Prawo do (nie)zwiedzania parków narodowych z psem

Prawo do (nie)zwiedzania parków narodowych z psem

Poniższą analizę opracowaliśmy wspólnie z Dominik Langner z konta NIE DLA ZAKAZÓW wędrówek z psem po parkach narodowych

Sytuacja prawna dotycząca zakazów wstępów z psami do parków narodowych oraz innych chronionych miejsc przyrody to najlepszy przykład polskiej patologii prawnej. Czyli dobre pomysły i chęci w praktyce zamieniają się w wielki bałagan. Bałagan, za którego sprzątanie nikt nie chce się zabrać, a błędy kumulują się od lat.

16 kwietnia 2004 Sejm RP zdominowany wówczas przez posłów koalicji SLD oraz PSL przegłosował nową ustawę o ochronie zwierząt. Ta ustawa całkowicie zmieniała obowiązujący dotąd porządek prawny, czyli ustawę o ochronie przyrody z 16 października 1991.

Pierwszą istotną zmianą było wprowadzenie całkowicie innej, nowej formy wzoru planu ochrony przyrody. Powyższe poskutkowało tym, że parki narodowe, które już miały praktycznie gotowe projekty planów ochrony, musiały od początku rozpocząć prace nad nimi. I pomimo tego, że miały na to pięć lat, to większość z nich nie ma ustanowionego planu ochrony w drodze Rozporządzenia Ministra aż do dzisiaj. Do roku 2020 włącznie plany ochrony mają następujące parki narodowe: Park Narodowy Bory Tucholskie (od 15 grudnia 2008), Pieniński Park Narodowy (od 1 lipca 2014), Białowieski park Narodowy (od 7 listopada 2014), Roztoczański Park Narodowy (od 19 kwietnia 2018) oraz Babiogórski Park Narodowy (od 22 lipca 2019).

Natomiast zgodnie z informacją z bazy Rządowego Centrum Legislacji (RCL) obecnie trwają prace nad ustanowieniem planów ochrony dla następujących parków narodowych: Drawieńskiego, Poleskiego i Karkonoskiego.

Czyli z 23 parków narodowych 5 ma ustanowione plany ochrony, a w 3 trwają prace nad ich ustanowieniem. Pozostałe 15 parków narodowych ma projekty planów, które są konsultowane lub nawet nie ma jeszcze projektów. A to wszystko po 16 latach od wejścia w życie ustawy.

Drugą istotną zmianą było wprowadzenie zakazu wstępu z psem na obszary objęte ochrona ścisłą i czynną w parkach narodowych oraz rezerwatach za wyjątkiem obszarów i szlaków udostępnionych w planach ochrony.

Co ciekawe, żaden z 5 parków narodowych, które mają ustanowione plany ochrony nie ma w tych planach wpisanego wprost zakazu wstępu z psem, a jedynie parki narodowe interpretują powyższe w taki sposób, że skoro nie wskazano szlaków i obszarów dostępnych dla turystów z psami, to taki zakaz obowiązuje na terenie całego parku narodowego. I tutaj ciekawostka. Roztoczański Park Narodowy w planie ochrony nie wskazał obszarów udostępnionych dla turystów z psami, natomiast zrobił to w regulaminie udostępniania parku narodowego. Jeszcze ciekawsze rozwiązanie zastosował Białowieski Park Narodowy, czyli ten najcenniejszy przyrodniczo, noszący znamiona puszczy pierwotnej. Tam na obszary objęte ochroną ścisłą nie wolno wprowadzać psów, a wstęp na szlaki w tych obszarach możliwy jest wyłącznie z przewodnikiem lub edukatorem. Natomiast na obszarach objętych ochroną czynną nie jest wymagana obecność przewodnika, a z psem można wejść pod warunkiem, że jest on na smyczy i w kagańcu. I to jest właściwa polityka, która świadczy o tym, że można być w zgodzie z ustawą i potrafić pogodzić możliwość wstępu z psem do parku narodowego z ochroną przyrody, nawet w tych najcenniejszych przyrodniczo parkach narodowych. A takim bez wątpienia jest Białowieski Park Narodowy.

Dlaczego zatem uważamy, że wprowadzanie całkowitych zakazów wstępu z psem, jak to ma miejsce w niektórych parkach narodowych, w naszej ocenie, narusza zapisy ustawy. Przyjrzyjmy się więc, jak powyższe zostało sformułowane. Art. 15 ust 1 ustawy wprowadza wiele zakazów obowiązujących na terenie parku narodowego. I w niektórych przypadkach są to zakazy twarde, tj. do bezwzględnego stosowania, jak np. zakaz chwytania lub zabijania dziko występujących zwierząt, pozyskiwania, niszczenia lub umyślnego uszkadzania roślin oraz grzybów, pozyskiwania skał, niszczenia gleby, stosowania chemicznych i biologicznych środków ochrony roślin, zakłócania ciszy, wykonywania prac ziemnych, wprowadzania organizmów genetycznie zmodyfikowanych itp.

Ale są również zakazy miękkie, od których dopuszczane są wyjątki, tj.: budowy lub przebudowy obiektów budowlanych, polowania, zmiany stosunków wodnych, palenia ognisk, prowadzenia działalności wytwórczej, handlowej i rolniczej, zbioru dziko występujących roślin i grzybów, połowu ryb, ruchu pieszego, rowerowego, narciarskiego i jazdy konnej wierzchem, wspinaczki, eksploracji jaskiń i zbiorników wodnych, ruchu pojazdów poza drogami publicznymi, używania łodzi motorowych i innego sprzętu motorowego, biwakowania, prowadzenia badań naukowych, organizacji imprez rekreacyjno-sportowych i właśnie wprowadzania psów na obszary objęte ochroną ścisłą i czynną.

Czyli katalog, zbiór zakazów miękkich jest znacznie szerszy niż tych twardych, tj. bezwzględnie obowiązujących. Bo gdyby wszystkie zakazy były twarde, to w parkach narodowych zabroniony byłby połów ryb, turystyka piesza, rowerowa, narciarska oraz jazda konna wierzchem, wspinaczka, eksploracja jaskiń i zbiorników wodnych, uprawianie sportów wodnych, prowadzenie badań naukowych, czy też organizacja imprez rekreacyjno-sportowych. Dotyczy to również polowań i wycinki drzew, które wróciły do parków narodowych w ostatnich latach.

A jednak tak nie jest. W/w czynności i aktywności są dozwolone po spełnieniu określonych warunków. Dlaczego więc jedynym zakazem miękkim, który coraz częściej jest traktowany jako bezwzględny jest zakaz wprowadzania psów?

Przewodnicy psów, w świetle art. 32 Konstytucji RP mają takie same prawa jak łowiący ryby, uprawiający sporty wodne, turyści piesi, rowerowi, konni, narciarze, wspinacze, grotołazi, płetwonurkowie, biegacze, czy też naukowcy. Biorąc powyższe pod uwagę, wprowadzane całkowite zakazy wstępu z psem – w świetle zapisów Konstytucji RP, jak również samej ustawy o ochronie przyrody – są wprowadzane z naruszeniem przepisów prawa. Gdyby ustawodawca chciał wprowadzić całkowity zakaz wstępu z psem na obszary objęte ochroną ścisłą i czynną, to wprowadziłby zakaz twardy, a nie miękki, dopuszczający wyjątki od zakazu takie, jak te opisane powyżej. Niestety coraz więcej parków narodowych wprowadza całkowite zakazy wstępu z psem. W 2019 r. roku tą ścieżką poszedł Świętokrzyski Park Narodowy (i to pomimo faktu, że w projekcie planu ochrony takiego zakazu nie planuje), w tym roku w czerwcu tą ścieżką poszedł Słowiński Park Narodowy, a w sierpniu również Kampinoski Park Narodowy (w Kampinoskim PN jest to o tyle absurdalne, że wewnątrz parku narodowego znajdują się wioski, gdzie oczywiście gospodarze mają psy). Czyli naruszając przepisy prawa, niektóre parki narodowe ewidentnie dyskryminują przewodników psów.

Ciekawym jest przypadek Słowińskiego Parku Narodowego. Jak wiemy, Łeba to bardzo popularne turystycznie miasto. Około 70% przychodów Łeby pochodzi z turystyki. Do tej pory można było z psem (byliśmy jeszcze w maju, więc jest to potwierdzone) bez problemu wejść na teren Słowińskiego PN za wyjątkiem plaż, gdzie obowiązywał zakaz wstępu z psem. Od czerwca ten zakaz obowiązuje na terenie całego parku narodowego. Już dochodzą do nas sygnały, że wielu przewodników psów (a przecież to prawie połowa społeczeństwa) więcej do Łeby nie przyjedzie. To będzie potężny cios w turystykę dla tego niezbyt przecież bogatego regionu. Dlatego też w dniu 13 sierpnia (a powtórnie w dniu 19 września) napisaliśmy w tej sprawie do burmistrza Łeby oraz wszystkich 15 radnych. Czekamy na oficjalne stanowisko burmistrza. Nie dość, że przez koronawirusa miasto rozpoczęło w tym roku sezon z dużym opóźnieniem, to jeszcze Słowiński Park Narodowy odstrasza turystów. Wielka szkoda, bo odbije się to na mieszkańcach miasta utrzymujących się z turystyki. Oczywiście, pieniądz nie jest najważniejszy, ale należy szukać rozwiązań, które dadzą najlepszy konsensus oraz będą budowały postawy społecznej odpowiedzialności i poszanowania reguł oraz przyszłość miasta.

Podsumowując, ostatnimi laty przewodnicy psów są w Polsce mocno dyskryminowani, co widać szczególnie w naszych przygranicznych górskich parkach narodowych. Gdzie Czesi i Słowacy mogą się swobodnie poruszać z psami po terenach przecież tych samych ekosystemów, a jedynie przedzielonych granicą parków narodowych, w których po polskiej stronie jest to zabronione. W niektórych parkach narodowych może dojść do takich absurdów, że mandatami na szlakach granicznych będą karani wyłącznie obywatele Polski. Bardzo interesujące rozwiązanie. Ciekawe, co na to powiedzą sądy.

Być może czujecie i myślicie teraz „prawo prawem, bałagan, bałaganem, ale o naturę trzeba dbać” i psy NIE są najważniejsze. Oczywiście, jesteśmy na tym samym stanowisku. Po podróżowaniu przez 4 lata po świecie, nie ma dla nas obecnie ważniejszej kwestii niż ochrona środowiska naturalnego i dzikich zwierząt, bo widzieliśmy realny poziom dewastacji planety. Jest gorzej, niż to sobie wyobraża większość z was. Poruszamy te kwestie niemal nieustannie w naszej twórczości internetowej i komiksowej. Uważamy, że najcenniejsze ostoje zwierzyny i roślin powinny być nie tylko wyłączone z ruchu dla turystów z psami, ale dla wszelkiej turystyki. Jednak mamy odczucie, że zakazy wprowadzania psów w polskich parkach narodowych są przysłowiowym szukaniem kozła ofiarnego z powodu nieudolnej i źle prowadzonej od lat pracy na rzecz ochrony przyrody. Nie jest ona winą tylko władz konkretnych parków, ale całego polskiego systemu ochrony przyrody. Czy wiecie, że parki narodowe zajmują w Polsce mniej niż 1% jej powierzchni? Ale celem nie powinno być zatem zamknięcie tego 1% dla turystyki, tylko działania zmierzające do zwiększenia obszarów chronionych, rozwoju siedlisk dla zwierząt i roślin. Jednak w Polsce brakuje funduszy i chęci na większość działań czy badań.

Oczywiście, po części jesteśmy sami sobie winni – każdy z nas swoim własnym nieodpowiedzialnym zachowaniem, a także brakiem reakcji na patologiczne zachowania ze strony innych właścicieli psów. Jeśli sami, jako obywatele, jako członkowie grupy społecznej „psiarzy” nie zaczniemy dbać o dobre wzorce zachowań, tak długo walka o normalizację naszych praw, swobód i codziennego życia będzie utrudniona – dlatego przejdź do następnego artykułu, w którym opisujemy jak należy z psami zachowywać się na łonie dzikiej natury.

UWAGA: razem z autorami konta NIE Dla Zakazów Wędrówek z Psem rozpoczęliśmy działania mające na celu budowę oraz poprawę świadomości właścicieli psów wobec rozumienia zjawisk zachodzących w naturze oraz kształtować coraz lepsze wzorce ich zachowań. Stan przyrody w Polsce już obecnie jest w złym, jeśli nie fatalnym, stanie. Polski system ochrony przyrody, kształtowania postaw oraz edukacji w tym zakresie jest również fatalny i należy go zmienić oraz usprawnić. Jest przestarzały, zaściankowy, antropocentryczny. To turyści bez psów – co oczywiste z racji zakazów wstępów dla tych z psami do większości terenów objętych ochroną, a przede wszystkim, całościowa inwazja człowieka (okolicznej osadniczej działalności człowieka i obecnej polityki gospodarczej: samorządów, rządu centralnego oraz lasów państwowych – jest głównym wyznacznikiem szkodliwości), a nie turysta z psem. Jak wspomnieliśmy, wprowadzone zakazy obecności dla psów to tylko szukanie przysłowiowego “kozła ofiarnego” z powodu nieudolnej i źle prowadzonej od lat pracy na rzecz ochrony przyrody. Potrzebna jest zupełnie nowa polityka instytucji odpowiedzialnych za ochronę przyrody, zwiększenia nakładu sił, pracy, kompetencji i odpowiednie ich dofinansowanie, by mogły w końcu w sposób realny: same zdobywać najnowszą i rzetelną wiedze i prowadzić badania, informować, edukować poprzez prowadzenie kampanii edukacyjnych i doraźnych działań oraz pilnować i kontrolować podległe obszary oraz karać osoby łamiące przepisy (czyli np. w przypadku psiarzy za brak smyczy czy niesprzątanie). Niemniej, my – właściciel psów musimy kształtować właściwe postawy wśród swojej grupy społecznej, by w perspektywie kilkuletniej nasza grupa społeczna była dobrym wzorem. By argumenty przeciwko obecności nas z naszymi psami w ekosystemach ściśle chronionych (jak i każdych innych, bo przecież wszystkie z nich są cenne), dotyczyły tylko marginesu, znikomego procentu naszej grupy. Tylko niewłaściwe zachowania nas są głównym czynnikiem zakazującym wstępu z psem do większości atrakcyjnych miejsc przyrody w Polsce. Jeśli Jeśli jesteś autorem / właścicielem bloga/portalu/czasopisma itp. i jesteś gotów udostępnić swoje kanały oraz profile do publikowania materiałów informacyjno-edukacyjnych w kwestii odpowiedzialnego przebywania z psem w ekosystemie i chcesz dołączyć do tej akcji, napisz do nas e-mail na adres. pk.miklaszewski@gmail.com. Zapraszamy także wszelkie instytucje władz centralnych i samorządowych oraz organizacje pozarządowe do kontaktu, w celu tworzenia kolejnych etapów i kroków akcji na rzecz poprawy ogólnego stanu ochrony przyrody.

CO ROBIMY ZE ŚWIATEM?!

CO ROBIMY ZE ŚWIATEM?!

