Podróż do Armenii cz. 3/3

Podróż do Armenii cz. 3/3

Młodzieńcy stawali się coraz bardziej nachalni wobec Izy, więc postanowiliśmy się ewakuować. Dwóch odwiozło nas na górę, z krótkim postojem, bo stara Łada odmówiła posłuszeństwa. Chłopaki nie przejęli się za bardzo, polali wszystko zimną wodą i oznajmili, że trzeba chwilę poczekać. Zabrali nas nad wysoką przepaść, zaledwie kilkadziesiąt metrów od miejsca startu kolejki. Chłopaki, niczym japońscy turyści, domagali się zdjęcia za zdjęciem, we wszystkich możliwych kombinacjach, ja z nimi, oni z Izą, oni sami, my wszyscy, raz jeden z lewej, raz z prawej.

Na skrzyżowaniu z główną trasą poznaliśmy Niemca, który ze swojej ojczyzny zmierzał rowerem do Iranu. Krótką pogawędkę zakończył stop taksówki. Od 4 tygodni każdy napotkany taksówkarz próbował namówić nas na kurs. Tym razem starszy mężczyzna powiedział, że zawiezie nas do skrzyżowania ze swoją wioską za darmo. Staruszek wzbudził w nas ogromne współczucie. Był samotny, jego żona zmarła kilka lat temu, a dzieci wyjechały do Erywania w poszukiwaniu pracy. Czuć było, że brakuje mu kontaktu z innymi ludźmi, był bardzo ciekaw i pełen energii do życia. Zachodzące słońce raziło go w oczy, więc użyczyłem mu swoich okularów słonecznych. Przyznał, że pierwszy raz ma na sobie coś takiego, ale nie chciał ich przyjąć w prezencie.

Gdy wysiadaliśmy słońca już nie było. Zgodnie z naszą zasadą, gdy jest ciemno nie zatrzymujemy już aut. Niebezpiecznie jest stać wtedy na drodze, nawet z czołówką na głowie, poza tym nie widać wyraźnie twarzy kierowcy, co zaburza intuicję i przeczucie wobec osób.  Jednak mieliśmy jeszcze kilkanaście minut, zanim stanie się ciemno, a czasu nie było co marnować na szukanie miejsca na obozowisko, na pustkowiu każde jest równie dobre. A nuż, kierowca będzie jechał daleko w stronę jeziora Sewan, które miało być naszym ostatnim przystankiem przed powrotem do Gruzji. Z drogi, gdzie skręcił staruszek, po chwili wyjechał akwizytor, który rozwoził po całym kraju towary bazarowej wartości. Właśnie dostarczał plastry na stopy do oczyszczania organizmu. Wracał do domu w Erywaniu. Stwierdził jednak, że pojedzie dla nas inną drogą, przez Sewan, dokładając ok. 40 km, ale my musimy z nim pojechać do ostatniego klienta w Jermuk – miejscowości uzdrowiskowej, skąd wydobywa się znaną w całej Armenii i na świecie wodę o takiej samej nazwie. Wysoko mineralizowana i naturalnie gazowana woda ma charakterystyczny smak i zapach. Ja ją uwielbiałem i piłem każdego dnia pobytu w Armenii, według Izy była paskudna, według  Snupieg też – nawet rozgazowaną pił niechętnie. Wmuszałem ją w nich, bo w upale i przy nieregularnym odżywaniu dostarczała mnóstwo zdrowych mikroelementów.  Na miejscu woda płynie z kilkunastu źródeł, każde ma inną temperaturę, nawet powyżej 50 stopni Celsjusza. Vahe – tak miał na imię kurier – zabrał nas do wodopojów na degustacje. Dostęp do wody jest darmowy. Podobno mieścina jest ładnie położona, gdzieś jest duży wodospad, podobno, bo w ciemnościach nic nie było widać. Za to ludzi mnóstwo, jak w Zakopanem.

Zmorą podróżowania w nocy po Armenii jest brak kultury kierowców w kwestii wyłączania oślepiających długich świateł. Do tego dochodzą auta sprowadzane z Japonii, których asymetryczne światłą przystosowane są do ruchu lewostronnego. Umiejętności prowadzenia pojazdów u Armeńczyków wydają się gorsze niż Gruzinów, ale jeżdżą wolniej, więc można powiedzieć, że trochę bezpieczniej. W Jeghegnadzor odbiliśmy nad jezioro. Było już po północy i od tej chwili na szosie minęliśmy zaledwie kilka aut. Za oknem ciemność, nie było widać żadnych śladów ludzkości. Z mapy i kolejnych zakrętów wydedukować można było, że przejeżdżamy przez pasmo górskie Postojowi na rozprostowanie nóg towarzyszył przepiękny widok na niebo – lepszy niż ten, który ostatnio widziałem na pustyni Atakama, gdzie są jedne z najlepszych warunków do oglądania nieba. Z ogromnym trudem odnaleźć można było skrawek ciemnego kosmosu niezagospodarowany przez żadną gwiazdę. Przez chwilę rozważaliśmy nocleg w tych okolicznościach, ale Vahe stanowczo nam na to nie pozwolił z powodu zbyt dużej ilości dzikiej zwierzyny, jak twierdził nawet niedźwiedzi. Po 2.00 w nocy dojechaliśmy do miejscowości Sewan. Vahe za wszelką cenę chciał znaleźć nam nocleg. Po 30 minutach poszukiwań udało nam się go przekonać, że sobie poradzimy, byle tylko wywiózł nas kawałek od centrum. Wręczył nam na pamiątkę i szczęście swój wisiorek z charakterystycznym armeńskim krzyżem. Powiedział, że jeśli kiedykolwiek będziemy jeszcze w Armenii, to mamy się do niego odezwać i pożyczy nam swój samochód, żebyśmy nie musieli podróżować autostopem. My życzyliśmy by bezpiecznie wracał do swojej ciężarnej żony, z którą zdążyliśmy wielokrotnie rozmawiać. Vahe rozumiał trochę język angielski, a my trochę rosyjski, jednak zaczynaliśmy tak skomplikowane tematy, że niezbędny okazywał się telefon do żony, która znała angielski perfekcyjnie.

Skończyło się na tym, że spaliśmy na pasie zieleni pomiędzy drogą a pobliskimi zabudowaniami. Przez chwilę martwiliśmy się, że może wkroczyliśmy na czyjąś posesję, ale ze zmęczenia zasnęliśmy błyskawicznie i spaliśmy jak martwi. Rano okazało się, że od plaży dzieliło nas mniej niż 400 metrów. Tyle czytaliśmy o walorach jeziora, więc żwawo do niego ruszyliśmy. Niestety w tej zatoce nie było ani śladu krystalicznie czystej wody, była wręcz czarna od mułu, na dodatek lodowata. Na południu widać było sylwetkę miejscowego klasztoru, ale mieliśmy już dość klasztorów, a piękniejszą panoramę jeziora widzieliśmy w Turcji nad jeziorem Van. Spokój nie trwał długo, po około godzinie na plaży zaczęli się pojawiać miejscowi. Biegające dzieci, krzyki i dym z rozpalanych ognisk przepędziły nas. Byliśmy zdeterminowani by dostać się tego dnia do miasta Kutaisi w Gruzji, nawet w środku nocy, bo mamy tam przyjaciół.

Snupi docenił okulary podczas plażowania, spędził w nich ponad 15 minut
Snupi docenił okulary podczas plażowania, spędził w nich ponad 15 minut

Mimo bardzo dużego ruchu na trasie, dopiero po 20 minutach zatrzymało się dla nas auto. Nowy, luksusowy SUV. Bogatych ludzi, którzy zatrzymali się dla nas podczas tej wyprawy, mogę policzyć na palcach jednej ręki, a stopów mieliśmy ponad 150. Zachwyceni ilością miejsca na bagaże, nogi i klimatyzacją rozsiedliśmy się. Wczoraj z Vahe jechaliśmy obładowani kartonami, przez 5 godzin siedziałem z plecakami między i na nogach, a Iza z tyłu ze Snupim na kolanach.

Z przykrością przyjęliśmy informację, że mężczyzna jedzie tylko do Vanadzoru, jakieś 70 km. Po kilku minutach rozmowy mężczyzna zaproponował byśmy przyłączyli się do jego planów. Firma, w której jest dyrektorem (jak się potem okazało oczyszczalni wody) organizowała imprezę dla swoich pracowników. Przekonywał nas, że będziemy wielką niespodzianką dla zgromadzonych, a czekać będzie na nas mnóstwo jedzenia i świetna zabawa. No dobra – pomyśleliśmy – wczoraj naszym obiadem było jedzenie ze stacji benzynowej, dziś nic jeszcze nie jedliśmy, i tak musielibyśmy poszukać czegoś do jedzenia w Vanadzorze, no i zobaczymy jak wygląda armeńska impreza. Jest 10, więc nawet jak posiedzimy 5 godzin, to dotarcie do Kutaisi będzie możliwe.  Spotkanie okazało się grillem obok zakładu pracy. Miejsce już od lat służyło spędzaniu wspólnie czasu – przymocowane na stałe stoły i ławki długie na 8 metrów, pod zadaszeniem. Starsi mężczyźni właśnie przyrządzali szaszłyki, a kobiety dojrzałe warzywa do sałatek. Młodsi mężczyźni zajęli się dostarczaniem zgromadzonym kolejnych butelek piwa i szykowaniem stołu.

