żebym rozwinął jakiś wątek tutaj zaprezentowany, daj znać.  Jeśli ktoś ma jakiekolwiek wątpliwości i uwagi  do naszych poglądów na pewne sprawy, pisz śmiało w komentarzach. Zadawajcie pytania i wyrażajcie wątpliwości, a po nasze ładne zdjęcia, zapraszam na nasz nasz instagram

Z projektu bluzy jesteśmy najbardziej dumni, ale są także 3 zacne wzory koszulek. Wszystko w wersji damskiej i męskiej TUTAJ

PRZENOŚNY i TURYSTYCZNY FILTR WODY czy się opłaca i jak działa?

PRZENOŚNY i TURYSTYCZNY FILTR WODY czy się opłaca i jak działa?

Tzw. słomkowy filtr do wody z doczepioną “zgniataną” butelką, która znacząco przyspiesza przepływ wody przez filtr.

Turystyczny / osobisty / przenośny filtr wody to pierwsza rzecz, jaka powinna wylądować w Twoim plecaku czy walizce zaraz po zapasowych majtkach. Nie ważne gdzie, na jak długo i w jaki sposób jedziesz: pociągiem, samolotem, samochodem, w dzikie odludzia czy zwiedzać zabytki w centrach miast, na 3 dni czy na rok. To rzecz ogromnie przydatna przy każdym sposobie podróżowania, a nie tylko przy backpackingu. Filtr może bowiem całkowicie zastąpić kupno wody butelkowanej. To ogromna oszczędność pieniędzy, wagi w bagażu oraz gwarancja braku problemów żołądkowych (my już nieraz mieliśmy problemy po wodzie, która teoretycznie miała być czysta – np. z dystrybutorów w hostelach).

Przede wszystkim to jednak ogromny ukłon w stronę środowiska naturalnego. Każda butelka wody to nie tylko kolejny, bezsensowny śmieć (który był w użyciu zaledwie kilkadziesiąt minut czy kilka godzin), który zalegać będzie tysiące lat, lub który może uda się przetworzyć, co jednak zużyje wodę, energię i wyprodukuje inne zanieczyszczenia. A przecież samo wyprodukowanie butelki to również ogromne zużycie… wody i emisja zanieczyszczeń. Do produkcji 1 litra wody butelkowanej potrzeba zużyć minimum 2 litry wody i mnóstwo energii elektrycznej, następnie odbywa się jej transport, generujący zanieczyszczenia i także zużywający wodę (rafinacja 1 tony ropy naftowej pochłania 15 000 litrów wody). 

Jak dużą oszczędność pieniędzy i innych korzyści przynosi filtr?

To zależy gdzie jedziemy i jaki kupimy filtr. Fundamentalne do takich kalkulacji jest wpierw uzmysłowienie sobie, że 1,5-litrowa butelka wody kosztuje, prawie wszędzie na świecie, 2-3 zł. Często o wiele więcej: w wielu trudno dostępnych zakątkach świata, czy wręcz odwrotnie – tych wyjątkowo turystycznych – butelka potrafi kosztować 4-5 zł. Z kolei cena małej butelki na dworcu czy lotnisku w Europie, Stanach Zjednoczonych i innych, wysokorozwiniętych krajach to koszt od 8 zł wzwyż.

Jeśli chodzi o wagę, to woda to najcięższa jednostkowo rzecz w plecakach (przynajmniej w naszych, zaraz obok śpiworów – które moglibyśmy mieć lżejsze, bo nasze są syntetyczne i na temperaturę poniżej 0 stopni oraz namiotu, którego jednak elementy rozdzieliliśmy między siebie). Jednocześnie, człowiek w normalnych warunkach powinien wypijać minimum 2 litry wody dziennie. W podróży, przy wysiłku i upale ta ilość musi być znacznie większa. Zamiast więc taszczyć wodę kilometrami i godzinami, z filtrem możemy ją po prostu na bieżąco zdobywać a odcinki jej noszenia ograniczyć do minimum. Świeżo zdobyta woda jest także chłodniejsza, niż taka, która 3 godziny spędziła już w bagażu.  

