Petmark – czyli wyróżniająca się wśród konkurencji adresówka dla psa

Petmark – czyli wyróżniająca się wśród konkurencji adresówka dla psa

Helooooł? Zostałem tu sam? 🙁

Czasy dawnych adresówek, na których napisane było imię psa i adres jego domu, dawno minęły. Teraz wszystko działa przez internet i aplikacje. Gdy wczepiamy psu czip, musimy potem zarejestrować jego numer w bazie danych. Bez tego, chip jest prawie bezużyteczny (co opisuję dokładnie na początku artykułu, który znajdziecie TUTAJ). Takich baz danych jest w Polsce, i na świecie, jak grzybów po deszczu. Nie wiem skąd taka popularność ich tworzenia, ale mniejsza z tym. Jedną z nich jest Petmark, który nam bardzo przypadł do gustu, bo wyróżnia się na tle konkurencji kilkoma cechami, o których poniżej.

1. Najlepsze w Petmark jest to, że samodzielnie możemy edytować dane, które pierwotnie zgłosiliśmy do bazy danych. Czy to takie ważne? Ogromnie – przy każdej przeprowadzce, zmianie numer telefonu itd. Sami również możemy edytować datę ostatniego szczepienia, podania preparatów odrobaczających czy wpisać inne – istotne – informacje np. że pies ma chorą tarczycę albo inne poważne schorzenie, które wymaga nieustannego leczenia (my z kolei dopisaliśmy, że to członek ekipy www.podrozezpazurem.pl 😀 ) Czemu to takie wspaniałe? A no dlatego, że pozostałe bazy danych takie zmiany przeprowadzają tylko poprzez swoich administratorów, więc trzeba się z nimi kontaktować – co jest przecież jakimś utrudnieniem. Co jednak gorsze – za te zmiany żądają pieniędzy! Spójrzcie na nasz przykład – co miesiąc jesteśmy w innym kraju i w każdym z nich będziemy kupować lokalną kartę sim. W Petmark wystarczy nam kilka minut dostępu do internetu i możemy sami to wszystko zaktualizować, zamiast użerać się z administratorem bazy danych.

1b. Dodatkowo, przy założeniu profilu podać możemy nie tylko swoje dane, ale również dane do naszego weterynarza. W razie jego zmiany, również możemy edytować te dane. Ilość informacji, jakie wpisać możemy w bazie danych Petmark jest naprawdę obszerna.

napis w języku hiszpańskim

2. Petmark dopuszcza nadrukowanie na zawieszce krótkiego, stworzonego przez nas samych, dowolnego tekstu. Choć jest to opcja za którą trzeba dopłacić i trzeba ją ustalić indywidualnie z administratorem (ograniczeniem jest długość tekstu), to uważam ją za wspaniałą. Dlaczego? Otóż do tej pory nie udało mi się znaleźć polskiej bazy danych, która oferowałaby zawieszkę z instrukcją jej obsługi w języku innym niż polski, nawet nie ma opcji po angielsku. Tymczasem w Ameryce Południowej, do której jedziemy na ponad rok, zaledwie kilka procent ludności zna jakikolwiek język obcy. Za to wszędzie, poza Brazylią, używa się języka hiszpańskiego. Ta opcja jest niezwykle przydatna dla każdej osoby, która jedzie ze swoim psem w rejony, gdzie znajomość języków obcych jest znikoma. Pozostałe możliwości wykorzystania tej opcji, to tylko kwestia wyobraźni.

My nadrukowaliśmy jeszcze adres naszego bloga, by jeszcze bardziej uprościć komuś drogę do skomunikowania się z nami.

3. No właśnie, jak inaczej wybawca naszego psa może się z nami skomunikować? Petmark zadbał o to wyśmienicie. Po pierwsze, na zawieszce wydrukowany jest kod QR, który wystarczy zeskanować dowolną aplikacją do czytania tych kodów w telefonie, by wyświetliła się bezpośrednio podstrona z profilem naszego pupila w bazie danych Petmark. Jest też opcja dla osób bez aplikacji, bo pod kodem podany jest adres html (strony www) – oczywiście, również bezpośrednio doprofilu naszego psa.4. Kolejną, wyróżniającą na tle konkurencji, funkcjonalnością zawieszki Petmark jest fakt, że w razie zeskanowania przez kogoś kodu lub wpisania adresu www, dostajemy na swój e-mail informację, gdzie to nastąpiło. Więc nie musimy bezczynnie czekać, aż ktoś się z nami skontaktuje (lub co gorsze w ogóle tej próby nie podejmie) i możemy ruszyć w to miejsce. Aczkolwiek warunkiem, by tak się stało, jest wyrażenie zgody przez osobę skanującą na przeprowadzenie lokalizacji (takiej samej, o jaką często pytają różne strony internetowe). Przypuszczam jednak, że nawet jeśli ta osoba nie wyrazi zgody, a następnie nie podejmie próby kontaktu z nami, to jeśli sprawdzi dane psa, to poprzez współpracę policji i Petmark uda nam się zlokalizować tę osobę.

So when you’re near me, darling can’t you hear my S. O. S. – jak to śpiewała ABBA, a tu genialny cover tej piosenki

5. W razie najgorszej sytuacji, czyli zagubienia psa, Petmark pomaga nam go znaleźć także na inne sposoby. Gdy klikniemy odpowiedni przycisk w naszym panelu na stronie internetowym, zostanie wygenerowany komunikat do wszystkich zarejestrowanych członków bazy oraz naszego weterynarza. Wygenerowany zostanie także automatycznie plakat ze wszystkimi informacjami – to drobiazg, ale zaoszczędzi nam wiele czasu i pracy, który będziemy mogli przeznaczyć na szukanie psa w terenie. Informacja o zaginięciu pojawia się też na profilu facebook Petmark, choć to akurat uważam za najmniej przydatne, aczkolwiek możemy ten post łatwo udostępnić na swojej tablicy.

POSZUKIWANY – ŻYWY LUB MARTWY… no dobra, my zdecydowanie wolimy wersję żywy 😉
Brelok nie jest ani za duży (nie przeszkadza psu), ani za mały – widać go z dystansu, co pomoże zainteresować się naszym psem jego wybawcy.

6. Podoba mi się jeszcze strona Petmark, może wygląda dość surowo i momentami przestarzale, to jednak jest bardzo przejrzysta i czytelna, zwłaszcza podstrona z profilem psa – a to najważniejsze. Również samym środku strony od razu “rzuca się w oczy” pole do wyszukania numeru zawieszki.

Co na minus?

1. Kółko do zaczepiania breloka jest wyjątkowo malutkie i nie uda się go zaczepić do każdego wybranego przez nas elementu obroży/szelek, chyba, że wymienimy je na większe.

2. Petmark miał pewne problemy przy wyszukiwaniu psa przez stronę internetową – strona nie zawsze pytała się o udostępnienie lokalizacji. Petmarak już się z tym jednak uporał i teraz wszystko działa.

3. Brak opisów w językach obcych na stronie Petmark, co może utrudnić obcokrajowcom zrozumienie zapisanych danych. Aczkolwiek problem może rozwiązać automatyczny tłumacz stron, jeśli ktoś włączy tę opcję. Możemy też sami pomóc obcokrajowcom – jak wspomniałem, ilość danych, które możemy wpisać w rubrykach przy rejestracji jest ogromna, również ogromny jest limit znaków, które zapisać możemy w poszczególnych rubrykach – dlatego samodzielnie dopisać możemy tłumaczenie rubryki. Niech zdjęcie dokładnie wytłumaczy, o co chodzi:

to co uważamy, że należy przetłumaczyć, możemy po prostu sami dopisać, tak jak ja (name of dog) i (mutt, mongrel). To też dobre, bo możemy to edytować pod każdy kraj, do którego jedziemy.
Czy trzeba myć psu zęby? + Recenzja pasty Vetfood Maxi Guard OraZn Oral Gel

Czy trzeba myć psu zęby? + Recenzja pasty Vetfood Maxi Guard OraZn Oral Gel

narzędzia zbrodni

Czy trzeba, a raczej, czy warto psu myć zęby? WARTO! Wiele osób się nabija, gdy mówimy, że myjemy Snupiemu zęby. Gdy dodajemy, że codziennie…, a nawet 2 razy dziennie… oooo, to w ogóle zaczyna się zdziwienie. Sami przez ponad 3 lata nie dostrzegaliśmy takiej potrzeby. Gdy jednak zostaliśmy uświadomieni, a potem przez kolejne lata sami doświadczyliśmy ogromu korzyści z regularnego mycia mu zębów, to aż nam głupio, że wcześniej nie włączyliśmy myślenia. Jakie są te korzyści? (jeśli nie trzeba Cię przekonywać, to pomiń 6 punktów korzyści i przejdź do dalszej części, gdzie odnajdziesz wskazówki jak to robić, od czego zacząć oraz recenzję żelu Vetfood Maxi Guard OraZn Oral Cleansing Gel).

  1. PIENIĄDZE, tj. ich oszczędność.

Za jedną z wizyt Snupiego u psiego dentysty zapłaciliśmy, BAGATELA, 1000 złotych! A usługa objęła tylko wyczyszczenie kamienia, wyrwania dolnej 3-ki i lakowanie jeszcze jednego zęba. Rachunek mógł być o wiele większy, bo planach było plombowanie 2 górnych kłów.

[Snupi uwielbia wynajdywać jakieś kamyczki, śrubki i inne dziwaczne pierdoły, a potem je podgryzać. Na ulicy nie mamy z nim takich problemów, ale gdy siedzimy dłużej u znajomych, albo w pracy Izy, to Snupi wynajduje takie skarby z najgłębszych zakamarków. Prawdopodobnie właśnie tak uszkodził sobie kły. Mógł to także zrobić wtedy, gdy po przeprowadzce do nowego mieszkania, został pierwszy raz sam. W panicznym ataku lęku separacyjnego zaczął skakać i próbować złapać w zęby klamkę od drzwi (wiemy, bo klamka była cała porysowana). Przy tej akcji zdarł sobie skórę z nosa (do dziś ma po tym pamiątkę w postaci białej plamki na samym jego środku).]

Wracając do ich leczenia. Okazało się, że pozornie duże uszkodzenia nie były tak poważne, bo wnętrza zębów nie zostały odsłonięte, więc plombowanie nie było potrzebne. Skąd wzięła się zatem kwota 1000 zł? A no dlatego, że usunięcie kamienia u psa, czy nawet najdrobniejszy zabieg stomatologiczny, wymaga zazwyczaj podania narkozy (mało który pies grzecznie i nieruchomo pozwoli na takie grzebanie).  Narkoza zwiększa więc koszt usługi, a przecież  przed narkozą trzeba zrobić badania sprawdzające stan kardiologiczny psa. W ten oto sposób, grosz do grosza i uzbierała się pokaźna suma.

2.BEZPIECZEŃSTWO PSA

No właśnie, wszelkie zabiegi dentystyczne u psa przeprowadza się pod narkozą. A nie jest to czynność bezpieczna dla organizmu. Jeśli będą Was kiedyś operować, to zawsze powiedzą, że pacjent może się z narkozy nie wybudzić i każdy, nawet najprostszy, zabieg obarczony jest ryzykiem zgonu. Dokładnie to samo dotyczy psów. Również ich dotyczy analogia wieku. O ile młody organizm znosi narkozę w miarę przewidywalnie, to organizmy osób i psów starszych narażone są znacznie bardziej na komplikacje – o ryzyku przeczytać możecie TUTAJ.

3. BEZ KOMENTARZA

Jasne, możemy psu zębów nie myć, ani nie leczyć jamy… ustnej…, tzn. pyskowej 😀 I wyeliminować w ten sposób ryzyko podawania narkozy i wszystkich kosztów leczenia. No… niestety to tak nie działa. Chyba nie muszę tłumaczyć dokładniej, że fatalny stan uzębienia doprowadzi w końcu do próchnicy, ogromnego smrodu, a w końcu stanów zapalanych czy nawet zakażenia całego organizmu z powodu przedostawania się szkodliwych bakterii do jego wnętrza. A to chyba już leczyć zacznie każdy, chyba że nie kocha swojego psa…

Problemy z zębami doprowadzają także do tego, że pies może nie lubić się bawić, bo gryzienie wywołuje u niego ból (niechęć do suchej karmu).

4.Najbardziej namacalną korzyścią mycia zębów jest poprawienie zapachu psiego oddechu.

No niech się zgłosi choć jedna osoba, której pies nie poliże po twarzy chociaż raz w miesiącu? Ktoś powie „przyzwyczaiłem się do zapachu z pyska psa”. No dobra, jednak pomyśl, że przyjemny zapach oraz sam fakt mycia zębów mogą być czymś, co przekona twoich znajomych do większej sympatii nie tylko Twojego psa ale psów generalnie (np. osoby, które uważają psy za brudne, albo rozhisteryzowane matki z małymi dziećmi, które dotychczas uwielbiały psy, ale nagle wszędzie widzą mordercze bakterie i pasożyty).

To ważne nie tylko w odniesieniu do naszych kontaktów z psem. W trakcie podróży liczymy przecież na życzliwość obcych osób. Pies zadbany, czysty i ładnie pachnący zwiększa nasze szanse na wzbudzenie sympatii obsługi i gości hoteli, restauracji, współpasażerów w pociągu, autobusie itd. itp. To nie tylko korzyść oczywista – w postaci większej sympatii do nas. To wizytówka dla psów generalnie. Przecież jest mnóstwo osób, które psów nie lubią, bo uważają je za brudne i śmierdzące. Taka osoba, po kilku godzinach jazdy pociągiem z czystym psem, na pewno nabierze nowego punktu widzenia, a przynajmniej straci wszelkie argumenty, by się nas czepiać 😀

5. Wytworzy u psa odruch, by ze spokojem pozwalał nam zaglądać do swojego pyska.

„Po co?” – może ktoś zapytać. A no po to, gdy chcemy sprawdzić, czy nie rozwalił sobie właśnie jakiegoś zęba albo dziąsła, bo gryzł coś twardego albo ostrego. Albo podczas kontroli stanu generalnego w ramach wizyty u weterynarza. Sprawdzenia czy nie wziął do pyska czegoś szkodliwego, np. trutki. W końcu, żeby podać pastylkę/pastę odrobaczającą i inne lekarstwa, jeśli nie da się tego zrobić podstępem (wymieszane z pasztetem :D).

Preparaty do mycia zębów są przydatne w razie zranienia sobie przez psa dziąsła, języka itd. Zabijają negatywne bakterie, co przyspiesza gojenie ran w jamie gębowej zwierzaka. Chronią przed ich zakażeniem i rozwojem stanu zapalnego. Dlatego, nawet jeśli nie chcemy psu myć zębów codziennie, to warto mieć pastę w psiej apteczce chociaż „na wszelki wypadek”.

6. Czynność pośrednicząca naukom innej czynności lub tworzenia porządku i harmonogramu dnia.

Przykładowo: mycie zębów oznacza, że idziemy już spać, albo nie ma więcej spacerów tego dnia, albo nie dostanie już tego dnia jeść. Wiele psich behawiorystów itd. osób powie Wam, że psy czują się lepiej, gdy mają ustalony pewien porządek dnia i lubią powtarzalność pewnych procesów.

No dobra, teraz powstaje pytanie “jak zacząć myć psu zęby?”.

To żadna filozofia. Po prostu musimy zacząć to robić. Nieważne jak zaczniemy, w 99% przypadków na początku będzie źle… BARDZO ŹLE. Pies będzie się wierzgał, wymigiwał, prychał i wypychał język do przodu. O prawdziwym umyciu zębów możecie zapomnieć. Sukcesem będzie kilkusekundowe włożenie psu palca do pyska oraz to, że większość pasty wyląduje faktycznie na zębach, a nie na uszach, nosie, języku czy na pierwszych dwóch  zębach 😀 Przesadzam, ale chodzi o to, byście się nie zniechęcali. Bo z każdym dniem efekty będą coraz lepsze, a pies coraz bardziej spokojny i cierpliwy, musicie tylko to robić systematycznie i rutynowo. W końcu będziecie mogli w miarę spokojnie rozprowadzić pastę po wszystkich zębach. My myjemy zęby Snupkowi już 3 lata, a i tak nie jest tym wielce zachwycony. Przyznajemy jednak, że zdarza nam się zapomnieć, by robić to codziennie.
Co do tej regularności, to jeśli ktoś bardzo chce, może próbować myć psu zęby 2 razy dziennie. Jednak spokojnie wystarczy raz dziennie – najlepiej na noc przed snem, a przynajmniej tak późno, że będziemy mieli pewność, że pies już nic potem nie będzie jadł i mało pił.
Przy wdrażaniu czynności mycia istotne jest, czym zęby myjecie. Pierwsze kilka podejść powinno się odbyć bez użycia pasty. Gdzie tu zatem mycie?! Nie ma go wcale. Ale chodzi o to, by pies przyzwyczaił się jakkolwiek do tego, że pchacie mu coś do pyska. Pasty posiadają swój zapach (nawet jeśli dla nas jest on niewyczuwalny, to na pewno jest dla psa) i smak, pasta może szczypać, jeśli pies ma jakieś mikro rany, w skrajnych przypadkach może powodować alergie, to wszystko wywoła dodatkowy dyskomfort i niechęć. Dlatego najlepiej zacząć mycie od wkładania samego palca, posmarowanego dodatkowo czymś smacznym i przyjemnym: olejem, masłem itp. (warto mycie dodatkowo uatrakcyjnić, np. traktować jako element zabawy, albo dać psu jakaś nagrodę za to – przysmak, przytulanko, co tylko uznacie za właściwe, byle nie były to czynności i rzeczy, które błyskawicznie wytrą z zębów nałożoną pastę). Potem dopiero przejść na szczoteczkę.