Ci, którzy obserwują nas stale na social mediach, albo byli na naszych prelekcjach, mogli się już przekonać, jak ważna jest dla nas kwestia dbania o naturę. Usłyszeć o tym, jak destrukcyjny wpływ ma działalność człowieka oraz o tym, jak wyraźnie widzieliśmy to w ostatnie 3 lata podróży po różnych zakątkach świata.

W Europie ten widok jest zacierany pozorami reagowania i dbania. Przez władze, rządy i wszelkie instytucje reagowania w sposób o wiele za wolny, niewystarczający, nieadekwatny. Tylko do momentu, aż nie wywoła to za dużych sprzeciwów biznesu i szarych ludzi, którzy nie mają odpowiedniej i pełnej wiedzy. A przez te biznesy poprzez spychanie problemu dalej, do obcych — mniej rozwiniętych — krajów (otwierania tam linii produkcyjnych, wysyłania tam niektórych rodzajów odpadów, wykupywania tamtejszych praw do połowów, wydobycia surowców itd.). Przy jednoczesnym zaśmiecaniu tych krajów w sposób bardziej pośredni — traktowania jako rynki zbytów swoich produktów, równe rynkom krajów cywilizowanych. Wciskania im tych produktów i konsumpcjonizmu za wszelką cenę —  cenę rosnącego z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc — zysku (coca colę w plastikowej butelce i chipsy kupicie wszędzie, nawet w środku amazońskiej dżungli i na najodleglejszych wyspach na oceanie, a nikt z tych miejsc śmieci nie zabiera). Wciskania stylu życia, którego oni nigdy nie dostaną, nie wprowadzą i nie zrozumieją, bo widzą tylko jego strzępy. Na dodatek wydaje się niektórym z nas, zwykłym ludziom, że to nas nie dotyczy. Poniżej wyjaśnimy, jak bardzo wszyscy jesteśmy winni.   

100 lat temu było zaledwie 1,5 miliarda ludzi na całym świecie — 1/5 tego, co jest teraz. Ale to nie przeludnienie, samo w sobie, jest powodem. Powodem jest to, że my: Europejczycy, Amerykanie z USA, obywatele jeszcze kilku rozwiniętych krajów, lub tylko poszczególnych ich regionów (np. w Australii czy Japonii), lub wyłącznie wąskie grono bogaczy w pozostałych krajach, jesteśmy elitą świata i konsumujemy najwięcej, o wiele za dużo. Musicie zrozumieć, że chociaż czujemy się biedakami Europy, a we własnym kraju większość z nas ubogą klasą średnią, to i tak wszyscy należymy do królów życia. Należymy do małego procentu ludzkości (około 1,5 mld z ponad już 7,5 mld wszystkich ludzi żyjących obecnie na Ziemi), którego komfort i zachcianki zaspokaja cała reszta globu z katastrofalnym dla niego skutkiem.  Już w 1999 r. oszacowano, że 16% najbogatszej części ludzkości konsumuje około 80% wytwarzanych zasobów. A kolejna przerażająca liczba jest taka, że już tylko 30% powierzchni planety stanowią tereny dzikie – nieobjęte bezpośrednią działalnością człowieka, 70 lat temu było to ponad 60%.

I wciąż chcemy konsumować coraz więcej. Jednocześnie jesteśmy właścicielami firm, albo pracujemy dla firm, które interesuje tylko to, by zarobić jak najwięcej, by produkcja była jak najtańsza. Dlatego wszystko produkujemy w niedorozwiniętych krajach. Czemu tam jest taniej? Bo cała produkcja odbywa się bez poszanowania środowiska i norm ustanowionych w celu jego ochrony oraz bez poszanowania praw ludzi, tam żyjących. Wykorzystujemy zacofanie miejscowej ludności i krajów jako całości, do których sami doprowadziliśmy setkami lat kolonizacji. Ich nędze, by płacić im mniej. Każdy z nas nagina swoje etyczne i moralne zasady, ukrywa je, zaciera i spycha gdzieś głębiej. Wyłącza chęć zdobycia wiedzy i świadomości, byle tylko mieć taniej swoją wymarzoną rzecz, produkt z supermarketu, albo być lepszym pracownikiem, który generuje lepsze zyski dla swojego pracodawcy, bez żadnych wyrzutów sumienia.

Wielu ludzi sądzi, że jak czegoś nie widzi, to tego nie ma. Dla wielu ludzi to podświadomy, a dla wielu świadomy, mechanizm obronny swojej słabej psychiki. Nie myślimy nad czymś, więc to nie istnieje. Dla przykładu: w Afryce, w wielu rejonach, miejscowi nie mają jak otworzyć swoich biznesów. Czemu? Bo jest to niewykonalne z racji nieopłacalności. Nieopłacalna jest nawet uprawa wielu roślin, bo w wyniku obecności na tamtejszych rynkach wielkich korporacji, które efektem skali i m.in. opryskami czy korupcją przy podatkach, sprawiają swoje produkty tańszymi niż produkty wytwarzane na miejscu przez lokalnych. W Wenezueli widzieliśmy ketchup Heinz za 2 zł, a przecież w Europie jest jednym z najdroższych. Jest tam tańszy, niż ketchup wytworzony w wiosce obok, bo Heinz może wykorzystać swoją siłę do narzucenia dumpingowej ceny i pozbycia się wszelkiej konkurencji. Byle tylko utrzymać swoją fabrykę i wpływy, które ma w Wenezueli. Swoją drogą ciekawe, jakim cudem je ma, skoro relacje dyplomatyczne na linii USA-Wenezuela są tragiczne. (P.S. Zwróćcie uwagę, że nawet Polsce mamy namiastkę tego, w sklepach mamy np. ziemniaki z Niemiec i liczne warzywa z Hiszpanii – nie tylko w okresie zimowym). 

Ktoś nie wierzy w powyższe słowa? Ktoś chce się spierać, na jak dużą skalę to wykorzystywanie ma miejsce – odsyłam do artykułu o tym, że kapitalizm i obecność naszych biznesów w innych zakątkach świata wcale nie niweluje ubóstwa w nich, a wręcz je podtrzymuje o tym ile celowych kłamstw, niedopowiedzeń zawierają wszelkie statystyki związane z ubóstwem (np. minimalna kwota pozwalająca przeżyć dzień) ARTYKUŁ MAGAZYNU KONTAKT. Dla przykładu tylko jeden z wielu wspaniałych fragmentów Jeżeli sprywatyzujesz las i zaczniesz sprzedawać drewno – PKB wzrośnie. Jeśli wypalisz samowystarczalną farmę i zamienisz ją w plantację bawełny – PKB wzrośnie. Ale nic nam to nie mówi o tym, co straciły miejscowe społeczności. Koszty ich życia i dobrobytu zamieciono pod statystyczny dywan. Z tych powodów PKB nie jest odpowiednim narzędziem do mierzenia ubóstwa – a już zwłaszcza nie w erze grodzenia i wywłaszczania”. 

W Europie non-stop słyszymy o problemach, ale niemalże ich nie widać. Samo gadanie ludzi nie przekonuje, a wręcz, widząc po komentarzach w różnych miejscach, tylko irytuje. Już od 40 lat wymyśla się różnego rodzaju biodegradowalne wersje plastiku, ale nikomu nie chce się zapłacić za nie więcej. Każdy w Polsce słyszał o szkodliwości plastiku, większość może nawet jest już o tym przekonana, a i tak każdy użyje codziennie plastikowego worka na śmieci i na jedną bułkę w sklepie. Stwierdzi, że nie ma miejsca w domu na segregowanie odpadów. Kupi w sklepie herbatkę w torebkach (każdą pakowaną osobno w folię) i oburzy się, jakby nowa technologia biodegradowalnego opakowania miała spowodować wzrost ceny jego ulubionego produktu o 10 groszy. Wprowadzamy zakaz używania jednorazowego plastiku (o jakieś 20 lat za późno), a kto jednocześnie jest udziałowcem firm, które będą dalej przez dziesięciolecia produkować ten plastik na rynek Azji czy Ameryki Południowej? Firmy z europejskimi i amerykańskimi właścicielami.

Teraz omówmy… niech będzie mleko.

Jaka w tym logika, że cena krowiego mleka, którego produkcja dewastuje planetę (co widać powyżej) i generuje cierpienie krów (doi się je przy użyciu bolesnych dla nich maszyn, nieustannie się je zapładnia, by wytwarzały mleko, a cielaki odbiera się im zaraz po porodzie, by po 6 latach takiego wykańczającego życia, spędzonych wyłącznie w zamkniętych pomieszczeniach, trafić do rzeźni) jest 3 razy mniejsza od kilkukrotnie (czy nawet kilkunastokrotnie) mniej destrukcyjnego produktu roślinnego. I analogiczne sytuacje można zaobserwować w każdej innej dziedzinie produktów: mydeł, mebli, ubrań, motoryzacji, elektroniki.

Krótkowzrocznie zarządzające gospodarkami i skorumpowane rządy oraz instytucje państwowe nawet nie próbują producentów tymi kosztami środowiskowymi obciążać. Dlatego cena mleka krowiego jest niższa niż każdego innego. Inne wyroby są na razie tak drogie z powodu marketingu i stosunkowo niskiej podaży (im większa podaż, tym niższa cena), efektu skali itd., a także patologicznie zarządzających rządów, które nieodpowiednio dofinansowują pewne sektory gospodarki. 

Dlatego to też idealna odpowiedź dla wszystkich tych, którzy zastanawiają się, czy ich pojedyncza decyzja — o zmianie diety — może coś zmienić na świecie. Oczywiście, że tak. To wpływa na podstawowe prawo ekonomii rynku: jest popyt — jest podaż, nie ma popytu — nie ma podaży. Im więcej osób zmieni swoje nawyki, tym bardziej jedne biznesy staną się opłacalne, a inne mniej. Bo jedyne, co ratuje teraz niektóre biznesy, to efekt skali oraz to, że jego wytwórca nie ponosi właśnie wszystkich kosztów, tylko przerzuca je na nas wszystkich. Na nas, na przyszłe pokolenia, na dzikie zwierzęta, na cierpienie zwierząt hodowlanych, na dewastacje całego środowiska naturalnego. 

Dlatego cała nadzieja jest tylko w nas, zwykłych ludziach, i naszych wyborach komu dostarczamy pieniądze. Dopóki firmy nie poczują tego na własnej kieszeni, że ich działalność się nie sprzedaje, albo ich produkty powodują, że Ty czujesz się źle z ich posiadaniem/użyciem (co jest dla nich najgorszą rzeczą, jaka może mieć miejsce w obecnych czasach potężnego marketingu i rynku opinii), tak długo nic się nie zmieni w ich polityce.

Ale to nie jest tylko walka z nimi, to walka na równi z nami samymi. Każdego z nas z samym sobą. Musimy w końcu zrozumieć, że w tym świecie musi zgadzać nam się coś więcej, niż tylko nasz portfel i komfort. Jeśli trzeba, musimy teraz zapłacić więcej za produkt, jeśli jego wytworzenie jest droższe, ale zużywa mniej surowców lub mniej zanieczyszcza naszą planetę. Najprostszy przykład: mydła naturalne, zamiast najtańszej inwazyjnej chemii. Przecież przy okazji awarii oczyszczalni ścieków w Warszawie, wyszło na jaw, że żadna skontrolowana oczyszczalnia ścieków w Polsce nie działa prawidłowo. W niektórych, więcej niż połowa ścieków nie była w żaden sposób oczyszczana, tylko od razu wrzucana do rzek. Po nocach, za przyzwoleniem ich władz, przymrużeniem oka władz lokalnych, bo nie wyrabiają z ilością ścieków. Szacuje się, że w skali globalnej raptem 20% wykorzystanej wody trafia do oczyszczania (temat wody zasługuje na swój własny artykuł, nad którym już pracuję). A stan niemal wszystkich rzek świata jest tragiczny lub zły – ARTYKUŁ z LINKAMI DO BADAŃ.

Musimy wziąć odpowiedzialność za swoje własne działania, bo nie może być tak, że za wszystkie ktoś inny będzie brał za nas odpowiedzialność: budując oczyszczalnie ścieków, wprowadzał recykling śmieci pod domem, edukował i walczył o działania mniej inwazyjne dla planety. A my ciągle i tak będziemy narzekać, albo wykorzystywać gotowe rozwiązania do jeszcze gorszych działań. Ścieki to idealny przykład naszego lenistwa i ignorancji. Myślimy sobie, że muszla klozetowa, to jakaś magiczna czarna dziura, która pochłania wszystko, i potem oczyszczalnia ścieków czyni cuda i zamienia w co? Eliksir młodości? W kiblach ląduje wszystko (pomijając już przedziwne rzeczy, które zatykają rury i kanały pod miastami: podpaski, waciki, patyczki do uszu, pieluchy, resztki jedzenia czy martwe chomiki), ale co najgorsze, produkujemy tyle brudnej wody – kąpiąc się 3 razy dziennie, myjąc swoje auto na błysk co tydzień, nastawiając pranie po jednorazowym użyciu ubrania, myjąc zęby, goląc się i zmywając przy lejącej się wodzie z kranu. Kto by sobie na to pozwolił, jakby miał tylko swój mały domek z dostęp do studni 100 metrów dalej?! I musiał całą wodę sobie przynieść w wiadrze?! Pokolenia dały nam rozwój, a my go nadużywamy, nie doceniamy, więc oczyszczalnie stają się niewydolne. Mało tego, przecież wciąż mnóstwo w Polsce i na świecie w cywilizowanych krajach: miast, miasteczek, które nie mają oczyszczalni. 

Przestańmy tyle konsumować i zastanówmy się co konsumujemy, to mój apel. Czy koronawirus nie pokazał, jak mało tak naprawdę potrzebujemy? Jak nieznaczące są te wszystkie zachcianki i farsa konsumpcyjnego stylu życia, jaki wciskany jest nam od dziesięcioleci? Nie zauważyliście, jak kruche i nieznaczące jest “imperium” naszej cywilizacji budowane przez ten konsumpcjonizm i styl życia, jaki wprowadza. Jak łatwo może nim zachwiać jeden wirus, i to nawet nie jakoś wybitnie niebezpieczny?!

Ktoś powie “ja muszę pić krowie mleko, bo inne mi nie smakuje”, a czy kiedykolwiek spróbował inne, niż jeden czy dwa rodzaje mleka roślinnego. By odnaleźć takie, które mu pasuje (przecież obecnie na rynku jest z 10 rodzajów takich napojów: sojowe, ryżowe, migdałowe, owsiane, jaglane, orkiszowe, z orzechów laskowych, nerkowca czy ich mieszanki)?! Czy dał sobie czas na przyzwyczajenie się?! No i właśnie, kwestia najważniejsza – czy w tym wszystkim, chodzi o twój “zachciany” smak mleka?

Jest wiele sposobów żeby być bardziej przyjaznym środowisku. I nikt nie musi z dnia na dzień stać się wegetarianinem, weganinem, nigdy nie pijącym mleka krowiego czy jedzącego sera z takiego mleka, nigdy nie używającym samochodu, chodzącym tylko w starych ubraniach, zero-emisyjnym i całkowicie neutralnym środowiskowo. To trudne przedsięwzięcie, nieosiągalne do zaaplikowania w jeden dzień. Zresztą chyba w ogóle niewykonalne w pełni. Ale każdy z nas może, po prostu, zacząć myśleć nad tym co robi, co zużywa i w jaki sposób. Zacząć ograniczać ilość wszystkiego, czego zużywa, a nawet nie zużywa, tylko kupuje i kupuje (mniej więcej 1/3 całej żywności produkowanej na świecie nigdy nie jest spożywana).  Zastanowić się nad ilością i jakością samego produktu, ale też i jego produkcji. I stopniowo wchodzić na nowe etapy proekologicznych rozwiązań. Lepiej robić mały krok niż żaden.