Od razu tutaj wspomnę o tabletkach uzdatniających wodę, bo wiele osób pewnie o nich słyszało i powie, że można ich używać zamiast filtra. Te tabletki to potworny syf dla naszego organizmu. Przecież wody w nich nie “oczyszcza” magiczna wróżka i krasnoludki, tylko składniki tych tabletek, jak np. chlor.  Jeśli ktoś z Was chce się nim regularnie faszerować to tak, może wybrać tabletki. Drugie kwestia – tabletki są całkowicie nieopłacalne przy dużych ilościach wody i często trzeba odczekać z konsumpcją wody kilkanaście minut po ich wrzuceniu, zanim oczyszczą wodę z bakterii. 

Jeśli chodzi o same filtry, to na rynku jest coraz więcej wynalazków. Nawet na polskim rynku ich dostępność jest całkiem dobra. Choć nie tak urozmaicona (a przez to tańsza), jak na rynku Stanów Zjednoczonych. Jedne to filtry wbudowane w butelkę, inne to filtry “słomki”, są też filtry z różnego rodzaju pompką – do szybszego i wygodniejszego pozyskiwania czystej wody. Wszystkie mają swoje wady i zalety, które sprowadzają się do kombinacji: ceny, wagi i wydajności. Może o wadach i zaletach każdej z tych opcji wspomnę dopiero na sam koniec, a teraz opisze w skrócie jak taki filtr w ogóle działa, bo wszystkie wymienione powyżej typy i tak działają na tych samych zasadach. 

JAK DZIAŁA FILTR WODY?

Filtry działają na zasadzie bardzo prostej i stricte fizycznej. Zbudowane są z setek małych rurek – kanalików, które mają w swoich ścianach tysiące otworów (porów), a otwory te mają mniejszą średnicę niż to, co mają zatrzymać. Tak małą, że nie zmieszczą się przez nią nawet bakterie. Woda przechodzi przez pory do wnętrza kanalików i płynie dalej, a bakterie zostają na zewnętrznych ścianach kanalików. Rurki zbudowane są albo z ceramiki albo z syntetycznych tworzyw neutralnych dla organizmu ludzkiego.


Żywotność dobrych filtrów to zazwyczaj 20, 50 tysięcy litrów wody, a może to być jeszcze więcej, bo w dużej mierze zależy to tylko od sposobu dbania przez nas o filtr i konstrukcji całego urządzenia czy umożliwia czyszczenie i łatwą konserwację. Jak na spokojnie to policzymy, to jeśli filtra nie zgubimy, nikt nam go nie ukradnie lub  go nie zniszczymy całkowicie (np. poprzez upadek z dużej wysokości na twarde podłoże), to odkryjemy, że starczy na całe nasze życie. Wystarczy go myć w wodzie z octem. Nigdy nie myjcie filtra wodą z mydłem/płynem do zmywania, innymi detergentami, ani środkami, jak sodą bo go zniszczycie lub zatkacie. Produkt na długie lata w cenie od 200 do 1000 zł. Dużo? Może się tak wydawać początkowo… Jeśli jednak przypomnicie sobie cenę wody w butelce ze sklepu i ilość litrów, jakie musicie dziennie spożywać, podzielcie to sobie przez cenę filtra…. to z wyliczeń i w praktyce widać, że filtr może się zwrócić już po 2 czy 3 dłuższych wyjazdach, a przy tym ograniczamy produkcję plastikowych śmieci do minimum. 2 tygodnie wakacji i zamiast zostawić po sobie 28 plastikowych butelek, 28 nakrętek, 28 foli z etykiet i folie od zgrzewek zbiorczych oraz masy zanieczyszczeń z surowców użytych do ich produkcji, i ewentualnej utylizacji, to możemy zostawić po sobie… NIC (zdecydowanie pomoże w tym zaopatrzenie się w butelkę wielokrotnego użycia, którą opisałem w innym artykule cyklu “rzeczy przydatnych w podróży“. Polecam tam zajrzeć, bo dowiecie się, że zalety takiej butelki wielokrotnego użycia to też ochrona naszego własnego zdrowia).