Przed przejściem na szczoteczkę genialnym rozwiązaniem są waciki/płatki Oral Cleansing Wipes firmy Vetfood. Są one nasączone preparatem do mycia do zębów. Używa się ich poprzez zawinięcie na palec. Płatków możemy używać nawet, gdy pies toleruje już szczoteczkę. Ponieważ łatwiej dotrzeć nimi do dalszych zębów przy minimalnym ryzyku zadrapania dziąsła czy policzków plastikiem szczoteczki. Wacik wykonuje także podwójną pracę. Ponieważ równocześnie, gdy skupiamy się na myciu samych zębów, to pozostała jego owinięta wokół palca powierzchnia czyści tkankę policzków i języka, których przecież szczoteczką nie umyjemy. A przecież na nich osadza się równie dużo, jeśli nawet nie więcej, bakterii.Szczoteczka jest jednak o wiele lepsza do pozbywania się resztek osadów i jedzenia z zębów oraz wprowadzenia pasty w szczeliny. Szczoteczka znacznie też przyspiesza mycie zębów. Pod warunkiem że jest to dobra szczoteczka. Czym jest dobra szczoteczka? Najpierw powiem, czym jest gówniana szczoteczka. A taką jest najpopularniejsza w sklepach szczoteczka nakładana na palec. Zwłaszcza jeśli jest to szczoteczka „no name” (od nieznanego producenta). Takie szczoteczki mają zazwyczaj fatalne włosie, które w żaden sposób nie szoruje szkliwa, jest za miękkie.  Te szczoteczki mają też mało poręczny kształt  (więcej na nich plastiku niż włosia, są grube i toporne), bardzo trudno się nimi manewruje, co uniemożliwia umycie zakamarków i jest ogromnie nieprzyjemne dla psa. Najgorsze co może być, to szczoteczki, które zamiast włosia mają gumowe wypustki.  Jak to mawiali kiedyś rodzicie do niesfornych dzieci “tym to możesz się po du*** podrapać”. (Teraz pewnie do dzieci rodzicie już tak nie mówię, bo boją się, że ktoś wezwie opiekę społeczną, albo w ogóle do swoich dzieci nie mówią, bo nie mają czasu ich wychowywać, bo muszą zarabiać na kredyt). Takie wypustki nie mają żadnych właściwości czyszczących. Pasta, zamiast trafiać na zęby, trafia między te gumowe wypustki. Taka szczoteczka nadaje się tylko do masażu dziąseł, jeśli psi weterynarz to zaleci, albo w początkowym stadium – przyzwyczajania do mycia.

Najlepsza jest szczoteczka dwugłowicowa, która na raz myje zęby od dwóch stron. I to włosie stanowi jej przeważającą część. Takie szczoteczki występują też w kilku rozmiarach, odpowiednich do wielkości pyska psa. Ale równie dobrze sprawdzi się zwykła ludzka szczoteczka, której koszt jest 4 razy niższy niż “psiej”. Jeśli zdecydujemy się na ludzką szczoteczkę, ważne by nie było ona za twarda – my zazwyczaj używamy szczoteczki, której sami najpierw używaliśmy przez miesiączy czy dwa i się już trochę “wyrobiła”.CZYM MYĆ ZĘBY? 

Preparatów na rynku jest coraz więcej. My obecnie używamy preparatu OraZn firmy Vetfood. Jakie mamy o nim zdanie? Hmmm my bardzo dobre, Snupi zupełnie inne. Otóż preparat bardzo przyjemnie pachnie dla nas. Wprawdzie nie zawiera żadnych dodatkowych składników zapachowych, to pachnie ledwo wyczuwalnym zapachem świeżości, który powstaje zapewne z połączenia składników zasadniczych. Inne pasty często zawierają dodatkowe składniki zapachowe, które mają zachęcić psa do mycia zębów. Zazwyczaj te zapachy pachną ładnie dla psa, dla ludzi śmierdzą zgniłym kurczakiem i,niestety, czuć go cały dzień. Co więcej, wiele past na rynku zawiera także dodatki smakowe. OraZn jest ich pozbawiony, dla nas to zaleta. Bo one również dodają zapachu i zazwyczaj nie uzyskuje się ich składnikami pochodzenia naturalnego. Podsumowując, powiem tak, nieraz po myciu zębów Snupiemu innymi preparatami, śmierdziało mu przez te dodatki z pyska gorzej, niż bez mycia zębów. Tymczasem po OraZn z pyska Snupiego nie pachnie ładnie, najzwyczajniej NICZYM NIE PACHNIE i jest to stan wręcz idealny. Aż chce się, żeby pies ci mordę lizał 😀

Co do składu tej pasty, to ogromną zaletą jest, że ma w sobie bardzo mało świństw o wątpliwym dla zdrowia oddziaływaniu. Skład tej pasty jest naprawdę ograniczony do minimum (zaledwie 7, inna jakiej używaliśmy miała ich ponad 12 i były w niej Sodium Benzoate, Sodium Saccharin). Tutaj podstawę stanowią naturalne składniki (woda dejonizowana, glukonian cynku) i uzupełnienie stanowi nieokreślony metylo i propylo paraben (przydałoby się wskazanie ze strony producenta jaki).

OraZn na rynku wyróżnia konsystencja. Wiele psich past przypomina w niej ludzkie, a więc są gęste i zbite. Tymczasem ten preparat  to żel o bardzo płynnej konsystencji. Oczywiście nie płynie jak woda, ani olej,  ale nie da się jej nałożyć w jedną zbitą kulkę jak pastę. Zacznie się on rozlewać. W konsystencji jest minimalnie gęstszy niż mydła w płynie do mycia rąk. Dla jednych będzie to zaleta, bo trochę łatwiej rozprowadzić żel równomiernie na szczoteczce i na zębach. Dla innych wada, bo przy niechętnym udostępnianiu pyska przez psa, możemy żel ze szczoteczki stracić, zanim w ogóle dostaniemy się do pyska. Trudno mi powiedzieć, jak konsystencja wpływa na utrzymywanie się na zębach. Zasada jest jedna – im dłużej tym lepiej, bo składniki mają więcej czasu, by wykonać swoją pracę. Jedyne co mogę powiedzieć, to że po tej paście Snupi miał jakby mniej nalotu niż przy innych pastach, no i zapach z pyska stał się przyjemny już po pierwszym użyciu. Ale czy to efekt lepszego przylegania, czy po prostu jakiegoś składnika, nie wiem.

Pasta wyróżnia się też kolorem. Zazwyczaj pasty są białe, tutaj żel jest niebiesko-przezroczysty. Dzięki temu nie widać go, gdy ubrudzimy psu sierść, sobie ubranie, albo pościel łóżka, kanapę, czy cokolwiek innego. Z drugiej, w połączeniu z płynną konsystencją, nie pozwala z łatwością zauważyć na zębach –  gdzie preparat już jest, a gdzie nie. Może gdyby pasta była mniej przezroczysta, a bardziej intensywna w barwie, to ten niebieski kolor byłby ogromną zaletą.

Pasta ma też dobry system otwierania i zamykania. Gwarantuje szczelność w obie stron: z jednej strony pasta się nie rozleje i nie wyciśnie przypadkowo, np. podczas transportu w bagażu,  z drugiej strony do środka nie dostaje się powietrze. Nie ma też w tym systemie zakamarków, gdzie pasta pozostaje bez możliwości jej wyczyszczenia. System umożliwia też zaaplikowanie dokładnie takiej ilości pasty, jaką chcemy. Jeśli mamy psy z ogromny pyskiem, to system umożliwia też nakładanie preparatu bezpośrednio na zęby.

Dla nas pasta jest świetna, mogę chyba nawet powiedzieć “najlepsza” – używaliśmy dotychczas 5 różnych past. Snupi nie miał nigdy tak świeżego oddechu i ładnych zębów. Niestety, z jakiś powodów pasta nie pasuje Snupiemu. Jak wspomniałem, od 3 lata myjemy mu zęby, więc zdążył się do tego przyzwyczaić. Czasami wręcz wydaje nam się, że to lubi. Tymczasem gdy zaczęliśmy myć tym preparatem, to Snupi zaczął robić różne manewry w celu uniknięcia mycia zębów, łącznie z chowaniem się pod łóżko, skąd nie mamy fizycznej możliwości go wyciągnąć. Jest to też o tyle dziwne, że to właśnie OraZn był pierwszą pastą, od której zaczęliśmy dbać o zęby Snupiego 3 lata temu. Może właśnie dlatego teraz jej nie lubi 😀 Doszło do tego, że Snupi zaczął już nam uciekać codziennie, wie doskonale kiedy zbliża się godzina mycia, bo działa zasada schematu, o której wspomniałem w pkt. 6.

UWAGA: Wiele osób mówi, a ja nie muszę myć swojemu zębów, bo jest jeszcze młody. Albo mój je suchą karmę i gryzie kości. Cóż nie będę tutaj nikomu narzucał, co ma robić ze swoim psem. Ale na własnym przykładzie widzimy, że używanie gryzaków, czy suchej karmy (Snupi je suchą karmę od 7 lat) nie wystarczy do zapewnienia dobrego stanu jamy ustnej. Lepiej zacząć psu myć zęby już za młodu, bo go przyzwyczaimy od początku i uchronimy, a przynajmniej o wiele zredukujemy, ryzyko nieprawidłowości na wiele, wiele lat. Psy kiedyś wraz z pokarmem jadły piasek, obgryzały kości i następowało ścieranie kamienia, a zęby były też w nieustanym użyciu.

Dzielny, ale fochnięty, pacjent 😀

Test innej pasty do zębów znajdziecie TUTAJ

Jeśli doceniasz pracę, jaką włożyliśmy w stworzenie tego obszernego poradnika, znacząco on Ci pomógł lub czytanie naszego bloga jest dla Ciebie najzwyczajniej… przyjemnością, to będziemy ogromnie szczęśliwi, jeśli zdecydujesz się nam odwdzięczyć i kupić komiks naszego autorstwa – szczegóły o nim przeczytasz TUTAJ.

Pierwsza autostopowa podróż w 2014 r. całkowicie odmieniła nasze życie. Ale gdyby nie Snupi, to nigdy by do niej nie doszło i nigdy nie powstałyby „Podróże z Pazurem”. O tym, a także o rozpoczęciu w 2017 r. ciągle trwającej wyprawy dookoła świata, opowiada 1. odcinek KOMIKSU

Możesz także wykonać darowiznę. Ten blog od strony czysto finansowej to dla nas spory wydatek, a nie źródło realnego dochodu (o czym poczytać możecie TUTAJ). Pomóż nam go prowadzić. Każda złotówka się liczy i nawet taką kwotę możesz przekazać. Jeśli każdy, kto skorzystał z naszych poradnikowych artykułów, przelałby zaledwie po “tej 1 złotówce”, to zebralibyśmy w ten sposób ponad 20 tys. zł. Co, przy naszym sposobie podróżowania, starczyłoby na blisko rok życia w trasie i możliwość przecierania szlaku dla kolejnych psi podróżników. Tak, jak uczyniliśmy to tym artykułem.

  1. Możesz wesprzeć nas poprzez platformę Patronite https://patronite.pl/podroze-z-pazurem
  2. Lub, jeśli wolisz, poprzez bezpośredni przelew na konto bankowe 62 1090 1014 0000 0001 3754 5690 Izabella Miklaszewska, w tytule darowizna (według polskiego prawa, każda osoba fizyczna może każdej innej wykonać darowiznę). Przelew możesz wykonać także poprzez PayPal – na to samo nazwisko i odnośnik do naszego konta paypal.me/zpazurem

Za darowizny znacznie przekraczające nasze oczekiwania, będziemy wysyłać różne podziękowania, o czym dokładnie poczytać możesz na stronie Patronite. Np. zaproszenie do “tajnej” grupy, gdzie możesz być z nami w stałym kontakcie,  zadać bardziej skomplikowane i indywidualne pytania. Czy to poprosić o pomoc w doborze sprzętu, czy poradę ws. podróżowania z psem, z plecakiem, w trudne tereny, w góry… Zapytać o kulisy prowadzenia bloga, czy poprosić o wskazówki do rozpoczęcia/prowadzenia swojej twórczości. Inna opcje, to że do Ciebie zadzwonimy z miejsca, gdzie aktualnie jesteśmy, umówimy się na spacer, a może nawet dołączysz do nas na jakimś etapie wyprawy i nauczymy Cię wszystkiego, co potrafimy. Dziękować też będziemy m.in.  przypinkami (tzw. button) lub magnesami na lodówkę z otwieraczem do kapsli z grafiką naszego bloga (zdjęcie poniżej).

3. Wesprzeć nas także możesz poprzez zakup koszulki/bluzy z wzorami naszego autorstwa w sklepie Power Canvas TUTAJ (20% zysku z nich idzie do nas).

4. Możesz także wykorzystać nasz “link polecający” przy dokonywaniu swojej rezerwacji noclegu w wyszukiwarce airbnb. Jeśli dokonasz rezerwacji za minimum 300 zł po wejściu na airbnb przez ten link https://www.airbnb.pl/c/piotrm1636?currency=PLN , to otrzymasz zniżkę 100 zł, a my 50 zł “nagrody”.

Ten blog od strony czysto finansowej to dla nas spory wydatek, a nie źródło realnego dochodu (o czym poczytać możecie TUTAJ). Pomóż nam go prowadzić.

Przypinka i magnes mają po 56 mm średnicy.
Z projektu bluzy jesteśmy najbardziej dumni, ale są także 3 zacne wzory koszulek. Wszystko w wersji damskiej i męskiej TUTAJ

LEKKIE (BIEGOWE) BUTY – rzeczy przydatne w podróży

Moje lekkie buty to La Sportiva Lycan.

W podróż z plecakiem trudno zabrać kilka par butów, właściwie – dwie to już jest niezły wyczyn. Poza wagą, problemem jest miejsce w plecaku. Chyba, że ktoś wprowadzi w życie pomysł blogerów Ale Jazda i zamiast dużych plecaków, będzie podróżował z gigantyczną walizką na kółkach i wsadzi tam 6 par butów. Obawiam się, że przy takim wizerunku zostaniemy zjedzeni na śniadanie przez miejscowych, jako typowe białasy gringo. To, co uchroniło Ale Jazdę, to chyba tylko perfekcyjna znajomość języka hiszpańskiego u Gosi, podczas gdy zwiedzali Amerykę Południową. Osobiście uznaję to też za wyjątkowo niepraktyczny bagaż.

Większość podróżników ogranicza się do jednej pary wysokich butów trekkingowych i jakiś sandałów. Dla mnie pomysł sandałów jest trochę poroniony. Sandały w żaden sposób nie chronią przed kamykami, korzeniami, owadami, insektami i o wiele groźniejszymi zwierzętami, jak węże, skorpiony, ani syfem, jaki w wielu mniej cywilizowanych miejscach świata znajduje się na ulicy, a momentami wręcz po niej płynie przy okazji większego deszczu. Sandały w żaden też sposób nie stabilizują kostki. No i sprawdzić się może mogą w południowo-wschodniej Azji, a nie np. w Ameryce Południowej, gdzie niektóre większe miasta leżą na wysokości ponad 3 tys. m n.p.m. i jest tam najzwyczajniej zimno, gdy tylko zajdzie słońce.

Po co w ogóle mieć drugą parę butów, poza samym czynnikiem temperatury? Noszenie w kółko wysokich butów trekkingowych jest najzwyczajniej niezdrowe dla naszego organizmu! Szokujące? Już tłumaczę. Otóż jeśli cały czas będziemy chodzić w takich butach, to osłabiać będziemy mięśnie i ścięgna okolic stawu skokowego. Bowiem wysokie buty podtrzymują te tkanki, niejako je odciążają, więc jeśli będziemy je tak ciągle wspomagać, to przestaną działać w pełnym zakresie. To jak elementy w silniku, czy każde urządzenie – nieużywane, przestaje należycie pracować. Buty trekkingowe też bardzo mocno amortyzują/tłumią, co z kolei jest niezdrowej na mięśni samej stopy. Każdy ortopeda powie Wam, że najzdrowsze jest chodzenie boso, oczywiście zwykłe chodzenie – bez biegania, bez zbyt dużej ilości kilometrów, bowiem w stopach również mamy mięśnie, które powinny pracować. Nieustanne chodzenie po miękkim, w butach, które nie pozwalają stopie działać w jej pełnym zakresie, doprowadzić może do płaskostopia i innych deformacji. Dlatego za każdym razem, kiedy mamy okazję zrezygnować z butów trekkingowych, powinniśmy to robić. Noszenie wysokich butów zatem jest dobre tylko w trudnym terenie. Pomijam już wątek dyskomfortu noszenia takich butów przy wysokich temperaturach, czy chęci wyglądania chociaż trochę bardziej normalnie podczas np. spaceru po mieście, a nie jak człowiek z lasu

Warto też zastąpić czasem buty trekkingowe dla ich własnego dobra. Zazwyczaj takie buty są bardzo drogie, więc po co ścierać w nich podeszwę, generalnie je zużywać, tam gdzie są zbędnę? Warto też dać butom się przewietrzyć, umyć je co jakiś czas, by nie zrobiło nam się w nich siedlisko wszystkich możliwych bakterii.

Idealnym rozwiązaniem, jak buty zapasowe, mogą być buty do biegania. Nawet jeśli bieganie to ostatnia rzecz, jaką chcielibyście robić w swoim życiu. Czemu?

Z całej puli butów sportowych, są jak najbardziej zbliżone do normalnych butów, a jednocześnie sprawdzą się w terenie (pod warunkiem, że nie będą to buty do biegania po mieście, bo te mają dość śliskie podeszwy i bardzo mocną amortyzację, by tłumić twardość asfaltu). Nawet wśród butów do biegania w terenie, tzw. trailowych, należy poszukać tych najbardziej odpowiednich, np. z jak najmniejszym „dropem” – czyli podniesieniem czubka buta, które ułatwia przetaczanie stopy.

Jaka jest zaleta butów do biegania, względem np. zwykłych trampek? Przede wszystkim waga, para moich butów waży La Sportiva Lycan waży zaledwie 510 g, a da się kupić jeszcze lżejsze. Podeszwa, która ma o wiele lepsze właściwości trakcji i przyczepności, niż zwykłe buty. Jeśli trzeba będzie zrobić jakąś 1-dniową czy kilkugodzinną wycieczkę w teren, to spokojnie dadzą radę. Takie lekkie buty są też zazwyczaj zrobione z bardzo przewiewnych i elastycznych materiałów, więc noga będzie w nich bardzo dobrze oddychać i można je z łatwością upchać i zgnieść w plecaku czy uprać. Jednocześnie, jak dobrze poszukacie, but wciąż może bardzo dobrze chronić przed syfem na szlaku i przeszkodami na drodze. Spójrzcie na moje buty. Widzicie, jak wysoka jest podeszwa i otok wzmacniający but? Dzięki temu spokojnie mogę wejść w jakąś większa kałużę i wyjść z niej suchą stopą. Piach nie dostaje się do środka, czy nawet wejście w coś paskudnego na ulicy, nie zabrudzi mi całego buta. Na czubku mam też dość mocny kawałek gumy, chroniący palce przed uderzeniami w przeszkody.

A zamiast sandałów, proponuję zabrać jak najlżejsze klapki. W ostateczności możemy w nich wyjść na ulicę, ale przede wszystkim przydadzą się do chodzenia pod prysznic czy po prostu w pomieszczeniach, bo w hostelach, hotelach i ich łazienkach bardzo łatwo złapać jakąś grzybicę skóry. Japonki zabieramy ze sobą nawet na trekkingi w terenie, nawet w wysokie góry. Wtedy zostawiamy sobie japonki przy wejściu do namiotu i gdy w nocy musimy iść siku albo wyjść z namiotu podczas wielkiej ulewy, to zamiast zakładać buty przez 2 minuty, moczyć je deszczem, to wsuwamy sobie raz-dwa japonki.