Działaniem, którym NAJBARDZIEJ NISZCZYMY NASZĄ PLANETĘ jest MASOWA PRODUKCJA MIĘSA. Czemu? 

Bowiem szacuje się, że od 60 do 85% produkcji rolnej świata wykorzystywanej jest tylko po to, by nakarmić te krowy i świnie, które sami zjadamy. Skąd takie rozbieżności w tych szacunkach, bo 60% to minimum, ale są takie rośliny, jak soja, której blisko 90% produkcji idzie na paszę.

Wypalanie lasów, niszczenie naturalnych/dzikich ekosystemów odbywa się po to, by mieć coraz więcej miejsca na uprawy roślin na paszę, by te zwierzęta wykarmić (bo miejsca nie robi się już pod pastwiska, bo teraz większość zwierząt hodowlanych spędza całe swoje życie w klatkach wielkości swojego własnego ciała). Produkcja mięsa to nie jest więc tylko cierpienie krów, świń i kurczaków w ubojniach i “fabrykach mięsa”, gdzie cierpią każdego dnia życia. To cierpienie całej planety, to cierpienie każdego dzikiego stworzenia, któremu odbierana jest przestrzeń do życia i pożywienie. A za kilka lat cierpienie nas samych i naszych dzieci. Bo już teraz cierpią ludzie w krajach mniej cywilizowanych (brak wody na skutek wycięcia gigantycznych połaci lasów itp.), zatrucie rzek, brak ryb i pierwotnie występujących, właściwych dla regionu warzyw i owoców. Będziemy żyć w świecie spełniającym wszystkie czarne wizje z filmów science fiction. 

Jak bardzo już zniszczyliśmy tym ziemię:

Zaledwie 4% ssaków na świecie stanowią obecnie dzikie zwierzęta?! 4%! WSZYSTKIE GATUNKI DZIKICH SSAKÓW NA ŚWIECIE.  Szacuje się, że za wymarcie 83% wszystkich gatunków dzikich ssaków odpowiada bezpośrednio człowiek, 80% ssaków morskich oraz połowy gatunków roślin. Jak pokazał opracowany przez WWF Living Planet Index “w ciągu ostatnich 40 lat populacje dzikich zwierząt zmalały o 60%, co stanowi prawdopodobnie najlepszy wskaźnik ukazujący, jaki nacisk wywieramy na naszą planetę. W ciągu ostatniego półwiecza, nasz ślad ekologiczny – jedna z miar zużycia zasobów naturalnych – zwiększył się o blisko 190%”. Sama populacja człowieka sprawia, że stanowimy 34% wszystkich ssaków na Ziemi. Co więc stanowi resztę ssaków na ziemi? 60% ssaków na Ziemi to zwierzęta, które produkujemy tylko po to, by je zjeść lub coś z nich zrobić: KROWY, ŚWINIE itd. Jak sytuacja ma się z ptakami? 70% stanowią kurczaki i inne do zjadania, 30% dzikie.  A ryby?  Jak szacuje jednostka ONZ ds. do spraw Wyżywienia i Rolnictwa: Ponad 90% zbadanych światowych stad ryb jest przełowionych lub poławianych na najwyższym możliwym poziomie. No i przypominam, obecnie tylko 30% powierzchni naszej planety stanowią tereny dzikie – niepodlegające bezpośredniej działalności człowieka. Jeszcze w połowie poprzedniego wieku było to ponad 60%. 

Płaczesz nad wypalaną Amazonią? A dla kogo ona płonie? Dla widzimisię prezydenta Brazylii czy dla kasy korporacji za produkty, które pochłaniasz bez zastanowienia, czyli dla Ciebie? Amazonia płonie, by zdobyć miejsce na uprawy paszy dla krów, świń i kurczaków. Brazylia jest największym eksporterem mięsa drobiowego na świecie, a w zakresie wołowiny naprzemiennie zmienia ten prym ze Stanami Zjednoczonymi. W Polsce o wiele bardziej popularna jest konsumpcja świń, ale soja na ich paszę pochodzi właśnie z Ameryki Południowej. Amazonia czy  lasy w Indonezji płoną na plantacje palm olejowych, bo każde zjedzone przez ciebie ciastko z olejem palmowym w składzie umacnia takich ludzi, jak aktualny prezydent Brazylii. Którego przecież pewnie nienawidzisz za niszczenie środowiska? Pora zrozumieć, że twoje ciastko i twój kotlet przyczynia się do śmierci setek zwierząt w Amazonii i dżunglach Azji. Morderstw ludzi, np. przywódców lokalnych społeczności, którzy sprzeciwiają się biznesom wielkich korporacji. W ciągu ostatnich 30 lat można się doliczyć tysiące zamordowanych aktywistów. Ten prezydent liczy bowiem tylko kasę, jaką te korporacje mu zapłacą inwestycjami czy czystą korupcją. W ciągu zaledwie 50 lat 20% Amazonii zniknęło z powierzchni Ziemi, a 80% tego zniszczenia odbyło się pod agrobiznes związany z hodowlą bydła i pasz dla zwierząt hodowlanych. Jedna krowa zjada od 20 do ponad 50 kg paszy dziennie (w zależności od przeznaczenia hodowli, odmiany itp.) i wypija ok. 120 litrów wody dziennie , jedna świnia zjada 3 kg paszy dziennie i 15 litrów wody. A przecież już ogromną ilość wody zużywa się do wyprodukowania paszy. Rzeki, a potem oceany  zanieczyszczane są najpierw pestycydami i związkami chemicznymi wykorzystywanymi przy rolnictwa do produkcji paszy (nie mówiąc o wcześniejszej deregulacji naturalnych źródeł wodnych dokonywanych przez rolników i całe rządy centralne oraz samorządowe), a  potem te same rzeki i morza zanieczyszczane są odchodami krów oraz produktami ubocznymi przetworzenia zwierząt w mięso na talerz i pozyskiwaniem mleka. Przy całym procesie zużywa się ogromną ilość energii i wytwarza zanieczyszczenia, związane chociażby z transportem zwierząt, produkcją leków i antybiotyków dla nich (globalne użycie leków znacznie przekracza globalne ludzkie użycie leków) itd. itp… – można ten łańcuch ciągnąć w nieskończoność.

Pora zrozumieć, że takie hipotezy to nie są wyolbrzymiane i przesadzone teorie spiskowe, to jest uświadamianie związków przyczynowo-skutkowych podporządkowanych pieniądzu.

Jeśli globalny popyt na produkty zwierzęce i odzwierzęce wzrośnie zgodnie z oczekiwaniami, szacuje się, że produkcja soi będzie musiała wzrosnąć o prawie 80%, aby nakarmić wszystkie zwierzęta przeznaczone na nasze talerze. To nadwyrężenie skończonych zasobów Ziemi i siła napędowa utraty różnorodności biologicznej. Polecam film Cowspiracy

ROCZNIE ZABIJAMY NA POTRZEBY PRODUKCJI MIĘSA I TOWARÓW ZE SKÓRY znacznie ponad 70 miliardów zwierząt:

  • 67 mld. samych kurczaków. Kaczki, indyki i gęsi stanowią kolejne 4 miliardy.
  • następne 4 miliardy to ssaki (1,5 mld. świń, 400 mln. krów i bawołów, 1 mld. kóz i owiec, 1 mld. królików, konie, wielbłądy… )
  • oraz 2,7 biliona ryb!

A czego nie ma w tej liczbie? Co trzeba dołożyć? W ssakach nie uwzględniono ssaków morskich, jak: foki, wieloryby, delfiny i wszelkie pozostałe walenie, ani także psów (rynek azjatycki). Nie uwzględniono ani także płazów i gadów (a więc ogromny przemysł związany z mięsem i skórami z krokodyli i aligatorów), owadów. Do tego brakuje całej branży azjatyckiego (i chociaż znacznie mniejszych to także: afrykańskiego i Południowej Ameryki) rynku handlu mięsem zwierząt dzikich, a przede wszystkich tych dzikich zabijanych na całym świecie pośrednio przez dewastację ich naturalnego środowiska życia. Cierpienia zwierząt wodnych, które nie są celem połowów, ale giną przy ich przeprowadzaniu oraz pogarszanie kondycji, a nawet śmierć zwierząt morskich, które umierają w wyniku brak możliwości odnalezienia wystarczającej ilości pokarmu z powodu przełowienia ryb lub zanieczyszczeń i chorób powstających na morskich fermach.  I pewnie jeszcze wiele, wiele innych…

Tylko częściowo w tych szacunkach uwzględnione są zwierzęta zabijane w laboratoriach i eksperymentach (a to przynajmniej 200 milionów) oraz tylko częściowo farmy futrzarskie, również przynajmniej 200 milionów. W Polskich farmach futrzarskich zabija się ponad 10 milionów samych norek i lisów, a nasz kraj znajduje się w gronie 4. największych wytwórców futra (Dania, Chiny, Finlandią), wytwarzamy więcej niż 170 innych państw świata razem wziętych). Jednocześnie branża ta ma marginalne znaczenie dla polskiej gospodarki, bo nie wytwarza sama żadnych produktów, a tylko odsprzedaje surowiec (na szczęście to biznes bez długiej perspektywy istnienia przy dynamicznym rozwoju postaw humanitarnych u konsumentów).

W polowaniach zabija się przynajmniej 100 milionów (ale to tylko częściowe dane, szacuje się, że ta liczba może być w rzeczywistości dwukrotnie większa), a kłusownictwo to przynajmniej 200 milionów zwierząt (ta liczba może być w rzeczywistości dwukrotnie czy nawet trzykrotnie większa).

Zabijanie zwierząt – statystyki

Tymczasem zamiana jednego dania mięsnego w tygodniu na bezmięsne przez każdego z nas oszczędziłaby miliardy zwierząt rocznie i zdrowia naszej planety. Badanie „Meat Makes the Planet Thirsty” wskazują, że potrzeba około 4 milionów litrów wody do „produkcji: 1 tony wołowiny, ale już jedynie 85 tysięcy litrów do przygotowania 1 tony jadalnej mieszanki warzyw (wspomniałem już powyżej, ile zjada i wypija krowa czy świnia). ONZ wskazuje, że hodowla masowa odpowiada za większą emisję gazów cieplarnianych niż cały transport lądowy, lotniczy i morski razem wzięte. Biorąc pod uwagę wszystkie skutki i działania związane z produkcja mięsa, jest to prawdopodobnie jedna z 3 największych przyczyn destrukcji naszej planety!

Przy okazji, wiecie co jest przyczyną pojawienia się epidemii koronawirusa? Właśnie targi dzikich zwierząt. By nie wydłużać tego artykuły na kolejne 2 strony wyjaśnień, odsyłam do już gotowego ARTYKUŁU . Tutaj tylko najciekawsze fragmenty “Ponadto badania sugerują, że nadużywanie profilaktycznie(!) antybiotyków – powszechna praktyka we współczesnym rolnictwie mającym na celu raczej zapobieganie chorobom niż ich leczenie – może tłumić układ odpornościowy zwierząt, czyniąc je bardziej podatnymi na infekcje wirusowe.” oraz ” Chaos i ciasne warunki osłabiają układ odpornościowy zwierząt, tworząc środowisko, w którym wirusy mogą się mieszać, wymieniać fragmenty kodu genetycznego i przechodzić między gatunkami. W ten sposób mogą stanowić taki sam czynnik ryzyka, co rynki, na których odbywa się rzeź. Trzymanie razem wielu różnych gatunków zwierząt – dzikich, udomowionych i wielu nieurodzonych w tym konkretnym miejscu – daje wirusom większe możliwości przenoszenia się między gatunkami.

Ok. 60% znanych współczesnej medycynie chorób zakaźnych wywodzi się od zwierząt, a spośród ponad 30 nowych ludzkich patogenów wykrytych w ciągu ostatnich trzech dekad, 75 procent pochodzi od zwierząt.

COVID-19 zalicza się do kategorii chorób odzwierzęcych, podobnie jak SARS, ebola i MERS. Także grypa z 1918 r., która zabiła około 50 milionów ludzi, miała pochodzenie ptasie. Z kolei rozprzestrzenianie się wirusa HIV na ludzi nastąpiło z szympansów, najprawdopodobniej poprzez rzeź i spożycie ich mięsa. Do tej pory HIV-AIDS zainfekował 75 milionów ludzi i spowodował 32 miliony zgonów.

Możesz się spierać o polityczne, społeczne, ekonomiczne aspekty zmian nawyków czy biznesów, a w tym czasie przegrywamy jako gatunek, przegrywamy jako całe życie na Ziemi. Wszystkie gospodarki zapędzają się obecnie w róg bez wyjścia. Rządzący wciskają nam kit o tym, że musi być więcej ludzi, by napędzać gospodarki itd. Nikt z nich nie rozumie, a raczej rozumie, ale nie chce tego zmienić, że te gospodarki są po prostu niewydolne, a dalsze podążanie tę ścieżką, jest jak kopanie grobu nam wszystkim. Nikt nie chce patrzeć dalekowzrocznie i globalnie. Kiedy wynaleziono parę, spalanie węgla i paliwa, to też nikt nie widział w tym nic złego, czerpał z tego pełnymi garściami i nie myślał jak wyszukać inną drogę rozwoju. Popełniamy ten sam błąd. Czemu? Bo patrzymy wszyscy tak krótkowzrocznie, egoistycznie i komfortowo.

Dalej myślisz, że plastik jest największym problemem świata? Największym problemem świata są Twoje codzienne decyzje. Plastik to tylko wierzchołek góry lodowej, wisienka na torcie syfu, jaki serwujemy naturze. Od diety, przez gigantyczne statki kontenerowe, których jest już na świecie 10 tysiące, a każdy z nich wypala dziennie od kilkudziesięciu do kilkuset ton paliwa dziennie.

Dokładne objaśnienie wykresu sprawdzisz TUTAJ (często wciąż statki napędza mazut – jedno z najbrudniejszych paliw)

Pływają, by przetransportować nasze konsumpcyjne dobra. Bo chcesz mieć egzotyczny owoc, zamiast rodzimego jabłka i kolejną tanią rzecz, gadżet, ubranie. Pora zrozumieć, że twoja chęć kupienia wszystkiego jak najtaniej, coraz więcej, w każdym miejscu i czasie, kosztuje wzrost emisji zanieczyszczeń z transportu.  Setki tysięcy samolotów na niebie (i nie ma tutaj żadnego znaczenia, że samolot jest stosunkowo mniejszym trucicielem niż samochód – to jak porównywać II wojnę światową do I i zastanawiać się, która była dobra). Po takie drobne i niezauważalne, ale jakże zabójcze dla natury, kremy przeciwsłoneczne z filtrem. Gdy idziesz na plażę, smarujesz się nimi na potęgę i wchodzisz potem do wody, a one z ciebie spływają, a toksyczne w nich substancje zabiją życie wodne. Czy Twoje pomalowane paznokcie, z których odpadające kawałki lakieru zamienią się w mikroplastik? Poczytaj np. o tym, jak zanieczyszczone jest Morze Śródziemne O naszym Bałtyku, to chyba nie muszę nic dopowiadać? Że jest jednym wielkim szambem, w środku Europy.