Typowy w Armenii widok
Typowy widok w Armenii

04

05Zostaliśmy zasypani gradem pytań, a Snupek biegał radośnie zaczepiany i głaskany przez każdą z 20 zgromadzonych osób. W pewnym momencie przestaliśmy go już nawet pilnować. Skończyło się to tym, że przybiegł z kością większą od niego samego. Po zgarnięciu ochrzanu rzucił ją i skierował się w pobliskie krzaki. Poszedłem za nim i odkryłem z czego robione są szaszłyki. W trawie leżały pozostałości barana, którego zaraz mieliśmy jeść. Jak się okazało, został zabity tutaj, jakieś 2 godziny wcześniej. No cóż, z jednej strony było to dla nas przykre i odrażające, ale nie jesteśmy hipokrytami, lubimy jeść mięso. Poza tym, byliśmy przekonani, że zaraz skosztujemy najpyszniejszego posiłku w życiu. Mięso zwierzęcia, które całe życie biegało po okolicznych górskich łąkach, jego ciało nie zostało nigdy potraktowane antybiotykami, wspomagaczami wzrostu, czy konserwantami. Zapach mięsa nie był przyjemny, nawet po upieczeniu, ale smak cudowny. Zajadaliśmy kolejne kawałki, aż zgromadzeni poczęstowali nas płucami i sercem, jako najlepszymi przysmakami. Nie mogliśmy odmówić. Serce było stosunkowo smaczne, konsystencja był znośna – dało się to zjeść, za to z płucem był problem. Byłem w stanie je jeść malutkimi kęsami do momentu, w którym po oderwaniu kolejnego kawałka, zauważyłem wielkie białe oskrzele. Ledwo powstrzymałem odruch wymiotny i by przerwać konsumpcję zdecydowałem się wznieść toast.

Przyłapani
Przyłapani

06

07Jeden z naszych nowych znajomych pytał, co jest najważniejsze dla nas, jako gości w hostelach, bo zastanawia się nad otwarciem takiego. Mówił, że lubi poznawać nowych ludzi i słuchać o ich kulturze, ale pomysł traktował bardziej jako marzenie, bo turyści tylko przejeżdżają przez Vanadzor. Bezdyskusyjnie dla nas jest to czysta łazienka z ciepłą wodą. Wskazaliśmy, że miejsce ma potencjał, trzeba tylko zadbać o jego uatrakcyjnienie. Okoliczne góry to wspaniałe tereny do trekkingu pieszego i konnego. Wyznaczenie szlaków i sukces murowany. Gdybym wiedział, że po tej i następnych podróżach nie będę już potrafił żyć w miejskim zgiełku i konsumpcyjnym społeczeństwie, zaproponowałbym abyśmy zostali wspólnikami.

Mięso, sałatka, toast, robienie zdjęć, pokazywanie zdjęć, tak mijały kolejne godziny a razem z nimi wypełniały się nasze brzuchy. Do tego stopnia, że nie mogliśmy się już ruszać. Stan Snupka był dokładnie taki sam, no – bez wódki. Pierwszy raz w życiu widzieliśmy Snupiego, który zamiast biegać, skakać i zaczepiać wszystkich, leżał w gęstej trawie w poszukiwaniu samotności. Gospodarze wstali od stołu i zaczęli tańczyć, tzn. gibać się z rękami w górze, co w ich przekonaniu było tańcem. Snupi tylko podniósł głowę i leżał dalej, nawet gdy tańce przeniosły się w jego okolicę. I tak nadszedł zmrok.

08

09
Nawet taki taniec przerasta zdolności Piotrka

Dalsza podróż nie była możliwa, towarzysze zaczęli dzwonić po hotelach. Akurat wtedy w Vanadzorze odbywały się zawody w zapasach i wszystkie miejsca były zajęte. W innym hotelu spali weselnicy. Przy okazji uwidoczniła się kolejna różnica między Ormianami i Turkami w gościnności. W Turcji, wielokrotnie oferowano nam nocleg w domu, tutaj zgromadzonych było 20 osób i nikt tego nie zaproponował, nawet, gdy wydawało się, że wszystkie hotele są już zajęte. Nie wiemy, czy wynikało to z niechęci do goszczenia, co wydaje się mało prawdopodobne, bo wszyscy nas polubili i chętnie z nami rozmawiali, a może ze wstydu, a może myśleli, że odbierzemy to jako nietakt. Autami ruszyliśmy do centrum miasta, po godzinie jeżdżenia udało się znaleźć pokój.

Rano nie mogliśmy trafić lepiej, na stopa wziął nas strażnik graniczny, który jechał do pracy na przejściu granicznym w Bagratashen. Własnie do niego chcieliśmy się dostać, by nie dublować trasy, którą pokonaliśmy w pierwszą stronę. Piękno Armenii było z nami do samego końca, bo trasa ciągnęła się malowniczym i potężnym wąwozem rzeki Debed. Rano wszystkie sklepy były zamknięte, a my nie mieliśmy gruzińskich pieniędzy, więc zdecydowaliśmy się zjeść coś na granicy.  Uniwersalna zasada, żeby nie jeść jedzenia na granicy jest jak najbardziej słuszna. Trochę martwiliśmy się przejściem Snupiego przez granicę. Gruzini najbardziej skrupulatnie, czyli jako jedyni, sprawdzali dokumenty Snupiego gdy przybywaliśmy z Turcji. Teraz  strażnik zawołał swoją przełożoną, żeby zobaczyła psa i paszport, ale chyba tylko po to, by podzielić się z nią ciekawym wydarzeniem.

Tak przebiegła nasza podróż po Armenii:

Dzień 20: Akhalkalaki – Ninotsminda (Gruzja) – Gyumri –  Erywań (215 km, 6 stopów)

Dzień 21: Erywań

Dzień 22:  Erywań  – Garni – Geghard – Lanjazat – Khor Virap klasztor (96 km, 2 autobusy, 5 stopów)

Dzień 23: Khor Wirap – Jeghegnadzor – Tatev klasztor obok miasta Goris – Jermuk – Jeghegnadzor – Sevan (505 km, 9 stopów)

Dzień 24: Sevan – Vanadzor (78 km, 1 stop, 5 kg jedzenia w żołądku)

Dzień 25: Vanadzor – Dsegh – Bagratashen – Gruzja: Marneuli – Tbilisi – Kutaisi (406 km, 2 stopy)

Nad ranem Snupi jeszcze trawił barana
Nad ranem Snupi jeszcze trawił barana

1112

 

Podróż po Armenii cz. 2/3

Podróż po Armenii cz. 2/3

Kierowca wysadził nas na szosie i oznajmił, że jeśli będziemy potrzebować pomocy, to kilometr stąd jest jego gospodarstwo, po czym ruszył w bezdroże. Pomocy?! Przecież lada moment pojawi się nowy pojazd –pomyśleliśmy– kawałek po kawałku, ale przecież się uda. W ten oto sposób wylądowaliśmy na środku pustyni.

Czym prędzej popędziliśmy w stronę krzaka, jedynego schronienia w zasięgu wzroku. Cienia ledwo starczyło na naszą trójkę. Mimo upału, sytuacja była dość przyjemna. Po zwiedzeniu dwóch miejsc przepełnionych ludźmi, teraz delektowaliśmy się spokojem i nieskalanym cywilizacją otoczeniem. W planach na bieżący dzień mieliśmy już tylko przejazd do głównej drogi, zjedzenie obiadu i znalezienie dobrego miejsca na nocleg. Zatem mogliśmy pozwolić sobie na rozładowanie telefonu z wgraną mapą GPS. Włączyłem na nim muzykę – soundtrack z filmu Ostatni Mohikanin, Iza zaczęła czytać książkę. Tak upłynęło 30 minut i zrozumieliśmy, że może minąć dłuższa chwila, zanim nadjedzie jakiś pojazd, ale nie martwiliśmy się. Przecież na mapie są jakieś miejscowości przed nami, a skoro jesteśmy na pustyni, to każdy się nad nami zlituje.

Jednak czas płynął, a mieliśmy tylko melona i resztkę wody. Temperatura zaczynała nam doskwierać. Co chwile musieliśmy zmieniać pozycję siedzenia, aby dostosować się do pełzającego po horyzoncie słońca, by nawet centymetr ciała nie wystawał na palące promienie. W ciągu następnych 2 godzin pojawiły się trzy samochody, ale jechały w przeciwną stronę. Iza zaproponowała, by wracać i jechać przez Erywań. Ja nie chciałem się poddać, bałem się także, że ugrzęźniemy na wieczór gdzieś na obrzeżach stolicy – najgorszym miejscu na nocleg. Skończyło się na kłótni, która sprawiła,  że Iza przeszła na drugą stronę szosy. Powstała dorozumiana zasada – komu pierwszemu uda się zatrzymać samochód, w tę stronę jedziemy.

Wszyscy wypatrywaliśmy ratunku
Wszyscy wypatrywaliśmy ratunku

Po 20 minutach dla Izy zatrzymała się stara wojskowa ciężarówka. Kabina była wysoko, silnik hałasował, więc by porozmawiać z kierowcą, trzeba było wejść do środka. Ze względów bezpieczeństwa, to zawsze ja wchodziłem, tak stało się tym razem. Iza radosna i dumna ze zwycięstwa pognała pakować nasze rzeczy. Gdy otworzyłem drzwi od strony pasażera, w twarz uderzyła mnie fala much. Powodem nie był brak higieny kierowcy, a pakunek pod siedzeniem pasażera. Położona na gazetach głowa krowy, skierowana pyskiem w moją stronę. 3-godzinny pobyt na pustyni spowodował, że pierwszą reakcją mojego mózgu było oszacowanie – jak się pomieścimy z pleckami, Snupim i tą głową. Dopiero po sekundzie dotarło do mnie, co leży na podłodze. Podziękowałem kierowcy, który chyba nie rozumiał, z jakiego powodu odmawiam. Iza już szła w moją stronę, gdy oznajmiłem nie jedziemy. Od razu wybuchła złością i krzykiem. Jak to nie jedziemy, było ustalone, że kto pierwszy… Nie chcesz jechać tą ciężarówką – próbowałem przerwać jej monolog, ale ona wybuchła jeszcze bardziej. Zdezorientowany kierowca wahał się jeszcze chwilę z odjazdem. Musiałem 3 razy powtórzyć, że w kabinie jest głowa krowy, zanim Iza przestała krzyczeć, a zaczęła pojmować, że nie kłamię.