Recenzja psiej pasty do zębów Zymo Dent

Recenzja psiej pasty do zębów Zymo Dent

Jak ważne jest mycie psu zębów wskazałem w artykule czy warto i jak myć psu zęby.  Nie będę tutaj powtarzał ogromu korzyści, jakie daje. Przypomnę tylko jeden wątek: mycie zębów poprawia zapach psiego oddechu. To ważne nie tylko w odniesieniu do naszych kontaktów z psem. W trakcie podróży liczymy przecież na życzliwość obcych osób. Pies zadbany, czysty i ładnie pachnący zwiększa nasze szanse na wzbudzenie sympatii obsługi i gości hoteli, restauracji, współpasażerów w pociągu, autobusie itd. itp. To nie tylko korzyść oczywista – w postaci większej sympatii do nas. To wizytówka dla psów generalnie. Przecież jest mnóstwo osób, które psów nie lubią, bo uważają je za brudne i śmierdzące. Taka osoba, po kilku godzinach jazdy pociągiem z czystym psem, na pewno nabierze nowego punktu widzenia, a przynajmniej straci wszelkie argumenty, by się nas czepiać 😀

Kolejna zaleta, o jakiej zapomniałem w poprzednim artykule. Preparaty do mycia zębów są przydatne w razie zranienia sobie przez psa dziąsła, języka itd. Zabijają negatywne bakterie, co przyspiesza gojenie ran w jamie gębowej zwierzaka. Chronią przed ich zakażeniem i rozwojem stanu zapalnego. Dlatego, nawet jeśli nie chcemy psu myć zębów codziennie, to warto mieć pastę w psiej apteczce chociaż „na wszelki wypadek”.

My myjemy Snupiemu zęby codziennie. Zymo Dent od firmy ScanVet uznajemy za jedną lepszych past dla psa, dotychczas używaliśmy już 5 różnych (najlepsze według nas to Maxi Guard Oral Gel – znana także pod nazwą OraZn). Po jednych Snupiemu waliło z pyska zgniłym kurczakiem, gorzej niż przed myciem, a zapach utrzymywał się cały dzień. Inne miały w sobie ogromnie dużo dodatków uznawanych za szkodliwe dla zdrowia. Inne, z niewiadomych dla nasz przyczyn, całkowicie nie pasowały Snupiemu. Do tego stopnia, że mimo 3-letniego przyzwyczajenia do mycia zębów, zaczął się przed nim chować pod łóżko. W końcu zaczął to robić codziennie, a my nie mieliśmy jak go stamtąd wyciągać. Nadszedł więc czas na zmianę pasty. Niektóre pasty mogą też wywoływać u niektórych psów problemy żołądkowe.

Zymo Dent okazuje się dobrym konsensusem. Snupi go lubi i chętnie pozwala myć sobie nim zęby, zapewne pomaga w tym dodatek zapachowy – aromat mięsny, który dla nas jest niemal niewyczuwalny. My z kolei lubimy preparat najbardziej za to, że nie ma wad innych preparatów, a jednocześnie daje dobre rezultaty w zapobieganiu osadzaniu się kamienia.

Jakie są dodatkowe zalety? Ma bardzo poręczny system dozowania poprzez pompkę, która – co ważne – umożliwia takie nią manipulowanie, by wycisnąć tylko pożądaną przez nas dawkę preparatu. A nie od razu porcję dla słonia. Niby zalecane dawki (według wagi psa) podane są poprzez pełne naciśnięcia pompki, jednak gdy damy psu odrobinę więcej czy mnie, nic się nie stanie. Tymczasem aplikowanie według potrzeb własnych jest bardzo przydatne. Przykładowo, gdy rozkładamy mycie psich zębów na etapy najpierw lewa strona, a potem prawa (analogicznie najpierw dół, potem góra), albo pies wylizał i połknął część preparatu od razu ze szczoteczki zanim zdążyliśmy dotknąć nią zębów, albo zaczął się ruszać i połowa pasty wylądowała na jego uszach zamiast w pysku. Drobnym minusem systemu dozowanie jest, że w otworze zostaje trochę pasty, która może wysychać, ale zapobiega temu dołączony szczelny i bardzo mocno trzymający się kapturek. Dopóki go nie zgubimy lub nie zniszczymy (a wykonany jest z solidnego, ale elastycznego plastiku, więc o to trudno), to działa bez zarzutu. Pasta nie wycieka też samoczynnie, co ma często miejsce w różnych preparatach na pompkę. Na plus jest też pozostała część opakowania – z twardego i wytrzymałego plastiku. Co ogranicza uszkodzenia w razie transportu, upadku, czy zwykłego codziennego użytkowania (jedna pasta, której kiedyś używaliśmy była w „metalowej” tubce, jak niektóre maści z apteki czy mleko skondensowane w tubce. Po kilku tygodniach było w niej już mnóstwo dziur, przez które pasta wyciekała). Do tego dochodzi poręczny kształt do trzymania w ręce oraz stabilna pozycja gdy produkt stoi (to ważne, gdy preparat przechowujemy na jakieś małej/wąskiej szafce, gdzie jest mało miejsca, albo stoi w miejscu, gdzie łatwo z niej coś strącić).

Na plus jest też duża pojemność opakowania: 100 ml, co przy cenie ok. 40 zł jest bardzo sensowne i wyróżniające na tle konkurencji. Aczkolwiek każda z past (różnych producentów) ma swoje własne konsystencje, więc trudno porównać ich wydajność. Zwłaszcza przy używaniu na Snupim, który jest mały, więc zużycie jednego opakowania zajmuje kilka miesięcy. Pastę można kupić w gabinetach weterynaryjnych, sklepach zoologicznych (również w internetowych)

W Zymo Dent konsystencja i kolor są zdecydowani zaletami. Pasta jest lekko kremowa i na tyle gęsta, że widać na zębach gdzie udało nam się już ją rozprowadzić. Mieliśmy z tym problem w poprzedniej paście. Konsystencja zapobiega też gubieniu pasty ze szczoteczki.

No i jeszcze jeden plus – skład. Preparat jest zbudowany chyba z samych naturalnych składników: peptydy mleka, lizozym, sól izotiocyjanianowa, krzemionka, chelat cynku, jedyny enigmatyczny składnik to „substancje pomocnicze”, które nie są wyszczególnione.


Z drobiazgów, to warto też podkreślić łatwe do recyklingu opakowanie papierowe, w którym kupujemy preparat. Oraz załączenie do niego szczoteczki. Wprawdzie nie jest to dobra szczoteczka, bo taką jest szczoteczka dwugłowicowa z włosiem. A tutaj otrzymujemy szczoteczkę nakładaną na palec bez włosia – z gumowymi wypustkami. Takie szczoteczki są zazwyczaj tragiczne, co dokładnie opisałem we wspomnianym we wstępie artykule. Ale ta jest o  tyle lepsza, że jest wykonana w całości z elastycznego materiału przypominającego silikon. Dzięki temu jest bezpieczniejsza dla delikatnej błony w pysku i jest nią łatwiej manipulować. Dzięki temu nadaje się do używania na samym początku wprowadzania czynności mycia zębów do psiego życia. Gdy, zamiast na samym myciu, najbardziej zależy nam na przyzwyczajeniu psa do tego, że wkładamy mu coś do pyska.

Szczoteczka dwugłowicowa, zapewnia najszybsze i najdokładniejsze mycie zębów. Szczotka jednocześnie myje dwie płaszczyzny zębów. Takie szczoteczki występują w kilku rozmiarach, odpowiednich do wielkości pyska psa.

Pastę można też używać do mycia zębów kotów i innych stworzeń. Kto wie, może jak będziemy na jakimś odludzi w Ameryce Południowej i skończy się mnie i Izie nasza pasta, to też skorzystamy 😀 W sumie…to może już teraz spróbuję i porównam z tą, przed którą Snupi chował się pod łóżko. Może odkryję co mu tak nie pasowało 😀

Plan wyprawy do Ameryki Południowej

Plan wyprawy do Ameryki Południowej

RUSZAMY na baaaardzo długą wyprawę DO AMERYKI POŁUDNIOWEJ. Oczywiście zabieramy SNUPKA!

Niestety wszystkie europejskie linie lotnicze odmówiły przelotu Snupiego w kabinie pasażerskiej (bo odrobinę przekracza wagę i rozmiar, które by na to pozwalały). Na jego transport pod pokładem się nie godzimy. Tak, wiemy i słyszeliśmy o ESA (emotional animal support), ale to niezwykle trudne do załatwienia.

Próbowaliśmy zdobyć też miejsce na statku towarowym (kontenerowcach), bo niektóre udostępniają kilka miejsc dla pasażerów, ale one też nie zgodziły się na transport psa. Zresztą rejs na nich jest droższy niż przelot samolotem. Teraz już nawet nie chcemy wracać do tych opcji, bo przed nami pojawiła się arcy ciekawa opcja jachtostopu czyli czegoś w rodzaju autostopu, tylko zamiast do samochodu próbujemy załapać się na pokład jachtu… to dopiero będzie przygoda 🙂

Rozmawialiśmy już z kilkoma doświadczonymi żeglarzami, którzy udzielili nam bardzo wartościowych porad i wyjaśnień. Upewnili nas również, że nasz plan jest jak najbardziej realny i dobrze przemyślany. Zacytuję tutaj jednego z nich “Są ludzie odważni i potem ludzie tacy, jak Wy. Są tęż ludzie szaleni i nierozważni, ale tej granicy chyba jeszcze nie przekroczyliście”

No właśnie – nasz plan i harmonogram podróży:. Zamierzaliśmy ruszyć na przełomie kwietnia i maja. Niestety w tym okresie jachty wracają do Europy z Karaibów. Uciekają przed huraganami, których kulminacja trwa od końca czerwca do końca sierpnia. Oczywiście zdarzają się osoby, które płyną jeszcze na Karaiby i szybko wracają, bo mają tam coś do załawietnia. Można też płynąć w okresie huraganów południowymi wodami Atlantyku – bezpośrednio do Ameryki Południowej – gdzie huragany wtedy nie wystąpują. Jednak ilość takich osób jest znikoma, ich odnalezienie, a następnie zgranie z nimi z odpowiednim wyprzedzeniem czasu byłyby niemal niemożliwe. Zresztą jeśli już zdecydowaliśmy się na jacht, to chcemy wykorzystać tę okazję i zwiedzić Karaiby. Wyobrażacie to sobie – polski kundelek ze schroniska na Karaibach 😀

Może się okazać, że nie uda nam się przez internet znaleźć jachtu. Wtedy będziemy musieli łapać okazje bezpośrednio w portach. Okres i miejsce, w których szansa na złapanie jachtostopu będzie największa, to październik na Wyspach Kanaryjskich. Przez te wyspy przepływa niemal każda łódka, która przeprawia się przez Atlantyk, choćby zaczęła rejs we Francji, Wielkiej Brytanii, z akwenu Morza Śródziemnego czy Morza Bałtyckiego.

Oczywiście nie chcemy czekać aż do października. Dlatego ruszamy na przełomie lipca i sierpnia. Wtedy ruszamy autostopem do Hiszpanii. Zapewne po drodze zawitamy do Holandii, by Iza mogła pożegnać się z rodziną, która tam mieszka. (AKTUALIZACJA: ponieważ rodzice Izy przyjeżdzają do Polski 24 lipca, to widzimy się z nimi tutaj i zamiast jechać przez Holandię, Belgię i całą Francję – które wydają nam się mało atrakcyjne do zwiedzenia, kierujemy się bardziej na południe. Pojedziemy więc trasą przez Szwajcarię i może północne Włochy. Skoro mamy okazję zawitać ponownie do Szwajcarii, nie mogliśmy sobie odmówić tej przyjemności. To chyba nasz ulubiony, z dotychczas odwiedzonych, krajów. Dlaczego? Wystarczy obejrzeć nasze zdjęcia i filmy stamtąd i przeczytać nasz wpis o tym kraju).

Z Hiszpanii przedostajemy się do Maroko, które chcemy dokładnie zwiedzić, na co przeznaczamy około miesiąca. Z Maroko przedostajemy się na Wyspy Kanaryjskie, ale nie by od razu łapać okazję do przeprawy przez ocean, tylko by zwiedzić je na spokojnie, na co również dajemy sobie około miesiąca. A gdy sezon przepraw będzie się zbliżał, będziemy już na miejscu, zwarci i gotowi w porcie Las Palmas na wyspie Gran Canaria. A co potem… to już będzie zupełnie inna historia… 🙂

Wkrótce napiszemy kolejny wpis o tym, czego się dowiedzieliśmy odnośnie pływania z psem.

Przed nami jeszcze zdobycie podstaw języka hiszpańskiego, uzupełnienie sprzętu, w tym sprzętu do vloga (którego uruchomimy wraz z rozpoczęciem wyprawy), kilka szczepień, sprzedaż niepotrzebnych rzeczy i zakończenie dziesiątek drobnych spraw w Polsce.

Jeśli jest tutaj ktoś, kto chciałby nam jakkolwiek pomóc, to ogromnie nas to ucieszy. Przede wszystkim prosimy, byście pamiętali przy wszystkich rozmowach i kontaktach ze znajomymi o tym, że wciąż szukamy załogi, która nas zabierze.

Trzymajcie kciuki i łapy.

Dziękujemy http://regraf.edu.pl/ za piękną mapę. Jak widać, cały świat leży u łap Snupka.

 

SZURU-BURU BURY BURKU – czyli recenzja szamponu dla psa Selecta Herba Supreme

SZURU-BURU BURY BURKU – czyli recenzja szamponu dla psa Selecta Herba Supreme

Średnio co trzecia osoba, która głaszcze Snupka, stwierdza „ale on ma ładną sierść i jaki on czysty!”. Przyznajemy, kąpiemy Snupiego dość często. (Sam jest sobie winien, wprawdzie wytarzał się w czymś śmierdzącym zaledwie kilka razy w swoim życiu, ale za to często wykorzystuje chwilę naszej nieuwagi i zdobywa głaski od jakiś bezdomnych albo pijaczków… Albo zabieramy go na ognisko, gdzie 30 osób tarmosi go rękami po kiełbaskach, itd. itp. Generalnie mam trochę świra na punkcie bakterii, co jest dość problematyczne przy naszych podróżach 😀 ). Ale wracając do meriutum, średnio wychodzi 1,5 raza w miesiącu. A od listopada do kwietnia bywają okresy, kiedy Snupi ląduje pod prysznicem codziennie. Przynajmniej na opłukanie łap i brzucha z błota oraz ulicznego syfu. Co dziwne, kiedy Snupi biega, to brudzi się mniej, niż kiedy sobie po prostu drepcze – no cóż, najwyraźniej Snupi został wręcz stworzony do naszego aktywnego trybu życia.

Zazwyczaj nie miało dla nas większego znaczenia, jakiego szamponu używamy. Bo zdrową sierść Snupi zawdzięcza przede wszystkim karmie dobrej jakości. Oczywiście szamponów nie kupowaliśmy marketowych za 5 zł, ale każdy następny był inny. Taki, jaki akurat trafił się w promocji przy okazji zakupów w internetowym sklepie zoologicznym.

Teraz w nasze mokre ręce, a właściwie Izy, bo to ona myje Snupiego, gdyż ja dostaję uczulenia od mokrej sierści psa, trafiły 2 szampony Herba Supreme firmy Selecta HTC: jeden uniwersalny a drugi odżywczo-regenerujący. Tutaj znajdziecie całą ofertę z tej serii szamponów http://selectahtc.com.pl/produkty-kategorie/szampony-hipoalergiczne-ziolowe/

Jak się sprawuje produkt podczas kąpieli? Zamiast próbować to opisać, najlepiej pokażę film z mycia, bo będzie na nim wszystko dokładnie widać. Dla tych, którzy myślą „czy ten koleś właśnie każe mi oglądać, jak kąpie psa”, zachętą może być niespotykany na naszych zdjęciach i filmach wizerunek Snupiego bez odstającego w każda stronę futra. Mokry wygląda jak najprawdziwsza foka. Może ta nasza przeprawa przez Atlantyk jeszcze obudzi w nim pradawne morskie instynkty 😀

 

 

Jak zauważyliście, szampon pieni się bardzo dobrze. Według nas to zaleta, bo mycie psa bez poślizgu piany staje się mozolnym wysiłkiem. Zazwyczaj do mycia ogona Snupiego używaliśmy ludzkiego szamponu – zaraz jakaś ześwirowana pańcia zadzwoni ze skargą na nas do Greenpeace, że„przecież pies ma inne PH SKÓRY niż człowiek, że tam jest mnóstw CHEMII”. Cóż… na ogonie Snupka jest tyle niewyczesanego futra (bo bardzo niechętnie udostępnia go do czesania), dodatkowo Snupi cieszy się przez 99,9% swojego życia, więc ogon poleruje każdą napotkaną powierzchnię. Żaden inny szampon dotychczas nie radził sobie z takim wyzwaniem, przynajmniej nie na naszą cierpliwość. Wolimy szybkie mycie odrobiną ludzkiego szamponu, niż 5 razy myć ogon ogromną ilością psiego. Tymczasem Herba Supreme daje radę. Może nie za 1 razem, ale wystarczą 2 tury mydlenia.

Szampon jest naprawdę bardzo wydajny. Na zdjęciu poniżej widać ile ubyło po 1-razowym użyciu każdej butelki na 9 kg psa z ogromną ilością futra. Identyczna ilość, a więc obydwa  rodzaje szamponów są równie wydajne. Koleżanka, która testowała ten szampon pisała, że zużyła prawie cały szampon na 2 średniej wielkości psy i szampon pienił się bardzo słabo (akurat dla niej to zaleta, bo piana może się dostać do oczu psa…). Moja odpowiedź na to jest taka: pomyśl o środowisku naturalnym i nie wywalaj do niego litrów szamponu oraz pamiętaj, że na skórze psa zostają resztki szamponu (im więcej go użyjesz, tym więcej go zostanie, a to nie jest zdrowe dla skóry). Dlatego szamponu nie powinno nakładać się bezpośrednio na skórę psa. Tylko na swoją rękę, dodać odrobinę wody i wtedy zacząć szorować psa. Przy takim rozwiązaniu szampon dużo lepiej się pieni i zużywamy go mniej, niż lejąc go bez umiaru na całą długość grzbietu psa. Butelka Herba Supreme zawiera 250 ml, co jest standardową ilością dla psich szamponów.

Jakie są pozostałe zalety szamponów?