Większość filtrów wody eliminuje (a właściwie zatrzymuje) tylko bakterie, pierwotniaki oraz pasożyty oraz ich jaja. NIE zatrzymuje natomiast wirusów, wszystko dlatego, że wirusy są mniejsze od bakterii i mniejsze niż pory ścianek w większości filtrów. Są jednak filtry o odpowiednio małej średnicy porów, które zatrzymują wirusy, a raczej część z nich. Bakterie mają zazwyczaj wielkość w zakresie od 0,3 μm (mikrometra) do 750 μm. Wielkość tych najpopularniejszych i niebezpiecznych dla człowieka wynosi ok. 0,5 mikrometra. Zdarzają się bakterie mniejsze niż 0,3 μm, a nawet dochodzące do 0,2 μm, ale to niezwykła rzadkość i mało w tej grupie bakterii niebezpiecznych dla ludzkiego organizmu. Większość dobrych filtrów ma średnice 0,2 lub 0,1 μm. Jednak największe wirusy mają rozmiar taki, jak najmniejsze bakterie, a te najmniejsze wirusy mają rozmiary schodzące już do 3-go miejsca po przecinku, a więc 0.00X mikrometra. Zatem dobre filtry uchronią nas przed wieloma wirusami, ale nie przed wszystkimi.

Ale spokojnie, skażenie wody wirusem jest jak szansa trafienia w totka . Należy się tym  przejmować w rejonach zaraz obok siedlisk nietoperzy (np. tuż przy źródle strumienia wychodzącego z dużej jaskini) lub siedlisk innych zwierząt czy ludzi, jeśli panuje tam zaraza. Wirus potrzebuje do przeżycia dużo bardziej odpowiednich warunków niż bakteria. Zazwyczaj, poza ciałem nosiciela umiera stosunkowo szybko, przynajmniej w porównaniu do bakterii, które mogą się mieć wyśmienicie niemal wszędzie i długo. Niska lub zbyt wysoka temperatura, promieniowanie UV ze słońca, zbyt mała lub zbyt duża ilość tlenu i innych pierwiastków sprawiają, że wiele groźnych wirusów umiera w kilka minut poza organizmem człowieka lub zwierzęcia. 

Filtry nie eliminują też zazwyczaj zanieczyszczeń chemii przemysłowej (mydła, detergenty, pochodne ropy, pestycydy itd. itp.). ALE MOGĄ TO ROBIĆ, jeśli MAJĄ WSAD Z WĘGLEM, który pochłania część zanieczyszczeń „chemicznych” ( węglem aktywnym – takim samym, jak w pastylkach, które bierzemy przy problemach żołądkowych). Wsad węglowy pochłania też chlor, który wciąż dodawany jest do wody w wielu miastach, by zabić w niej właśnie bakterie, wirusy  i pierwotniaki – wszystko to, co zatrzymałby sam filtr.

Najnowsza technologia oczyszczania wody w miejskich wodociągach to jej ozonowanie. Przykładowo, woda w wielu polskich wodociągach w miastach jest właśnie ozonowana i jest jedną z najlepszych w Europie i jest o wiele zdrowsza niż większość wód z butelek (o tym, że woda butelkowana tzw. mineralna, to jedna wielka ściema przeczytać możecie w artykule o butelkach wielokrotnego użytku).

Większość miast na świecie, zwłaszcza w mniej rozwiniętych krajach, wciąż jednak wodę “chloruje” i to w proporcjach ilości chloru znacznie przekraczających potrzeby. Chloru używają też osoby w małych wioskach z dala od cywilizacji, a woda ta trafia następnie do potoków, strumieni itd. Wsad węglowy umożliwia nam zatem picie wody zarówno z kranu, np. na lotniskach, jak i pobliżu małych osad ludzkich. Węgiel zatrzyma też niektóre związki chemii przemysłowej. Ale nie pijcie wody z dużych rzek przechodzących przez duże miasta, ani z rowów i kałuż obok dużych szlaków komunikacyjnych czy pól uprawnych pełnych pozostałości po nawozach i opryskach, bo węgiel nie wyłapuje wszystkich typów “chemicznych” zanieczyszczeń, przykładowo wyłapuje tylko niektóre metale ciężkie i bardzo szybko “zapchają” one węgiel. 