Przez następne 20 minut zadawała pytania: Ale jak to głowa krowy?, Po co?, Jak to wyglądało?. Zacząłem żałować, że uchroniłem ją przed tym widokiem, zamiast podstępnie puścić ją do ciężarówki i oglądać jak ucieka piszcząc. Wydarzenie sprawiło, że przestaliśmy być na siebie źli. Usiedliśmy razem po mojej stronie. Postanowiliśmy zjeść melona, nasz ostatni prowiant. Wcześniej nie chcieliśmy tego robić, bo byliśmy pewni, że gdy tylko go rozkroimy i się upaćkamy, to akurat będzie jechał jakiś samochód. Teraz byliśmy już głodni, spragnieni i zrezygnowani. Zaczęliśmy myśleć, co zrobimy, jeśli ugrzęźniemy tu na noc. Złośliwość rzeczy martwych potrafi być jednak pożyteczna – po zaledwie 3 gryzach posiłku, pojawił się samochód w dobrym dla nas kierunku. Minął nas. nic dziwnego, srodek pustyni, a ja stoję z 20-centymetrowym nożem – kto może wiedzieć, że to tylko do melona. Kierowca zatrzymał się jednak 30 metrów dalej i włączył wsteczny bieg – ufff, zbawienie.

W środku było 3 młodych chłopaków, jechali do Arevshat – nieopodal  głównej drogi, do której chcieliśmy się dostać. Ledwo zmieściliśmy się do środka, melona musieliśmy wyrzucić. W środku czekała jednak godna rekompensata. Chłopak z przodu wyciągnął z turystycznej lodówki zimne piwa. Czy może być coś lepszego, niż pić zimne piwo na pustyni i obserwować, jak z kolejnymi kilometrami pustynia robi się coraz bardziej nieprzyjazna, a miejscowości – o których myśleliśmy, że jeśli się do nich dostaniemy, będą obfitowały w kolejne auta – okazywały się kilkoma domami, bez ludzi i samochodów w zasięgu wzroku. Piękno chwili, niczym wisienka na torcie, dopełniało sztuczne jezioro utworzone na rzece Azat. Na przemian pojawiało i znikało za zakrętami i wzgórzami. Jeden z chłopaków mówił po angielsku. Stwierdził, że głowa krowy służyła prawdopodobnie za zanętę dla wędkarzy przy jeziorze.

Zanim wypakowaliśmy rzeczy, już zatrzymał się kolejny samochód, który był gotów nas zabrać. Wszystko działo się tak szybko, że zapomniałem swojego kapelusza. Nawet nie byłem bardzo smutny, bo chłopaki nas uratowali, poczęstowali piwami, niech mają fajną pamiątkę. Dopiero później okazało, że była to odczuwalna strata dla mojej autostopowej wydajności, ale o tym innym razem. Nowym kierowcą był 40-letni Rosjanin, cały pokryty kiepskimi tatuażami. Zapytał, co chcemy robić, bo może nas podwieźć gdzie tylko chcemy. Twierdził, że wraca z wakacji, odwiedzał swoją matkę Ormiankę i zostały mu 3 dni wolnego, więc się nie spieszy. Była ledwie 17, więc postanowiliśmy wykorzystać ofertę i poprosiliśmy o podwiezienie  do odległego o 25 km kilometrów klasztoru Khor Virap. Mężczyzna stwierdził, że może z nami jechać dalej, zwiedzić resztę Armenii. Być może mówił prawdę, ale bardziej prawdopodobne, że zażył jakieś narkotyki albo był pijany (ale nie pachniał alkoholem), bo z każdą minutą zachowywał się coraz dziwniej. Na wszystko, co działo się na ulicy, reagował z 2-3 sekundowym opóźnieniem, zatrzymywał się i zaczepiał ludzi na ulicy, nie mieliśmy pojęcia o co chodzi, a on nawet nie starał się nam tego wytłumaczyć. Nagle zaczął szukać czegoś pod swoim siedzeniem. W tym momencie pomyślałem, że może sięga po jakąś broń. Już trzymałem rękę na gazie pieprzowym w kieszeni swoich spodni. W końcu zrezygnował, za to zaczął wyciągać ręce do nóg Izy. Tego było już dość. Powiedzieliśmy, że chcemy wysiąść. Zatrzymał się na prawie od razu, więc coś „musiało być na rzeczy”. To była jedna z najgorszych sytuacji, jakich doświadczyliśmy w trakcie tej wyprawy (od razu muszę dodać, że było ich bardzo niewiele).

Gdy wysiadaliśmy na skrzyżowaniu dróg, właściciel innego auta musiał dostrzec nasze zaniepokojone miny, bo płynnym angielskim zapytał – czy coś się stało i czy może jakoś pomóc. Opowiedzieliśmy, co się wydarzyło i dokąd zmierzamy. Ormianin, pracownik niemieckiej ambasady, oznajmił, że chętnie pokaże obcokrajowcom piękno swojego kraju, jeśli tylko jesteśmy gotowi mu zaufać, po tym, czego przed chwilą doświadczyliśmy. Ani moja, ani Izy intuicja nie wyczuły nic niepokojącego, więc zgodziliśmy się.

Klasztor był już zamknięty, ale nadchodzący zachód słońca i opowieści towarzysza zachęciły nas do pozostania dłużej. 30 minutowa lekcja historii Armenii u stóp zabytkowego klasztoru i przytłaczającego całą okolicę Araratu, kilkaset metrów od wież strażniczych na granicy z Turcją, była najlepszą, jaką mogliśmy dostać. Hovik odstawił nas do motelu Ralina przy głównej trasie. Nocleg w namiocie odpadał, wciąż jeszcze nie jedliśmy, byliśmy cali spoceni, do tego wydarzenia dnia sprawiły, że chcieliśmy o nic więcej się nie martwić.

030201Wielu tureckich kierowców, którzy nas podwoziło, wchodziło z nami do restauracji i hosteli, by zadbać o nas do samego końca i upewnić się, że nie zostaniemy naciągnięci. Niestety Ormianin zostawił nas pod bramą motelu i powiedział tylko – uważajcie, by was nie oszukaliŁatwo powiedzieć –pomyśleliśmy. Jest godzina 21, widać, że jesteśmy zdesperowani, na pewno nie spróbują tego wykorzystać. Recepcjonistka nie potrafiła podać ceny, ani za pobyt, ani za jedzenie, bo jak tłumaczyła, nie ma właściciela. Zaprowadziła nas do pokoju jadalnianego i poszła do niego dzwonić. Teraz byliśmy pewni, że zostaniemy oszukani. Po chwili wróciła z propozycją, która była stosunkowo niska i miała być kosztem całkowitym. Nie mogliśmy uwierzyć, byliśmy przekonani, że zaraz doliczone zostanie jedzenie, albo to właśnie jest cena za sam posiłek. Kobieta nie chciała też przyjąć pieniędzy od razu, więc wyczuwaliśmy podstęp. Dogadywanie się po rosyjsku nie szło nam dobrze, poza tym, nie mieliśmy wyboru.

Nie do opisania była nasza radość, gdy na talerzu ujrzeliśmy dwie ogromne shoarmy w bułce, a każda z nich długa jak dwie 0,5l butelki najpopularniejszego na świecie napoju gazowanego. Ten sam napój dorzuciliśmy sobie do zamówienia. Muszę przyznać, czułem się jak w tym wszystkich reklamach o orzeźwieniu, bo kilka godzin wcześniej zaczynałem rozumieć, jak wygląda umieranie na pustyni. Zostaliśmy odprowadzeni do pokoju i oznajmiliśmy, że najpóźniej o 8.00 rano się wymeldujemy. Kobieta poszła po rachunek. Jakie było nasze zdziwienie, gdy na paragonie widniała kwota niższa, niż wcześniej ustalona. Recepcjonistka obniżyła ją z powodu wczesnego wymeldowania. Zrobiło nam się strasznie głupio za poprzednie podejrzenia, ale jednocześnie ogromnie przyjemnie na sercu. Taka uczciwość względem turystów w dzisiejszym świecie to skarb. Kobieta również zrobiła się wesoła, gdy zobaczyła, jak wiele radości nam sprawiła.

To jedna shoarma, przekrojona i nadgryziona.
To jedna shoarma, przekrojona i nadgryziona.

05Rano widok na Ararat był najlepszy. Tak wcześnie nie gromadzą się nad nim żadne chmury, widać każdy kawałeczek zbocza. Szybko złapaliśmy okazję, w nowym klimatyzowanym aucie, co na warunki armeńskie jest rzadkością. Nasi gospodarze zatrzymali się na zakup wina ze straganu przy drodze, oczywiście także zostaliśmy nim poczęstowani. W miejscowości Jeghegnadzor trafiliśmy do kolejnego auta z 2 mężczyznami. Po pół godziny jazdy samochód się zepsuł. Nie wiedzieliśmy jak się zachować. Nie mieliśmy jak pomóc, jednocześnie nie chcieliśmy być nieuprzejmi i zostawiać ich. Z drugiej strony stwierdziliśmy, że może im jest głupio powiedzieć, żebyśmy poszli, bo nic już z tego nie będzie.07Ciekawa koszulka kolegi po prawej. 06Zaczęliśmy łapać okazję, a po 10 minutach walki chłopaki zaczęli łapać ją także dla siebie. Z kilkoma przesiadkami, ale bez większych problemów dostaliśmy się pod miasto Goris, gdzie znajduje się klasztor Tatev. Jednym ze sposób dotarcia do niego jest przejazd najdłuższą na świecie kolejką linową. Trasa robi wrażenie, zwłaszcza gdy kabina zmienia przęsła, za to sam klasztor rozczarowuje. Zaniedbany, bez żadnej specjalnej atmosfery.0909b09cSzybko ruszyliśmy w dół kanionu rzeki Vorotan, nad którym przed chwilą wisieliśmy. Tam znajdują się wydrążone przez wodę groty, mało znane wśród turystów. Gdy dojechaliśmy nie było tam żadnego obcokrajowca, ale miejscowych prawie tylu, ilu Polaków w Sopocie w wakacje. Dobrze, że zdecydowałem się oświadczyć Izie jeszcze podczas pobytu w Turcji, na wulkanie Nemrut, a nie tutaj, jak początkowo planowałem. Młodzi od razu się nami zainteresowali i zaprowadzili nas w głąb. Snupek nienawidzi wody, a teraz niesiony był w torbie nad rwącą rzeką i znoszony po 4 metrowej łańcuchowej drabinie. Ponieważ sami musieliśmy uważać, by nie wpaść do wody i nie skręcić nóg, nosili go miejscowi. No cóż, nie był zachwycony. W trakcie 30 minutowego pobytu w grotach spotkaliśmy jedynych turystów – Polaków. No tak, już dawno odkryliśmy, że w nietypowych miejscach spotkać można tylko Japończyków, Koreańczyków lub Polaków. Grota pełna naturalnych wanien i pryszniców była piękna, niestety miejscowi ją dewastują: puste butelki, śmieci wciśnięte w szczeliny i odłupane kawałki ścian. Mimo, że szum uderzającej wody był potężny, Snupi się uspokoił i stał się atrakcją dla zgromadzonych.1011

Nasi tu byli!