Nasze marnowanie elektryczności na „upiększanie” budynków w nocy i twoje zapominanie gaszenia światła, które wymusza nieustannie wysoką pracę elektrowni. Tony smarów, olejów, zużytych baterii i żarówek wypełnionych szkodliwymi chemikaliami i przeterminowanych leków, które trafiają do zwykłych śmieci, zamiast w specjalne zbiórki odbioru, bo nie chce ci się albo twierdzisz “że nie masz miejsca w domu na pudła do recyklingu”, albo zanieść do apteki czy odpowiedniego sklepu. Tony tych szkodliwych śmieci wywożone przez cywilizowane kraje do niedorozwiniętych krajów, np. w Afryce. Ciężkie chemikalia z rolnictwa, hodowli, produkcji przemysłowej, które trafiają do rzek i w powietrze. Kopalnie złota i diamentów, które zużywają i zanieczyszczają wodę, dewastują ogromne połacie terenu, a tylko część tych surowców idzie na produkcję elektroniki czy narzędzi, cała reszta służy tylko próżności. Wydobywanie innych rzadkich minerałów, z których wytwarza się elementy elektroniki, którą najchętniej każdy z nas wymieniałby na lepszą co rok, nowy telefon, nowy smartwatch, nowy telewizor, moniotor, tablet, laptop. Tymczasem złoża tych minerałów znajdują się często w krajach ogarniętych domowymi konfliktami zbrojnymi, wywołanymi… właśnie przez te złoża (obejrzyjcie film dokumentalny “Virunga“, o tym, jak przeróżnymi pośrednimi działaniami, wielkie firmy chciały zniszczyć ścisły rezerwat natury w Kongo, byle tylko dorwać się do zasobów na jego terenie). Setki… tysiące innych działań, których negatywnych efektów nie widzimy co dzień, bo wydaje nam się, że są daleko od nas. Bo trzeba poświęcić czas na ich odkrycie. Więc bardziej kłuje nas w oczy plastikowa torebka na poboczu, migająca nam co chwilę przez okno samochodu.

Pora zrozumieć, że to, iż ktoś uważa to za naturalną kolej rzeczy i nieunikniona rzeczywistość, wynika tylko z wbitego do głów już za głęboko konsumpcjonizmu, lenistwa do poszukania alternatyw oraz megalomanii. Przykładem niech będą święta Bożego Narodzenia, które z religijnego obrządku przekształcone zostały przez firmy i rządy w konsumpcyjne szaleństwo.

Nie wierzę, by coś mogło zatrzymać ten destrukcyjny kierunek naszej cywilizacji. Na pewno nie bez „pomocy” gigantycznej katastrofy naturalnej, epidemii czy wojny światowej. Czegoś, co zatrzymałoby przeludnienie ziemi – a przynajmniej nieustającą chęć posiadania więcej dóbr – i byłoby wystarczająco mocnym bodźcem do zmian i zrozumienia naszych działań w skali globalnej.

Czy wystarczającą lekcją będzie koronawirus? Czy dla Ciebie jest? Czy zrozumiesz tę lekcję, czy ją zapamiętasz? Jest to wstrząs dla świata, którego potrzebował. Jak zwykle najbardziej oberwą zwykli ludzie, nawet my sami (a nie decyzyjni tego świata). Ale to właśnie od nas wszystkich, zwykłych ludzi, zależy co będzie potem. Czy zmienimy swoje, rujnujące planetę i nas samych, nawyki? A przez to wywierać będziemy presje społeczne na konieczne zmiany i kursy polityki.  Czy może odwrotnie Po zakończeniu tego okresu, tylko bardziej je nakręcimy. Próbując odreagować “niedogodności”, wskoczymy w jeszcze bardziej szalony konsumpcjonizm. Zapewne wiele firm i rządów będzie chciało nam takie rozwiązanie wcisnąć, argumentując to stratami gospodarki. Ich nie obchodzi to, że dalsze podążanie dotychczasowym system gospodarek i ekonomii doprowadzi nas wszystkich do wielkiej przegranej planety.

Ja uważam, że nie będzie to wystarczającą lekcja. Planeta jest już stracona. To znaczy… ona przetrwa, ale każdy z Was musi sobie uświadomić, że Wasze dziecko będzie żyło w otoczeniu zupełnie innym niż to, które sobie wyobrażacie – myśląc o pełnej życia, zielonej planecie Ziemia. Sami dokładacie do tego cegiełkę, a wręcz cegłę, ścianę. Zaledwie, w ciągu ostatnich 100 lat nasza cywilizacja zmieniła krajobraz planety, który pozostawał w zasadzie niezmienny od początku historii naszego gatunku. Chyba nic nie jest już w stanie zatrzymać tego, że za kolejne 100 lat świat zamieni się w wizje znane z filmów science-fiction. Gdzie miasta będą przypominać betonowe mrowiska, a jedyne „tereny zielone” wokół nich to będą zautomatyzowane plantacje podstawowych roślin, z których dostarczać się będzie składniki odżywcze do obiadów w tubce. Taka wyciskana papka to będzie jedyne jedzenie, jakie dostępne będzie dla przeciętnego człowieka.

Jestem o tym przekonany, bo większość ludzi swą inteligencję wykorzystuje tylko na swoje lenistwo, egoizm i wygodę. Ta „wspaniała” inteligencja i tak jest niewystarczająca do zrozumienia jakichkolwiek dalekosiężnych powiązań, wybiegających odrobinę dalej niż to, co przed własnym nosem czy zdobycia się na odwagę do reagowania na patologię. Przykład – w Polsce od kilkudziesięciu lat nie da się zwalczyć problemu bezdomności psów i niehumanitarnego ich traktowania. Mimo tysięcy fundacji i stowarzyszeń, setek kampanii informacyjnych z udziałem celebrytów i odpowiedniej legislacji, nie potrafimy zawalczyć o szybką poprawę losu psów czy kotów. Zwierząt, które przecież powszechnie przez większość społeczeństwa uważane są za te „do kochania”. Nie potrafimy przerzucić chociaż odrobiny tych uczyć na los świń, krów, zwierząt futerkowych. Tylko dlatego, że ktoś kiedyś uznał je za te “do zjadania”. Nie potrafimy zrozumieć, że każdy nowy pies i kot na tym świecie, powoduje więcej zabitych zwierząt hodowlanych na karmę dla naszych pupili. Każdy pies z hodowli zabiera dom psom bezpańskim. Wszystko dla kasy. Nie mówiąc o tym, że ktoś tuląc swojego psa na kanapie, traktuje dziką zwierzynę jako bezmyślne i bezuczuciowe rzeczy. Nie dopuszcza krzywd, jakie cywilizacja wyrządza dzikim zwierzętom, odbierając im codziennie tysiące hektarów siedlisk i źródła pożywienia. Czy ,wspomniana na samym początku tego artykułu, kwestia plastiku.

XXI wiek, a przeciętny człowiek z super technologicznie rozwiniętej metropolii nie używa mocniej swojego mózgu niż chłop z XV-wiecznej wioski. Dopóki ktoś mu łopatologicznie do głowy nie wbije jakiś myśli i przekonań, sam nie uruchomi procesu myślowego. Czy wspomniana kwestia na samym początku kwestia plastiku.

Pomimo przegranej, musisz zadać sobie  pytania: Co mogę zrobić dla planety – Po co? Dlaczego? Byś zrozumiał, jaki ogrom cierpienia innych ludzi i zwierząt sprawiło wytworzenie dobra materialnego, które właśnie zużywasz. Każdy, kto uważa że jest dobrym człowiekiem, tylko dlatego, że nikogo jawnie nie krzywdzi, nie jest wcale dobrym człowiekiem, jest tylko ignorantem. Czy czujesz się dobrze wywołując to całe cierpienie i jak dużo chcesz wpisać go na swój rachunek egzystencji na tym świecie? Czy koronawius jest dla Ciebie wystarczającą lekcją i  na jak długo ją zapamiętasz? 

Stąd nasza idea stworzenia komiksu. Jesteśmy bowiem przekonani, że tylko dzieci, nowe pokolenie ma na tyle świeże i nieskażone spostrzeżenia, by móc odmienić diametralnie pojmowanie i patrzenie na istotę istnienia gatunku ludzkiego, człowieka jako jednostki oraz zmienić otaczającą nas rzeczywistość i destrukcyjny kurs cywilizacji. Chcemy zatem przekazać im w przyjemnej formie podstawową wiedzę i świadomość, by mogły stworzyć idee i rzeczy, które pozwolą im zacząć budować lepszy świat. Zaczynając od najprostszych wyborów. Komiks dostępny TUTAJ, a poczytać o nim więcej możesz TUTAJ

Jeśli chcesz więcej poważnej, trudnej treści w tym temacie, zerknij do naszego kolejnego artykułu “Dzieci – władca, niszczyciel czy szansa dla świata”. Śledź konto dziennikarza Szymona Bujalskiego (na instagramie lub facebook). Obejrzyj film “Można panikować” z polskim profesorem. Zajrzyj na stronę Nauka o klimacie, dowiedz się o i dołącz do inicjatyw Extinction Rebellion, Młodzieżowy Strajk Klimatyczny, Rodzice dla Klimatu, stowarzyszenia Wolne Rzeki i wielu innych, które walczą o los natury, planety, a dzięki temu nasz wszystkich.

 P.S. Bardzo śmieszy mnie krytyka Grety Thunberg i szukania dziury w całej jej działalności i ukrytego celu jej działań.

Wyśmiewanie, że nie robi nic, bo tylko mówi. Gdyby nie tacy jak Greta, nie byłoby takich ludzi, którzy wymyślają proekologiczne wynalazki i rozwiązania. Prawie nikt nie interesowałby się też zmianą swoich nawyków. Bo nikt nie miałby pojęcia o istnieniu problemów i nikogo by one nie obchodziły. Wiecie jak długo Boyan Slat (z którym często w negatywnym świetle porównywana jest Greta) zbierał finansowanie swojego wynalazku i fundacji Ocean Clean Up, która wcale nie potrzebuje dużo do działania?! Długo… I z wielkim z trudem się to udało. Ci, którzy interesują się ekologią, już dawno o Ocean Clean Up słyszeli. Kiedy jeszcze było tylko zamysłem. Kolejne 90% ludzi, którzy mają to gdzieś, nie miało o nim pojęcia, a żaden rząd nie kwapił się do wyłożenia kasy. Tymczasem o to walczy Greta – by było o tym głośno i by w każdej dziedzinie pojawił się taki Boyan i taki wynalazek. A przede wszystkim, by każdy z nas wziął się za siebie, a nie zwalał robotę na chłopców, którzy nie mogą już patrzeć na syf wyrządzany naturze. A nie ma tylu geniuszy, którzy są w stanie zwalczyć inne problemy planety, a przynajmniej bez wsparcia społeczeństwa. Ci, którzy wynajdą takie rozwiązania, zostaną zignorowani bez wsparcia społecznego i zadeptani przez korporacje i ich wpływy. I nie może być podziału na żadną lewacką ani prawicową propagandę w kwestii walki o los planety. To obszar, który w żadnym stopniu nie dotyczy sporu na tej linii. Jest tylko jedna propaganda – tych, którym ekologia psuje biznesy i umożliwia dalsze przerzucanie kosztów swojej produkcji na nas wszystkich, na nasze dzieci, na dzikie zwierzęta i na cierpienie zwierząt hodowlanych.

Kolejny zarzut to, że Greta otrzymuje wsparcie finansowe ze strony firm, które robią biznesy związane z OZE (Odnawialnych Źródeł Energii) albo z produkcją roślinną.  Nawet jeśli mają na sumieniu coś te firmy i coś dewastują, to i tak dewastują planetę, społeczeństwa i gospodarki krajów nierozwiniętych i szkodzą w stopniu znacznie mniejszym niż biznesy obecnie rządzące światem. IKEA, która wspiera Gretę, to firma, która może szkodzi, ale ciągle szuka rozwiązań proekologicznych i zużywania mniejszych surowców, dba o pracowników i szkody wyrządzone przy całej swojej produkcji, by było ich jak najmniej, w przeciwieństwie do dziesiątek innych, firm, które nie dbają o to… wcale. To takie straszne dla kogoś, że ktoś, kto działa w rynku odnawialnych i mniej szkodliwych energii sponsoruje Gretę, ale nie przeszkadza mu to, że koncerny naftowe i produkcji mięsa przekupują – nie nastoletnich aktywistów – ale całe rządy i polityków?!

No i mój ulubiony argument – religia. Jeśli w Twoim mniemaniu, czy wyznawanej wierze, człowiek jest lepszy od zwierzęcia, to żadne usprawiedliwienie do zadawania cierpienia na masową skalę. Nie tylko zwierzętom hodowlanym, ale dzikim i całej naturze, która jest pod to niszczona. Jeśli człowiek ma pokazać swoją wyższość wobec zwierząt, to powinien to udowadniać właśnie HUMANITARYZMEM, szukaniem rozwiązań swoim intelektem, swoją moralnością i etycznością. A nie myśleć tylko o kasie i komforcie. Aktualny stan rzeczy, to także działanie wbrew Bogu. Jako osoby, które przyczyniają się do rujnowania świata, który (jak część z Was wierzy) on stworzył, jest niszczeniem jego dzieła, więc działaniem wbrew Niemu. To chów masowy/produkcyjny przyczynia się obecnie do największej dewastacji natury, środowiska i wyginięcia kolejnych gatunków zwierząt – świata stworzonego przez Boga.

Nawet papieża Franciszka opętali diabelscy aktywiści i stał się jednym z nich poprzez Synod Amazoński, bo nawet on zrozumiał, jak gigantyczny i ważny to problem.

Jeśli chcesz więcej rzetelnych, ciekawych, inspirujących i przerażających wiadomości o bardzo różnorodnej tematyce z zakresu ekologii, to ogromnie polecamy konto na facebook Dziennikarz dla Klimatu – Szymon Bujalski
lub Ekowyborca
oraz …
…źródła:

 

Dziecko – władca i szansa dla świata

Dziecko – władca i szansa dla świata

W tej podróży setki razy zastanawiałem się, co jest czynnikiem napędzającym spiralę ubóstwa, a pośrednio także niszczenia tego świata (nie tylko w znaczeniu ekologicznym, ale po prostu zło czynienia). Czy to brak pieniędzy, bieda sama w sobie? Brak edukacji? Władza i siła pojedynczych osób czy korporacji? Egoizm? Ignorancja? Fatalny model gospodarki, a przynajmniej wykształcony do takiej cechy w praktyce jego budowania? Chyba nie… bo to wszystko jest wprawdzie częściowo jakąś przyczyną, ale jest też skutkiem, efektem. To wszystko to może jest jakaś matematyczna siła wypadkowa, ale to nie jest ta jedna, pierwotna siła, równoważna sumie tych wszystkich.

A co, jeśli powiedziałbym, że są nią… dzieci? Wiem, brzmi nierealnie i brutalnie. Oczywiście, to nie ich wina, bo nie sam fakt ich istnienia jest przyczyną, tylko nasz sposób ich traktowania.