Węgiel wyłapuje także bakterie i wirusy, więc jest dodatkowym, drugim etapem zabezpieczającym przed nimi. Pozwólcie, że pominę tutaj już dokładne wyjaśnienia jak działa węgiel. W wielkim skrócie tylko – jego powierzchnia ma taką strukturę, że jest w stanie absorbować i wiązać w siebie zanieczyszczenia, a jeśli ktoś chce więcej szczegółów przeczyta je TUTAJ – tam również znajdzie listę związków które węgiel wyłapuje dobrze (np. pestycydty), średnio i wcale (azotany i azotyny)

Wsad z węglem starczy na dużo krócej, niż zasadnicza część filtra i jest to stosunkowo – zazwyczaj 400-1000, maksymalnie 2000 litrów. Wszystko zależy od jego ilości, jakości i stopnia zanieszyczenia wody. Oczywiście łatwo wsypać nowy węgiel. Tutaj polecam, by zamiast kupować dedykowany i oryginalny węgiel, to iść do sklepu akwarystycznego i kupić tam węgiel w ułamku ceny znanych ze sklepów ze sprzętem turystycznym. Niestety, wie w każdym filtrze da się samemu wymienić węgiel i konieczny będzie zakup całej nowej części – kartridżu. Wsadu z węgla nie można czyścić octem, w ogóle nie można go niczym czyścić, bo węgiel po prostu zabsorbuje to, czym będziemy próbowali go wyczyścić i tylko skrócimy jego “żywotność”. Węgiel po prostu należy w pewnym wymienić, a wcześniej – w dłuższych przerwach w używaniu filtra – po prostu wyjąć go z filtra, pozwolić mu całkowicie wyschnąć i pozostawić go w czystym oraz suchym miejscu do następnego użycia, by nie rozwijała się na nim pleśń.  

Zamiast pisać tylko teoretycznie o zaletach filtra, wymienię konkretne sytuacje, w jakich ogromnie się nam przydał:

W Wenezueli podczas wyprawy na górę Roraima dzięki filtrowi zaoszczędziliśmy ponad 400 zł. Zamiast jechać jeepem z agencji turystycznej za wspomnianą sumę z pobliskiego miasta do wioski u podnóża góry, pojechaliśmy autobusem za 20 zł, a ostatnie 25 km drogi przeszliśmy pieszo. Ten odcinek to całkowite odludzie, jednocześnie brak na nim źródeł wody, z których bez obaw wypić moglibyśmy wodę bez filtrowania. Gdybyśmy chcieli wziąć zapas wody butelkowanej na te 25 km, to musielibyśmy w swoich plecakach nieść dodatkowe 8 litrów wody, a nasze plecaki były i tak już bardzo ciężkie, bo pełne jedzenia i ubrań na 8-dniowy trekking na szczyt góry Roraima. Wyprawę możecie zobaczyć na naszym kanale youtube.

Filtr przydał nam się nawet w wysokich górach. Zazwyczaj w górach wodę można pić prosto ze strumieni bez większego zmartwienia. Nie ma tam osad ludzkich, które byłyby źródłem skażenia, a woda pochodzi ze śniegów lub opadów. Ale my na 2500 metrów w Szwajcarii nie mogliśmy odnaleźć żadnego strumienia przez 2 dni, tamtejsze lodowce już dawno przestały istnieć. W końcu, gdy odnaleźliśmy, to był on bardzo mały, a wyżej widzieliśmy stado kozic, które z niego piły. W takich okolicznościach istniało ryzyko, że część ich odchodów mogła trafić to wody, istnieje też ryzyko – może akurat nie w tej sytuacji – że jakieś zwierzę umarło przy wodzie). Użyłem więc filtra.

Filtr wody pomagał nam też w Maroku, gdzie z Izą mieliśmy nieustanne problemy z przetrawieniem wody innej niż butelkowana. Nawet wtedy, gdy była ona, a przynajmniej powinna być, wolna od wszelkich niebezpiecznych bakterii – np. na pustyni z głębokiej na 20 metrów studni. Wystarczy jednak, że w wodzie są bakterie całkowicie inne niż te, do których przyzwyczajony jest nasz żołądek i już woda może powodować dyskomfort – może nie od razu biegunkę, ale chociaż to, że przez godzinę wszystko będzie nam się w żołądku kotłowało.

Tutaj zastrzeżenie – nie używajcie filtra zawsze i wszędzie, bo filtr zatrzymuje też niektóre minerały, no i należy przyzwyczajać organizm do ogólnodostępnej wody pitnej i jej flory bakteryjnej. Czasem jednak nie ma czasu na takie przyzwyczajani , tak jak w naszym przypadku – gdy co kilka dni jesteśmy w zupełnie innym regionie. Organizm można przyzwyczajać, gdy jedziemy np. na tydzień trekkingu w jednym miejscu, albo gdy woda jest delikatnie inna od tej, którą zna nasz organizm. Co innego, gdy codziennie jesteśmy w miejscach oddalonych od siebie o kilkaset kilometrów – tak jak np. my w Brazylii czy Maroko.