Młodzieńcy stawali się coraz bardziej nachalni wobec Izy, więc postanowiliśmy się ewakuować. Dwóch z nich odwiozło nas na górę, z krótkim postojem, bo stara Łada odmówiła posłuszeństwa. Chłopaki nie przejęli się za bardzo, polali wszystko zimną wodą i oznajmili, że trzeba chwilę poczekać. Zabrali nas nad wysoką przepaść, zaledwie kilkadziesiąt metrów od miejsca startu kolejki.  c.d. tutaj.131415

 

Psy z najróżniejszych zakątków świata

Psy z najróżniejszych zakątków świata

PSY Brazylia Sao PauloPSY Argentyna El ChaltenPSY Chile Valparaiso

PSY Argentyna El Calafate
W Argentynie i Chile bezpańskie psy nikomu nie wadzą

!PSY Chile Calama pop

PSY Chile San Pedro
Udaje, że go nie ma, bo 5 minut wcześniej został już raz przepędzony z tej restauracji
_Gruzja D
Ahh te krwiożercze bezpańskie psy w Gruzji, przed którymi ostrzegają w każdym przewodniku, normalnie rzucają się… żeby się z Tobą przywitać
PSY Gruzja Kazbek
Dochodzisz do lodowca na górze Kazbek, a tam
PSY Indonezja Bali 2
Spokojnie, nic mu nie jest

PSY Indonezja LombokPSY Chile La serenaPSY Chile La Serena PSY Chile Santiago PSY Chile Caldera PSY Gruzja Tusheti 1 PSY Gruzja Tusheti PSY Indonezja Bali 1 PSY Indonezja Bali 3 PSY Indonezja Bali 4 PSY DavidPSY Turcja tatvanPSY Turcja GoremePSY Turcja Goreme 2PSY Turcja aqva

_ Chile Santiago_Bali L

Podróż po Armenii – część 1/3

Podróż po Armenii – część 1/3

 _8. wąwóz w okolicach świątyni Garni

Po 3 tygodniach spędzonych w Turcji nadeszła pora na przejazd do Armenii. W praktyce nie jest to takie łatwe, bo Turcja i Armenia nie utrzymują kontaktów dyplomatycznych. Do wyboru mieliśmy tranzyt przez Iran lub Gruzję.

Kusiła nas opcja Iranu, ale od zapoznanych w Turcji turystów usłyszeliśmy, że policja w Iranie może zastrzelić psa bez żadnego poważniejszego powodu – np. bo będzie za głośny, albo go aresztować. Traktowaliśmy te ostrzeżenia z dystansem, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że muzułmanie w Iranie jako bardziej „radykalni” mogą mieć mało przychylne przekonania wobec psów (w islamie pies postrzegany jest jako nieczysty). Być może turyści mieli rację, skoro przeczytać można takie wiadomości http://www.tvp.info/17559865/chlosta-lub-grzywna-za-spacer-z-psem-projekt-ustawy-iranskich-poslow .Wybraliśmy zatem Gruzję, bo znaliśmy już ten kraj (byliśmy w niej rok wcześniej). Zarówno topografię, jak i jego zwyczaje. Dlatego Izy nie zdziwiło, gdy te kilka godzin wystarczyło bym został upojony alkoholem przez miejscowego. Ze swojej strony mogę tylko powtórzyć – dotarcie do Armenii nie jest łatwe (o tym, co się wtedy wydarzyło, przeczytać możesz TUTAJ – fragment “Gruzja – kraj krów, pięknych krajobrazów i czaczy”).

Pobyt w Armenii, po przekroczeniu granicy w okolicach miejscowości Saragyugh, rozpoczęliśmy od długiego oczekiwania na jakikolwiek pojazd. Przejście Snupka przez granicę było bezproblemowe, nie musieliśmy nawet pokazywać paszportu, strażnicy tylko patrzyli z niedowierzaniem. Okolica w połowie lipca jest przepiękna. Bezkresne puste przestrzenie pokryte wzgórzami i zielenią. Do dziś w głowie mam wspomnienia z noclegu w tej okolicy po stronie gruzińskiej (pod miejscowością Ninotsminda). Obserwowanie tej przestrzeni w nocy powodowało nietypowe uczcie, z jednej strony ogromnego wyciszenia, z drugiej niepokoju. Relaks Izy i leczenie mojego kaca przerwał uprzejmy staruszek w równie wiekowej Ładzie. Zaproponował by Snupek jechał poza swoim transporterem. Po drodze zatrzymała nas policja by… dorzucić kolejnego autostopowicza, a w zasadzie urzędnika, który musiał dostać się do największego miasta w okolicy – Gyumri.

Tam trafiliśmy na parę, która wracała do Erywania z pracy w rosyjskiej bazie wojskowej. Nasi gospodarze byli ogromnie dumni ze swojego miejsca zatrudnienia. Zresztą, o czym się wielokrotnie później przekonaliśmy, Rosja w oczach wielu Armeńczyków postrzegana jest jako „lepszy świat” i wspaniały sojusznik. Ponieważ w Armenii wszyscy, oprócz nas, znają rosyjski, to z ulgą i przyjemnością rozmawialiśmy z kobietą, która znała trochę angielski. Wiedzę zawdzięczała córce, która studiuje anglistykę. Z każdym kolejnym kilometrem atmosfera w samochodzie robiła się  bardziej przyjazna, za to klimat na zewnątrz – odwrotnie: temperatura rosła, a zieleń zamieniała się w wyschnięte trawy i półpustynie. Po drodze nasi gospodarze kupili dla nas świeżo zebrane morele i brzoskwinie. Po tej degustacji stwierdziliśmy, że od teraz przymiotniki „soczysty” i „pyszny” pasują wyłącznie do owoców z Armenii.

Trafiliśmy do malutkiego mieszkania na obrzeżach Erywania, w którym żyje wspomniana córka z babcią. Gospodarze ogromnie się zdziwili, kiedy chcieliśmy zdjąć buty. Po Turcji, w której robi się to jeszcze na klatce schodowej, był to oczywisty nawyk. Wkrótce zauważyliśmy, że podłoga wygląda jakby nie zrobiono z nią absolutnie nic od powstania budynku, nawet mycia zbyt często nie doświadczała. Zresztą, cała kamienica, a nawet osiedle wyglądały na pozostawione same sobie. Stan budynku rekompensował widok z balkonu na Ararat. Zaledwie 2 dni wcześniej znajdowaliśmy się po jego drugiej stronie, na tureckim terytorium. Byliśmy znacznie bliżej, wręcz tuż pod nim, a mimo to widok od strony Armenii jest zdecydowanie bardziej imponujący. W Turcji jego ogrom i potęgę zaburzają inne, mniejsze wzniesienia, tutaj stoi samotnie na równinie. Widoczne zbocze także ma ciekawszą formę.

Nowi znajomi zaproponowali nam nocleg w hotelu, o jakże wdzięcznej nazwie Sochi Plaza. Byliśmy przerażeni tym pomysłem, przede wszystkim w perspektywie finansowej. Zostaliśmy jednak zapewnieni, że pokój na noc kosztuje 14 euro. Poprosiliśmy jeszcze naszych gospodarzy by upewnili się, że pies nie będzie problemem. Na miejsce dotarliśmy taksówką. Kierowca w żaden sposób nie skomentował obecności psa, albo mu to nie przeszkadzało, albo stwierdził, że jak już przyjechał, to bez sensu tracić klientów. Obiekt jak na nasze standardy noclegowe był niczym Plaza. W pobliżu stały także Sochi Cezar i Sochi Palace. No tak, czego można się spodziewać w ubogim kraju, podporządkowanemu Rosji i  obywatelach w nią zapatrzonych. Obiad, dostarczony do pokoju, nas zszokował. W tureckich restauracjach nigdy nie mogliśmy się najeść, teraz dostaliśmy miskę pełną opiekanych ziemniaków i ogromny kotlet w stylu de volaille. Gdy kładliśmy się spać, z jeszcze pękającymi brzuchami, odkryliśmy opcję zapalenia w całym pokoju czerwonych neonów. Zaczęliśmy się zastanawiać nad „funkcją” hotelu i jego promocyjnych cen.