Mam prośbę, jeśli zdecydujesz się czytać ten artykuł, to przeczytaj go do końca! Zrób to na spokojnie i uważnie. Zrozum, że to tylko post, a nie książka naukowa na 500 stron i muszą tu być pewne uogólnienia i skróty myślowe. Nie odbieraj pojedynczych zdań i słów emocjonalnie. Interpretuj je w odniesieniu do całego akapitu i akapitów sąsiednich, a nie wyrwane z kontekstu.

Czemu? Długo pisałem ten post, zacząłem rok temu, ale miałem kryzys egzystencjalny osobisty, jak i sensu istnienia tego bloga. Potem, nagle, wróciliśmy na chwilę do Polski i od tamtej pory ciągle brakuje nam czasu. Jak już był gotowy, to w Polsce pojawiła się znowu napompowana dyskusja o aborcji. Musiałem go odłożyć, bo ten post w żadnym stopniu nie jest z nią związany, a już na pewno w żadnym stopniu nie jest jej orędownikiem.

Wróćmy do meritum. Nie chodzi o przeludnienie. Wprawdzie 100 lat temu było zaledwie 1,5 miliarda ludzi na całym świecie, a 60 lat temu 3 miliardy, obecnie już ponad 8 miliardów. Na Ziemi nie ma żadnego innego tak licznego gatunku wysoce rozbudowanej formy życia. Żaden nie jest nawet blisko tej liczby, większość zamyka się w setkach tysięcy, maksymalnie kilku milionach. Najbliżej nas są krowy (ok. 1,5 miliarda), które jednak my sami „produkujemy” tylko po to, by za chwilę je zabić, przy okazji z katastrofalnym skutkiem dla środowiska. Cała ludzkość wypija dziennie około 20 miliardów litrów wody i zjada 9,5 miliarda kilogramów żywności, tymczasem krowy dziennie wypijają 170 miliardów litrów wody i zjadają 61 miliardów paszy dziennie (o czym już jest artykuł na naszej stronie www „Co robimy z tym światem?!”). Obecnie tylko 30% powierzchni naszej planety stanowią tereny dzikie – niepodlegające bezpośredniej działalności człowieka. Jeszcze w połowie poprzedniego wieku było to ponad 60%. 

Otóż to – sposób zarządzania planetą… Większość naukowców z różnych dziedzin nauki twierdzi, że obecna ilość ludzi – a nawet dużo większa – nie byłaby dla planety i cywilizacji żadnym problemem, gdyby tylko istniała lepsza organizacja, redystrybucja i odpowiedzialne wykorzystywanie natury i dóbr. Zapewne mają rację, bowiem już w 1999 r. oszacowano, że 16% najbogatszej części ludzkości konsumuje około 80% wytwarzanych zasobów (a raczej „zużywa”, bo ogrom jest wyrzucany i marnotrawiony bez należytego wykorzystania). Od tamtej pory niewiele się w tej kwestii zmieniło. Gdybyśmy zatem chcieli, już dziś rozwiązano by problem głodu, niewolniczej ilości i warunków pracy, dewastacji planety. Innymi słowami: traktując cywilizację jako całość, wszyscy moglibyśmy żyć w dobrobycie i dalej się mnożyć.

No dobra, to czemu jednak dzieci są według mnie tą „przyczyną”? To problem tak ogromnie złożony i delikatny, że trudno mi zdecydować od czego zacząć, żeby było logicznie, a jednocześnie nie zgubić i nie przykryć – niechcący – najważniejszej obserwacji i puenty.

Zacznijmy od tego, że ten utopijny świat, w którym przekonania tych naukowców byłyby możliwe, nie istnieje i długo istnieć nie będzie. Zatem, przewrotnie, pomimo powyższych słów omówmy liczebność. Z nią powiązane są bowiem mocno inne zjawiska. W krajach słabo rozwiniętych ludzie, którzy ledwo są w stanie zadbać o siebie samych, mają po czworo, pięcioro czy jeszcze więcej dzieci (osobiście poznany przez nas „rekord” to 18-ścioro, a na drugim miejscu 12-ścioro i – co istotne – wszystkie przeżyły wczesne dzieciństwo). Moje pytanie brzmi “PO CO?!” Oczywiście, w dużym stopniu to wszystkie braki edukacji seksualnej, zabezpieczeń, nakazy religijne. Czy to z miłości do dzieci czy jakiegoś innego „wyższego” uczucia? Nie wierzę. Czy nie można wykazać swojej miłości, spełnienia itp. wobec już istniejących, dajmy na to, trojga dzieci? W Hondurasie poznaliśmy faceta, który 8 lat żył w USA. Przez co zdaje sobie sprawę ze związków przyczonowo-skutkowych odrobinę lepiej, niż cała reszta jego wioski. Ma już troje dzieci z kobietą, z którą się rozstał, a właśnie płodzi swoje 4. dziecko z inną kobietą, z którą jest zaledwie od roku (ona ma zaś lat 21). On nie chce, ale to robi. Po co? „Bo ona chce mieć dziecko”. On dobrze wie, że dla niego to tylko kolejny problem. Już teraz musi żywić 3. dzieci, więc w nadchodzącej rzeczywistości oznaczać to będzie, że zamiast spać 5 godzin dziennie – jak robił to dotychczas – będzie pracował jeszcze więcej, by być w stanie zarobić na utrzymanie jednego dziecka więcej. A jest kierowcą ciężarówki. Więc kiedyś, z niewyspania wyląduje w rowie, a może przy tym zgarnie kogoś przypadkowego ze sobą. Ona może i chce dziecko też z jakiś głębszych pobudek, ale głównie dlatego, że będzie to dla niej „gwarantem” związku. Honduras to kraj, gdzie formalne małżeństwo to tylko kula u nogi, w każdym tego słowa znaczeniu. Łatwiej spłodzić dziecko i potem się martwić, niż pochodzić po urzędach, potem respektować religijne i cywilne obowiązki małżeństwa, a potem – w razie niepowodzenia – je odkręcać. Ale on zamiast jej wytłumaczyć, by zdobyła lepszą pracę, by poczekać, aż będą pewni, że do siebie pasują itd. to idzie… „na łatwiznę”.

Rozpatrzmy jednak przypadki, kiedy to jedna/stała para ma dużo dzieci. Czy oni są przekonani, że dzieci pomogą im swoją pracą? To myślenie miało sens może jeszcze 100 lat temu, kiedy rynek gospodarki, styl pracy i styl życia były zupełnie inne. Gdy do pracy przydawały się każde dodatkowe ręce, a dzieci umierały na gruźlicę, byle przeziębienie czy zatrucie pokarmowe. Teraz już tak się nie dzieje, a to chyba ci ludzie są w stanie odnotować? Co więcej, ci ludzie nie chcą już pracować na polu i żyć w lepiance. Chcą żyć „zachodnim stylem życia”, z którego nic nie rozumieją, nie są na niego mentalnie gotowi, bo docierają do nich tylko jego strzępki… – długi i skomplikowany temat, więc w skrócie – wolą kupić niż zrobić, wolą dostarczaną rozrywkę, niż tę tradycyjną. (widzimy to z Izą wyraźnie w najróżniejszych zakątkach świata). Wybierają tylko przyjemne fragmenty zachodniego stylu życia, nie rozumieją, jaki ogrom pracy się z nim wiąże, tyle tylko, że innej formy pracy, stresu i innych poświęceń. Jednocześnie chcą tkwić w swoich przestarzałych przekonaniach. Największy problem jest taki, że w tych krajach nie ma żadnych miejsc do pracy, bo nie ma (lub dopiero raczkują) biznesy z połowy dziedzin gospodarki znanych w Europie i krajach wysoko rozwiniętych (np. grafik komputerowy). Także zakłady produkcyjne i przemysł działają coraz nowocześniej, więc redukują ilość pracowników. Zatem nawet takie wielkie zakłady zachodnich biznesów (jak fabryka gazowanego napoju z czerwoną etykietą albo huta) przestają być workiem bez dna z nowymi miejscami pracy. No i jak już mówiłem – ci ludzie coraz rzadziej chcą wykonywać rolnicze i wiejskie czynności. A nawet jakby chcieli, to nie mogą – z racji zachodnich biznesów (monopolizacji i przejmowania rynków lokalnych (o czym będzie jeszcze później i co pisałem także we wspomnianym już artykule „Co robimy ze światem?!”). Dzieci stają się więc tylko kolejnym bezrobotnym i bezdomnym. No bo po co rodzinie z czwórką dzieci, kolejne piąte dziecko, która zamiast pracować na polu i wypracowywać swoje dobra, teraz zarabia pieniądze w fabryce butów, ubrań lub prowadzi firmę transportową i wszystko – czego potrzebuje – kupuje w sklepie w najbliższym miasteczku. Kolejne dzieci to tylko kolejne otwory gębowe, które trzeba nakarmić, ubrać, wyczyścić i znaleźć dla nich miejsce pracy. Miejsce, którego nie ma. Te dzieci to tylko kolejne wydatki, które pogarszają sytuację rodziny. Czy ci ludzie są naprawdę aż tak ślepi, niepotrafiący połączyć wydarzeń w odstępie większym niż miesiąc, że nie potrafią odkryć: że dziecko zamiast „pomocy” jest „obciążeniem”, ile muszą wyłożyć na kolejne dziecko i że zyski nie równoważą wydatków. Gdy w końcu to odkrywają, to sprzedają te dzieci do pracy… Nie będę się tutaj dalej na ten temat rozwijał, bo problem wyśmienicie porusza film Kafarnaum. Zamiast mojego dalszego 5-stronicowego wywodu w tej kwestii, ze skrótami myślowymi, które liczni mogą źle odczytać, polecam obejrzeć. Po tym filmie zastanowisz się poważniej nad problemami swojego dziecka i tym, jak wygląda przeważająca część świata, na którą nie chcemy patrzeć zapatrzeni w swój komfort…

No i sprawa oczywista, że im więcej osób w krajach, które nie mają oczyszczalni ścieków ani żadnych innych norm w zakresie zrównoważonego rozwoju przemysłu, rolnictwa itd., to tym większa destrukcja środowiska – a to prowadzi do jeszcze większego pogłębienia ubóstwa – brak wody, brak jedzenia lub jego wyższa cena, więcej chorób. Ale, jak zasygnalizowałem na samym początku, to problem redystrybucji dóbr, a nie liczebności ludzi. A o tym, że globalizacja i kapitalizm wcale biedy nie niwelują, cóż… przeczytałem ostatnio wyśmienity artykuł Czy kapitalizm wyciąga ludzi z biedy? w magazynie internetowym “Kontakt” (w nim także wyśmienicie opisane jak “zachodnie biznesy” wykorzystują kraje słabo rozwinięte .

Nie będę się dalej rozwijał na temat krajów nierozwiniętych, bo jeszcze pomyślicie „jacy ci ludzie w nich są głupi i źli”. No to niespodzianka, bo my jesteśmy jeszcze gorsi! Oni nie mają edukacji i ograniczoną możliwość uświadomienia, próbują tylko przetrwać. Tymczasem my – ludzie w bogatych krajach – mamy edukację, mamy ludzi głoszących tę świadomość, a robimy równie absurdalne błędy, a tamtejsze problemy mają u nas swoje ekwiwalenty. Mało tego, to my napędzamy mocno problemy tamtego świata, a wszystkie uświadomienia ignorujemy w imię komfortu fizycznego i mentalnego „świętego spokoju”i „to mnie nie dotyczy” i żyjemy byle tylko mieć więcej.

Bardzo ciekawym wątkiem jest np. gotowość wielu osób do ratowania „naszych”, „rodzimych”, „polskich dzieci” i zrzucanie się na operacje ratujące życie takiego pojedynczego dziecka za kwotę kilku czy kilkunastu milionów złotych. A w tym samym czasie, przez całe swoje życie, te same osoby ściubią 10 zł na zapłacenie więcej za bluzkę czy spodnie stworzone przez firmę, która szanuje normy o niezatrudnianiu dzieci w fabrykach. Ściubią 10 zł, by ograniczyć globalny, masowy proceder wykorzystywania dzieci lub ich młodocianych matek do groszowej produkcji, albo kilkadziesiąt groszy na jedzeniu, by ograniczyć ten proceder na plantacjach bananów, kakao, bawełny, herbaty, ryżu, czy w kopalniach. Szacuje się, że od 150 do 400 milionów dzieci pracuje – „zawodowo”. Bo są tańsze i łatwiejsze do kontrolowania i zastraszania. Tak samo ich młode matki, postawione pod ścianą, godzą się zarabiać grosze, które nie wystarczają na żadną edukację ich dzieci, a jednocześnie pozbawia się je za to czasu na opiekę nad tymi dziećmi i jakąkolwiek próbę wyrwania ich z tego błędnego koła. A wielu ludzi w cywilizowanym świecie jeszcze myśli, że czyni dobro, kupując te najtańsze produkty, bo dzięki temu te dzieci i ich matki mają pracę, by się utrzymać (odsyłam ponownie do wspomnianego dwa akapity wyżej artykułu “Czy kapitalizm wyciąga ludzi z biedy?”). Ilu z nas jest tak bardzo zajętych swoim „trudnym” i „fensi” życiem, że nawet nie chce nam się sprawdzić, która firma może mieć coś na sumieniu, jak pozyskuje swoje surowce, składniki i pracowników (a wystarczy odpalić internet i zamiast kolejnego przygłupiego filmu na netflixie, poszukać reportaży na ten temat). Mało tego, tak wielu z nas nawet nie miało nigdy czasu ani ochoty przeczytać artykułu o tym procederze na dużym portalu czy gazecie, albo od razu go zapomniało, bo „co ja mogę”, „bo mnie to nie dotyczy”, „co tam zmieni mój jeden zakup więcej lub mniej” albo „sam mam mało pieniędzy”. Inni z kolei kupują coś drogiego, nie dlatego, że zdaje im się, że wtedy spełnia to jakiekolwiek normy, a tylko dlatego, że jest modne i jest wyznacznikiem warstwy społecznej. Kupujemy piękną zabawkę dla swojego dziecka, albo upominek dla dziecka w hospicjum i domu dziecka, albo zabawkę dla swojego psa, byle jak najtaniej, kosztem dramatu kilkorga dzieci i całych rodzin tysiące kilometrów od nas. Oszczędzamy te 10 zł “bo będzie, żeby kupić sobie coś więcej“. Tak… więcej wysiłku ubogich, więcej zmarnowanej wody, energii i czystości środowiska zamknąć w kolejnej pierdółce wsadzonej do szuflady.

Jak wspomniałem we wstępie: 20 lat temu 16% społeczeństwa pochłaniało 80% jego zasobów. Jesteśmy konsumpcyjnymi potworami, a nasze dzieci wychowujemy na kolejne konsumpcyjne potwory. Ba, jeśli my jesteśmy potworami spod łóżka, to nasze dzieci są monstrum z innej galaktyki 😀 Większość naszych dzieci ma więcej niż mieliśmy my: ubrań, zabawek, elementów wystroju pokoju, elektroniki. Je więcej, niż jedliśmy my: więcej słodyczy, soków, egzotycznych owoców i marnuje więcej jedzenia – i nie mówię tu o Polsce, w której my, osoby powyżej 35 roku życia oraz nasi rodzicie mieliśmy mało, więc te liczby mają inny wymiar – tylko mówię o całym cywilizowanym świecie. Nasze pokolenie konsumuje 4 razy więcej niż pokolenie naszych rodziców i dziadków. To ile razy więcej konsumuje pokolenie obecnych dzieci i nastolatków?!