– przezroczysta butelka, dzięki temu wiemy dokładnie ile szamponu zostało

– butelka ma jednakowy na całej swojej długości kształt, dzięki temu jesteśmy w stanie ocenić ile zużywamy na jedno mycie, co, w połączeniu z punktem poprzednim, pozwala z wyprzedzeniem zaplanować zakup nowego szamponu

– butelka jest wąska, więc bardzo wygodnie i pewnie (gdy wszystko jest mokre) się ją trzyma – nawet Iza ze swoimi szczurzymi łapkami daje rade. Wygodnie też szampon można spakować na jakiś wyjazd. No i butelki są bardzo estetyczne, utrzymane w eleganckiej koncepcji. A nie, jak większość szamponów w szaro-burej tubce, albo białym plastiku niczym lekarstwa i chemia ze szpitala 😀

– świetne zamykanie: jednym ruchem kciuka otwieramy i zamykamy – nie ma więc zmartwień o rozlaniu szamponu lub nalanie niechcący wody do środka, gdy odstawiamy go na chwilę przed kolejnym namydlaniem. Szampon możemy postawić w dowolnym, wygodnym dla nas miejscu, podnosić i otwierać jedną ręką, a drugą mamy wolną do trzymania słuchawki prysznica, albo psa – jeśli trafi się taki, który lubi uciekać z kąpieli (my tego problemu nie mamy, Snupi grzecznie czeka na koniec, niczym na ścięcie, ale po kąpieli strzela focha na naszą dwójką – bo ja go zawsze wycieram)

Najważniejszą zaletą szamponu jest jego prawie zdrowy skład. Jak chwali producent: bez parabenów (konserwantów) bez barwników i bez substancji zapachowych. Poświęciłem z 40 minut na rozszyfrowywaniu tych wszystkich składników o dziwacznych nazwach i żaden, który znajduje się w tych szamponach, nie jest uznawany za agresywny. Czemu piszę więc „prawie zdrowy skład”? Bo o każdym z tych składników znalazłem 10 stron mówiących, że dany składnik jest bezpieczny i pochodzenia naturalnego, ale równocześnie znajdywałem ze 2, na których było napisane, że jest szkodliwy. No cóż, ja nie zamierzam wpadać w obłęd i panikę. W takich czasach żyjemy – kiedyś umieraliśmy na zapalenie wyrostka robaczkowego i grypę, teraz będziemy umierać na raka. Nie jestem ekspertem w tej dziedzinie i nie stanę się chemikiem i dermatologiem po lekturze kilku artykułów w internecie. Dla mnie najważniejsze, że składniki w tym szamponie nie należą do tych uznawanych za ewidentnie szkodliwe i agresywne. A o tym, czy tak na 100% jest, nigdy się nie dowiemy, bo z jednej strony mamy rozhisteryzowanych hipsterów, którzy wszystko mają za szkodliwe, oprócz swojej ignorancji. A z drugiej lobby branży kosmetycznej, które wyda ogromne sumy, by „udowodnić”, że dany składnik jest bezpieczny.

Jako ciekawostkę powiem Wam jeszcze, że w Polsce nie da się już kupić prawdziwego szarego mydła! Przynajmniej, jeśli chodzi o produkty ogólnodostępne w sklepach w całej Polsce. Szare mydło powinno być pochodzenia potasowego, a nie sodowego. I kolejna ważna rzecz, większość mydeł, które reklamuje się jako zdrowe i naturalne, ma w swoich składach najgorszy syf, łącznie z ropopochodnymi składnikami. Ale nie wchodzę dalej w ten temat, bo to nie miejsce i czas. Powiem tylko tyle, że mój kolega sam robi mydła wyłącznie z wykorzystaniem naturalnych oraz podstawowych składników. Odkąd używam mydeł od niego, to moja skóra jest o wiele ładniejsza i zdrowsza.

Co do zapachów, to szampon faktycznie nie ma żadnych sztucznych środków zapachowych. Odrobina zapachu pochodzi z zawartych ziołowych ekstraktów. Jednak, o ile szampon w butelce jeszcze jakoś pachnie, to pies po kąpieli tego zapachu nie zatrzymuje na sobie ani trochę. Dla jednych będzie to zaleta, dla innych wada – analogicznie, jak używanie płynu zmiękczającego do prania ubrań. Brak zapachu obiektywnie świadczy o jednym. Mianowicie, szampon musi się bardzo dobrze spłukiwać, skoro zostaje tak mało jego cząsteczek, by zachować zapach.

Dla nas cały ten bezpieczny skład szamponu to ogromna zaleta. Bo szukaliśmy produktu, który będzie jak najbardziej bezpieczny dla środowiska. Nie do użytku tutaj w Europie, bo tutaj mamy oczyszczalnie ścieków. Ale na naszą podróż z psem do Ameryki Południowej. Nieraz będziemy musieli umyć Snupiego na łonie natury, (oczywiście nie bezpośrednio w źródle wody, trzeba to robić na lądzie kilkanaście metrów od wody), a chcemy wyrządzić przy tym jak najmniej szkód środowisku.

Pozostałe uwagi do szamponów:

szampon uniwersalny od odżywczo-regenerującego różni się  w składzie jedynie ekstraktem użytych ziół (no chyba, że jeszcze proporcjami pozostałych, co nie jest wyszczególnione)     

-mimo to, po szamponie odżywczym sierść Snupiego faktycznie sprawia wrażenie trochę ładniejszej. Jednak efekt obydwu szamponów zrobił na nas ogromnie pozytywne wrażenie. Po wcześniejszych naszych szamponach Snupi był po prostu umyty oraz trochę bardziej puszysty i miękki. Po Herba Supreme sierść się jakby sama uczesała, włosy się jakby przygładziły i same się układają, a nie sterczą w każdą stronę, a efekt miękkości utrzymuje się dłużej niż po innych szamponach.

Szampony dostępne są w sklepie internetowym matrex.com.pl oraz ruszającym już wkrótce sklepie houseofpets.pl Na jesieni producent uruchamia również własny sklep. Cena butelki to ok. 35 zł.

My chyba na dłużej pozostaniemy wierni tym szamponom.

“Chyba Ty ! Wsadź se te szampony w ***, ja nie chcę się kąpać” 😀
Recenzja poduszki z podobizną własnego psa, okraszona odrobiną życiorysu Snupiego, czyli jak Snupi został uratowany przed wypchaniem

Recenzja poduszki z podobizną własnego psa, okraszona odrobiną życiorysu Snupiego, czyli jak Snupi został uratowany przed wypchaniem

Co ten koleś robi w moim łóżku?

Wygłupiam się z tym wypchaniem. To znaczy Iza, bo to ona kiedyś wspomniała o tym pomyśle. Żart, czy nie, wynikał wyłącznie z ogromnej miłości, jaką Iza darzy Snupka. Nieraz zdarza mi się ją nakryć, jak łzy ciekną jej po policzku. Pytam „o co chodzi?”, a ona „no bo mi smutno, że Snupi umrze”. Zazwyczaj te fazy nachodzą ją, jak siedzimy w domu, a Snupi przesłodko odpływa gdzieś we śnie.  Zawsze odpowiadam wtedy „zostaw tego biednego psa w spokoju, jeszcze drugie tyle życia przed nim, a ty bidaka wysyłasz już do grobu”. „Ale nie będzie go z nami przez całe nasze życie” – odpowiada Iza. „Ale jego życie, jak na psa, będzie cudowne” – staram się pocieszyć. Na pocieszenie znaleźliśmy też coś, co może być alternatywą na wypchanie ulubieńca i posiadanie pamiątki po nim. Poduszkę na zamówienie firmy Seepoint

Zanim przejdę do recenzji poduszki, postaram się odpowiedzieć ile Snupiemu zostało jeszcze lat życia. Tego nie wie nikt. Snupi ma już 8, a może nawet 10 lat. Skąd ta rozbieżność? W schronisku szukaliśmy psów do 1 roku życia. Chcieliśmy wziąć młodego psa, którego łatwiej będzie czegoś nauczyć  i przyzwyczaić do naszego trybu życia. Według opiekuna sektora schroniska, Snupi (a właściwie wtedy jeszcze Piko) był właśnie takim psem. Po wyborze psa, następnym etapem przed wydaniem go nowym właścicielom, jest badanie przez schroniskowego weterynarza. Ten stwierdził, że Snupi prędzej niż rok, to ma ich ze dwa. Oczywiście nie wpływało to na naszą decyzję. Ponieważ Snupiego adoptowaliśmy z kaszlem kenelowym – zostaliśmy o tym poinformowani i musieliśmy zadeklarować się na piśmie, że wyleczymy go na własny koszt – to zawitaliśmy kilka dni później na zastrzyk z antybiotyku do prywatnego weterynarza, a ten oszacował wiek Snupiego na 3 lata.

Z nami Snupi jest już 6,5 roku. Liczymy na to, że jako kundelek średniej wielkości, spokojnie dożyje 16 lat (no dobra, nasze wyprawy niewiele mają wspólnego ze spokojem 😛 ). Jak więc widzicie, Snupi nie jest już młodzieniaszkiem, ale energii w nim mnóstwo. Zawsze, gdy ktoś się nas pyta o jego wiek i odpowiadamy, to 90% osób dopytuje „miesięcy?”  Więc jeszcze wiele szalonych wycieczek przed nami. Musimy jednak przyznać, że w ciągu ostatniego 1,5 roku mocno posiwiał na pyszczku.

Przejdźmy do poduszki. O co w ogóle chodzi? A więc taką poduszkę z podobizną własnego psa, kota, świnki morskiej, szczura czy kaczki, lub czegokolwiek innego, można zamówić w sklepie Seepoint. Można też wybrać gotowe wzory, ale to chyba o wiele mniejsza frajda.

Skąd u nas pomysł na jej zamówienie? Uznaliśmy, że będzie to świetny prezent pożegnalny dla współpracowników Izy. Snupi codziennie chodzi z Izą do pracy i jest (razem z Reksiem – drugim psem) ulubieńcem pracowników i gości firmy. W holu firmy stoi kanapa, według naszego zamysłu tam trafi ta poducha, by każdy mógł sobie przypomnieć chwile spędzone z futrzastą kulką pozytywnej energii.

By zamówić poduszkę ze swoim pupilem trzeba wysłać zdjęcie “en face” w jakości minimum 120dpi/2mpx . Podkreślam – to minimum, bo im lepsza jakość, tym lepszy będzie efekt. No właśnie, jaki jest efekt?

Początkowo mieliśmy mieszane odczucia. Ba, gdy zobaczyliśmy poduszkę po raz pierwszy, to wrażenia były nawet trochę przerażające. Wydaję mi się, że to częsta reakcja mózgu właściciela pupila. Przecież widzi coś, co wygląda niemal jak jego pies, a nim nie jest. To co innego, gdy patrzymy na zdjęcie. Z klasycznymi fotografiami człowiek ma kontakt od najmłodszych lat życia, są czymś codziennym. Tutaj widzimy coś całkowicie nietypowego, trójwymiarowego, dużo większego niż zdjęcie, widzimy jakby odciętą głowę swojego psa :D. Jednocześnie brakuje na niej futra, brakuje pełnej trójwymiarowości psiego pyska. Poza tym pies jest w ciągłym ruchu, a tutaj mamy ciągle ten sam wyraz pyszczka.

Widać nawet kropkę – bliznę po tym, jak Snupi został kiedyś sam w domu, skakał na klamkę w drzwiach i zdarł sobie skórę z nosa.

Przerażenie szybko minęło. Wciąż jednak mieliśmy mieszane odczucia, bo poduszka nie odwzorowała Snupiego idealnie. Sam wizerunek – od strony graficznej – jest bez zarzutu. To przecież dokładnie to zdjęcie, które wysłałeś, więc wszystkie detale się zgadzają. Jakość wykonania nadruku jest wzorowa: nie ma żadnych rozlanych plam kolorów, nie ma niedodrukowanych punktów (takich jakby martwych pikseli jak w monitorach). Jeśli tylko wyślemy zdjęcie odpowiednio dobrej jakości i rozdzielczości, to widać niemal każdy włosek futra z osobna, każdy wąs czy strukturę skóry na nosie. Z daleka poduszka wygląda niemal jak realny pies z zimnym mokrym nosem. Kiedy patrzymy na ten nos i zbliżamy poduszkę do twarzy, to nerwy już wywołują reakcję, jakby zaraz faktycznie miał nas dotknąć taki nochal.

To, co powoduje kluczową różnicę w wyglądzie, to uszy. Nie da się zaprzeczyć, że uszy są ogromnie ważnym elementem mimiki psa i jego ogólnego wyglądu. U Snupka, jak i u wielu psów, niezwykle istotne dla aparycji jest też futro. U Snupiego jest go mnóstwo. Włosy na jego uszach odstają we wszystkie strony, niczym wyciągnięte w połowie z prania (my to nazywamy „wystrzelone w kosmos” 😀 ). Każdy włos zmienia kolor co kilka centymetrów. Z jasnego beżu w rudy i w czarny. Położenie uszu zmienia się z sekundy na sekundę. Tymczasem ich nieruchomość w poduszce i brak realnych włosów sprawiają, że poduszka wydaje się taka „goła” i smutna. Snupi wygląda na niej jak foka – a pies kuli uszy, gdy się czegoś boi,  albo gdy jest kąpany, czego również większość psów nie lubi. Futro powiększa też uszy do ogromnych rozmiarów, tymczasem sama małżowina uszna jest mała. No i Seepoint bardzo dobrze odwzorował wielkość uszu, ale ponieważ nie ma futra, to wydają się takie obce.

Aczkolwiek, należy podkreślić, że to nie jest błąd ze strony sklepu, bo gdyby zrobili uszy większe, to Snupi wyglądałby jak jakiś jamnik. To po prostu obiektywna trudność wykonania wizerunku psa futrzastego, z uszami bez charakterystycznych cech.  Bo jeśli chciałoby się wykonać poduszkę „z psa” o uszach jak beagle, jamnik, bokser, mops, akita, generalnie wszystkich, które mają swoje charakterystyczne parametry, to problem wpływu uszu na cały wizerunek poduszki byłby wręcz ogromną zaletą, a nie wadą.

Niemniej, wydaje mi się, że Seepoint mógłby z tego wyjść poprzez dopracowanie uszu w innych dziedzinach. Na przykładzie Snupiego: wystarczyłoby trochę rozjaśnić kolor nadruku na uszach, by zniwelować wrażenie smutku – dodać trochę życia. Czy wszyć uszy w sposób, by układały się w kształt bardzie zbliżony do rzeczywistego. Dlatego uważam, że warto przy składaniu zamówienia wysłać dodatkowo podglądowe ze dwa inne zdjęcia psa – z innej perspektywy, niż to jedno zdjęcie psa widzianego od przodu – co jest przecież dość rzadką perspektywą, z której widzimy swojego psa.

Na początku uważaliśmy też, że drobną wadą jest zamieszczenie na poduszce fragmentu szyi psa. Bo gdyby od razu zaczynała się od nosa, to jej kształt byłby atrakcją samą w sobie, bo bardziej wkomponowałaby się w kształt psiego pyska. Szybko jednak odkryliśmy, że to nie wada, a ogromna zaleta.  Bo ten fragment umożliwia nam „zamocowanie” poduszki w różnych śmiesznych inscenizacjach, których przykłady widać na zdjęciach poniżej. Gdyby poduszka zaczynała się od razu od nosa, to byłby on zakryty we wszystkich tych pozach, co zepsułoby efekt końcowy. A tak, głowa idealnie spaja się z resztą ciała, dzięki czemu mamy mega fajne i zabawne zdjęcia.

“Hmmm, o czym by tu dzisiaj napisać artykuł?” – Wydało się, to Snupi odwala całą robotę z blogiem.
Nie mam weny, ale chol… dobre te chrupki. Mniam, mniam, mniam.
I kto tu jest czyją maskotką?

Poduszka jest świetnym produktem jako gadżet i zabawka. Jest idealnym pomysłem na prezent, zwłaszcza, że możemy poprosić o wydrukowanie na jej drugiej stronie jakieś dedykacji, co my właśnie uczyniliśmy. Może być elementem wystroju, który bez wątpienia uatrakcyjni wizytę gości. Dlatego nada się nie tylko do własnego domu, ale też do lokali usługowych, gdzie gość czy klient musi chwilę poczekać i może taką poduszką zabić czas oczekiwania. Poducha budzi zainteresowanie i same pozytywne reakcje. Nawet jeśli ktoś zna psa, który jest przedstawiony na poduszce, i widzi te wszystkie różnice w wizerunkach (poduszka vs. prawdziwy pies),  to efekt ostateczny pozwala o nich zapomnieć. Tak też się stało u nas. Po 3 tygodniach przyzwyczailiśmy się już do niej całkowicie i ją polubiliśmy, przyjmujemy ją już taką, jaka jest. Po prostu nie doszukujemy się już w niej cech Snupka, tylko traktujemy ją jako zabawną pamiątkę, nawiązującą do Snupiego.

Dlatego ostatecznie nie skorzystaliśmy z propozycji sklepu Seepoint, co należy podkreślić – chwalebnej, byśmy poduszkę odesłali, a oni sprawdzą, czy są w stanie ją poprawić według naszych zastrzeżeń. W tym miejscu trzeba też wspomnieć, że kontakt ze sklepem przebiega sprawnie, tak samo tempo wykonania zamówienia (od przesłania zdjęcia, do otrzymania przesyłki – 4 dni).

Jeśli chodzi o wartości użytkowe i komfortowe, to cechy poduszki są do oceny bardziej subiektywnej. Materiał, z którego jest wykonana poduszka, jest śliski i sztuczny. Jednej osobie to odpowiada, inna woli trzymać twarz na grubym i grzejącym frotte. Obiektywną zaletą takiego materiału jest za to łatwość czyszczenia i schnięcia. Poduszka nie ma możliwości zdjęcia poszewki z nadrukiem, jest zintegrowaną całością z wypełnieniem. Samo wypełnienie jest całkiem wygodne, jest miękkie jak wata, ale jest go w środku dużo, więc komfortowo dopasowuje się do położenia głowy i karku. Poduszkę można prać w pralce, jak zapewnia producent „w 40 stopniach bez wirowania – z poszewką się nic nie dzieje, natomiast wkład może się zniekształcić, jak w przypadku każdej poduszki, więc należy ją natychmiast po wyjęciu uformować” (roztrzepać, uklepać czy jak kto tam woli to nazywać. Niekonwencjonalny kształt poduszki pozwala jej używać z powodzeniem w nietypowych położeniach głowy, np. teraz, pisząc tę recenzję na kanapie, trzymam ją za głową i sprawdza się o wiele lepiej niż standardowy jasiek. Dzięki temu że jest dłuższa, to część z nosem wsunąłem pod kark, prawie już na plecy, a reszta wygodnie podtrzymuje mi głowę.

Cena poduszki z własnym wzorem, o standardowym rozmiarze, wynosi 60 zł. Można też zamówić poduszkę mniejszą, jak i większą. Wybór z gotowych wzorów to 40-50 zł.