_2. relaks Snupa w Sochi Plaza
relaks Snupa w Sochi Plaza
_1_nasz pierwszy obiad w Armenii
nasz pierwszy obiad w Armenii

Rano ruszyliśmy na zwiedzanie Erywania. Na ulicach doznaliśmy kolejnego szoku. Turcja, jako kraj muzułmański, pozostawia dużą swobodę kobietom w kwestii ubioru. Nawet na peryferiach młode Turczynki chodzą już w spodniach i są w miarę zadbane. Jednak kobiety w Armenii wyglądają, jakby właśnie szły na wytworną kolację. Umalowane z ogromną starannością, w krótkich sukienkach lub zwiewnych spódnicach, w butach na wysokich obcasach, z gracją i wdziękiem zmierzają do pracy czy wypełniać zwykłe codziennie obowiązki. Niestety, niektóre przesadzają i wyglądają jak gwiazdy filmów porno. Wiele z nich ma także problemy skórne z powodu grubej warstwy makijażu w tak ciepłym klimacie. Mężczyźni również są zadbani i z gestów, mimiki i zachowania przypominają… Turków. Co za ironia, przecież tak się nienawidzą. W stolicy bez problemu wymienimy euro i dolary  po dobrym kursie. Kantory budzą zaufanie, duże kioski z kilkoma kasami w środku. Samo miasto nie jest piękne, ani nie oferuje wiele do zobaczenia. Mimo tego wywarło na nas przyjemne wrażenie, zwłaszcza, niedoceniania część południowo-zachodnia. To tym bardziej dziwne, że zwiedzanie miast nie należy do naszych ulubionych czynności. Wolimy piękne krajobrazy. Ocenę dodatkowo podniosło to, co lubimy na równi z krajobrazami – jedzenie. Wiele potraw przypomina te tureckie, ale ich cena i porcje to zupełna przeciwność. Smaczny posiłek w Turcji dla jednej osoby, to nawet na peryferiach, koszt nawet 10 euro, a brzuch pusty. W Armenii za shoarmę (czyli to co u nas nazywa się kebabem), dolmę (mięso zawijane w liście winogron, podane z jogurtowym sosem) i zupę zapłaciliśmy mniej. Snupi również był zadowolony, bo w Turcji nic mu nie zostawialiśmy, a tutaj zgarnął resztki. Ruszyliśmy na poszukiwania noclegu. W Turcji wszyscy byli zdziwieni lub rozśmieszeni widokiem psa na smyczy, czystego i posłusznego. Niektórzy się go bali, inni się brzydzili, a niektóre dzieci próbowały nawet kopać. Mimo tego, w żadnym miejscu nie odmówiono nam z jego powodu podania jedzenia czy noclegu. W Armenii z kolei, wiele osób uśmiechało się życzliwe na jego widok, dzieci i dorośli podchodzili i pytali – czy mogą go pogłaskać, ale w 3 hotelach odmówiono nam pobytu, a wcześniej w ogrodzie restauracji mogliśmy zjeść dopiero, gdy schowaliśmy go do  transportera. W Turcji było to konieczne tylko wewnątrz lokali, w ogródkach Snupi mógł siedzieć „luzem”. W końcu trafiliśmy do hostelu, w którym wyrażono zgodę na pobyt Snupka, po warunkiem że w pokoju będzie przebywał w transporterze bo „nie wiadomo, co zrobi, gdy nie będziemy go kontrolować podczas snu”. Wieczorem wszyscy zameldowani w hostelu goście chcieli się bawić ze Snupim, a mimo to obsługa miała do nas pretensje, gdy zaczynał szczekać z radości.

_4. taborowi miejskiemu przydałby się lekki lifting
taborowi przydałby się lekki lifting
_5. nie, to nie Turcja, ani Iran, to Armenia
To nie Turcja, to nie Iran, to Błękitny Meczet w Erywaniu. Niestety Snupi nie mógł wejść na dziedziniec, nawet w transporterze. W muzułmańskiej Turcji nikt nie robił nam problemów z powodu Snupiego na dziedzińcu meczetu.
_6a. Snupi w najpopularniejszym miejscu Erywania
Snupi w najpopularniejszym miejscu Erywania – Kaskady

_3. ciekawe klimaty _6. szama!

Kolejnego dnia ruszyliśmy do dwóch znanych miejsc kultu religijnego: świątyni w Garni i klasztoru w Geghard. Oddalonych o zaledwie 30 km od stolicy. Na miejsce dojechaliśmy dwoma autobusami, najpierw dużym w rodzaju polskich miejskich, następnie małym w rodzaju marszrutki. W obydwu nie było żadnych problemów ze Snupim.  Budynek świątyni z I wieku n.e. nie zrobił na nas wielkiego wrażenia. Budowla wielkości dwóch kiosków Ruchu, mocno zniszczona trzęsieniami ziemi. Jednak dużo radości sprawił nam fakt uwiecznienia na zdjęciu naszego psa obok tak starego budynku. Możliwość wpisania mu do jego osiągnięć „obsikanie muru sprzed blisko 2000 lat” (zaraz obok obsikania palmy) budziło w nas pewną niewyjaśnioną pokusę, ale oczywiście nie pozwoliliśmy mu na to. Dużą satysfakcję całej naszej trójce sprawiła za to eksploracja okolicy, czyli kanion rzeki Azat, nad którym położona jest świątynia. Grzechem byłby przyjazd tutaj i pominięcie tej atrakcji. Wysokość i ilość bazaltowych formacji skalnych robi wrażenie. Z dołu udało nam się wyjechać okazją w starej Ładzie. Na równi z podziwianiem widoków, zastanawiałem się, jakim cudem ten pojazd się nie rozsypuje i żwawo przejeżdża po drodze pokrytej ogromnymi kamieniami i dziurami. Ja jechałbym wolniej nawet jeepem.

_8. wąwóz w okolicach świątyni Garni
kanion w okolicach świątyni Garni

_7. Snupek i świątynia

_10. formacje skladne - najlepszy fragment
bazaltowe formacje w kanionie rzeki Azat – najbardziej spektakualrne położone są na wschód od świątyni
_11. wodospad z rury, ale nie da mu się odmówić piękna
kanion rzeki Azat

Oddalony o zaledwie kilka kilometrów klasztor w Geghard to już prawdziwa perła. Obiekt religijny, który wzbudził u nas największe emocje ze wszystkich, które do tej pory odwiedziliśmy: tureckie meczety, katedry w Polsce i Europie, czy Watykan. Wszystkie one swoim przepychem i rozmachem nie dorównują zwykłemu klasztorowi wydrążonemu w skale i nastrojowi, jaki panuje wewnątrz. Mistyczny i uspokajający, mimo obecności tłumu turystów. Wejście do niego kosztuje tyle, ile świeczek do modlitwy uzna się za stosowne kupić. Plecaki zostawiliśmy przy kasie, a  Snupiego wnieśliśmy po kryjomu w transporterze, chociaż nigdzie nie było żadnych zakazów dotyczących obecności psa. Chociaż trudno przypuszczać, by ktoś tego przed nami próbował. Z szacunku nie próbowaliśmy nawet wprowadzać psa luzem, no cóż pewnie ktoś z Was powie, że już sama obecność psa w tym miejscu jest karygodna.  Panujący wewnątrz chłód sprawił, że Snupi zasnął błyskawicznie.

_13 Geghard swiece _14 Geghard wnetrze

Ruszyliśmy dalej, a tak naprawdę z powrotem, bo na klasztorze kończy się cywilizacja. Zatrzymał się dla nas dostawca napojów, który jechał do Erywania. Mieliśmy dylemat, jak ruszyć na dalszą eksplorację Armenii. Uogólniając – kraj składa się w zasadzie z dwóch dużych dróg, a reszta to tylko odnogi, które są wspomnieniem asfaltu. Mogliśmy dotrzeć do dużej drogi przez Erywań lub drogą na skróty przez miejscowość Lanjazat. Dostawca mówił, że ta krótsza jest mało uczęszczana, jednak gdy stanęliśmy na jej skrzyżowaniu by się chwilę zastanowić, akurat skręciły w nią 3 samochody. Uznaliśmy zatem, że nie może być tak źle. Kierowca pożegnał nas puszkami gazowanego napoju.

Minęła chwila i złapaliśmy okazję, niestety tylko kilka kilometrów. Kierowca wysadził nas na szosie i oznajmił, że jeśli będziemy potrzebować pomocy, to kilometr stąd jest jego gospodarstwo, po czym ruszył w bezdroże. Pomocy?! Przecież lada moment pojawi się nowy pojazd pomyśleliśmy, kawałek po kawałku, ale przecież się uda. W ten oto sposób wylądowaliśmy na środku pustyni… Zapraszamy do części 2/3.

JAK PRZYGOTOWAĆ PSA DO PODRÓŻY? Czyli co zabrać i co zrobić przed wyjazdem z psem?

JAK PRZYGOTOWAĆ PSA DO PODRÓŻY? Czyli co zabrać i co zrobić przed wyjazdem z psem?

To kto będzie zapisywał?

W tym wpisie nie będzie informacji na temat dokumentów i pozostałych formalności, bo te opisaliśmy TUTAJ. Teraz skupimy się wyłącznie na kilku przydatnych rzeczach oraz czynnościach, które przydadzą się do podróżowania z psem:

1. OSTRZYŻ LUB ZABIERZ PSA DO FRYZJERA

Niektóre psy muszą być regularnie strzyżone lub trymowane, możliwe więc, że wizyty u psiego fryzjera to dla Ciebie nic nadzwyczajnego. Jednak większość psów (w tym Snupi) nie wymaga takich pielęgnacji, niemniej można je im poddać. Po co?

Wcale nie po to, by psu było chłodniej. Tutaj lekko odejdziemy od meritum wpisu, ale to dość ciekawe i ważne zagadnienie. Otóż psi organizm jest tak zbudowany, że długość futra nie ma zasadniczego wpływu na odczuwanie przez naszego zwierzaka wysokich temperatur.


Ludzkie receptory termiczne odróżniają „zimno” i „ciepło”. Psy natomiast mają tylko receptory reagujące na zimno. Dlatego psa trzeba chronić przed rzeczami bardzo gorącymi, bo nie wykryje ich, dopóki się nie poparzy, a wtedy zadziałają dopiero nerwy odpowiedzialne za ból.

Co więcej, futro psa jest tak zbudowane, że w zimę stanowi izolację przed chłodem, z kolei w lato chroni przed powietrzem nagrzanym i bezpośrednim działaniem promieni słonecznych na ciało. Zatem zbyt krótkie obcięcie psu sierści w lato może być dla niego wręcz niebezpieczne. Warunkiem by sierść dobrze spełniała swoje funkcje jest by była należycie wyczesana – by włosy nie były zbite, skołtunione oraz by nie zalegały na psie włosy martwe.

Do tego dochodzi jeszcze jedna specjalność psiego organizmu – dość śmieszna – pies poci się tylko przez łapy. Stąd charakterystyczny zapach psich stóp. Nam ten zapach przypomina chrupki Cheetos (przepraszamy, jeśli komuś obrzydziliśmy właśnie ulubioną przekąskę).