Oczywiście, są ludzie, którzy swoje dzieci starają się wychować odpowiedzialnie. Ale ile osób to robi, no ile?! Moja siostra jest nauczycielką w szkole podstawowej w Warszawie w dobrej dzielnicy. Na wszystkie klasy, które uczy, ma 3 dzieci, które są w pełni świadome swoich decyzji wobec używania plastiku, diety, posiadania rzeczy, itp. (może nie są to ich własne decyzje, czy w pełni świadome, ale ogarniają nieźle związki przyczyno-skutkowy i się nimi kierują). I nie ważne czy więcej dzieci to wie (zwłaszcza według ich rodziców), ważne co te dzieci sobą reprezentują, pokazują innym. Bo co z tego, że ktoś w środku jest inny, jeśli jego działania są z tym sprzeczne. I co z tego, że jakiegoś dziecko czy jego rodzice rzucają frazesy: „trzeba oszczędzać wodę, prąd i nie produkować za dużo śmieci”, jak w ogóle o tym nie myślą przy podejmowaniu decyzji. To nie jest dla nich odruchowy i uwzględniany – na równi z innymi – czynnik decyzyjny. Będą gadać o oszczędzaniu wody, a pralkę nastawiać codziennie po jednym założeniu ubrania. Biadolić nad zaśmieconym światem, a trzecią kanapkę, której dziecko nie zje, pakować w plastikową torebkę. Widać to idealnie właśnie w szkołach dla najmłodszych, bo dzieci są odzwierciedleniem rodziców i zachowują się naturalnie i odruchowo. Spotkaliśmy z Izą tysiące osób w ciągu 3 lat podróży po całym świecie (w tym żeglarzy). W Polsce spotkaliśmy się ze znajomymi czy obcymi osobami, które nas obserwują i czytają nasze treści. Tymczasem, osoby, które naprawdę zaangażowanie i rozsądnie starają się codziennie być bardziej ekologicznymi i świadomymi społecznie moglibyśmy policzyć na palcach dwóch rąk.

Ale to wszystko nie jest tą puentą, do której chciałem dojść. Czemu to dzieci stają się często powodem biedy i zła? Bo to dla dzieci rodzice są w stanie krzywdzić innych ludzi i dokonywać złych rzeczy. Oczywiście, dla wielu pojawienie się dziecka jest motywacją do zmiany swoich bardzo złych nawyków. Sądzę jednak, że dla tylu samych jest to bodziec, by wplątać się w nielegalne interesy, okradać, a dla większości populacji po prostu potulnie wykonywać sprzeczne ze swoim sumieniem zadania w pracy... byle tylko mieć pieniądze na „zbudowaniem lepszego życia” swoim dzieciom. Nawet nie muszą to być aż takie decyzje, to czasem jest po prostu uginanie karku i pozwolenie na gnojenie się w pracy czy „normom” społecznym (dobrym przykładem może być tutaj szaleństwo prezentów na pierwszą komunię), robienie nadgodzin w pracy (w tym największy paradoks – zabieranie pracy do domu i nie poświęcanie czasu rodzinie, by „dać tej rodzinie lepsze życie”), porzucanie swoich marzeń i odważnych/ większych planów, które mają jakiś element ryzyka. Porzucanie swoich wartości i swojej własnej wartości. Porzucanie swojego rozwoju i swojego zdrowia psychicznego, którego brak i frustrację potem wyładowujemy na innych. Coraz więcej rzeczy i zjawisk lekceważymy, ignorujemy, przestają nas obchodzić, byle „jakoś było”, bo nie mamy czasu, siły ani nie dostrzegamy sensu, by się nimi interesować. Stajemy się bardziej egoistyczni i zapatrzeni tylko na swoje rodziny. Byle dać swojemu dziecku więcej, niż samemu się miało, byle tylko moje dziecko miało lepiej, niż ja miałem, niż ma dziecko sąsiada, znajomego. Byle moje dziecko było lepsze od innych, moje dziecko było lepsze ode mnie. Szkoda jednak, że na to „lepsze” patrzymy często tylko poprzez te najprostsze wskaźniki: posiadania materialnych rzeczy i statusu, bycie lepszym – niemal profesjonalnym w jakimś jednym hobby/sporcie, nawet jeśli dziecko nigdy nie miało okazji sprawdzić innych, w edukacji – ale tylko jej najprostszym rozumieniu – tej narzuconej odgórnie, zamiast rozwoju wielokierunkowego, mentalnego, duchowego.

Jesteśmy też osobami, które uczą dzieci fałszu, kłamstwa, obłudy, cynizmu, byle je „uchronić”. Wciskamy im zasady gry naszej rzeczywistości, których sami nienawidzimy, nie zgadzamy się z nimi, ale i tak im wciskamy… z lenistwa, z poczucia bezsilności, bezradności, poddania się w walce. Odcinamy je także od wszystkiego co nieprzyjemne, brutalne, niemiłe. Wkładamy je do baniek dezinformacyjnych, komfortu mentalnego, które zaburzają kojarzenie związków przyczonowo-skutkowych i percepcję prawdziwego świata na wiele długich lat. Kiedy widzą kurczaczka na spacerze po wsi, a następnego dnia dostaną panierowaną pierś kurczaka na obiad i zapytają „czy to ten sam kurczak?”, to co im odpowie większość rodziców? „Nieeee kochanie, [cichy, porozumiewawczy uśmiech do zgromadzonych wokół] nieeee martw się/nie przejmuj się, to nie ten” [i pogłaskanie po głowie] i… tyle – koniec tematu, brak dalszych wyjaśnień. Już teraz małe dzieci nie wiedzą, skąd się bierze boczek, mleko. Nawet ogrom dorosłych ma zmanipulowane postrzegania pozyskiwania mleka – że wciąż krowa nie stoi w stodole, a pani w kiecce z Mazowsza ją doi do drewnianego kubełka. W rzeczywistości krowę podłącza się do wielkiego odkurzacza, nieustannie się ją zapładnia, by ciągle produkowała więcej mleka, a kolejne jej dzieci odbiera się jej chwilę po urodzeniu, by od razu zawieść do rzeźni na cielęcinę, albo do kolejnej „fabryki” mięsa lub mleka. I takie same bańki budujemy w innych tematach: śmierci i cierpienia, wojen i ogólnej krzywdy ludzkiej, edukacji seksualnej i seksualności, dyskryminacji i prześladowań, religii i kurtuazji, różnic społecznych i materialnych społeczeństwa, a nawet bycia szczerym. Budujemy przed dziećmi tematy tabu, z których sami dopiero powoli wychodzimy. Jaka w tym logika, jak ma się zmieniać świat?! Po to wychodzimy z tabu, by wciskać je własnym dzieciom, z których one same nie wyjdą potem przez 20 lat swojego życia?!

Oczywiście, jest to w wielu momentach czy kwestiach potrzebne, ale nie za długo i nie ze wszystkim. Zabijamy w dzieciach to, co mają wbudowane od narodzin, umiłowanie czy fascynację innymi żywymi istotami, poznawania, dociekania, szczerości w mowie i swoich odruchach. Uczymy dzieci obłudy i kłamstwa. Pozwalamy też na wszystko wobec innych: coraz więcej rodziców ma pretensje do nauczycieli i innych dzieci, a nie do tego, jak zachowują się ich własne dzieci, a raczej do tego, jak sami je wychowują. Rozbestwiamy je pod tym względem, dopóki nie złamią zasad dotyczących stricte nas i naszej wygody czy spokoju, wtedy dopiero potrafimy się na nie porządnie zezłościć. Przez to budujemy błędną zasadę – „że ważna jest tylko rodzina, a nie społeczeństwo” – zamiast zasady – „że społeczeństwo jest bardzo ważne, ale rodzina najważniejsza”. Jak w takich warunkach można tworzyć ludzi zdolnych do myślenia altruistycznego wobec innych ludzi, innych istot, wobec planety. Myślenia o czymś więcej niż „ja i dla mnie” i „co mogę, dopóki inni nie widzą/wiedzą”.

W Europie, czy raczej cywilizacji mamy też na sumieniu liczebność. Wprawdzie tego nie dostrzegamy. Mało tego, wmawia się nam, że mamy wręcz problem z powodu niedostatecznej ilości ludzi. Ale to wszystko zapętla się w krótkowzrocznej logice kontynuacji cywilizacji jako rozwoju i wzrostu ekonomicznego. Uważamy, że dzieci są potrzebne do utrzymania gospodarki krajów, zamiast zrozumieć, że te gospodarki wymagają fundamentalnego przeorganizowania. Świat nie nadąża za tym, co tworzy. Szuka przestarzałych rozwiązań na nowe zagadnienia. Chiny, jedyny kraj, który mógł wyznaczyć innowacyjną drogę (z racji obowiązującego do 2015 r. prawa o posiadaniu maksymalnie 1-go dziecka, który byłby niejako najbrutalniejszym, ale tylko tymczasowym krokiem do szukania i inicjacji takiego nowego modelu gospodarki) zamiast tego wolały pójść na łatwiznę w wyścigu o resztki zasobów i pieniędzy, które można wyciągnąć z tego świata… Zanim zamieni się on w wizje znane z filmów science-fiction o ponownym podziale ludności na kasty, wszechobecnym betonie zamiast natury, całych miast i metropolii slumsów i obiadów wyciskanych z tubek. Świat nie odrabia lekcji z historii, która trwa od XIX w. Kiedy zachłyśnięty dobrodziejstwem węgla i przemysłu stworzył system, z którym teraz z kolei próbuje walczyć. Robi to, a równocześnie napędza inny system, który wywołuje tylko kolejne problemy: ekonomiczne, środowiskowe, ludnościowe. Już teraz połowę prac mogłyby wykonywać maszyny, automaty i ludzie – klienci – samodzielnie. Najprostszy przykład – zakupy w supermarketach. Mamy już automatyczne kasy, a nawet podliczanie zakupów w chwili wkładania towaru do koszyka, zakupy spożywcze przez internet, a co będzie za 5-10 lat? Nie będzie osób na liniach produkcyjnych, nie będzie kierowców autobusów, maszynistów, portierów, obsługi śmieciarek, pracowników pocztowych i kurierów. Nawet ilość policjantów się zmniejszy, bo zastąpi ich monitoring i drony. Drastycznie spadnie ilość rolników i rybaków. Zniknie nawet wiele zawodów teraz związanych z informatyką i programowaniem, a ich obowiązki przejmie sztuczna inteligencja. Niektóre instytucje szacują, że 65 proc. dzieci urodzonych po 2007 roku będzie pracować w zawodach, które jeszcze nie istnieją.

W kwestii ilościowej w krajach rozwiniętych warto tylko wspomnieć o adopcjach. Prawie każdy z nas chce mieć własne dziecko. Rozumiem, ale niektórzy chcą mieć mnóstwo swoich dzieci, albo nawet gdy nie mogą, to szukają najróżniejszych sposobów, by je mieć, podczas gdy w domach dziecka czekają tysiące podopiecznych. W samej tylko Polsce, nie mówiąc o krajach całkowicie zacofanych. Ja wiem, że proces adopcyjny nie jest prosty, ani od strony formalnej, ani od strony wychowawczej, ani społecznej. Ale czy musimy robić tylko to co łatwe? Jakbyśmy robili tylko to co łatwe, to czegokolwiek byśmy się uczyli? Adopcja jest nie tylko rozwiązaniem „problemu ilościowego”. To także uratowanie tych dzieci przed staniem się marginesem, czynnikiem kryminogennym, budującym wir ubóstwa i innych patologii, w które wiele z nich wpada z racji braku/ograniczonych możliwości wejścia w „normalne” życie.

By zakończyć czymś optymistycznym i najważniejszym, zakończę paradoksem. To dzieci są jedyną szansą ratunku. Tylko nowe pokolenie ma na tyle świeże i nieskażone spostrzeżenia, by móc odmienić diametralnie pojmowanie i patrzenie na istotę istnienia gatunku ludzkiego, człowieka jak jednostki i zmienić otaczającą nas rzeczywistość. Dzieci to niemal ostatni przedstawiciele naszego gatunku przejawiający szczerość, naturalność, otwartość, dobro (w większości przypadków), wrodzoną miłość do zwierząt i środowiska, wiarę w marzenia i idee. Skoro to my jesteśmy ostatnim pokoleniem, które żyje w dobrobycie stabilnego klimatu oraz dóbr natury, z których jest jeszcze co brać. Skoro sprowadziliśmy dzieci na ten świat (który z takim powodzeniem rujnujemy), to nie zakłamujmy ich, tylko przekażmy podstawową wiedzę i świadomość zagrożenia oraz narzędzia, by mogły stworzyć idee i rzeczy, które pozwolą im… przetrwać.

Naszym wkładem ma być stworzony właśnie komiks. Gdzie w przyjemny sposób chcemy to właśnie czynić.

Zamiast zachwycać się głupkowatymi filmami o superbohaterach, skupmy się na wychowywaniu prawdziwych bohaterów, od których zależeć będzie los ludzkości i planety.
Z PSEM W GÓRY albo DO LASU – NA JAKICH WARUNKACH I JAK SIĘ PRZYGOTOWAĆ?

Z PSEM W GÓRY albo DO LASU – NA JAKICH WARUNKACH I JAK SIĘ PRZYGOTOWAĆ?

Góry Huayhuash w Peru. My ze Snupkiem na wysokości ok. 5 000 m n.p.m., a szczyty za nami mają ponad 6 000 m wysokości.

Odnośnie podróżowania z psem po górach istnieją dwie kwestie, które wywołują liczne kontrowersje:

1) bezpieczeństwo i zdrowie psa,

2) wpływ psa na środowisko, a dokładniej, dzikich zwierząt w nim żyjących – co odnosi się pośrednio do przebywaniem psa w każdym innym środowisku niż góry – więc nasz artykuł wyjaśni też, jak zachowywać się z psem np. w lesie. 

Czy psa można zabrać w góry? Zdecydowanie, TAK! Poniżej wyjaśniamy i odpowiadamy – zarówno przeciwnikom tego pomysły, jak i też zwolennikom, ale łamiącym wszelkie zasady szacunku do natury i dzikich zwierząt – jak robić to odpowiedzialnie. 

Obydwie wymienione kwestie to zagadnienia banalnie prosta do rozwiązania, pod warunkiem używania przez nas, tj. właścicieli psów, mózgu! Myślenia logicznego i spokojnego, okazywania szacunku i kultury innym zwierzętom i turystom. No i włożenia w wychowanie psa i samego “spaceru” odrobiny pracy i wysiłku.