Tutaj zarzucę Was kolejną ciekawostka, twarda woda – na którą tak się narzeka w Polskich kranach – to zdrowa woda. Twardość wody oznacza bowiem stopień jej zmineralizowania. Woda bez minerałów jest wręcz niebezpieczna dla organizmu człowieka, bo nie ma w sobie żadnych “wartości odżywczych”. Wiecie, że w Finlandii wodę się specjalnie utwardza?!

Jeśli wydaje Ci się, że filtr wody przyda się tylko na ekstremalne wyjazdy i w trudnym terenie, to pomyśl, że filtr z wsadem z węglem może się przydać nawet na lotnisku w cywilizowanym kraju, gdzie woda z kranu nadaje się do picia, ale jest uzdatniania chlorem. Zamiast kupować butelkę wody za 10, 12 czy 16 zł, możesz nalać sobie wody z kranu, a węgiel wyłapie chlor. 

Jak już jesteśmy przy dobrych radach, to nie podawajcie swojemu psu wody mineralnej/butelkowanej (która może mieć jeszcze więcej minerałów niż twarda woda z kranu – jeśli to jest prawdziwa woda mineralna, a nie oszukana, jak większość butelkowanych wód). Tak, jak musimy sami się przyzwyczajać do ogólnodostępnej wody pitnej i budować florę bakteryjną u siebie, tak tym bardziej należy to robić u psa. Psy potrzebują znacznie więcej wody niż my, więc zbankrutujecie podając psu tylko wodę butelkowaną. Poza tym, my – ludzie czasem jeszcze zniesiemy trudne warunki i duży wysiłek bez wody. Pies bez wody nie da rady. Co zrobicie, gdy nie będzie wtedy wody butelkowanej ani filtra? Psa nie da się też nieustannie upilnować, jak będzie mu się chciało pić, to wypije nawet z kałuży. Pies potrzebuje znacznie „mocniejszej” flory bakteryjnej w swoim żołądku, więc nie róbcie ze swojego miękkiej żaby. Co więcej, woda mineralna a więc wybitnie wysoce zmineralizowana może być obciążeniem dla nerek i organizmu psa.

Tak więc apel najważniejszy – wszystko z umiarem i rozsądkiem.

Filtr wody może nam się też przydać w sytuacji, gdy mamy wodę nalaną z czystego – pewnego źródła, ale zdążyła się ona zepsuć, bo np. przez 2 dni była w butelce w upale. Wystarczy, że na nowo ją przefiltrujemy.

Pewnie ktoś z Was powie, przecież można wodę zagotować! Oczywiście, ale wtedy trzeba mieć gaz, palnik, trzeba poświęcić na to czas, a potem trzeba poczekać aż woda ostygnie. Używanie gazu kempingowego do gotowania jest o wiele droższe niż zakup filtra wody.
Jednocześnie odradzam też pastylki uzdatniające wodę, straszne to świństwo – pod względem wpływy na nasz organizm. Również jest to rozwiązanie o wiele droższe w ujęciu długofalowym i dużej ilości wody.

Jak już wspomniałem na początku, filtr wody to też całkiem dobra metoda dbania o środowisko. Zwłaszcza w trudnodostępnych terenach czy krajach, gdzie coś takiego jak recykling śmieci nie istnieje. Zamiast każdego dnia produkować nowe odpady plastiku, możemy używać tych samych butelek przez kilka dni. Więcej wyliczeń o tym, jak wiele śmieci możemy zaoszczędzić używając filtra, dokonuję przy opisie innej przydatnej w podróży rzeczy – butelkach wielorazowego użytku.

PORÓWNIANIA RÓŻNYCH KONSTRUKCJI FILTRÓW

Teraz obiecane szybkie porównanie cech filtrów z pompką, słomkowych i wbudowanych w butelkę. Zacznijmy może od filtrów słomkowych, bo w Polsce są najbardziej łatwe do odnalezienia w sklepach. Najpopularniejszym na rynku jest chyba  Sawyer Mini.  Nie będę go konkretnie komentował, bo nigdy nie używałem, ale wiem, że mnóstwo osób go używa i jest zadowolonych. Narzeka jednak na dość wolny przepływ wody. My używaliśmy przez ostatni rok podróży także filtra słomkowego, ale amerykańskiej firmy Survivor Filter, której produkty nie są dostępne poza USA (chyba że na aukcjach od prywatnych osób), ale da się znaleźć innych firm o podobnej konstrukcji.  Zaletą naszego filtra słomkowego jest to, że posiada wymienny wkład z węglem i ma bardzo małe pory.