Podsumowując, długie futro jest niebezpieczne dla psa tylko w ogromne upały. Kiedy zaczyna stanowić barierę nie do przejścia dla zbyt wysokiego ciepła, do którego zdążyło się nagrzać całe ciało psa. Pies reguluje więc temperaturę ciała poprzez otwarty pysk i wystawiony język, który zwiększa powierzchnię parowania i oddawania tego ciepła – dlatego w upały najważniejsze dla psa są: swoboda otwierania pyska (dlatego większą krzywdą dla psa może być kaganiec z materiału niż klasyczny zbudowany z prętów – teraz są takie w wersji z aluminium czy plastiku, więc nie są ciężkie) oraz dostęp do chłodnej wody.


Najważniejszym powodem wizyty u fryzjera jest pomoc nam i Snupiemu w zachowaniu czystości. Krótsze futro to dużo mniej błota i wody do niego przyklejonych w razie niepogody (wyobraź sobie, co dzieje się w namiocie, gdy mamy w środku takiego brudnego delikwenta). Krótsze futro pomaga też zachować czystość okolic tyłka psa, gdy wystąpią problemy żołądkowe albo naje się wcześniej włosów… (to obrzydliwe, ale musieliśmy to napisać).  Krótkie futro to także łatwiejsze czesanie i ewentualne mycie (mniej szamponu, mniej wody, szybsze schnięcie – to wszystko ma znaczenie, gdy jesteśmy w utrudnionych warunkach podróży). Poza tym to mniej zgubionego futra w środkach komunikacji, hotelach itd. W krótkiej sierści łatwiej zauważymy kleszcza, pchły czy rany.

W Stambule musieliśmy kąpać Snupiego codziennie. Brud na ulicach i unoszący się w powietrzu pył powodowały, że po kilku godzinach Snupi był już cały szary. Tak samo nasze ubrania.
W Stambule musieliśmy kąpać czy chociaż płukać Snupiego codziennie. Brud na ulicach i unoszący się w powietrzu pył powodowały, że po kilku godzinach Snupi był już cały szary. Tak samo nasze ubrania.
Szybka kąpiel, by spłukać pył z marokańskiej pustyni i dla ochłody.

Pamiętaj – psu bardziej doskwiera zimno niż ciepło, dlatego ważniejsze, niż wygoda w podróży, jest by pies miał odpowiednią sierść na zimę. Skonsultuj z fryzjerem, czy futro zdąży odpowiednio odrosnąć przed zimą. Nie ścinaj psu futra, jeśli wyjeżdżasz w  trakcie zimy do ciepłych krajów i wracasz, gdy wciąż będzie w Polsce zimno.

Snupi przed i po strzyżeniu
Snupi przed i po strzyżeniu

2. ZAINWESTUJ W DOBRĄ SZCZOTKĘ

Jak wspomnieliśmy wyżej – wyczesany pies, to mniej zgubionej sierści we wszystkich miejscach, gdzie ludzie byli dla nas życzliwi i nie robili problemów z obecności psa. To także warunek do termicznego komfortu.  W zależności od wielkości psa i rodzaju sierści inne narzędzie do czesania będzie „dobre”. Dlatego pytaj fryzjera albo wujka Google. Szerokim asortymentem, dużą popularnością i dobrymi opiniami szczyci się firma Furminator. Jest też tańszego narzędzie – Magic Brush firmy Zolux, która ma trochę mniej urozmaicony asortyment. Zainwestowanie w dobrą szczotkę daje ogromne rezultaty. Przy naszym pierwszym użyciu, w ciągu 30 min. wyczesaliśmy ze Snupiego więcej futra niż zwykłym grzebieniem czy szczotką w ciągu roku.

Warunek sprawnego funkcjonowania psiego futra to jego należyte wyczesanie.

3. KUP lub USZYJ TRANSPORTER DO NOSZENIA PSA

Czy zdecydujesz się na plastikowy i duży transporter, czy materiałowy i mniejszy musi być zależne od rozmiaru psa, Twoich potrzeb i warunków podróży. Jednak oba spełnią ważne funkcje:

  • miejsce, które pies będzie traktować jako swoje schronienie i legowisko. Pies w domu musi mieć posłanie, w którym może się schować z przekonaniem, że nic i nikt nie będzie mu tam przeszkadzać. W podróży tylko transporter może stać się namiastką takiego miejsca.
Snupi polubił swój tymczasowy dom
Na początku Snupi niechętnie przebywał w transporterze, następnie bezproblemowo i się w nim wyciszał, a po 2 tygodniach dobrowolnie często się w nim chował.
  • transporter możemy zabezpieczyć pasami w trakcie przejazdu samochodem i ograniczyć uszkodzenia psa w razie wypadku (istnieją nawet modele, które mają specjalne uchwyty do tego, które to znacznie ułatwią).
  •  transporter uchroni psa przed palącym słońcem czy deszczem. Pewnego dnia jedynym dobrym miejscem do rozbicia namiotu było pole uprawne, a deszcz padał od kilku godzin. Dlatego Snupi czekał w transporterze aż skończymy, inaczej nie bylibyśmy w stanie go upilnować. Zresztą nawet gdyby grzeczne siedział w wyznaczonym miejscu, to byłby cały mokry, a potem wniósł to wszystko do namiotu.
  • transporter uchroni przed komarami, meszkami i innymi insektami, w ostateczności nawet przed atakami innych psów (przynajmniej ograniczymy rzucanie się naszego psa im w oczy i utrudnimy zlokalizowanie)
2 z kotem
Na dziedzińcu jednego z tureckich meczetów Snupi relaksował się, nieświadomy zagrożenia.

Snupi o mały włos nie skończył w bagażniku taksówki.
Snupi o mały włos nie skończył w bagażniku taksówki.
  •  gwarancję kontroli nad psem albo podstępny kamuflaż. Gdy schowasz psa do transportera będziesz mógł wejść do wielu restauracji, hoteli i innych obiektów. Można oczywiście uprzedzić obsługę, że w środku jest pies i zdecydowana większość zgadza się wtedy na jego obecność, albo możesz nikomu o tym nie mówić. Jeśli Twój pies jest cichy i grzeczny, to nikt nawet nie zauważy, że jest z Tobą. Dlatego polecam kupno torby w kolorach, które „nie rzucają się” w oczy i o kształtach przypominających normalne torby podróżne/sportowe. Schowanie psa, może się przydać także w innych okolicznościach. Przykładowo w tureckim Diyarbakir ukryliśmy  Snupka przed dziećmi. W tym mieście były one wyjątkowo bezczelne i upierdliwe. Nieustanie cmokały, dotykały, a nawet próbowały kopać Snupiego. Torba przydała się także do szmuglowania Snupka przez granicę, gdy zgubiłem jego paszport – ale to już niech będzie oddzielna historia (opisana TUTAJ).
  • w psim transporterze możemy trzymać cenne rzeczy, np. pod usztywnieniem podłogi zapas gotówki, paszporty itp.  Po pierwsze nigdy nie zapomnimy o psie, po drugie pies będzie ich dodatkowo chronił. Kiedy pies nie przebywa w torbie,  a ktoś będzie chciał nas okraś, zawsze możemy powiedzieć, że to tylko torba na psa i jest szansa, że ją zostawi. W ogóle kiedy pies nie przebywa w torbie, to staje się ona dobrym miejsce na trzymanie pozostałych rzeczy. My zawsze kiedy idziemy na długi trekking i musimy mieć obydwa plecaki, a jednocześnie staramy się zostawić część zbędnego w terenie bagażu, to pakujemy go do psiej torby i ją zostawiamy w hostelu czy u życzliwej osoby.

Obok „kup” napisaliśmy „uszyj”. Dlaczego? Otóż, dobrym pomysłem może być przerobienie starej torby podróżnej na transporter dla psa. Zazwyczaj takie torby są przystosowane do noszenia dużego obciążenia, więc stanowią dobrą „podstawę”, do której wprowadzić można takie dodatki i udogodnienia, które sami uznamy za stosowne. Finansowo rozwiązanie może się okazać korzystniejsze, a nawet jeśli wydamy więcej i musimy to komuś zlecić np. krawcowej, to mamy przedmiot idealnie dopasowany do potrzeb i o lepszej wytrzymałości.


4. SZELKI ZAMIAST ZWYKŁEJ OBROŻY

Zadbaj by szelki były odpowiednio dobrane do psa, by były wygodne. Niektóre psy oraz w pewnym wieku nie powinny nosić szelek – polecam poczytać na ten temat w internecie np. http://zapytaj.onet.pl/Category/010,001/2,26591263,Co_jest_lepsze_szelki_czy_obroza_dla_psa__.html Szelki nie musza być na psie cały czas, ale miej je w zapasie. Dla nas powody były trzy:

  • łatwo za nie podnieść psa w razie nagłego niebezpieczeństwa. Przykładowo przy natknięciu się na węża, co jest realnym zagrożeniem np. w Armenii i Turcji. Dlatego najlepiej kupić szelki z gotową rączką do podnoszenia. Można też taką rączkę doszyć, ale niewłaściwe jej umiejscowienie, a także nieodpowiedni rodzaj i rozmiar szelek może spowodować przy podnoszeniu uraz u psa,
  • no i występuje coś takiego, jak szelki alpinistyczne / górskie. My my szelki firmy Hifica i ogromnie polecamy.  Jest to polska firma, w zasadzie mała manufaktura, która robi produkty o bardzo wysokiej jakości, użytkowości i wytrzymałości, bo specjalizuje się w produktach do psich zaprzęgów. Spokojnie, niech Was nie przerazi ta ten fakt, nazwa, a zdjęcia Husky na każdym zdjęciu ich strony.Hifica robi produkty na zamówienia, pod wymiar KONKRETNEGO i KAŻDEGO psa, nawet małych ras i kundelków. Jednocześnie robi to za bardzo rozsądne pieniądze. Ceny są zbliżone, a nawet mniejsze, od tych w sklepach zoologicznych czy wyrastających, jak grzyby po deszczu, sklepach internetowych z jakimiś desingerskimi i hipsterskimi 😀 psimi akcesoriami. A jakość jest o wiele, wiele lepsza. Wszystko robione z ogromną pasją. Co do naszych szelek od nich, to niech Was nie przestraszy przymiotnik “alpinistyczny”. Bo są to zwykłe szelki, tyle tylko, że mają dodatkową – doczepianą w razie potrzeby – część tylną. Przydatne nie tylko w górach, ale np. dla starszych czy kontuzjowanych psów, którym trzeba pomagać przy schodzeniu ze schodów itp. Jak one wyglądają możecie obejrzeć na większości naszych zdjęć na instagramie. Jeśli szukacie nietypowego produktu dla psa, to Hifica go zrobi, np. uprząż do prowadzenia niewidomych.
  • pewna asekuracja psa, gdyby chciał uciekać ze strachu czy atakować itp. Z wielkimi i ciężkimi plecakami, w tłumie ludzi albo chaosie trudno jest nam szybko psa uspokoić i kontrolować. Szelki pomogą o tyle, że pies nie będzie się dusił obrożą. Odpowiednio dobre szelki uniemożliwiają też wysunięcie się psa i jego „zerwanie się” ze smyczy.
  • zwiększenie widoczności psa. Ta cecha zależy od modelu, który wybierzesz, zatem postaraj się by szelki były w wyrazistych kolorach i zawierały odblaskowe elementów. To zwiększy bezpieczeństwo Twoje i psa podczas poruszania się przy/na drogach. Pomoże Ci także zlokalizować towarzysza np. gdy biega swobodnie wokół obozowiska. Szelki mogą się także przydać w krajach gdzie jest dużo bezpańskich psów.  Łatwiej je zauważyć niż obrożę, która może być zasłonięte przez sierść psa. Zatem jeśli pies się zgubi, jest większa szansa, że “rzuci się komuś w oczy” i ktoś się nim zainteresuje.
  • szelki dobrej jakości o odpowiedniej konstrukcji mogą służyć do zabezpieczania psa i jego przypięcia w czasie jazdy samochodem. (aczkolwiek nie istnieje jeszcze żadne zabezpieczenia psa w samochodzie, które dawałoby mu odpowiednie bezpieczeństwo, szelki, transportery mają swoje wady i zalety i by się o tym przekonać, polecam obejrzeć TEN FILMIK
Alpinistyczne szelki Snupiego z podczepioną kamera GoPro i uchwytem do podnoszenia. Tylniej części prawie nie widać na tym futrzastym tyłku.

5. ODBLASKOWA OBROŻA, najlepiej ŚWIECĄCA z diodami LED.

Oczywiście są jakieś super wybajerzone i specjalnie “psie” obroże, a przy tym  odpowiednio drogie. Zamiast nich, świetnie sprawdzi się opaska dla rowerzystów na ramię/łydkę. Opaski mają duży zakres regulacji obwodu i zapinane są szybko i wygodnie na rzep.  Można je zdobyć niemal wszędzie, za mniej niż 5 zł.

Jeśli zdecydujesz się na zakup wersji opaski czy obroży z diodami LED, upewnij się, że można w niej łatwo wymienić baterię. Taka „obroża” świetnie sprawdza się w deszczowe wieczory ,w gęstym lesie oraz zwiększa widoczność psa dla innych ludzi, np. dla kierowców na osiedlowej drodze, czy przy poboczu dużej jezdni. Zazwyczaj opaski mają funkcję świecenia stałego i migania. Ta druga sprawia, że nasz pies będzie będzie przykuwał znacznie większa uwagę i będzie o wiele bardziej widoczny.1 obroza Najlepiej znaleźć obroże/opaski, które mają wszyte kawałki przezroczystego plastiku, który rozprowadza światło niczym światłowód. Takie opaski świecą na prawie całej  swojej długości, a nie osobnymi diodami. Widoczność jest zdecydowanie większa. Można znaleźć na serwisach aukcyjnych jak allegro za ok. 15 zł. Uważajcie na obroże/opaski wykonane z wyjątkowo śliskich materiałów, które zamiast rzepów mają klamry do regulacji obwodu. Śliski materiał się luzuje na tych klamrach i  co kilka dni trzeba poprawić obwód. Jeśli tego nie zrobimy, istnieje ryzyko, że pies „wyjdzie” z obroży, np. robiąc kroki do tyłu, co może być bardzo niebezpieczne np. w środku miasta przy dużej ulicy.

Firma Hifica,oferuje opcję naszycia odblasków na szelki – na stałe albo na rzepy.

Aktualizacja (wiecie z każdą podróżą zyskujemy nowe doświadczenia i wpadamy na nowe pomysły :P): Najlepiej psu zamontować małą lampkę, np. rowerową albo dla biegaczy. My za zaledwie 15 zł kupiliśmy coś takiego https://www.decathlon.pl/lampka-vioo-100-tylna-id_8327967.html Sprawdza się wyśmienicie. Jest odporna na zachlapania, ma ogromny kąt świecenia i bardzo mocny strumień światła, łatwo ją zamontować, baterie starczą na bardzo, bardzooo długo i banalnie łatwo je wymienić. Można też wyjąć część z bateriami i umyć część wierzchnią.

To małe żółte coś na grzbiecie Snupka, to własnie nasza lampka rowerowa.

6. SMYCZ AMORTYZOWANA

Idealna do wszelkich aktywności sportowych, daje nam i psu większa swobodę. Chroni przed wytrąceniem równowagi np. w górach, zarówno nas jak i psa. Idealna do jazdy na rowerze i chodzenia w miejscach, gdzie jest dużo schodów czy wszelkich innych nierówności, które pies pokonuje w zupełnie innym – szybszym- tempie niż człowiek. Jeśli ktoś nie wie, co to smycz amortyzowana, to już tłumaczę. T smycz z wszytą gumą w środku, która rozciąga się np. z długości 1,2 metra, do 2,5 metra, czy z 1,5 do 3,5. Taka smycz zapewnia Tobie i psu całkiem dużą swobodę poruszania się od siebie niezależnie i tłumienia szarpnięć, gdy pies wykonuje ruchy nieskoordynowane z naszymi.

7. ZAWSZE MIEJ PRZY SOBIE KAGANIEC

Zasadność noszenia przez psa kagańca to oczywiście temat rzeka ze skrajnymi przekonaniami u zwolenników i przeciwników. Nie chcę tutaj wywoływać żadnych dyskusji, które zakończą się wielkim bólem… Po prostu pamiętajcie, głupota innych ludzi lub stres u naszego psa mogą sprawić, że zachowa się on w sposób, którego nigdy byśmy się nie spodziewali (np. jechaliśmy tramwajem, nagle patrzymy i kobieta, która siedziała obok nas, bawi się ogonem Snupiego?!?!). Miejmy kaganiec zawsze przy sobie, także w Polsce, zwłaszcza w środkach komunikacji i budynkach. Co kraj i człowiek to obyczaj i jego sposób respektowania praw, więc lepiej nie zostać wyproszonym z pociągu, bo pies nie ma kagańca.

8. ZAWSZE MIEJ ZAPAS WODY I MISKĘ NA NIĄ

Jak wspomnieliśmy na samym początku, woda dla psa to priorytetowe wyposażenie.  Poza tym że pies się nią chłodzi, to także go uspokaja i pomaga w razie kaszlu, zakrztuszenia się i wielu innych sytuacjach (wystarczy pomyśleć, jak kojąco działa woda na nas samych). Dlatego upewnijcie się, że macie dla psa pojemnik, z którego komfortowo będzie mógł wypić wodę. Najlepsze są dwie opcje: składana miska silikonowa, która zajmie najmniej miejsca, albo miska metalowa, którą najłatwiej utrzymać w czystości. Nie kupujcie misek aluminiowych, aluminium jest niezdrowe dla organizmu ludzkie, psiego i każdego innego. Jeśli z plastiku, to tylko takiego, który ma odpowiednią jakość do trzymania z wodą i żywnością. Bo plastik ma swoje kategorie i większość z nich nie nadaje się do żywności i przekazuje do niej szkodliwe cząsteczki.

Zbieramy zapasy wody w postaci śniegu 😀 na wulkanie Imbabura w Ekwadorze
Nie będę pił tego świństwa, dawaj mi świeżą wodę!
Na wydmach Lençóis Maranhenses w Brazylii, gdzie tworzą się jeziorka z deszczu, wody nie brakowało.

9. ZABIERZ JEDZENIE

Weźcie ze sobą chociaż trochę karmy. Minie kilka dni zanim znajdziesz sklep z odpowiednią karmą dla psa, poza tym jej cena może być dużo większa niż w ojczyźnie. Nie wiadomo też, czy w miejscu docelowym w ogóle uda nam się znaleźć ulubioną karmę naszego psa, dlatego przyzwyczajaj psa do innej karmy mieszając ją ze starą. To ma znaczenie nie tylko dla upodobań psa, ale także dla działania układu trawiennego. Nagła zmiana może spowodować np. biegunkę.

Jeśli macie pewność, że traficie do danego miejsca, to możecie wysłać sobie tam pocztą/kurierem zapas ulubionej karmy. W dzisiejszych czas, koszt takiej wysyłki nie jest przecież porażająco drogi. Nawet jeśli będzie niemały, to przynajmniej macie pewność, że pies będzie miał dobre i ulubione jedzenie.

W wielu krajach karmy importowane są bardzo drogie, dlatego najlepiej odnaleźć karmę produkcji lokalnej, o jak najlepszym składzie. Takie karmy potrafią mieć o wiele lepszy skład, niż nam dotychczas znana, a być w bardzo korzystnej cenie. Np. w Brazylii, Peru odnajdziecie karmy tutejszej produkcji.

P.S. Snupek nie raz dostał od obsługi restauracji pyszny obiad zupełnie za darmo, a my płaciliśmy 10 euro i jeszcze czekaliśmy na jedzenie dłużej niż on, ale skończył też tak jak na zdjęciu poniżej (historię arbuzowego posiłku odnajdziecie w poście TUTAJ)

Zadbaj o jedzenie, inaczej Twój pies może skończyć na wcinaniu arbuza.
Zadbaj o jedzenie, inaczej Twój pies może skończyć na wcinaniu arbuza.

10. WEŹ ZAPAS PREPARATÓW na PCHŁY, KLESZCZE i PASOŻYTY

W jednych krajach ich cena może być o wiele większa niż w Polsce, w innych z kolei w ogóle może być ogromny problem z ich dostępnością poza gabinetami weterynaryjnymi (gdzie cena też jest większa o kilka procent). Poza tym sprawdzony i znany nam preparat to gwarancja, że pies nie dostanie uczulenia albo zatrucia.