Zacznijmy od wpływu na środowisko. To temat, który interesuje zapewne więcej osób, w tym te, które tu zajrzały, a mają negatywne nastawienie do przebywania psów na łonie natury. W niektórych rejonach pełnych dzikiego życia, zwłaszcza tych o niskim natężeniu ruchu turystycznego, samo pojawienie się psa (lub jego zapachu) wywoływać może niepokój u innych zwierząt. Przypuszcza się, że zwierzęta kojarzą go z wilkiem lub lisem itp. drapieżnikami. Bardzo wrażliwe są np. niektóre gatunki ptaków – choć obecność człowieka wywołuje u nich również niepokój, to o wiele słabszych skutkach i o innych reakcjach niż obecność psa (wskazują to np. badania z okolic Sydney w Australii – artykuł o tym). Sprawa nie jest jednak taka prosta, bo wyniki zależą od wielu innych czynników. Przykładowo – inaczej wygląda reakcja zwierząt przy szlakach wybitnie uczęszczanych przez turystów, gdzie obecność ludzka już dawno spowodowała przeniesienie się zwierząt daleko od ścieżek lub zmianę ich zachowań (co wyczytać można między wierszami z tych samych badań z Sydney, jak też wielu innych badań, do których linki zamieszczone są na końcu tego artykułu). Jeszcze inne badania pokazują, że pies biegnący luzem po ścieżce jest mniej inwazyjny niż człowiek idący poza szlakiem z psem na smyczy – a więc dochodzi tutaj kolejna zależność, która udowadnia, że to nie pies jest meritum ingerencji, a sam fakt tej ingerencji ze strony człowieka – strona z badaniami .

Sprawa nie jest też prosta przy uwzględnieniu innych zmiennych. By je uwypuklić, podać należy dwie skrajne sytuacje. Z jednej strony, co z ekosystemami, w których pies jest całkowicie nieznany, tak samo nie istnieją tam drapieżniki, z którymi zwierzęta mógłby utożsamiać psa? Czy niepokój zwierząt będzie duży? Z drugiej strony, co z ekosystemami, gdzie takie drapieżniki są bardzo powszechne (i inne zwierzęta nauczyły się doskonale odróżnić psa od wilka, a niektóre są wręcz niejako przyzwyczajone do jego [wilka, lis itp.] stałej obecności.

Podsumowując, bardzo wiele zjawisk zależy od charakterystyki danego miejsca i gatunków tam występujących. To o tyle istotne, że np. w górach, powyżej danej wysokości, ilość dzikich zwierząt spada diametralnie w porównaniu do np. lasu na nizinach (aczkolwiek należy uwzględnić jeszcze zależność klimatu, w jakich te góry się znajdują. W Andach, w amazońskiej części Ameryki Południowej, na 2500 m n.p.m. mamy wciąż las deszczowy, podczas gdy w Europie już tylko ostre skały. Tutaj jednak znowu pojawia się cały łańcuch zmiennych zależności, zaczynający się od tego, że w obydwu tych miejscach występują zupełnie inne gatunki zwierząt. Zamiast wilków czy lisów, w Ameryce Południowej są pumy, jaguary i inne kotowate).

Dlatego proponuję Wam, by na spokojnie przeczytać różne badania, do których odnośniki załączam na końcu artykułu. Byście sami mogli zobaczyć, jak wiele zależności oraz czynników może mieć kluczowe znaczenie dla całej sytuacji. Trzeba je samodzielnie wyczytać między głównymi tezami, bo z jakiś powodów często nie są one zauważane (czy podkreślane) przez samych autorów tych opracowań. Jest to efekt prowadzenia bardzo uproszczonej dedukcji (co z kolei może wynikać z bardzo wielu przyczyn: braku wystarczającej wiedzy i inteligencji, celowego działania, a być może – jak mi się wydaję – głównie dlatego, że autorzy rozpatrywali tylko konkretne skutki oraz przypadki, tj. zbierali same dane i nie dokonywali wysuwania hipotez wątków pobocznych i nie spodziewali się, że ktoś rezultaty ich badań będzie chciał uogólniać, wyrywać z kontekstu i wykorzystywać w innych sytuacjach o diametralnie różnej charakterystyce. Przykładowo, większość tych badań nie rozróżnia ingerencji “psów turystów” od ingerencji psów zdziczałych, bezdomnych, porzuconych (takich, które zaczynają na stałe żyć w danym ekosystemie) czy kłusowników i myśliwych. Badania te mówię ogólnie o ingerencji psów. Mało tego – niektóre wręcz mówią tylko o ingerencji psów zdziczałych.

Najważniejsze, co wyłania się z niemal wszystkich badań, jest to, że inwazyjność psa jest zazwyczaj wypadową licznych BŁĘDÓW WŁAŚCICIELA PSA lub braku jakiejkolwiek kontroli (a więc domniemywać można psy zdziczałe czy puszczane samopas z okolicznych osad ludzkich). Badania ukazują bowiem szkodliwość psa w ekosystemie na podstawie jego zachowań, do których dochodzi przy braku kontroli nad nim przez właściciela lub patologicznego przyzwolenia z jego strony na takie (co powinno być oczywiście surowo karane i ścigane): zagryzanie dzikiej zwierzyny, głośne i nieustanne szczekanie, rozkopywanie nor, schodzenie z wyznaczonych ścieżek, pozostawianie odchodów i przenoszenie chorób. Jak widzicie, bardzo wiele zależy więc od nas samych. Tymczasowe oraz kontrolowane przebywania zdrowego psa w ekosystemie tę inwazyjność diametralnie obniża, a  może nawet w ogóle jej nie powodować. Dlatego:

1. KONTROLUJEMY SWOJEGO PSA:

a) Poprzez smycz lub pewność na wzorowe, podkreślam – WZOROWE (a nie czasem tak, czasem nie) i NATYCHMIASTOWE reagowanie na komendy.  Musisz zawsze mieć kontrolę nad swoim psem oraz pewność, że nie skrzywdzi dzikiego zwierzęcia, człowieka czy innego psa. Jeśli jeszcze nie nauczyliście się komend –  Ty ich używać w sposób właściwy, a Twój pies na nie wzorowo reagować, to używajcie smyczy!
Stosowanie smyczy jest według nas także niezbędne przy zwiedzaniu PARKÓW NARODOWYCH (w nich zresztą jest to nakaz prawny) i innych obiektów wysokiego stopnia ochrony przyrody ale także miejsc niechronionych, ale gdzie widzimy wzmożoną aktywność dzikich zwierząt.  

W przypadku psów z silnym instynktem łowieckim cały czas należy w dzikim ekosystemie trzymać je na smyczy. Gdyż nawet po wielu razach posłusznego zachowania, ich instynkt potrafi całkowicie wyłączyć ich posłuszność. Na wyciszenie instynktu może wpłynąć kastracja, co nie jest jednak pewne. Kastracja zmniejsza za to intensywność,”moc” zapachu moczu psa, więc zdecydowanie staje się on przez to odrobinę mniej drażniący dla zwierząt żyjących w ekosystemie.

b) Nie pozwalamy psu schodzić ze ścieżki, ani odejść samodzielnie na większy dystans. Pies ma cały czas być blisko nas. Na dystansie, który gwarantuje nam możliwość NATYCHMIASTOWEJ reakcji i przywołania psa do porządku. Pies biegnący kilkanaście metrów przed nami, samopas, wywoływać może u zwierzyny dużo większy strach, niż maszerujący w naszym sąsiedztwie. A nam o wiele więcej czasu zajmie reakcja w przypadku niewłaściwego zachowania psa.

c) NIGDY nie pozwalamy psu gonić dzikiej zwierzyny lub niszczyć jej siedlisk – np. lisich nor. Straszne jest to, że niektórzy ludzie się wręcz tym szczycą i traktują jako rozrywkę dla psa (jest takich ludzi mnóstwo i nie są to tylko zdegenerowani myśliwi).

d) Nie pozwalamy też psu stać dłużej pod jakimś drzewem czy skakać na nie. Może się bowiem okazać, że jest tam ptasie gniazdo albo znajduje na nim inne stworzenie, które traktuje drzewo jako swoje schronienie.

Mam pytanie do ludzi, którzy pozwalają psom na takie zachowania – czy byłbyś zadowolony gdyby wielki (stereotypowo) Rottweiler gonił twojego psa przez 15 minut? No byłbyś oburzony, żądałbyś kary śmierci dla psa i dla właściciela pewnie też, a przynajmniej kagańca, kolczatki czy porządnej i krótkiej smyczy. Kochasz swojego psa i traktujesz jak dziecko, a jednocześnie gardzisz emocjami, strachem i wysiłkiem innych zwierząt: sarny, lisa, dzika, świstaka, kozicy, ptaków? Czy to są grzyby bez mózgu? Te zwierzęta czują dokładnie tak samo, jak twój pies. Druga uwaga – jesteś takim słabym właścicielem, że nie potrafisz psu zapewnić sam odpowiedniej zabawy? Jesteś tylko gościem w danym ekosystemie, bez swoich ubrań, telefonu komórkowego i zapasów batoników zginąłbyś tu w ciągu 2 tygodni, a pewnie o wiele szybciej.

Nie będę tu rozwijał wątków, że smycz według prawa wielu krajów jest bezwzględnie wymagana czy niebezpieczeństwa dla samego psa… Nic mnie nie obchodzi, że pies, który pogonił jakieś zwierzę, sam został zaatakowany przez dzika czy wilka (na marginesie, których spotkanie w wyższych partiach górach jest niemożliwe). Twoja decyzja, twoje konsekwencje, więc nie płacz potem w internetach. My rezygnujemy często ze smyczy, ale nasz Snupi jest z nami od 2010 r. i byliśmy w setkach nietypowych sytuacji. Wiemy, że nie interesuje go gonienie dzikich zwierząt, a jeśli jednak czasem mu coś przejdzie przez głowę,  to po naszej jednej i stanowczej komendzie zostaje na miejscu.  W ekosystemach z dużą ilością zwierząt nie pozwalamy mu być dalej niż 3-4 metry od nas. Musimy jednak zrozumieć, że większość psów w Polsce nie jest poddawana żadnej tresurze, ani nawet nauce posłuszeństwa. Dlatego my pochwalamy nakaz trzymania psa na smyczy na łonie dzikiej natury i nie zamierzamy w żaden sposób z tym nakazem walczyć. Jeśli oberwie się nam – w pełni kontrolującym swojego psa samymi komendami – kiedyś jakimś mandatem, to po prostu go przełkniemy. Dopóki w Polsce nie zostanie wprowadzone rozwiązanie znane np. ze Szwajcarii – iż każdy pies i właściciel muszą przejść wspólnie szkolenie z tresury, tak długo nakaz smyczy jest w Polsce potrzebny.

Badania pokazują także, że pies luzem jest bardziej inwazyjny dla ekosystemu niż pies na smyczy. Te sformułowania nie są jednak w żaden sposób bardziej szczegółowo wyjaśnione. Należy więc przypuszczać, że wynika to z tego, że bez smyczy pies goni właśnie zwierzynę, zagryza ją, schodzi ze ścieżki i wyprzedza właścicieli na kilkadziesiąt metrów itd., a my nie wiemy gdzie pozostawił odchody. Trudno bowiem przypuszczać, by chodziło o sam fakt braku smyczy (bowiem dzikie zwierzęta nie są raczej w stanie jej dostrzec, a już tym bardziej rozumieć jej funkcji).

e) Nie pozwalamy psu szczekać. OK… pies szczeknie raz na jakiś czas – nie ma problemu, ale nie pozwalaj mu szczekać całą serią na coś, co zobaczył lub tylko dla zabawy. Zabawy, w których pies szczeka pozostaw na powrót „do” , lub bliżej cywilizacji, na obrzeża dzikich rejonów, a nie w ich samym środku.

Koziorożec ze Snupim wymieniali spojrzenia przez 10 sekund. Po czym Koziorożec wrócił do jedzenia trawy. Jak widać, spokojny pies i spokojny człowiek u niektórych zwierząt nie wzbudzają panicznego strachu.

2. REGULARNIE DBAMY O ZDROWIE NASZEGO PSA

a) Poprzez szczepienia. Nie tylko szczepienie przeciw wściekliźnie, którego obowiązek corocznego powtarzania nakłada na nas prawo. (jeśli chcesz łamać prawo, ale chcesz być  fair wobec natury i reszty świata – to zrób to chociaż na początku życiu psa, oraz powtórz szczepienie po roku, a potem powtarzaj je przynajmniej co 3 lata). Przypominam, że brak corocznego szczepienia sprawia paszport oraz badanie miareczkowanie nieważnymi, jest wystarczającym powodem do otrzymania mandatu w razie kontroli dokumentów psa oraz zadecyduje o poważnych problemach prawnych właściciela, w razie ugryzienia przez jego psa innego zwierzęcia lub człowieka).  

b) równie ważne jest także powtarzanie kombinowanej szczepionki na kilka CHORÓB WIRUSOWYCH (niestety prawo nie zmusza do jej powtarzania, ale należy ją powtarzać przynajmniej raz na 2, w ostateczności 3 lata. Nie jest tak, jak myślą niektórzy, że jedno szczepienie wystarczy na całe życie). Czy wiesz, że część z tych chorób wirusowych roznosi się poprzez MOCZ!? Tak śmiertelnie niebezpieczna nosówka rozprzestrzenia się nie tylko poprzez mocz, ale także wydzielinę z nosa, spojówek i ślinę. Coraz popularniejsze w Polsce stają się też choroby zwierząt, które kiedyś występowały tylko w klimatach tropikalnych np. robaczyca serca (dirofilarioza) czy erlichioza. Twojego pupila da się jeszcze wyleczyć, ale kto wyleczy zakażone dzikie zwierzęta? To teraz wyobraź sobie, że czyjś chory pies może zabić całe stado jakieś zwierzyny, a może nawet całą populację w danym ekosystemie. No i wyobraź sobie, jak łatwo pies może zarazić się taką chorobą w dużym mieście, gdzie każdy trawnik obsikany został w ciągu roku przez, dajmy na to, 200 różnych psów. Tak więc robisz to dla zdrowia własnego psa, siebie samego i członków swojej rodziny.

c) Regularne odrobaczanie. Twój pies chodzi zazwyczaj po trawnikach w mieście, gdzie jest mnóstwo kup innych psów, kotów – nie tylko tych domowych, ale też bezpańskich, poza tym ptaków, szczurów itp. Wszystkie wymienione żerują wcześniej na śmietnikach, w kanalizacjach. Na miejskich trawnikach znajdziecie też kupy dzieci, których matki nie mają kultury czy osób bezdomnych. W tych wszystkich kupach i glebie żyją larwy i jaja pasożytów, w tym trudnej do leczenia lamblii, możliwa jest też zakażona krew tych zwierząt i ludzi.