To jeden z najlepszych filtrów na świecie, biorąc pod uwagę żywotność, wsad węglowy i cenę za to wszystko.

Filtry słomkowe mają przede wszystkim bardzo dużą żywotność – zazwyczaj minimum 50 tys. litrów wody. Ale ich największą zaletą jest minimalny rozmiar i waga (do 100 gram). Taki filtr możemy wrzucić w zasadzie sobie w kieszeń (to np. ważne przy używaniu filtra przy temperaturach poniżej 0, gdzie filtr musimy trzymać blisko ciała, by nie zamarzły w nim resztki wody, co może zniszczyć – rozsadzić kanaliki). Druga główna zaleta to bardzo małe ryzyko jakiekolwiek usterki, bo filtr to w zasadzie sam filtr i jego plastikowa obudowa, nie ma co się ułamać, zgubić itd.

Wady to utrudnione picie – woda płynie tylko poprzez siłę naszego zasysania i siłą grawitacji,  więc tempo przepływy wody jest powolne. Możemy przyspieszyć przepływ, ale musimy mieć wtedy butelkę z odpowiednim rozmiarem ustnika, którą da się podkręcić do filtra, ale i tak mocno to nie przyspieszy, jeśli nie będzie to butelka elastyczna w formie możliwego do ściskania woreczka – przykład TUTAJ lub TUTAJ

My mamy problemy z poczuciem orzeźwienia, gdy pijemy prosto z filtra przy tak małym przepływie, dlatego lepiej najpierw wodę sobie przefiltrować do butelki, kubka i wypić z nich.

Filtry z pompką mają również gigantyczną żywotność, często jeszcze większa niż słomkowe. Ich zaletą jest znacznie szybszy przepływ wody, dwukrotnie a nawet jeszcze szybszy niż z filtra słomkowego. Pompować wodę możemy niemal w każdej pozycji i wodę brudną możemy pobierać bezpośrednio ze źródła poprzez wężyk. Co nie zmusza nas do zanurzania w niej rąk, czy brudzenia butelki/kubka, pochylania się i podchodzenia blisko do krawędzi zbiornika wodnego. My właśnie wymieniliśmy nasz filtr słomkowy na filtr z pompką, bo przefiltrowanie wody dla 2 osób i psa bywało przy filtrze słomkowym dość czasochłonne i irytujące (zwłaszcza gdy robi się to codziennie, kilka razy dziennie). A jak wspomniałem przy piciu prosto z filtra trudno było nam poczuć przyjemnie uczucie orzeźwienia.

Wadą filtra z pompka jest zwiększenie wagi, w naszym przypadku to 3-krotność i nasz nowy filtr waży 300 gram, co i tak jest wynikiem bardzo niskim, jak na filtr z pompką.  Większość zaczyna się od 400 gram, do nawet 700. Co za tym idzie, też zwiększenie rozmiaru, o taki filtr może być trudniej zadbać w mroźnej temperaturze, bo nie schowamy go sobie blisko ciała i więcej pracy wymaga też jego czyszczenie. Istnieje też ryzyko usterki, np. złamania rączki pompującej.