Podsumowując: poduszka jest ofiarą swojej własnej genialności pomysłu. Idealne graficzne odwzorowanie wizerunku psa powoduje, że chcemy by cała poduszka była identyczna z psem. Co jest przecież niemożliwe. Efekt końcowy zależy w dużym stopniu od charakterystycznych cech naszego psa. Przy wielu rasach i kundelkach efekt będzie porażająco dobry, przy innych może powodować pewien niedosyt. Dlatego najlepiej wysłać kilka zdjęć do wglądu i rozwiać wątpliwości poprzez kontakt z obsługą sklepu. Według mnie rozwiązaniem wielu kwestii byłoby wprowadzenia opcji wykonania uszu z materiału frotte. To ociepliło by wygląd całości, wprowadziło do niej cechy maskotki, „kreskówkowatości” (stworzone właśnie przeze mnie słowo, nawiązujące do animowanych kreskówek), które naszemu mózgowi jednoznacznie pomógłby sklasyfikować poduszkę jako produkt sam w sobie, a nie obraz naszego psa. Materiał frotte na uszach, mógłby też być namiastką futra.

ZAGUBIONY SNUPI, JEGO i NASZA ARBUZOWA DIETA i JEGO SKOK NAD PRZEPAŚCIĄ, czyli 2 część naszych największych wpadek i przypałów

ZAGUBIONY SNUPI, JEGO i NASZA ARBUZOWA DIETA i JEGO SKOK NAD PRZEPAŚCIĄ, czyli 2 część naszych największych wpadek i przypałów

Kevin, tzn. Snupi sam w Turcji

Na wulkanie Nemrut w Turcji mieliśmy wątpliwą przyjemność poznać pana, który chciał abyśmy smarowali go olejkiem do opalania. Ze 2 godziny siedzieliśmy nad brzegiem jeziora położonego w kalderze wulkanu. Teraz czekało nas tyle samo pieszej wędrówki powrotnej do hotelu na zboczu wulkanu, w którym zostawiliśmy rano plecaki. Gdy tylko wstaliśmy, z krzaków wyskoczył ok. 50-letni mężczyzna. Zaczął do nas zagadywać, ale odpowiedzieliśmy że musimy iść, bo daleka droga przed nami. Wtedy zaproponował, że może nas zabrać z powrotem autem, ale musimy mu dać 30 minut na popływanie w jeziorze. No dobra, 30 minut to nie 2 czy 3 godziny marszu w ponad 30 stopniowym upale i pełnym słońcu. Mieliśmy już dość słońca, więc chcieliśmy poczekać gdzieś w okolicach parkingu w cieniu drzew, ale mężczyzna stwierdził, żebyśmy poszli za nim kawałek dalej, bo tam jest jego ulubione miejsce do pływania. Całą drogę za wszelką cenę chciał pomagać Izie, nawet w miejscach gdzie nie było to w ogóle potrzebne i nieustannie powtarzał „madame come come” (generalnie kiepsko szło nam dogadywanie się z nim po turecku). Gdy osiągnęliśmy cel, mężczyzna zamiast się rozebrać i wskoczyć do wody, zaczął namawiać nas, byśmy to my pierwsi się rozebrali i poszli również pływać. Odpowiedzieliśmy, że już pływaliśmy, bo jesteśmy tu od 2 godzin. On oznajmił, że wie, bo widział… Jak to widział?! No tak, to nie mógł być zbieg okoliczności, że wyskoczył z krzaków od razu jak się ruszyliśmy, zaczęliśmy podejrzewać, że nas podglądał.

Mężczyzna dalej naciskał, my twardo oponowaliśmy. Odpuścił, ale zaczął w kółko powtarzać, że szybko się wykąpie i pojedziemy. Gadał, gadał, ale jakoś z czynami miało to niewiele wspólnego. W końcu się rozebrał, jednak i tym razem, zamiast wskoczyć do wody to zaczął jakąś komicznie wyglądającą rozgrzewkę, a potem się położył. Po czym zaczął mówić do Izy „madame come come”. Może z mojego opisu nie wynika, że w tej sytuacji było coś dziwnego, ale uwierzcie, oboje z Iza mieliśmy bardzo negatywne odczucia wobec naszego towarzysza… Snupi też do niego nie podchodził, siedział zwinięty w kłębek za skałą, bo też miał już dość słońca. Iza podeszła dwa kroki bliżej, a gość wyjął olejek do opalania i chciał by go nim nasmarowała. To już nas wkurzyło, szybki odwrót na piętach. Gdy odchodziliśmy mężczyzna nic nawet nie powiedział, a zamiast kontynuować swoją kąpiel, to założył ubranie z powrotem i poszedł dalej ścieżką wzdłuż jeziora.

Po drodze zauważyliśmy, że jakaś rodzinka z córką i malutkim niemowlakiem zbierają się do samochodu – jedynego zaparkowanego, oprócz tego, który należał zapewne do naszego podglądacza. Nawet nie próbowaliśmy się zapytać, czy nas podwiozą, skoro mają dzieci, pewnie będą się nas bali, a i rzeczy mieli dużo. Po 15 minutach marszu rodzinka dogoniła nas i sami zapytali, czy nie potrzebujemy podwózki. Podrzucili nas aż za centrum miasta Tatvan, by łatwiej było nam znaleźć odpowiedni samochód w dalszą podróż. 5 minut po rozstaniu skapowałem się, że w bagażniku zostawiłem buty. Na wulkan założyłem buty trekkingowe, a swoje codzienne wrzuciłem do siatki foliowej, której nie spakowałem do plecaka. Potem, gdy rodzina czekała na nas pod hotelem, by nie marnować ich czasu, również sobie to darowałem. No i przegapiłem je podczas wyciągania rzeczy. Zostały razem ze skarpetkami, na szczęście były dość świeże. Dobrze że nie zostawiłem w bagażniku też drugiej siatki – ze śmieciami.

Mojego humoru nie poprawiała grupka ośmiorga dzieci, które nas otoczyły. Zaczęły wystawiać ręce, mówiąc „money, money” i oczywiście zaczepiać Snupiego. By oszczędzić mu stresu, schowaliśmy go do torby, ale nie utrudniało im to dalszego zaczepiania. Dotykały jej, zaglądały do środka, dotykały naszych plecaków. Do tej pory byliśmy obiektem zainteresowania wielu dzieciaków, ale te były wyjątkowo bezczelne i zuchwałe w dotykaniu naszych rzeczy i żebraniu. Robiły wokół nas taki raban i tłok, że kierowcy nie mieli nas jak zauważyć.

W końcu zatrzymał się stary pickup. Jechał tylko 10 km dalej, ale wszędzie dobrze, byle z dala od tej gromadki. Rzuciliśmy rzeczy na pakę. W bocznym lusterku zobaczyłem, jak dwóch gnojków podbiegło i wyciągnęło jakieś rzeczy z paki. Wyskoczyłem z auta i ruszyłem w pościg. Na szczęście jedna siatka rozerwała się i wypadł z niej mokry kostium kąpielowy Izy, a drugą zdobyczą bachorów okazały się nasze śmieci. Pogoń okazała się więc zbędna.

Po 10 km trafiliśmy do czystego, wygodnego i klimatyzowanego samochodu z dwoma miłym mężczyznami. Podróż miała trwać 80 km, więc w pełni czerpaliśmy z komfortu. Po drodze nasi kierowcy zaprosili nas jeszcze do restauracji na obiad, bo sami chcieli coś zjeść. Snupi smacznie sobie spał w torbie, był zmęczony upałem, wycieczką i dzieciakami, więc nie wyciągaliśmy go i razem z torbą usiedliśmy w ogródku restauracji. Było tam bardzo przyjemnie, jedzenie było pyszne. Cały ten spokój i komfort, jakiego doświadczyliśmy przez ostatnią godzinę, sprawił, że zrobiliśmy się błogo rozluźnieni. Po jedzeniu wszyscy strzeliliśmy sobie herbatkę, a potem każdy poszedł jeszcze do toalety. Ruszyliśmy dalej… Już zapinaliśmy pasy, gdy zauważyliśmy, że nie zabraliśmy… Snupiego spod stołu. Biegiem wróciłem do stolika. Snupi nawet nie zauważył, że został sam i smacznie sobie spał. Tak to się kończy, gdy Snupi jest za grzeczny i bezdźwięcznie leży w torbie.

P.S. To nie był pierwszy raz, gdy zapomnieliśmy Snupiego z restauracji. Identyczna sytuacja przytrafiła nam się w Polsce, po cały dniu chodzenia po Górach Świętokrzyskich. Wtedy zorientowaliśmy się jakiś 30 metrów od lokalu.

Snupi chowa się przed palącym słońcem
Jezioro Wan, nad którym leży wulkan Nemrut, jest niczego sobie.
Na jeziorze leży wyspa Akdamar z ormiańskim klasztorem z X wieku. Niestety Turcy mało dbają o zabytek. Smutne, ale przynajmniej nikt nie robi problemu z obecności tam psa.

Ojoj, ta gruzińska czacza…

Podczas naszego pierwszego pobytu w Gruzji w 2013 r., byliśmy tam w pięcioosobowej grupie. By oszczędzić na bagażu w tanich liniach lotniczych, postanowiliśmy wykupić tylko 2 duże bagaże. Jeden dla pary (Wojtek i Bogusia), a drugi dla nas i naszego najlepszego przyjaciela – Michała vel. Sołtysa. By zmieścić się w gabarytach, zrezygnowaliśmy z zabierania karimat pod śpiwory, z planem ich zakupu na miejscu. Z Polski udało nam się wcisnąć jedną.

Od razu po przylocie udaliśmy się do wypożyczali samochodów, gdzie zaopatrzeni w Opla Astrę kombi ruszyliśmy na 2-tygodniowy trip po Gruzji. Czasu było niewiele, a celów mnóstwo. Dlatego nie chcieliśmy tracić dnia na szukaniu karimat w dużym mieście Kutaisi. Załatwi się je gdzieś po drodze – pomyśleliśmy i ruszyliśmy do Swanetii. Po drodze zahaczyć tylko mieliśmy o kanion nieopodal miejscowości Martvili. Szybkie zwiedzanie i jeszcze tego samego dnia dojechać do Mestii. Do kanionu zajechaliśmy ok. godziny 16. Miejscowi właściciele knajpki gdy tylko nas zobaczyli i dowiedzieli się, że to nasz 1 dzień w Gruzji, to zaprosili na degustację czaczy (gruzińskiego napoju wyskokowego). Nie sposób było im odmówić. Ich otwartość i życzliwość to były pierwsze tego typu doświadczenia dla nas w historii naszego podróżowania. Na stół jako zagryzka wjechał ogromy arbuz (P.S. genialne połączenie). Dodatkowo gospodarze zaproponowali, że z samego rana zabiorą nas pontonami w górę rzeki, bo teraz nurt jest już za mocny. Nie pozostało nam nic innego, jak zostać na noc.

Atmosfera była wspaniała, ani na chwilę nie mogliśmy oderwać się od stołu. Tylko Wojtek i Bogusia poszli wcześniej by przygotować sobie namiot. Nasza trójka stwierdziła, że zrobimy to dopiero, jak już będziemy szli spać. Nie wzięliśmy jednak pod uwagę, że iść spać będziemy o 1 w nocy, narąbani jak messerschmitty, a jedynym dogodnym miejscem pod namiot będzie malutka polanka, która służy do wypasu krów. Wszędzie leżały krowie placki. Rozłożenie namiotu było zdecydowanie czynnością, która przewyższała nasze zdolności w tym stanie. Dlatego wyjęliśmy tylko sypialnię i tą jedną, jedyną karimatę jaką mieliśmy, na której mieliśmy położyć głowy. Niestety… pijany Sołtys od razu zachwiał się i stanął na karimacie butem, którym wcześniej wdepnął w krowi placek. Położyliśmy się więc na samym materiale sypialni namiotu i, zapewne, dotrwalibyśmy tak do rana, gdyby nie deszcz, który niespodziewanie nadciągnął. Nasz stan był wciąż poważny, więc jedyny wysiłek, jaki podjęliśmy, to przykrycie się tropikiem jak kołdrą. Niestety deszcz się rozpadał na dobre, więc Iza uciekła do namiotu Wojtka i Bogusi, a my z Sołtysem spędziliśmy noc w samochodzie. Gruzini obudzili nas o 6 rano na zwiedzanie kanionu… Pierwszy dzień podróży, a już połowa naszych rzeczy oraz samochód były brudne i mokre, a nasze głowy eksplodowały. Co do karimat, to nie udało nam się ich znaleźć przez cały następny tydzień. Gdy już dotarliśmy do stolicy Tbilisi, gdzie pewnie udałoby się je kupić, to stwierdziliśmy, że miejsca z najtwardszym podłożem już zwiedziliśmy, więc do końca już się bez nich obędziemy 😀 Zadeptana karimata przejechała z nami całe 2 tygodnie, by ani razu nie użyta, wylądować w śmietniku na lotnisku 😀

Co do samej czaczy: to po 3 pobytach w Gruzji i ilości jaką skonsumowałem (jeden z wyjazdów to był wieczór kawalerski mojego kolegi), to gdy tylko czuję jej zapach, to telepie mnie całym z obrzydzenia. Za dowód, jak ciężkim przeżyciem jest picie czaczy z Gruzinami, niech posłuży takie o to zjawisko. Podczas naszej wyprawy było 3 kierowców. Codziennie zamiast walczyć o to, kto prowadzić nie będzie musiał, to spieraliśmy się o to, kto kierowcą będzie. Żeby tylko mieć dobry argument, by odmówić picia czaczy z kolejnymi życzliwymi Gruzinami 😀

Odkąd pierwszy raz byliśmy w kanionie, wiele się w nim zmieniło – został mocno skomercjalizowany. Niemniej to wciąż cudowne miejsce. Najlepsze jest w nim to, że można je oglądać wiele razy, bo za każdym wygląda inaczej z powodu zmieniającego się poziomu wody.
Tama wodna w Enguri (Inguri) – po drodze do Swanetii, w miejscowości Jvari (nie mylić z miastem pod Tbilisi).
Jest drugą najwyższą na świecie tamą betonową – ponad 270 m. Spójrzcie po lewej stronie dźwigu – na samym dole stoi autokar. Dopiero gdy ma się punkt odniesienia, widać jej potęgę.

Pies owocożerny

W drodze powrotnej z Armenii do Polski dotarliśmy do Kutaisi. To był już mój trzeci przyjazd do Gruzji, a Izy drugi. Więc teraz nie mieliśmy w planach żadnego zwiedzania. Chcieliśmy tyko spędzić czas z naszymi gruzińskimi przyjaciółmi. 2 dni pełnego lenistwa i spokoju, tak dla odmiany po ponad 30 minionych pełnych przygód. Mieliśmy uprać wszystkie rzeczy, pływać w basenie i obżerać się jedzeniem i piciem na leżakach w ogródku. Następnie ruszyć do Polski.

Wieczorem siedzieliśmy w salonie ze znajomymi i opowiadaliśmy nasze historie. Do domu zawitał Kuba – Polak, który mieszkał w Gruzji i oferował turystom siebie ze swoim terenowym samochodem jako taksówkę. Zaczęliśmy rozmawiać. Zgodnie stwierdziliśmy, że Gruzja słynie z pysznych arbuzów, sprzedają je na każdym rogu, tymczasem ,ani on, ani my nigdy nie objedliśmy się porządnie tym przysmakiem. Szybko zapakowaliśmy się do jego samochodu i ruszyliśmy do centrum na poszukiwania arbuza. Udało się, mimo że było już ok. 21.00. Ze zdobyczą ruszyliśmy na pobliskie wzgórze, by umilić konsumpcję widokiem na podświetloną katedrę Begrati i miasta u naszych stop. Zanim przystąpiliśmy do konsumpcji, zaczęliśmy zwiedzać pobliskie ruiny i dalej rozmawiać. Temat zszedł na Tuszetię, jeden z odludnych terenów Gruzji. Ani my, ani Kuba jeszcze go nie odwiedziliśmy. Nam brakowało na poprzednim wyjeździe czasu, a jemu chętnych towarzyszy. Nie minęły dwie minuty, gdy zapadła decyzja – chrzanić odpoczynek, chrzanić lenistwo, ruszamy jutro do Tuszetii. My byliśmy w całkowitym rosole, wszystkie nasze rzeczy były brudne i rozpakowane w pokoju. Więc arbuz musiał poczekać. Plan zakładał odjazd o 6 rano. Całą noc nie spałem, bo tylko nastawiałem i rozwieszałem kolejne prania…

Kuba pojawił się punktualnie, większość rzeczy wciąż była mokra, więc samochód zamienił się w jedną wielką suszarnię. W terenowym aucie miejsca było mnóstwo. Iza, Snupi i ubrania zajęły całą przestrzeń za przednimi siedzeniami. W drogę zabraliśmy także naszego arbuza, w końcu to jemu zawdzięczaliśmy ten szalony plan.

W żadnej , mijanej, miejscowości nie mogliśmy odnaleźć knajpy, w której moglibyśmy coś zjeść. Albo ich nie było, albo były zamknięte. W końcu dotarliśmy do ostatniej miejscowości przed oddzielającą nas od Tuszetii – przełęczą Abano, gdzie samochód wspina się na 3 m.n.p.m. Nie chcieliśmy jej pokonywać po ciemku, więc po 20 minutach poszukiwania restauracji uznaliśmy, że jedziemy na głodniaka. Na miejscu na pewno uda się coś zjeść. Po przejechaniu 5 km minęliśmy dwóch mężczyzn – turystów z wielkimi plecakami. Jeden blondyn o niebieskich oczach, wyglądał na jakiegoś Austriaka. Drugi, już o zupełnie innej urodzie, ale wyglądał na jakiegoś Francuza. Ustaliliśmy, że ich zabierzemy. Przecież w 8 osobowym samochodzie jest nas zaledwie troje, no trzy i pół. Poza tym, po tylu dniach łapania autostopu, teraz to my byliśmy z Izą „właścicielami auta”, więc chcieliśmy się odwdzięczyć dobrocią. Cofnęliśmy się po nich i zaczęliśmy rozmowę po angielsku z pytaniem – dokąd zmierzają. Pytanie zadaliśmy raczej dla śmiechu, bo nic innego na końcu tej drogi nie ma niż wioska Omalo. Po 2 minutach prowadzenia rozmowy po angielsku okazało się, że to Polacy, oczywiście w odkryciu tego pomogło magiczne słowo na „k:, które wypowiedział jeden z nich, gdy oblał się wodą podczas picia. Tomek i Eliasz mieli ogromne szczęście, że na nas trafili, bo było już bardzo późno, a jeśli ktoś chce się przedostać przez przełęcz, to musi to robić rano, a już na pewno musi za to komuś zapłacić. Chłopaki przyznali, że spławili kilku kierowców, którzy chcieli ich tam przeprawić za 100 lari czyli 200 zł. Tymczasem, jak się potem okazało, byliśmy ostatnim samochodem, który tego dnia przekraczał przełęcz. Kolejny raz przekonaliśmy się o tym, o czym wspominałem już wielokrotnie na tym blogu. W najbardziej dzikich miejscach lub działających na przypale można spotkać tylko turystów z Korei, Japonii albo z Polski :D.