Jeśli ktoś planuje dużo noclegów w namiocie, to zdecydowanie odradzamy obroże przeciw insektom – często śmierdzą ostrą chemią. Poza tym obroże NIE TRACĄ efektu zanieczyszczania wody i zabijania organizmów wodnych (więc zrezygnujcie z nich podczas wypadu nad jeziora, morza itp.) oraz trucia kotów (niektóre substancje używane dla psów są zabójcze dla kotów). My preferujemy krople spot-on, których zapas zajmuje bardzo mało miejsca i wagi, po kilku dniach od podania przestają być szkodliwe dla środowiska wodnego i są mniej niebezpieczne dla kotów. My preferujemy preparaty z substancją nazywaną fipronilem – jest najmniej niebezpieczna dla zdrowia psów, nie jest też trująca dla psów. Z kolei gdy ruszamy do krajów bardziej egzotycznych, gdzie grasuje więcej owadów gryzących,warto użyć Frontline Tri-Act, który jako jedyny spot-on na rynku działa, poza ochroną przed kleszczami i pchłami, odstraszająco na komary, muchy i inne latające owady (chociaż pies nie może zachorować na malarię i dengę, to istnieją inne choroby, którymi komary mogą zarazić psa). Podczas przebywania w takich krajach egzotycznych, warto dodatkowo zabezpieczyć pastylkami NEXGARD SPECTRA, które zabijają wirusy i pasożyty wewnątrz organizmy, nawet te, które zdążyły się już rozwinąć, np. dirofilaria / dirofilarioza czyli robaczyca serca (jest to choroba  tropikalna – kiedyś, bo teraz nawet w Polsce przypadki zachorowań są coraz częstsze. Jest to bardzo poważne zagrożenie dla zwierząt np. na Wyspach Kanaryjskich i Hiszpanii kontynentalnej).

11. MIEJ POD RĘKĄ PRZYSMAK lub ULUBIONĄ ZABAWKĘ, by pies miał się czym zająć w trakcie nudnych chwil, np. w trakcie jazdy.

12.ROLKA DO CZYSZCZENIA UBRAŃ

Taka rolka sprawdzi się świetnie do czyszczenia z futra siedzeń w komunikacji miejskiej, a także łóżek, właściwie to wszystkiego. Aczkolwiek z naszych doświadczeń wynika ostatecznie, że poza komunikacją miejską jest mało przydatna – ludzie albo godzą się na obecność psa i wtedy mówią, żebyśmy nic nie sprzątali, albo obecność psa zamyka wszelkie możliwości.

13.  PSIA APTECZKA PIERWSZEJ POMOCY

Co do niej wsadzić innego, niż do ludzkiej sprawdź w osobnym artykule o apteczce.

Snupi na swojej miesięcznej kuracji. Po tym, jak jakimś cudem przez całą ochronę przebił się jeden kleszcz i akurat ten musiał mieć w sobie wirusa erlichiozy, musieliśmy podawać ponad miesiąc Snupiemu antybiotyk, leki osłonowe, a potem witaminy.

14. UBEZPIECZENIE PSA. 
Ubezpieczenie w podróżach zagranicznych dla psa to ciągle w Polsce raczej ewenement, zdarzają się pojedyncze przebłyski, które za chwilę znikają. Towarzystwa ubezpieczeniowe je wprowadzają, potem wycofują, potem przywracają, a potem znów wycofują (najczęściej jako dodatkowo opcja w ubezpieczeniu bagażu, dlatego trzeba pytać i sprawdzać). Takie ubezpieczenia dostępne są bezproblemowo w innych krajach UE, np. w Wielkiej Brytanii, Francji. Na pocieszenie i na czas pobytu w kraju polecamy coś w rodzaju pakietów usług weterynaryjnych dla psa PetHelp. Poza tym, że dbanie o psa na co dzień to obowiązek wobec swojego przyjaciela, to pomaga także zapobiegać wszelkim większym problemom w podróży i przy wzmożonych/nietypowych aktywnościach.

15. TOREBKI NA ODCHODY 

Mam nadzieję, że nie muszę tłumaczyć dlaczego. Oczywiście nie ma sensu wszędzie sprzątać po psie, pod warunkiem że Twój pies jest zdrowy i odrobaczony. Jednak w miastach i Parkach Narodowych, gdzie występuje unikalny ekosystem to niezbędne. Przez brak kultury i szacunku u wielu osób, parki narodowe wprowadzają zakazy dla wszystkich z nas. Dawajmy więc dobry przykład.

16… Pewnie jest jeszcze mnóstwo rzeczy, które można zrobić i zabrać np. ręcznik do wycierania, specjalna mata do przewozu psa na siedzeniach samochodów, czy szelki samochodowe. Wszystko zależy od miejsca, którym dysponujesz w bagażu oraz od sposobu przemieszczania się. Staraliśmy się tutaj zamieścić te najbardziej podstawowe i uniwersalne, jeśli uważasz, że czegoś zabrakło, proszę dodaj swoje propozycje w komentarzach.

KONKRETNIEJ O KWESTIACH PODRÓŻOWANIE Z PSEM POCZYTAĆ MOŻESZ DODATKOWO W WYWIADACH Z NAMI:

1. Hellodogs  https://hellodogs.pl/porady/poznajcie-snupiego

2. Pomysł na weekend http://www.podrozujemy.info/polska-na-weekend/podroz-z-pazurem

3. Życie w rytmie słów https://www.zyciewrytmieslow.pl/podroze-z-pazurem/

O tak, ręcznik do czyszczenia psa z błota i wody, to świetne rozwiązanie przed wpuszczeniem go do namiotu. Z drugiej strony… po co zbędny bagaż – równie dobrze sprawdzi się nasza brudna koszulka, skarpetka, itp.

Udanej podróży życzy Snupi!

_ intercity
Snupi w wersji hipis. W 2013 r. miał mnóstwo futra na uszach, teraz nie ma już prawie wcale futra NA uszach, a rośnie mu W uszach – jak starym ludziom 😀

Jeśli doceniasz pracę, jaką włożyliśmy w stworzenie tego obszernego poradnika, znacząco on Ci pomógł lub czytanie naszego bloga jest dla Ciebie najzwyczajniej… przyjemnością, to będziemy ogromnie szczęśliwi, jeśli zdecydujesz się nam odwdzięczyć i kupić komiks naszego autorstwa – szczegóły o nim przeczytasz TUTAJ.

Pierwsza autostopowa podróż w 2014 r. całkowicie odmieniła nasze życie. Ale gdyby nie Snupi, to nigdy by do niej nie doszło i nigdy nie powstałyby „Podróże z Pazurem”. O tym, a także o rozpoczęciu w 2017 r. ciągle trwającej wyprawy dookoła świata, opowiada 1. odcinek KOMIKSU

Możesz także wykonać darowiznę. Ten blog od strony czysto finansowej to dla nas spory wydatek, a nie źródło realnego dochodu (o czym poczytać możecie TUTAJ). Pomóż nam go prowadzić. Każda złotówka się liczy i nawet taką kwotę możesz przekazać. Jeśli każdy, kto skorzystał z naszych poradnikowych artykułów, przelałby zaledwie po “tej 1 złotówce”, to zebralibyśmy w ten sposób ponad 20 tys. zł. Co, przy naszym sposobie podróżowania, starczyłoby na blisko rok życia w trasie i możliwość przecierania szlaku dla kolejnych psi podróżników. Tak, jak uczyniliśmy to tym artykułem.

  • możesz wesprzeć nas poprzez platformę Patronite https://patronite.pl/podroze-z-pazurem
  • jeśli wolisz poprzez bezpośredni przelew na konto bankowe 62 1090 1014 0000 0001 3754 5690 Izabella Miklaszewska, w tytule darowizna (według polskiego prawa, każda osoba fizyczna może każdej innej wykonać darowiznę).
  • możesz to zrobić także poprzez PayPal – na to samo nazwisko i odnośnik do naszego konta paypal.me/zpazurem

Za darowizny znacznie przekraczające nasze oczekiwania, będziemy wysyłać różne podziękowania, o czym dokładnie poczytać możesz na stronie Patronite. Np. zaproszenie do “tajnej” grupy, gdzie możesz być z nami w stałym kontakcie,  zadać bardziej skomplikowane i indywidualne pytania. Czy to poprosić o pomoc w doborze sprzętu, czy poradę ws. podróżowania z psem, z plecakiem, w trudne tereny, w góry… Zapytać o kulisy prowadzenia bloga, czy poprosić o wskazówki do rozpoczęcia/prowadzenia swojej twórczości. Inna opcje, to że do Ciebie zadzwonimy z miejsca, gdzie aktualnie jesteśmy, umówimy się na spacer, a może nawet dołączysz do nas na jakimś etapie wyprawy i nauczymy Cię wszystkiego, co potrafimy. Dziękować też będziemy m.in.  przypinkami (tzw. button) lub magnesami na lodówkę z otwieraczem do kapsli z grafiką naszego bloga (zdjęcie poniżej).

3. Wesprzeć nas także możesz poprzez zakup koszulki/bluzy z wzorami naszego autorstwa w sklepie Power Canvas TUTAJ (20% zysku z nich idzie do nas).

Z projektu bluzy jesteśmy najbardziej dumni, ale są także 3 zacne wzory koszulek. Wszystko w wersji damskiej i męskiej TUTAJ
Przypinka i magnes mają po 56 mm średnicy
Witajcie

Witajcie

Właśnie ruszamy z naszym blogiem. W najbliższych dniach systematycznie publikować będziemy relacje z naszych podróży: tych dalekich np. Chile, Indonezja, Turcja, jak i tych bliższych – po Europie i Polsce. Niestety nie na wszystkie udało nam się zabrać Snupka, ale i tak warte są opisania. Planujemy także recenzje sprzętu i porady dotyczące bardzo szeroko pojętej turystyki i turystyki z psem. Zapraszamy!

Snupi Mardin
Snupi w mieście Mardin