Tutaj mogę się jeszcze wypowiedzieć o filtrze MSR Trailshot, który jest bardzo prostym filtrem z pompką na zasadzie “gruszki”. Waży zaledwie 160 gram, ale żywotność filtra w nim  „tylko” 2000 litrów (zależy od stopnia zanieczyszczenia wody – z czasem pory filtra się najzwyczajniej zatykają i przepływ wody jest coraz wolniejszy). Cena standardowa to ok. 240 zł, my dorwaliśmy go 3 lata temu w promocji za 180 i to uważam za w miarę uczciwy stosunek. Chociaż filtr miał pompkę i działał szybciej niż filtr słomkowy, to jednak nie była to prędkość wybitnie szybsza, a wymagała ogromu pracy. By przepompować wodę dla naszej trójki… to już ręka mi odpadała w połowie. Z czasem, gdy filtr już się trochę zapchał, była to wręcz udręka i walka z wiatrakami. Gruszka jest po prostu za mała – mieściło się w niej za mało wody i niewygodnie się ją pompowało, filtr musi być w idealnej pozycji – pod dobrym kontem, bo inaczej przestaje dobrze przepychać wodę, dziubek z którego wypływała czysta woda z czasem zaczął tę wodę straszliwe rozlewać, zamiast wypuszczać jednolitym strumieniem, a zatyczka osłaniająca ustnik (zamontowana na stałe) cały czas wpadała w strumień przefiltrowanej wody i przeszkadzała. Gdy filtr już się tak zapchał, że nie dało się go umyć octem, to zakup nowego wsadu – a nie całości z gruszką – jest całkowicie nieopłacalny, bo wsad kosztuje jakieś 120-150 zł, co przy cenie nowego filtra w promocji za 190-200 zł jest kpiną.

Co pół butelki musieliśmy zmieniać rękę lub chwyt, bo przepompowanie większych ilości wody filtrem MSR Trailshot to po prostu mordęga.

No i mocno reklamowane butelki z wbudowanym filtrem. Dość popularna jest firma Lifestraw, Dla mnie to rozwiązanie dobre tylko dla kogoś, kto jeździ raz w roku na wakacje lub na wyprawy krótkie i prowadzone w wygodny sposób. W pozostałych przypadkach takie butelki są całkowicie nieekonomiczne, bo kosztują dość drogo czyli ok. 200 zł (tyle co filtr słomkowy), a w większości z nich filtr starczy tylko na 1000 litrów-2000 litrów. I co z tego, że można dokupić potem nowy wsad filtrujący, jak on kosztuje 75% całego urządzenia?! Wiele filtrów butelkowych działa z wykorzystaniem tylko samego chloru węgla, bez systemu rurek, co jest plusem pod względem eliminacji chloru, możliwego w wodzie z kranu, ale odbija się wspomnianą krótką żywotnością urządzenia.

Zaleta to na pewno wygoda picia, po prostu wlewamy brudną wodę, a pijemy czystą, ale to rozwiązanie bardzo słabe jeśli podróżujemy w więcej osób, bo pić możemy tylko z tej jednej butelki. Chyba ze przefiltrujemy wodę wcześniej do pozostałych pojemników, ale – po pierwsze –  jak w filtrze słomkowym działa to tylko na zasadzie grawitacyjnej i nie mamy już w ogóle jak przyspieszyć tego procesu bo nie mamy jak ściskać takiej butelki, i po drugie – z racji krótkiej żywotności filtra.

Jako ciekawostka, którą jednak odradzam, wspomnę o takim wynalazku, jak elektryczny filtr wody SteriPen. Jak on działa? Zabija bakterie i wirusy itd. za pomocą promieniowania UV.  Włączamy i lampa emitująca specjalną barwę promieniowania UV, zabija wszystkie świństwa. Brzmi jak niezłe science-fiction 😀 Jest to bardzo wygodne rozwiązanie, bo nie trzeba nic pompować, ściskać itd. oraz szybkie (pól litra wody oczyszcza się w 40 sekund), ale ma też wiele wad. Mianowicie urządzenie jest o wiele droższe niż zwykłe filtry, jest bardzo mocno narażone na powszechne, wynikające z wad produkcyjnych usterki, typowe dla wszystkiego co elektryczne, jak i na zalanie, uszkodzenie lampy, itp. Musimy mieć do niego baterie lub przynajmniej dostęp do ładowania, a filtr dość szybo się rozładowuje. Nie działa w wodzie mętnej, czyli pełnej drobnego piachu, mułu czy jakiś pozostałości roślinnych, no i same w sobie nie oczyszczą wody z takich stałych zanieczyszczeń, chyba że dokupimy specjalną nakładkę, która tania nie jest.