Ruszyliśmy zdobywać przełęcz. Snupi był zachwycony jazdą nad przepaścią. O ile rozglądanie się podczas jazdy samochodem nie wywołuje u niego żadnej większej radości, to teraz z wystawioną przez szybę głową, ba, nawet połową siebie, gapił się w urwisko. Ani na chwilę nie chciał usiąść po stronie skał. W połowie podjazdu urządziliśmy przerwę, stwierdziliśmy, że nie będzie lepszego momentu, by uhonorować zasługi arbuza w całym przedsięwzięciu. Wtedy dopiero przypomnieliśmy sobie, że przecież nie mamy już karmy dla Snupiego… Zostało nam jej zaledwie 3 garstki, na jeden może dwa posiłki. W Kutaisi mieliśmy poszukać sklepu z karmą dobrej jakości, bo wszędzie indziej było tylko Chappi. W chaosie nagłej zmiany planów, totalnie o tym zapomnieliśmy. Snupi, tak jak my, od rana nic nie jadł, ale nie chcieliśmy mu dawać teraz ostatniej porcji jego karmy. Woleliśmy zachować ją na wieczór, by mógł spokojnie z pełnym żołądkiem spędzić wieczór i noc. Dlatego i Snupi otrzymał swoją porcję arbuza. Chociaż Snupi uwielbia jabłka, gruszki i marchewki, to arbuzem zawsze gardził, gdy dawaliśmy mu go w domu. Teraz musiał być naprawdę głodny, bo wcinał, aż mu się uszy trzęsły. Wszyscy byli tym ogromnie rozbawieni, tylko my z Izą byliśmy źli na siebie, że dopuściliśmy do tak tragicznej sytuacji.

Gdy dojechaliśmy na miejsce, to wszelka nadzieja prysła, jedyny sklep jaki był wtedy w Omalo, to sklep z pieczywem, które i tak dostępne było z samego rana. Potem się kończyło. To była po prostu zwykła wiocha, w której nie ma żadnej infrastruktury dla obcych. Pewien mężczyzna wyszedł nam na powitanie i zaproponował, że możemy swoje obozowisko rozbić na jego terenie – całkowicie za darmo. My byliśmy również przerażeni, przecież nie mamy ze sobą żadnych zapasów, a dzisiaj nie jedliśmy nic oprócz arbuza, jak my tu przeżyjemy 2 dni. Na szczęście mężczyzna poinformował, że jego sąsiadka gotuje obiady dla swojego syna i jego 2 kompanów z pracy. Być może zgodzi się i dla nas ugotować za pieniądze. Ruszyliśmy do niej czym prędzej i… to tam właśnie jedliśmy do tej pory najlepsze gruzińskie smakowitości. Kobieta pędziła również własne wino, co skończyło się tym, że Tomek w środku nocy szukał namiotu, który rozbił metr od siebie – po drugiej stronie stogu siana. Snupi również otrzymał jedzenie, chłopaki mieli ze sobą jakąś konserwę mięsną, dostał też trochę resztek z naszego jedzenia. Na szczęście tłuste i ciężkie jedzenie, tak popularne w Gruzji, mu nie zaszkodziło. Tam też stołowaliśmy się jeszcze raz, a resztę naszych posiłków zagwarantował nam policjant z Tbilisi, który mieszkał po drugiej stronie rzeki… ale to już inna dobra historia

Wydłubaliśmy mu pestki – chociaż tyle mogliśmy dla niego wtedy zrobić 😀
Przełęcz Abano 2950 m.n.p.m
Omalo, hmmm – gdzie jest monopolowy?
Jak się okazało, głodni w Tuszetii nie byliśmy

Nie trzeba jechać do Boliwii na “drogę śmierci”

Rozbrykany Snupi

Snupi bardzo rzadko chodzi na smyczy. Nie chcę wyjść na „zadufanego w swoim dziecku rodzica”, ale Snupi jest bardzo inteligentny. Zaledwie w tydzień po adopcji ze schroniska nauczył się chodzić przy nodze na komendę „równaj”, swojego imienia nauczył się w 3 dni. Zawsze się nas pilnuje, w terenie nigdy nie oddala się na więcej niż 30 metrów, w mieście na max. 10. Przed dużymi ulicami sam zatrzymuje się i czeka na nas. Jeśli chce pogonić kota czy dzikie zwierzę, to wystarczy jedna reprymenda, by przywołać go do porządku. Gdy jest bez smyczy, mamy też pewność, że w razie ataku innego psa (co nie raz się już zdarzyło i były to nie raz właśnie psy na smyczy, które wykorzystywały zapas luzu na smyczy, albo po prostu ich właściciele nie byli w stanie ich utrzymać), Snupi będzie mógł uciekać. Jest szybki i zwinny, więc sam poradzi sobie zdecydowane lepiej, niż gdybyśmy mieli my być w to zaangażowani. W trudnym terenie, bez smyczy, również jest dużo bardziej zwinny, może błyskawicznie i nieskrępowanie zareagować na zmieniające się warunki.

Tak też było więc w Turcji, nieopodal miejscowości Agva. Poszarpane wybrzeże obfituje w spektakularne formacje skalne. Weszliśmy na jeden z wyżej położony punktów. Gdzieniegdzie znajdowały się małe szczeliny i dziury sięgające aż do poziomu wody, czyli jakieś 15-20 metrów. Oglądaliśmy kolejne kawałki wybrzeża. Iza, jak to Iza, co chwilę gdzieś kucała i robiła zdjęcia, a ja spacerowałem powoli dalej. Snupi chodził swobodnie pomiędzy nami. Nagle włączyła mu się „torpeda” – stan, w którym poziom endorfin jest tak wysoki, że wpada w euforię szczęścia. Zaczął biegać w tę i z powrotem po wydeptanej ścieżce. Podszedłem do jednej ze szczelin, a wtedy Snupi przefrunął mi tuż przed nosem. Futrzak bez najmniejszego trudu przeskoczył 1,5 metra między krawędziami dziury. Tymczasem je właśnie przeżywałem mikro zawał serca, poczułem gorąc w całym swoim ciele. Byłem w takim szoku, że nie byłem w stanie nic powiedzieć, ani do Snupiego, który dalej sobie radośnie biegał, ani do Izy, która odwrócona w drugą stronę, nie widziała nic z tej sytuacji. Do dziś mam do niej żal, że nie poczuła tego samego przerażenia.

Poczuła jednak innym razem. Zaledwie 3 dni później zwiedzaliśmy kanion Ihlara, w którego ścianach znajdują się pozostałości wydrążonych starożytnych kościołów i schronień. Przepiękne miejsce, w którym trudno o jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Z głównego szlaku odbiliśmy zwiedzić jeden z obiektów. Wdrapać się trzeba było po dość stromej ścieżce. Snupi znowu biegał luzem, weszliśmy do wnętrza, gdzie było kilka pomieszczeń. Chodzimy, zaglądamy tu i tam, w pewnym momencie odwracamy i widzimy Snupiego, który stoi w otworze okiennym. Mało tego, usiadł i zaczął się drapać za uchem tak intensywnie, że aż zaczął mrużyć oczy. Powierzchnia na której siedział była takiej samej szerokości, jak jego tyłek. Drapiący się pies, nic strasznego pomyślicie, a jednak, chwile wcześniej z Izą wyglądaliśmy przez to okno i po drugiej stronie była z 4 metrowa pionowa ściana, a Snupiemu zdarzyło się kilka razy tracić równowagę podczas drapania…

Od tamtej pory oboje z Izą mamy ogromny lęk, że Snupi kiedyś spadnie w jakąś przepaść. Dlatego przy każdym niebezpiecznym miejscu zapinamy go teraz na smycz. Z jednej strony zdajemy sobie sprawę, że to głupie. Wiemy, że Snupi nic sobie nie zrobi. Przecież pies wyczuwa instynktem niebezpieczeństwo, jedocześnie jego psychika pozbawiona jest nad-produktywnej wyobraźni, która u nas – ludzi – tworzy absurdalne wizje katastrofy i paraliżujący strach. Gdy stoimy nad przepaścią 5 metrową, nasz strach o upadek jest prawie zerowy, z kolei gdybyśmy stali dokładnie w tym samym miejscu, ale pod sobą mieli 200 metrów, to strach byłby już o wiele większy. A przecież spadając z tych 5 metrów prawdopodobnie zabijemy się tak samo, jak przy upadku z 200. Tymczasem psy tego nie mają, znają swoje możliwości, panują nad swoim ciałem perfekcyjnie. Są wolne od wybujałej wyobraźni, która odbiera im spokój i znajomość własnych możliwości.

Wiemy też, że smycz może być niebezpieczna. Możemy niezauważenie o coś nią zaczepić – nawet własną ręką czy nogą, a wtedy pozbawiamy siebie i psa równowagi. A mimo to, ta chora wyobraźnia i ludzka chęć poczucia się panem sytuacji, posiadania iluzorycznej kontroli, wygrywa…

O właśnie nad tym Snupi postanowił sobie przefrunąć.
Agva
Agva
kanion Ihlara
Niczym w filmach o ukrytych oazach na środku pustyni.
W jednym z takich otworów Snupi postanowił przewietrzyć swoje futro.

Jak widać, Snupi umie o siebie zadbać

Niebawem 3 i ostatnia – mamy nadzieję, na dłuższy czas 😀 – część o historiach naszych wpadek z podróży. 1 część dostępna TUTAJ.

SPIĘCIE Z ŻYDAMI, PRAWIE ROZJECHANY SNUPI, SPÓŻNIENIE NA SAMOLOT i NIEROZŁĄCZNE OD PODRÓŻY ZATRUCIA POKARMOWE, czyli nasze niepowodzenia w podróżach.

SPIĘCIE Z ŻYDAMI, PRAWIE ROZJECHANY SNUPI, SPÓŻNIENIE NA SAMOLOT i NIEROZŁĄCZNE OD PODRÓŻY ZATRUCIA POKARMOWE, czyli nasze niepowodzenia w podróżach.

“Podróże z pazu…” Nie, nie, nie – tym razem “Podróże z PRZYPAŁEM” czyli pierwszy (z 3) artykułów o historiach, w których popisaliśmy się swoim nieogarnięciem. Niektóre od razu były dość komiczne, w innych byliśmy na siebie wściekli i przerażeni, ale z upływem czasu jesteśmy w stanie podejść do nich z dystansem.

1. Tragikomiczny żart sytuacyjny

Po 8 dniach trekkingu w parku narodowym Torres Del Paine w chilijskiej Patagonii, wracaliśmy do miejscowości Puerto Natales. Całą drogą rozmawialiśmy o tym, co zaraz zjemy i o gorącym prysznicu. Zastawialiśmy się też, co zrobimy z butlami gazowymi, które zabraliśmy do gotowania posiłków. Zabraliśmy 2 duże, a zużyliśmy ledwo połowę jednej. Wieczorem w hostelu poszedłem do kuchni przygotować herbatę.

Spotkałem tam paczkę znajomych,  którzy następnego dnia mieli ruszyć w trasę, z której my właśnie wróciliśmy. Wywiązała się między nami rozmowa. Po ich stronie przodowała jedna dziewczyna, najlepiej znała język angielski. Gdy nie skończyłem jeszcze zdania na temat jakieś szczegółów trasy, dziewczyna zapytała skąd jestem. Odpowiedziałem, że z Polski i powróciłem do swojej wypowiedzi. Nie odwzajemniłem jej pytania, bo średnio mnie interesują takie informacje, no i nie chciałem przerywać wypowiedzi. Dziewczyna jednak sama wróciła do tematu i zapytała „A czy wiesz skąd my jesteśmy?”. No nie wiem – odparłem – z Francji? Ona: „nie, z Izraela”. OK – odparłem. A wtedy dziewczyna „Masz z tym problem?”. Pytanie mnie powaliło – „Jak to problem, dlaczego miałbym mieć z tym problem?” – zapytałem. A ona na to, no bo mówisz „OK”.

Kurde, o co jej chodzi, mam rozwinąć baner powitalny, wyciągnąć trąbki i czapeczki imprezowe oraz pompony, by z entuzjazmem małego dziecka cieszyć się, że spotkałem żydów – pomyślałem. Bezpiecznie więc odpowiedziałem „No dużo tutaj osób z Izraela”. Miłe nastawienie do rozmowy ewidentnie opadło  z jej strony, a ja naprawdę nie mam żadnego problemu z żydami. Ale nie przejąłem się tym, bo akurat czajnik z wodą zaczął piszczeć. Nalałem wody do kubków i, z życzeniami powodzenia na trasie, pożegnałem się.

Gdy już byłem w połowie drogi do pokoju, przypomniałem sobie jednak o butlach z gazem. Koszt jednej to około 40 zł, a nam się już nie przydadzą, są ciężkie i zajmują sporo miejsca, więc trzeba się ich pozbyć. Zawróciłem więc do kuchni i wpadłem z pytaniem „Ej, a nie chcecie gazu, bo nam został?”. Dopiero, gdy to powiedziałem, dotarło do mnie – ty debilu, właśnie zaproponowałeś gaz żydom, na dodatek jako Polak, kiedy przed chwilą doszło między wami do dziwnego zgrzytu o wasze narodowości. Świetnie, właśnie zapewniłeś dalsze paliwo żydom do nazywania Polaków antysemitami… a ja tylko chciałem im pomóc. Jeden chłopak wybuchł śmiechem, chyba dotarła do niego ta sama myśl. Dziewczyna odpowiedziała, że już mają. Ona chyba też odnalazła z czasem drugie dno w mojej wypowiedzi, bo 2 godziny później, gdy spotkałem ją na korytarzu, jej spojrzenie na mnie nie było zbyt miłe 😀

Te 2 butle zajmowały z 1/4 plecaka.
Gaz potrafi wyrządzić niezłe spustoszenia wszędzie 😀 Park płonął już 2 razy z winy nieuważnych turystów.

2.Snupi, gdzie jesteś?!

Drugiego dnia naszej autostopowej wyprawy do Turcji (a więc równocześnie pierwszej naszej podróży autostopem w życiu) złapaliśmy ciężarówkę. Pierwszą w naszej historii, bo dotychczasową trasę przebyliśmy tylko w samochodach osobowych. Snupiego schowaliśmy do transportera, bo kierowca przyznał, że nie zauważył Snupiego, a boi się trochę psów. Iza usiadła z tyłu na łóżku, a ja na przednim siedzeniu ze Snupkiem na kolanach, więc gdy wysiadaliśmy z pojazdu, to jego pierwszego postawiłem na poboczu drogi, by z wysokiej kabiny ciężarówki odbierać resztę bagażu od Izy. Mieliśmy całkiem sporo tych gratów, oprócz 3 plecaków, jeszcze kilka siatek foliowych, bo rano zdążyliśmy zahaczyć o sklep spożywczy. Pożegnaliśmy się z kierowcą i zaczęliśmy zakładać bagaże na siebie.

Gdy już wszystko było na naszych plecach i w rękach, to z przerażeniem zauważyliśmy, że nie ma torby ze Snupim. Od razu w mojej głowie wybuchła panika – chyba nie został w kabinie, albo, co gorsze, na poprzednim postoju, przecież miałem go na kolanach… tak mi się wydaje… Rozglądamy się nerwowo po okolicy, a ten mały bidak sturlał się w swoim transporterze do rowu. Na szczęście rów był suchy i czysty. Z torby nie dobiegał żaden dźwięk, byliśmy przerażeni, że coś mu się  stało, ale gdy do niego zajrzałem, siedział tylko z miną „czy mógłbyś mnie już stąd zabrać”.

To nie był jedyny raz, kiedy Snupi postanowił zabawić się w żółwia. O ile tamta sytuacja nie była dla niego groźna, to w Turcji mogło skończyć się już tragicznie. W Turcji autostopem jeździ się wspaniale, średni czas łapania okazji nie przekracza 5 minut, ale kierowcy nie za bardzo przejmują się bezpieczeństwem swoim, twoim i innych. Bardzo często wyrzucali nas wprost na jezdni autostrady –  gdy jechali prosto, to mijali zjazd, który nas interesował i zatrzymywali się na poboczu kilka metrów za nim.

Znowu Snupiego wystawiłem jako pierwszy bagaż i zaczęliśmy się wypakowywać, podczas gdy za naszymi plecami ciągle śmigały samochody, które skręcały na zjazd. W pośpiechu zaczęliśmy zakładać plecaki, by jak najszybciej uciec z tego niebezpiecznego miejsca. Gdy zarzucaliśmy właśnie plecaki, Snupi, z sobie tylko znanych przyczyn, zaczął się wierzgać w swoim transporterze, może on też był przestraszony miejscem. Robił to tak mocno, że cały transporter zaczął się turlać raz za razem i tak wykonał kilka obrotów, to trwało ułamki sekundy, a my nie mieliśmy jak zareagować, bo właśnie byliśmy wygięci w jakieś chińskie zera – pokraczne pozycje przy zakładaniu ciężkiego plecaka. W tym ułamku sekundy Snupi przefikołkował ponad 1,5 metra na jezdnię zjazdu. W tym czasie przejechał po nim na szczęście tylko jeden samochód i to blisko prawej strony. Ale równie dobrze Snupi mógłby skończyć jako naleśnik… Od tamtej pory staramy się pamiętać, by Snupiego stawiać prostopadle do jezdni, by ,przy ewentualnym turlaniu, pozostał na bezpiecznym fragmencie drogi.

Ta chwila, obfitowała w jeszcze jedną porażkę. Szybko złapaliśmy Snupka i przeszliśmy kawałek dalej na zakręt zjazdu, gdzie samochody jechały już dużo wolniej. Jak wspomniałem, w Turcji średni czas łapania autostopu to kilka minut, ba, nie raz było tak, że zanim jeszcze zdążyliśmy się rozpakować z poprzedniego samochodu, już zatrzymywał się następny. A tutaj byliśmy już dobre 3 minuty i minęło nas kilkanaście samochodów, ale nikt się nie zatrzymał. Wtedy dostrzegliśmy, że na wstecznym biegu po poboczu jedzie samochód, z którego przed chwilą wysiedliśmy. Zapomnieliśmy telefonu… to był dopiero 4 albo 5 dzień naszej wycieczki, a telefon służył nam wtedy za aparat fotograficzny, mapę GPS i jedyny kontakt z cywilizacją. Gdybyśmy go stracili, to cała podróżą stałaby się 2 razy trudniejsza w realizacji.

Środek autostrady – w takich właśnie miejscach byliśmy często wysadzani.
Snupi w swoim domku

3.Buty za 6 tys. zł

Bilety do Ameryki Południowej udało nam się kupić w super promocji, 230 euro w obie strony za osobę. W obie strony przesiadkę mieliśmy Sao Paulo. W drodze powrotnej mieliśmy 7 godzin oczekiwania na lot do Madrytu. Długo zastanawialiśmy się czy to dobry pomysł wychodzić na miasto. Słyszeliśmy przecież, że w korkach Sao Paulo można stać kilka bitych godzin, bo w mieście żyje ponad 20 mln ludzi. Jest to największe miasto Ameryki Południowej. No i jeszcze ta wysoka przestępczość. Jednak wylądowaliśmy o 9.00, więc godziny szczytu właśnie mijały, a do przejechania mieliśmy niewielki kawałek autobusem, potem metro, które przecież w korkach nie stoi. W metrze podszedł do Izy starszy mężczyzna i ostrzegł, żeby schowała zawieszony na szyi aparat i biżuterię z rąk. Na następnej stacji wszedł chłopak, ubrany jak wzorcowy członek latynoskiego gangu ze wszystkich amerykańskich filmów o Los Angeles. Z blizną na szyi po jej poderznięciu. No ekstra… zachciało nam się wycieczek. “Na szczęście mamy przy sobie tylko prosty aparat i kartę kredytową. Jeśli więc przeżyjemy, to straty nie będą wielki” – uspokajaliśmy się żartami. Poza tym za cel obraliśmy w miarę bezpieczne okolice głównej ulicy Paulista.

Na miejscu okazało się, że odbywa się tam jakaś bożonarodzeniowa parada (zobaczenie murzyna przebranego za Świętego Mikołaja, choinek, bombek i ludzi przebranych za renifery  w otoczeniu palm i tropikalnego upału robiło wrażenie). Na ulicy było dużo różnych służb porządkowych, więc zagrożenie jeszcze bardziej zmalało.

Zwiedziliśmy 3 parki i ruszyliśmy w drogę powrotną. Trochę się zgubiliśmy i przez chwilę trafiliśmy do dość odludnych zakamarków, gdzie zaczęliśmy się obawiać napadu, ale szybko udało nam się znowu wrócić do głównej części dzielnicy. Tam trafiliśmy na ulicę usianą sklepami odzieżowymi. Iza stwierdziła, że musi odnaleźć sklep firmy Melissa. To firma produkujące obuwie typu baleriny z kauczuku. Jeszcze w samolocie wspominała, że chciałaby je kupić, nie tylko jako pamiątkę, ale buty, które przydadzą na kolejne wyprawy: pod prysznic, do chodzenia w wodzie, w każde warunki, których nie wytrzymają zwykłe buty. No i, jak zapewniała, w Polsce są one cholernie drogie, a w Brazylii można je kupić  o wiele taniej. Jednak gdy przez cały dzień nie mogliśmy trafić na sklep Melissa, to odpuściła. Na tej ulicy jej żądza odżyła. Mówiłem Izie, że nie mamy dużo czasu, ale mieliśmy teoretycznie jeszcze godzinę zapasu. Ustaliliśmy, że jeśli nie znajdziemy sklepu w ciągu najbliższych 5 minut, to go odpuszczamy.

Nie znaleźliśmy, ale gdy już zmierzaliśmy w stronę metra, sklep Melissa pojawił się sam na naszej drodze. Decyzja mogła być tylko jedna, w środku dostępny był każdy model w każdym kolorze. Iza w miarę szybko wybrała 3 modele, ale potem wybór między nimi już był bardzo czasochłonny, a potem jeszcze kolor… Iza kupiła buty warte w Polsce 350 zł, za równowartość 120 zł. Zapas czasu jednak niepostrzeżenie stopniał, okazało się, że do metra mamy jeszcze spory kawałek drogi.

Wchodząc do metra byliśmy jeszcze spokojny, że zdążymy. Gdy wysiedliśmy, okazało się że rozpętała się burza. Na ulicach zaczęły płynąć wręcz potoki wody sięgającej do kostek. Szybko zrozumieliśmy, czemu to właśnie w Brazylii narodziły się buty z gumy i dlaczego tak popularne są japonki, havaianas itp. obuwie.  Z drobnymi problemami, na ogromnej pętli autobusowej udało nam się znaleźć nasz przystanek. Autobus kursował co 20 minut, ale ten, który powinien zaraz odjeżdżać, nie przyjechał. Następy gwarantował nam powrót na lotnisko zaledwie 20 minut przed zamknięciem bramek do odprawy – według rozkładu, a jak będzie w rzeczywistości… Nie mogliśmy nic zrobić, pozostała nam tylko nadzieja, że poprzedni autobus uległ awarii, a nie że obydwa stoją w gigantycznym korku.

Na szczęście następy autobus przyjechał minutę przed czasem, ale zanim nagromadzony tłum zapakował się do środka, to ruszyliśmy z 3-minutowym opóźnieniem. Byliśmy mocno zestresowani, przecież z doświadczenia w Warszawie wiemy, że kiedy pada deszcz, to wszyscy kierowcy zaczynają jeździć jak potłuczeni i wszystko jedzie wolniej. Tylko że w Warszawie pada deszcz, a tu właśnie trwa tropikalna burza. Gdyby u nas spadło tyle wody, to całe miasto musiałoby zacząć pływać kajakami. W mieście autobus jechał wolno, by nie chlapać wodą na przechodniów, ale nie trafiliśmy na żadne duże korki. Poza miastem autobus już gnał i nadrabiał opóźnienie. Niemniej dotarliśmy do lotniska tylko 15 minut przed zamknięciem bramek, a lotnisko jest ogromne. Zanim dotarliśmy do bramek ten czas stopniał już do 5 minut.

Uffff, udało się, ale gdyby tylko ten jeden autobus też nie przyjechał, utknął, cokolwiek innego, to Izy Melissy zamiast 200 zł oszczędności, przyniosły by nam jakieś 6 tys. zł wydatku na nowe bilety, albo przynajmniej 200 zł na taksówkę.

To zaledwie fragment całego Sao Paulo
Temu kolesiowi w czerwonym to nie za ciepło?!
Centrum Warszawy to przy tym pikuś

4.Pożegnanie z Turcją à la Sütlaç

To miał być nasz ostatni dzień w Turcji. Noc spędziliśmy u rodzeństwa, które ugościło nas w swoim mieszkaniu na obrzeżach Ankary. Wykąpani, ja ogolony pierwszy raz od 1,5 miesiąca, najedzeni i wyspani ruszyliśmy. Bardzo długo czekaliśmy na okazję, bo tego dnia zaczynał się Ramadan Bajram – święto zbliżone swoim przekazem do Wielkanocy, bo jest zakończeniem postu, ale swoim przebiegiem bardziej do naszego Bożego Narodzenia, bo całe rodziny zjeżdżają się świętować wspólnie przez 3 dni.

Większość ludzi ruszyła na spotkania już dnia poprzedniego, więc samochodów było bardzo niewiele, a te, które jechały, były wypełnione do ostatniego miejsca. W końcu zatrzymał się dla nas młodych chłopak, jechał sam. Po pół godziny wysiedliśmy jednak z auta, bo chłopak jechał po autostradzie w tempie 80km/h. A to dlatego, że zamiast drogą, zajęty był nieustannym zerkaniem na Izę. Stwierdziliśmy, że to bez sensu, bo w takim tempie to na pewno nie wyjedziemy dzisiaj z Turcji. Szybko złapaliśmy nową okazję – cysternę. Zamienił stryjek siekierkę na kijek, bo cysterny jażdżą maksymalnie 80 km/h. Specyfika ich ładunku powoduje, że są trudne do prowadzenia. Ta była jednak pusta, więc żwawo dotarliśmy aż pod Stambuł, gdzie kierowca wyrzucił nas na stacji w sąsiadującym barem. Pora na obiad. Już wychodziliśmy po posiłku, gdy skusił nas widok Sütlaç – tureckiego deseru, przyrządzanego z mleka i ryżu. Wyjątkowo nam zasmakował podczas naszego pobytu, więc odrobina słodkiej przyjemności była idealnym pożegnaniem z Turcją.

Szybko złapaliśmy 3 kolejne okazje, najpierw na europejską stronę Stambułu, a potem poza miasto. Tam zgarnął nas chłopak, który jechał do miejscowości położonej zaledwie 50 km od przejścia granicznego z Bułgarią. W aucie poczułem się trochę słabo, ale nie dziwiło mnie to: upał był wyjątkowo nieprzyjemny, a odkąd opuściliśmy restaurację w ciągu godziny zdążyliśmy kilka razy pomieszać ten upał z nastawionymi na maximum klimatyzacjami w autach. Gdy wysiedliśmy także Iza oznajmiła, że nie czuje się najlepiej i chyba musi iść w krzaki. Mi dalej było tylko trochę słabo. Przeszliśmy 100 metrów za zjazd i czekaliśmy na jakikolwiek pojazd. W ciągu 5 minut mój stan diametralnie się pogorszył. Poczułem ogromne skurcze żołądka. Iza czuła się nieźle, ja z kolei czułem, że nigdzie dalej już nie dam rady dzisiaj pojechać. Zeszliśmy więc na zjazd autostrady, wszędzie wokół drogi, jak daleko sięgał nasz wzrok, rosły gęste i ostre krzaki. Ale ja nie byłem w stanie już przebierać nogami, a biegunka zbliżała się w ekspresowym tempie. Wbiliśmy się w te krzaki i znaleźliśmy kawałek wolnej od krzaków przestrzeni, nie większy niż 8 metrów kwadratowym, porośnięty suchą i wysoką na 1,5 metra trawą. Z trudem ugnietliśmy ją pod namiot. Snupi nie był zadowolony, bo nie miał w ogóle możliwości poruszać się wśród tych zarośli. Jego próba odnalezienia dogodnego miejsca na siku i „dwójki” wyglądała komicznie. Iza odczuwała tylko lekki ból i więcej wizyt w krzakach nie odnotowała. Ja z 10 razy wychodziłem z namiotu. Ból był chyba najgorszym, jaki czułem w życiu. A coś o nim wiem, bo miałem złamany nos, ręce, nogi, żebra, skręcenia kostek, kolana i wiele lżejszych kontuzji. Było tak źle, że w pewnym momencie chciałem już dzwonić po pogotowie. Ale jak, bez znajomości języka tureckiego, wytłumaczę mojemu rozmówcy co mi jest i że jestem gdzieś w krzakach na autostradzie? Gdy ból momentami odpuszczał i myślałem że zaraz zasnę, to sen odpychały nieustanne dźwięki rozbijania się koników polnych – wielkości małych myszy – o metalowe barierki drogi (jak się rano przekonaliśmy setki z nich tych uderzeń nie przeżyło). Mi udało się zasnąć ok. 3 w nocy. Rano nie było już ani papieru toaletowego, ani wody, którą zużyłem do mycia rąk i uzupełnia wody w organizmie. Autostrada świeciła pustkami, ale pojawił się patrol policji, który zawiózł nas do stacji nieopodal granicy. Po drodze byłem przekonany, że i tak umrę, bo policjant jechał 160 km/h i jednocześnie karmił na komórce swoje wirtualne zwierzątko. Może to lepiej, odwróciło to zainteresowanie mojego mózgu od mojego żołądka i pozwoliło dotrzeć do łazienki. Z wykąpania, najedzenia i wypoczęcia u rodzeństwa w Ankarze nie pozostała żadna resztka…

Snupiemu też daliśmy trochę nieszczęsnego deseru, ale jego zatrucie nie dosięgnęło nawet w najmniejszym stopniu. Kolejny dowód na to, o ile bardziej wytrzymałe są psy względem ludzi.

Malutka miseczka, a zasiała tyle zniszczeń.
A to Wan, tam też jedliśmy Sutlac. Gdy mężczyzna dowiedział się, jak bardzo lubimy Sutlac, to zadzwonił do żony i powiedział, że przywiezie zaraz gości, więc niech szykuje to to danie. Było nam trochę niezręcznie, bo kobieta na dodatek bała się psów. Jednak w drugiej godzinie naszej wizyty już głaskała Snupiego na kolanach 😀
Tatvan miasto (nie)szczęścia, czyli historia naszych zaręczyn

Tatvan miasto (nie)szczęścia, czyli historia naszych zaręczyn

Na blogu wspomnieliśmy już o naszym ślubie na Bali. Wypadałoby zatem opowiedzieć, jak wyglądał pierwszy krok w jego kierunku i o tym, jak Snupi wcisnął to w wszystko swój nos. Tym bardziej, że to niezła historia, w której pojawiją się nawet elementu strachu.

Dzień zapowiadał się wyśmienicie (jego początek opisany w tym wpisie). Czekaliśmy cierpliwe na jakikolwiek pojazd przy stacji benzynowej. Czuliśmy się jak w amerykańskim filmie o parze, której zepsuł się samochód na środku pustyni w Arizonie. Zamknięty bar, na stacji jedna zaparkowana ciężarówka, a w zasięgu wzroku tylko pustynia, wierzchołki gór i konstrukcje instalacji elektrycznej okraszone jedynie szumem wiatru.

Zatrzymał się dla nas przemiły mężczyzna z rudawymi włosami i cerą jaśniejszej od mojej. Skwar przeszkadzał mu chyba jeszcze bardziej niż nam, bo klimatyzację miał ustawioną tak mocno, że zaczęło nam być zimno. Zaciekawieni jego wyglądem, zapytaliśmy, czy jest Turkiem. Wyjaśnił, że żyje wielu Turków o wyglądzie zbliżonym do jego. Zaskoczyło nas to ogromnie, ale nie drążyliśmy tematu, żeby nie poczuł się urażony. Chwilę później zatrzymaliśmy się na kolejnej stacji benzynowej, bo Veysel oznajmił, że musi kupić coś do jedzenia. Ramadan dopuszcza, by osoby „w drodze” jadły i piły. Spotkaliśmy już takich, którzy z tej ulgi korzystali, więc nas to nie zdziwiło. Okazało się, że jedzenie nie było dla niego, tylko dla nas. Przepraszał, że to tylko ciasteczka, ale nic innego nie było. Veysel był naprawdę nietypowy, jak na Turka, mówił spokojnie, nie palił papierosów, samochód prowadził bardzo uważnie. Oznajmił, że jako nasz gospodarz, zadba o nas najlepiej, jak potrafi i zawiezie do Tatvanu, skoro tam właśnie zmierzamy (sam jechał do miasta Bitlis, 25 km przed Tatvanem). Po drodze zatrzymał się jeszcze pokazać nam atrakcję, która leży tuż przy drodze, ale jeśli się o niej nie wie, to łatwo ją przegapić. Atrakcja nazywana przez okoliczną ludność „Małym Pamukalle”.

Wyjaśniliśmy, że nie zmierzamy bezpośrednio do Tatvanu, tylko do położonego obok niego wulkanu Nemrut. Jednak ciągle nie jedliśmy nic konkretnego, no i musieliśmy zrobić zapas jedzenia na wspinaczkę i nocleg. Nie wiedzieliśmy też, czy chcemy ruszyć na wulkan jeszcze tego samego dnia, czy znaleźć nocleg w mieście.

Uwaga w Turcji są dwie góry o nazwie Nemrut. Jedna z pozostałościami ogromnych posągów, a druga, nasz cel, wygasły wulkan z ogromnym jeziorem w swoim kraterze. Woda jeziora ma taką oto barwę.
Jezioro Wan. Podczas wybuchu wulkanu Nemrut, potoki lawy zagrodziły odpływy jeziora, przez co rozrosło się ono i stało największym oraz najgłębszym w Turcji.

Ani my, ani nasz gospodarz, nie wiedzieliśmy, gdzie zaczyna się szlak na szczyt wulkanu. W naszym przewodniku nie było o tym ani słowa. Za to przewodnik wskazywał, że w Tatvan znajduje się biuro informacji turystycznej. Poprosiliśmy o podwózkę pod ten adres. Budynek okazał się w całości zajęty przez firmę, w której nikt nigdy nie słyszał o informacji turystycznej, co gorsza, nikt nie znał nawet jednego angielskiego słowa. Ruszyliśmy więc na poszukiwania jedzenia. Jak się okazał,  w całym mieście nikt nie znał chociaż słowa po angielsku. W 10 restauracjach, które minęliśmy nie można było kupić jedzenia z powodu Ramadanu. W końcu właściciel kolejnej z nich stwierdził, że zna jedno miejsce, gdzie MOŻE da się coś zjeść. Właściciel jako przewodnika dla nas wysłał swojego  10-letniego syna. Szliśmy i szliśmy, po 10 minutach stwierdziłem, że coś chyba nie gra, ale z chłopcem nie mogliśmy się ani trochę dogadać, nawet gdy Iza próbowała po turecku. Po 20 minutach dotarliśmy. Gdybym wiedział, że ten maluch przegoni nas przez pół miasta w 30 stopniowym upale, to wolałbym już zjeść na obiad kiełki bambusa. Najlepsze jest to, że to nie chłopiec robił sobie z nas jaja, prowadząc na około, wszystko zawdzięczaliśmy obliczeniom jego taty, który oznajmił, że to 5 minut.

Wylądowaliśmy na głównym deptaku nad brzegiem jeziora Wan, które w tym miejscu nie wyglądało zbyt urokliwie. We wskazanej restauracji obsługę stanowiło 3 chłopaków wystylizowanych na przystojniaków-cwaniaków. Nie wróżyło to nic dobrego, tak samo jak brudne sztućce, ale skoro szliśmy tu 20 minut… Słabych wrażeń smakowych nie poprawiło nawet zamówienie naszego ulubionego tureckiego dania – Sac Tava. Dowiedzieliśmy się za to, że na szczyt wulkanu prowadzi asfaltowa droga, już niemal ukończona. To przykre, że odbiera się dzikość takim miejscom, ale w tamtej chwili była to dla nas zdecydowanie dobra wiadomość. Nie ruszyliśmy w tę podróż, by zdobywać szczyty. Nie mieliśmy zielonego pojęcia, którędy można się wspinać pieszo i nie mieliśmy od kogo się tego dowiedzieć. No i musielibyśmy to robić w nocy, bo w ciągu dnia upał by nas wykończył, poza tym wciąż nie mieliśmy zapasów, a do zachodu słońca zostało niewiele czasu. Wspinaczka następnej nocy kosztowałaby nas utratę całego dnia w tej średnio przyjemnej okolicy.

Po prawej Sac Tava, zdjęcie z innej restauracji w kanionie Ihlara. Było najlepsze, jakie jedliśmy.