Na koniec warto może jeszcze wspomnieć o rozwiązaniach dla domu. Bo nie tylko w podróży możemy być życzliwi dla środowiska i naszych portfeli. Możemy to robić w normalnym, codziennym życiu. Wciąż w Polsce wiele osób nie chce pić wody z kranu, nawet gdy jest ona ozonowana, a nie chlorowana i jest zdrowsza niż woda butelkowana czy ze źródeł oligoceńskich. Nawet gdy woda jest chlorowana, to wystarczy że odstoi kilka godzin i chlor z niej wyparuje, nie trzeba wcale wody gotować! Mimo to wciąż ludzie montują na kranach filtry, czy kupują plastikowe dzbanki z filtrami. Często to tylko większe zagrożenie, bo na rynku powszechne są podróbki sprawdzonych i jakościowych produktów, wykonane z plastiku nie nadającego się do styczności z wodą, jednym słowem toksyczne dla ludzkiego organizmu.

Za to w Gwatemali odkryliśmy genialny w swojej prostocie i proekologicznym oraz prozdrowotnym wykonaniu filtr Eco Filtro. Ceramiczny dzbanek z zatopionym w swoim dnie i ściankach węglem wstawiony do większego dzbanka (ze stali nierdzewnej lub ceramiki – ale już polakierowanej, by nie przeciekała, czy, ostatecznie, plastiku).

Woda z ceramicznego dzbanka kropla po kropli przecieka do większego dzbanka. A na całość nakłada się przykrywkę. W przeciągu od 1 do 2 godzin przecieka tak 1,5 litra wody. W tym czasie woda z dzbanka ceramicznego wytraca też dużą część chloru, bo wyparowuje on z wody w temperaturze pokojowej. Resztę chloru wyłapuje węgieł. Ceramika działa jak skała czy rurki z porami w standardowych filtrach. Taki filtr zamontowaliśmy sobie w furgonetce, którą z powodu koronawirusowej rzeczywistości musieliśmy zastąpić dotychczasowy sposób przemieszczania się, czyli autostop. Woda w tych dzbankach pozostaje chłodna, podczas gdy cały samochód się nagrzewa, co wynika z praw fizyki i chemii związanych z parowaniem wody. Ale ten artykuł już i tak jest pełen nadprogramowych informacji, więc nie będę i tego tłumaczył.

Oszczędzajcie wodę i ją szanujcie, bo naukowcy szacują, że za 10 lat ponad 40% ludzkości może mieć ograniczony dostęp do słodkiej wody!

Ludzie sądzą, że wody jest nieskończenie dużo, że jest wszędzie…
Tymczasem, wody słodkiej, która nadaje się do picia i używania na co dzień, mamy naprawdę niewiele. Jest to 1 część ze 100 całej
wody na świecie – gdyby dało się ją tak podzielić. Reszta to słona woda w morzach i oceanach – 97 części, a dwie części to słodka
woda zamrożona w lodowcach na Antarktydzie i Arktyce. Mimo że mamy jej tak mało, to wcale jej nie szanujemy, marnujemy
i brudzimy. Dlatego oszczędzaj ją:
• Zakręcaj kran w trakcie szczotkowania zębów, mydlenia rąk. Wodę do płukania zębów nalej do kubka, zamiast na dłoń.
• Nie używaj wody bez żadnego celu, np. tylko dla zabawy.
• Nie marnuj jedzenia. Do wyhodowania jednego owocu czy warzywa potrzebne są dziesiątki, a nawet setki litrów wody!
pozyskanie 1 kilograma mięsa do jedzenia wymaga kilku tysięcy litrów wody. Do wyprodukowania 100-gramowej tabliczki czekolady potrzeba około 1700 litrów wody, 0,5 litra coli to około 200 litrów użytej wody (na produkcję jej składników i transport).
• Pij wodę z kranu. W większości miejsc w Polsce jest bezpieczna i często smaczniejsza niż woda z butelek. Pamiętaj, że do
produkcji butelki (samego opakowania), również zużywa się mnóstwo wody.
• Staraj się nie brudzić ubrań, by nie trzeba ich było prać po jednym założeniu. Gdy nastawiasz pranie, dopilnuj, by pralka
była pełna. Tak samo zmywarka! To urządzenie zużywa mniej wody, niż ręczne mycie naczyń.
• Zamiast nalewać dużo wody do wanny, bierz prysznic. Jeśli zrobiłeś kąpiel w wannie, wykorzystaj wodę do umycia podłogi.
• Upewnij się, że żaden kran, ani rury w Twoim domu nie przeciekają. Kran, z którego kapie, to w skali roku kilkaset, a nawet kilka tysięcy litrów zmarnowanej wody. Sprawdź także, czy spłuczka w muszli klozetowej jest szczelna.