Ruszyliśmy na zakupy z planem spania w namiocie najbliżej wulkanu jak się uda i podjęcia próby wjechania z kimś do krateru rano. Standardowo – wszystkie piekarnie były otwarte, ale nic nie sprzedawały z powodu Ramadanu, a na straganach z owocami wszyscy chcieli nas oszukać. Z ogromną radością dostrzegliśmy supermarket. Kupiliśmy nutelle, pieczywo i melona. Uznaliśmy, że to nam wystarczy, skoro na wulkan prowadzi droga. Robiło się coraz później, słońcu pozostała maksymalnie godzina przed schowaniem się za okolicznymi wzniesieniami.

Mijały nas dziesiątki aut, ale nikt się nie zatrzymywał, co w Turcji jest nieprawdopodobne. Byliśmy zdeterminowani, by opuścić miasto, więc zaczęliśmy iść w stronę peryferii z wciąż wystawionymi kciukami. Przez 15 minut nikt się nie zatrzymał, by w jednej chwili zatrzymały się dwa auta równocześnie. Jeden bliżej mnie, drugi obok Izy. Ten przy mnie – czarny terenowy samochód, a w środku 2 młodych Turków, którzy wyglądali jak członkowie gangów z Los Angeles. Czapki z daszkiem, luźne  sportowe ubrania, brody wygolone w nietypowe kształty. Tymczasem w samochodzie bliżej Izy, białej Toyocie, siedział typowy Turek w wieku około 30 lat, w czystej i wyprasowanej białej koszuli. Jechaliśmy już z 20 podobnymi do niego. Wybór mógł być tylko jeden…

No przykro mi, że Was rozczaruję, ale nie wybraliśmy ziomków 😀 Takiego image nie spotkaliśmy nawet w Stambule, a nie był to idealny moment na walkę ze stereotypami. Mężczyzna z Toyoty okazał się wyjątkowo bystry, sam zaproponował rozmowę poprzez komórki i ściągnięte słowniki. Oznajmił, że podwiezie nas tak wysoko na wulkan, dokąd położony został asfalt. Opowiedział, że jest nauczycielem, niedługo się żeni. Zapytał, czy my też jesteśmy parą. Na początku wyprawy, by uniknąć wszelkich problemów (podrywów Izy, czy nieprzychylnego traktowania z powodu bycia parą bez małżeństwa) ustaliliśmy, że będziemy kłamać, iż właśnie się zaręczyliśmy. Tak też mu odpowiedzieliśmy. Mężczyzna zdążył znaleźć nas na facebooku i wysłać zaproszenia. Na dwie komórki, jego i naszą, prowadziliśmy rozmowę o naszej wycieczce. Dzięki miłej atmosferze nawet się nie obejrzeliśmy, a już zaczęliśmy podjeżdżać drogą na wulkan.

W pewnym momencie, gdy zajęty byłem odpisywaniem na jego pytanie, Iza zaczęła powiedziała “Piotrek nie podoba mi się to”. OHO, zrobiło jej się niedobrze po tym kiepski obiedzie – pomyślałem. Iza powtórzyła z jeszcze 2 razy „Piotrek nie podoba mi się to”. Ja całkowicie zdezorientowany zacząłem kręcić głową we wszystkie strony w poszukiwaniu zagrożenia, niczym kura szukająca ziarna. Iza nie potrafią jakoś tego z siebie wykrztusić, tak jakby zapomniała, że przecież może mówić do mnie wszystko, a on i tak nie zrozumie.. W końcu „on napisał coś dziwnego”. „To znaczy?” – zapytałem, wysiadamy? A Iza „nie wiem”. Znowu wróciłem do przekonania, że jest jej niedobrze po obiedzie, a „on napisał coś dziwnego”, odnosiło się po prostu do tego, że czegoś niezrozumiała. Ze 2 razy jeszcze zapytałem „wysiadamy?”, a Iza wciąż „no nie wiem”. W końcu oznajmiła „wysiadamy”. Kierowca nie reagował w żaden sposób na całą naszą rozmowę. Dopiero gdy powiedziałem, żeby zatrzymał samochód i że chcemy wysiąść, to zaczął przepraszać. Ja ciągle nie wiedziałem o co chodzi, za to wiedziałem, że się nie zatrzymuje, nawet nie zwalnia. W końcu zwolnił, ale wciąż jechał, ciągle przepraszając. Zaczęliśmy domagać się zatrzymania we dwójkę, co poskutkowało. Iza wysiadła i zaczęła wyciągać bagaże, ja sam wciąż pozostawałem w środku, bo nie wiedziałem, czego mogę się spodziewać (pamiętajcie, gdy podróżujecie w parach, zawsze niech mężczyzna pierwszy wsiada i ostatni wysiada z samochodu, porwać kobietę nie jest trudno, zostawcie także otwarte drzwi w samochodzie, dopóki nie wyciągniecie wszystkich bagaży z samochodu, to chociaż trochę zapobiegnie przed nagłym odjazdem i kradzieżą waszych rzeczy). W pośpiechu zaczęliśmy zakładać plecaki, mężczyzna wyszedł z auta i znowu zaczął przepraszać i prosić, żebyśmy wsiedli z powrotem, a ona zawiezie nas na szczyt.  Iza, w końcu, po blisko 2 minutach całej akcji, rzuciła na szybko „on chciał, żebym Cię zostawiła i z nim pojechała”. Byliśmy wściekli, ale nie byliśmy w stanie ocenić jego intencji i kim jest, więc ze spokojem powiedzieliśmy, że nie ma problemu, nie gniewamy się, ale nie chcemy dalej jechać. Mężczyzna wciąż naciskał, my zaczęliśmy odchodzić. On nie chciał odjechać, zaczęliśmy się bać, że to jakiś świr i zaraz zacznie nas gonić. Szliśmy coraz dalej w pole, w końcu odjechał.

Zapytałem Izy, czemu tak długo nie potrafiła mi wyjaśnić co się działo i czemu tak długo zwlekała z decyzją o opuszczeniu auta. Odpowiedziała, że najpierw była w szoku, bo przecież 3 minuty wcześniej powiedzieliśmy mu, że jesteśmy zaręczeni. A gdy zszedł z niej szok, to uświadomiła sobie, że tak bardzo nie chce jej się iść pieszo pod górę, że zastanawiała się, czy da się z tej podwózki coś jeszcze ugrać… W sumie byłem z niej dumny 😀

Wylądowaliśmy gdzieś w połowie wysokości wulkanu. Jedynym obiektem, za którym mogliśmy się schować, było wzniesienie terenu kilkaset metrów od nas. Czarnymi torebkami na psie odchody zakleiliśmy wszystkie odblaskowe elementy w namiocie. Nie mogliśmy mieć pewności, że mężczyzna to nie jakiś zboczony świr, albo nie wróci ze swoimi kolegami, bo jego duma została urażona. Nasz strach spotęgowało dodatkowo to, że kilka minut po całej akcji usłyszeliśmy przejeżdżający samochód. A kto, u licha, wjeżdża na wulkan po zachodzie słońca? A chwilę później przejazd kolejnego, tym razem w odwrotną stronę. Szuka nas – ogarnęło nas chwilowe urojenie.

Byliśmy jednak dobrze ukryci. Namiot w kolorze zgniłej zieleni na pustynnym polu pokrytym resztkami trawy i małymi krzakami był niewidoczny z drogi. Tak długo jak nie włączymy latarek, jesteśmy nie do namierzenia. Na koniec szykowania obozowiska stwierdziliśmy nawet, że będzie to chyba najbezpieczniejsze, a napewno najspokojniejsze, miejsce noclegowe, jakie mieliśmy do tej pory. Dotychczas zawsze musieliśmy się spodziewać kradzieży i niespodziewanych najść, jeśli nie przez złych ludzi, to dzieciaków, które rozchichotane latały wokół naszych namiotów i były ciekawe turystów. Tutaj nie było nic, w zasięgu wzroku był tylko jakiś duży budynek, dość daleko, na dodatek po drugiej stronie doliny o stromych zboczach. Nie było widać żadnych świateł z jego okien, ani nie dochodziły z niego żadne dźwięki. Przypomnieliśmy sobie, że ktoś wspomniał nam w mieście, że na zboczu jest hotel, ale obecnie nieczynny. Poza tym widać było tylko rozświetlony w dole Tatvan, jezioro odbijające resztki promieni słońca i kontury wysokich gór oddalonych dziesiątki kilometrów. Widok był jednym z lepszych, jakie widzieliśmy. Mieszanina kolorów: różowego, niebieskiego, pomarańczowego i przeszywającego tę pustkę wiatru…ahh. Tak żałujemy, że naszym jedynym sprzętem fotograficznym był wtedy smarthphone. W taki widok można się wpatrywać godzinami, no dobra, aż nie zrobi Ci się cholernie zimno 😀 Teren pustynny wychładza się przecież momentalnie, a do tego byliśmy już na kilkuset metrach nad poziomem morza. Poza tym nie chcieliśmy używać latarek, więc zawinęliśmy się do śpiworów. Przekonani o nocy bez żadnych niespodziewanych wrażeń, usnęliśmy błyskawicznie.

Gdybyśmy mieli wtedy dobry aparat…

Gdy delikatnie się przebudziłem, zobaczyłem Izę z otwartymi w przerażeniu oczami, Snupi za to spał nieprzytomnie. „Co jest” – zapytałem. “Usłyszałam jakieś szum”. Wsłuchaliśmy się i… cisza. Uspokoiłem Ize i siebie 😀 – „Zobacz Snupi śpi nieprzytomnie, gdyby coś się działo, to już by świrował”. Zwinęliśmy się z powrotem w śpiwory. Nagle usłyszeliśmy bardzo delikatne trzaskanie suchej trawy, ale tak delikatne, że nie mógła to być ludzka stopa. Szybko przypomniałem sobie, że ziemia w okolicy pokryta była bobkami. Więc od razu wydedukowaliśmy, że to jakiś zając, albo inne dzikie stworzenie. Snupi obudził się, ale na skutek naszych rozmów, wciąż był spokojny. Zwinęliśmy się z powrotem w śpiwory. Zanim zdążyliśmy zasnąć, znów usłyszeliśmy pękającą suchą trawę i następną, i następną. Niespełna sekundę później – Ueueeuuu, ueueeeuuu – dźwięk chyba ludzki, ale mający swoje źródło bardzo daleko od nas. Od razu stwierdziliśmy, że to pewnie jacyś pijani ludzie z hotelu. No ale przecież hotel miał być nieczynny. Więc może to jakaś pijana młodzież urządziła sobie biwak na szczycie? Ale pijani muzułmanie? To raczej niemożliwe, a już na pewno w czasie ramadanu. Ale oprócz tego pokracznego jęku, nie było żadnych innych dźwięków ludzkich. Za chwilę po namiocie przejechało światło latarki, ale w taki sposób, że byłem pewien, że nie został on jeszcze zauważony, bo promień światła ani na chwilę się na nas nie zatrzymał. I znów ten dźwięk ueueeuuuu, ueueeeuuuu. Kur… co jest grane?! – mózg wskoczył na bardzo wysokie obroty. Przecież to nie może być ten koleś, gdyby chciał tu wrócić i nas skrzywdzić, to nie zdradzałby swojej obecności jękami i latarką. No chyba, że jest naprawdę nieźle poprany i wywołanie u nas strachu sprawia mu przyjemność. Dziwaczne jęki ucichły, ale promień latarki zaczął przejeżdżać po namiocie coraz częściej,  a jego moc wzrastała, co oznaczać mogło tylko jedno, że się jego źródło się do nas zbliża. Nagle wokół całego namiotu zaczęło wszystko szumieć i chrobotać. Siedziałem przez chwilę sparaliżowany. Iza siedziała ze Snupkiem wciśniętym mocno w siebie i trzymała jego pysk, żeby nie pozwolić mu szczeknąć i zdradzić naszego położenia. Już od kilku sekund w jednej ręce trzymałem gaz pieprzowy i nóż, które podświadomie odnalazłem wśród rzeczy. Oznajmiłem, że wychodzę, „nie możemy zostać zaskoczeni tutaj w środku”. Bałem się jak 5 letnie dziecko potwora z szafy. Najtrudniejsze było otworzyć zamek błyskawiczny w drzwiach namiotu. Czy to nie żałośnie śmieszne, jak człowiek upatruje schronienia w pomieszczeniach, jak myśli, że kawałek ściany w domu, drzwi, czy folii w namiocie uchroni go przed niebezpieczeństwem. Jak zamiast walczyć i reagować, wolimy czekać na to, co nastąpi. Wynurzyłem się z namiotu, to uczucie… to uczucie gdy moja głowa zrobiła się 3 razy lżejsza, gdy strach zamienił się w ulgę, było cudowne.

Okazało się, że nasz namiot otoczony jest przez stado kóz i owiec, a osobami, które świeciły i krzyczały, było dwóch nadciągających pasterzy. Wyglądali jakby wyrwali się ze średniowiecza, z kurtkami i kubrakami zrobiony z prawdziwej skóry i owczej wełny, tak samo rękawice i czapki. Jedyne co w ich wyglądzie było nowoczesnego to latarki oraz trampki. Wciąż byłem jednak lekko zaniepokojony, nie wiedziałem jak zareagują, być może to ich ziemia, być może są szalonymi dzikusami niczym z amerykańskiego horroru. Gdy podeszli bliżej, widać było, że to dobrzy ludzie. Młodszy – syn z uśmiechem kiwnął głową w geście powitania. Starszy podszedł do mnie i wyciągnął rękę by ją uścisnąć. Znów zaczął wydawać przeraźliwe jęki, ale patrzył na syna i na mnie. Wtedy syn, zaczął mu coś wyjaśniać. Wtedy zrozumieliśmy, że ten przeszywający nas przerażeniem odgłos, to zapewne efekt udaru, któremu uległ mężczyzna i na jego skutek utracił zdolność mówienia. Iza puściła Snupiego, który z niedowierzaniem patrzył się na dziesiątki stworzeń przed nim. Na szczęście nie szczekał i nie straszył zwierzyny.

Winowajcy naszego strachu, o 7 rano w drodze powrotnej do zagrody już tacy straszni nie byli
Dobrze, że w nocy Snupi nie wyskoczył z namiotu ze swoim jazgotem, bo kto wie, co zrobiłby z nim ochroniarz stada. Rano się zakumplowali. Za to osiołkowi Snupi się nie spodobał.

Mężczyźni po kilkunastu sekundach przyglądania się nam, ruszyli dalej, w stronę doliny oddzielającej nas od hotelu. Moim największym zmartwieniem stała się teraz ręka, którą podałem pasterzowi. Pachniała niczym obora, a moja psychika nie pozwalała mi przestać uświadamiać sobie, że jego ręka mydła to dawno nie czuła. Wyczerpani stresem zasnęliśmy błyskawicznie. Obudziłem się przed 6 rano. Wiedziałem, że jeśli nie złapiemy okazji na szczyt to musimy tam iść pieszo, a z każdą godziną będzie się robiła coraz upalniej. Zacząłem budzić Izę, ale u niej rozbudzanie trwa z 30 minut, więc wyniosłem w tym czasie rzeczy na zewnątrz, spakowałem co mogłem i wziąłem się za krojenie melona i chleba na śniadanie. Widok był równie piękny, co wieczorem, dlatego pomyślałem, że to idealna chwila by oświadczyć się Izie.

Tuż przed…

Małe wtrącenie. Gdy tylko zdecydowaliśmy z Izą, że ruszamy w autostopową wycieczkę do Turcji i Armenii, to wiedział, że oświadczę się na niej Izie. Tak właściwie to chciałem to zrobić już pół roku wcześniej. Planowałem kupić bilety lotnicze na weekend do Gruzji, kiedy wypadały urodziny Izy.  Plan jednak nie wypalił, bo miesiąc przed urodzinami Iza dostała zapalenia wyrostka robaczkowego. Mój nowy plan zakładał więc oświadczyny w Armenii. W jaskiniach kanionu rzeki Vorotan, o których wyczytałem na jakimś forum, że to odludne i piękne miejsce. Jak wiecie z naszej relacji, takim odludnym nie jest…

Snupek znalazł sobie schronienie przed palącym słońcem.

W sumie ta myśl powstała w mojej głowie, już kilka godzin wcześniej przy podziwianiu widoku wieczorem. No ale miałem plan, poza tym pomyślałem – trochę lipa, Iza będzie dzień oświadczyn kojarzyła też z jakimś napalonym Turkiem. Jednak miejsce było idealne. No i ostatnie wspomnienia dość traumatyczne, czy nie byłoby jednak dobrze zatrzeć te złe chwile (tak nieliczne w naszym wyjeździe) czymś dobrym. By nie zabrały nam sił w dalszej wyprawie. Robię to – zdecydowałem. Wyjąłem pierścionek z plecaka i schowałem do kieszeni w spodniach. Zacząłem poganiać Izę, by w końcu wyłoniła się z tego cholernego śpiwora, nie mówiąc już o namiocie, bo z każdą sekundą wznoszenia się słońca, widok tracił swoje estetyczne walory. Powolność Izy i brak chęci wstawania zaczęły mnie z każdym następnym ponagleniem coraz mocniej irytować, bo poza tym, że właśnie psuje idealną aurę krajobrazu, to doprowadza do marszu pod górę w zenicie. Gdy w końcu wyszła, to stwierdziła, że na razie nie chce jej się jeść, żebyśmy się spakowali i poszli jak najszybciej. No masakra, moje chęci spadły już do połowy. W końcu udało mi się ją przekonać, by na chwilę usiadła do jedzenia, no i stało się… Żadne z nas do końca nie pamięta, jak to wszystko przebiegło. Pamiętamy za to na pewno Snupiego, który zainteresowany Izy uśmiechem od razu podbiegł, wcisnął się między nas i zaczął lizać po twarzach. No tak, tak wygląda romantyczna i poważna chwila właścicieli psa. Wciska swój nos we wszystko, ale nie można się o to złościć, w końcu tyle razy jego pocieszna mordka ratowała nam humor w najgorszych sytuacjach.

Wiecie, że gdy wracaliśmy z naszego ślubu na Bali, przelatywaliśmy wprost nad wulkanem Nemrut i gdybyśmy tylko mieli lornetki, zobaczyć moglibyśmy to miejsce, gdzie rozbiliśmy namiot. Ciekawy splot wydarzeń. Tak jak ciekawy splot wydarzeń sprawił, że wulkan na zawsze będzie mieszanką wspomnień z zaręczyn i skojarzeń ze zboczonymi Turkami, bo na szczycie spotkaliśmy kolejnego mężczyznę, który chciał, aby Iza smarowała go kremem przeciwsłonecznym. A sam Tatvan, po zejściu z wulkanu znów nie okazał się dla nas życzliwy, bo w pewnym aucie zostawiłem swoje zapasowe buty, a chwilę później miejscowe dzieciaki próbowały nas okraść. Ale to już następna historia, o którą przeczytasz TUTAJ – fragment “Kevin, tzn. Snupi sam w Turcji”).

widok na jezioro Wan i jezioro w kraterze Nemruta