3. SPRZĄTAMY ODCHODY SWOJEGO PSA. Z uwagi na to, że takie odchody mogą się stać posiłkiem dla dzikich zwierząt (bo ingerują w ich system znakowanie terenu, więc będą się chciały pozbyć obcych zapachów lub dlatego, że wciąż mają odchody naszego psa w sobie atrakcyjne składniki odżywcze). Przy uwzględnieniu wszystkich uwag o chorobach i pasożytach z poprzedniego punktu jest to niezwykle ważne. Nawet jeśli zdajcie Ci się, że masz 100% pewność, że Twój pies jest zdrowy i odrobaczony stosuj się do poniższych uwag:

Na szlakach krótkich i masowo obleganych przez turystów, należy te odchody najzwyczajniej sprzątnąć do torebki i zabrać ze sobą do cywilizacji i kosza na śmieci. Im bliżej cywilizacji doniesiesz, tym lepiej. Unikaj wyrzucania do kosza ustawionego w głębi szlaku. To także z uwagi na szacunek do innych turystów, w końcu kto z nas chciałby pośrodku szlaku wdepnąć w psią kupę. Jeśli ruszamy w teren na kilka dni czy trudnodostępny, najlepiej kupę psa po prostu zakopać w ziemi. Zakopać – a nie przykryć ledwo trochę – bo takie przysypanie nie utrudni dzikim zwierzętom styczności z nią, nie ogranicza też wystarczająco rozprzestrzeniania się zapachu, ani nie ułatwia przetworzenia przez glebę. Należy wykopać przynajmniej 20 cm dołek, a najlepiej głębszy (zwłaszcza jeśli masz psa powyżej 12 kg, który robi dużą kupę),  (w wysokich górach, gdzie nie ma w czym zakopać, przykryć kamieniami – kamieniami, a nie kamyczkami!). Jeśli jesteśmy przy obozowisku, w terenie gdzie legalne jest rozpalenie otwartego ognia i będziemy to robić, to kupę najlepiej spalić. Zakopywanie odchodów musisz stosować także wobec swoich własnych! Jeśli komuś się chce nosić ze sobą wapno (które teoretycznie przyspiesza kompostowanie i ogranicza rozwój niektórych grzybów i  zarazków – ale nie chcę wchodzić za dokładnie w ten temat, o działaniu wapna musicie poczytać na jakimś blogu ogrodniczym czy naukowym) i posypać nim dodatkowo zakopywaną kupę, to czemu nie. Jednak to też trzeba umieć i nie można szaleć z rozsypywaniem takiego wapna wszędzie, gdzie popadnie, bo zjedzenie go przez dzikie zwierzęta będzie dla nich tragiczne w skutkach. Dlatego lepszym rozwiązaniem jest po prostu wykopać jak najgłębszy dołek.  

Na szczycie góry Roraima, i kilku sąsiednich, istnieje unikalny ekosystem. Niepowtarzalne nigdzie indziej: ptaki, owady, żaby, rośliny. By chronić ten ekosystem, a także czystość rzek, które spływają z tych gór i zaopatrują w wodę gigantyczne tereny, wprowadzono nakaz sprzątania po sobie odchodów. Każdy turysta wchodzący na teren parku otrzymuje torebki z wapnem (nie by nim przysypać kupy, ale by do tych torebek z wapnem kupy zapakować – wapno wiążę wilgoć – a potem do swojego plecaka). Zapas torebek ma przy sobie przewodnik, który jest obligatoryjny przy chęci zwiedzania parku. Po powrocie często strażnicy parku dokonują kontroli – ważą śmieci, jeśli waga znacząco odbiega od normy, to wlepiany jest mandat. Właśnie z powodu obowiązywania zasady wynoszenia z parku wszystkiego, co wyprodukujemy, mogliśmy tam wejść ze Snupkiem, no bo oczywiście jego bobki też należało sprzątać i było to dla strażników oczywiste i decydujące przy wyrażeniu zgody.

Tutaj bardzo ważna uwaga, na litość boską, nie traktujemy rzek oraz strumieni jako śmietników i nie wrzucajmy tam żadnych zanieczyszczeń. Tymczasem zauważyłem, że takie źródła wody stają się ulubionym miejscem załatwiania potrzeb fizjologicznych, mycia rąk, zębów, naczyń. Wszelkie te czynności należy wykonywać jak najdalej od źródeł wody, by gleba była w stanie je choć trochę przefiltrować nim dostaną się do wód gruntowych. Jedna rzeka, strumień i potok dostarczają życiodajną wodę często na ogromne połacie terenu. Będąc gdzieś w terenie ta woda może Ci uratować życie, chcesz pić ją z czyimś moczem, kałem, szkodliwymi dla zdrowia składnikami mydeł? Pewnie nie, to nie zmuszaj do tego innych. Tak wiele wysiłku kosztuje nalanie wody do butelki i użycie jej kilkadziesiąt metrów dalej? Druga sprawa to używaj w terenie mydeł naturalnych – ze składników organicznych! W Polsce jest kilka firm produkujących takie produkty w bardzo przystępnych cenach w porównaniu do ich wydajności i przyjemności używania dla własnej skóry (np. mydlarnia cztery szpaki – mydła w kostce i płynie, a nawet szampony do włosów w kostce oraz firma yope).

4. Ponadto, jeśli pies korzysta z obroży przeciwpchelnej i przeciw kleszczom (np. typu Foresto) to ZDEJMIJ JĄ Z PSA na czas jego pobytu w ZBIORNIKACH WODNYCH: jeziorach, strumieniach, potokach. Woda intensywnie i szybko absorbuje toksyczne substancje z obroży, które zabijają organizmy żyjące w tej wodzie, a także szkodzą zwierzętom, które tę wodę potem piją.

Jeśli zachowamy te podstawowe zasady działania, które służą przecież zdrowiu nas samych i naszego psa, to obecność psa w żaden sposób nie będzie gorsza od obecności człowieka. To człowiek robi kupę na szlaku i poza nią samą zostawia jeszcze tonę papieru toaletowego, tampony, podpaski, pieluchy dziecięce. To nie pies idzie po szlaku z włączoną muzyką z telefonu czy głośnika przenośnego. To nie pies idzie po szlaku nieustannie dyskutując ze swoimi towarzyszami, nawołując głośno tych, którzy oddzielili się od grupy. To nie pies drze mordę po pijaku, po urządzeniu sobie ogniska. To nie pies postanawia zerwać ładnego kwiatka, owoc, grzyba, tylko po to, by go sobie ponosić chwilę w ręce albo zobaczyć z bliska dla ciekawości. Pies nie pije z plastikowych – jednorazowych butelek, które „gubi” po drodze (albo przynajmniej ich nakrętki lub folijkę z etykiety). To nie pies je cukierki z plastikowych lub aluminiowych foli, które potem gubi z kieszeni. To nie pies robi siku i kupę do małych potoków i strumyków, to nie pies myje swoje stopy, ręce i zęby mydłem wprost w strumieniu, zamiast 15-20 metrów od niego, by gleba mogła wsiąknąć i choć trochę przefiltrować toksyny. To nie pies rozpala ogniska w miejscach zabronionych. Możemy jeszcze porozmawiać o kwestii zapachu, ale to sprowadza się do kwestii poruszonej na początku – dzikie zwierzęta tak samo odstraszać będzie ślad człowieka z psem, jak ślad samego człowieka. Mogę wymieniać jeszcze długo, więc przejdźmy do drugiej kwestii.

Mamy ogromną prośbę – DAWAJMY DOBRY PRZYKŁAD – nie tylko swoim zachowaniem, ale także edukując oraz zwalczając patologię w środowisku psiarzy i swoim najbliższym otoczeniu. Gdy widzimy innego właściciela psa albo mamy znajomego, który zachowuje się niewłaściwie, zwróćmy mu uwagę. Ale nie róbmy tego chamsko i w sposób bezużyteczny, bo nie przyniesie to żadnego efektu – zamiast tego wytłumaczmy mu na spokojnie, dlaczego właściwe zachowanie jest tak potrzebne. Że swoim złym zachowaniem  doprowadza do niechęci innych grup społecznych wobec nas wszystkich – posiadaczy psów… że za chwilę jedyne zielone miejsce, gdzie pies będzie dozwolony (już nie mówiąc, że dozwolony bez smyczy) to będzie ogródek własnego domu. Z Polski coraz więcej dochodzi do nas wieści o zamykaniu kolejnych terenów dla psów, zamiast ich otwieraniu. Właśnie z uwagi na niewłaściwe zachowanie nas – posiadaczy psów. Przykład narzekania na psie kupy na ulicy. Ileż psiarzy narzeka na innych na różnego rodzaju grupach internetowych, a ilu z nich podejdzie do drugiego na ulicy i powie „ej stary – masz torebkę, sprzątnij po swoim psie, będziemy lepiej postrzegani przez resztę społeczeństwa”. Być może ktoś nas zwyzywa, a może jednak zapoczątkujemy, a przynajmniej zakiełkujemy, u kogoś proces myślowy. Jeśli chcesz coś naprawdę zmienić, to chyba nie powinno Cię ruszyć kilka niemiłych słów od osoby, która nie prezentuje sobą wyższych wartości.

Z KOLEI W ARTYKULE POD TYM LINKIEM ZNAJDZIECIE ANALIZĘ OBECNEGO STANU PRAWNEGO DOTYCZĄCEGO WSTĘPU Z PSAMI NA TERENY POLSKICH PARKÓW NARODOWYCH.

Na takie odcinki mamy dla Snupiego specjalne szelki alpinistyczne (firmy hifica.pl), a dla nas uprząż do przypięcia go na swoje plecy. Jednak gdy sprzęt znajdował się 200 km od nas, trzeba było znaleźć inne rozwiązanie. Snupi już tak nam ufa i jest tak przyzwyczajony do wysokości, że w pewnym momencie po prostu zasnął

UWAGA: razem z autorami konta NIE Dla Zakazów Wędrówek z Psem rozpoczęliśmy działania mające na celu budowę oraz poprawę świadomości właścicieli psów wobec rozumienia zjawisk zachodzących w naturze oraz kształtować coraz lepsze wzorce ich zachowań. Stan przyrody w Polsce już obecnie jest w złym stanie. Polski system ochrony przyrody, kształtowania postaw oraz edukacji w tym zakresie jest fatalny i należy go zmienić oraz usprawnić. To turyści bez psów – co oczywiste z racji zakazów wstępów dla tych z psami do większości terenów objętych ochroną – mają większy wpływ na ekosystemy i tereny objęte ochroną. Wprowadzone zakazy obecności dla psów to tylko szukanie przysłowiowego kozła ofiarnego z powodu nieudolnej i źle prowadzonej od lat pracy na rzecz ochrony przyrody. To przede wszystkim inwazja człowieka (okolicznej osadniczej działalności człowieka, a przede wszystkim obecnej polityki gospodarczej – samorządowej i rządu centralnego oraz lasów państwowych – jest głównym wyznacznikiem szkodliwości, a nie turysta z psem. Potrzebna jest zupełnie nowa polityka instytucji odpowiedzialnych za ochronę przyrody, zwiększenia nakładu sił, pracy, kompetencji i odpowiednie ich dofinansowanie, by mogły w końcu w sposób realny: edukować, informować, prowadzić kampanie edukacyjne oraz pilnować i kontrolować podległe obszary oraz karać osoby łamiące przepisy. Niemniej, my – właściciel psów musimy kształtować właściwe postawy wśród swojej grupy społecznej, by w perspektywie kilkuletniej nasza grupa społeczna była dobrym wzorem. By argumenty przeciwko obecności nas z naszymi psami w ekosystemach ściśle chronionych (jak i każdych innych, bo przecież wszystkie z nich są cenne), dotyczyły tylko marginesu, znikomego procentu naszej grupy. Tylko niewłaściwe zachowania nas są głównym czynnikiem zakazującym wstępu z psem do większości atrakcyjnych miejsc przyrody w Polsce. Jeśli Jeśli jesteś autorem / właścicielem bloga/portalu/czasopisma itp. i jesteś gotów udostępnić swoje kanały oraz profile do publikowania materiałów informacyjno-edukacyjnych w kwestii odpowiedzialnego przebywania z psem w ekosystemie i chcesz dołączyć do tej akcji, napisz do nas e-mail na adres. pk.miklaszewski@gmail.com. Zapraszamy także wszelkie instytucje władz centralnych i samorządowych oraz organizacje pozarządowe do kontaktu, w celu tworzenia kolejnych etapów i kroków akcji na rzecz poprawy ogólnego stanu ochrony przyrody.
 

BEZPIECZEŃSTWO PSA:

Zacznijmy może od tego, że zdecydowana większość ZDROWYCH psów ma sprawność fizyczną i wydolność kondycyjną dużo lepszą od człowieka. A już na pewno konkretny pies od swojego właściciela. Chyba że ty uprawiasz sport intensywnie, a swojego psa trzymasz wiecznie w domu. No i są jeszcze schorowane mutanty genetyczne, jakimi są mopsy i różnego rodzaju buldogi, które hodowane są z dalszym pogłębianiem tych wad genetycznych. Ale to już osobna historia.

Tymczasem wiele osób mówi, bo „mój pies woli kanapę i nie lubi długich spacerów”. Najczęściej w takich sytuacjach ta rzekoma nieporadność czy zamiłowanie do kanapy „siedzi” tylko w głowach właścicieli. To, że dany pies uwielbia kanapę nie wynika z jego DNA, ani z tego, że to jedyna czynność, jaką chce w życiu robić. (Są oczywiście wyjątki, takie jak Akity, które z natury preferują spokojny i domowy tryb życia, ale jak piszę, i nie znaczy to, że pies nie chce dostarczać sobie żadnych nowych bodźców). W pozostałych przypadkach wynika to zapewne z tego, że ta kanapa to jedna z najlepszych rozrywek, jakie psu zapewnia właściciel. Pies przyzwyczaja się do życia właściciela i tego, co mu ten właściciel zapewnia. Na pewno widzieliście, słyszeliście albo czytaliście jakąś opowieść o psie, który przywiązał się nawet do takiego właściciela, który go bije.

Psy są więc mistrzami adaptacji i da się je przyzwyczaić do każdych warunków. To, czego naprawdę potrzebują, to nas – opiekunów. Jeśli zmienimy swoje nawyki, zmieni je również pies. Jasne jest, że jeśli ktoś od wielkiego dzwonu zabierze swojego psa na długi spacer, to pies może nie okazywać wspaniałej radości z tego powodu. Czy wyobrażacie sobie, żeby zawodnik zapasów Sumo od tak, z dnia na dzień, stał się mistrzem lekkoatltetyki? Czy to, że będzie na pierwszym treningu lekko zdezorientowany, to znaczy od razu, że mu się nie podobało? Ty zatuszujesz swoje zmęczenie i ból, by nie pokazać innym, jaki jesteś mięczak. Twój pies jest prawdziwy i szczery – zawsze. Kiedy jest zmęczony lub lekko przestraszony, to pokaże to. I nie znaczy to wcale, że cała sytuacja mu się w ogóle nie podoba. Nam też sporo czasu zajęło zamienienie kanapy z filmem na bycie aktywnym na świeżym powietrzu, nie tylko fizycznie, ale i mentalnie.

Każdy pies ma inną osobowość i cechy charakteru. Powinieneś nauczyć się rozumieć swojego psa, odczytywać jego emocje. By to się udało, musisz rozwijać więź łączącą Cię z psem. Dostarczać mu nowych sytuacji, wrażeń i bodźców. Jeśli nie zmarnujesz okazji, Twój pies stanie się najwierniejszym kompanem i najlepszym przyjacielem w wielu czynnościach, w tym górskich

Wulkan Misti w Peru. 5822 m n.p.m.

Pies w górach potrzebuje wody, jedzenia oraz ochrony przed długotrwałym upałem. Na pewno przyda się też zamiana obroży na szelki i zwykłej smyczy na smycz amortyzowaną. Można także wspomóc psa pastylkami z witaminami. Ich podawanie należy rozpocząć już na kilka dni przed wyprawą, np. Gammolen Active. Cała reszta to rzeczy, które mogą ułatwić mu aktywność górską, ale ich brak nie spowoduje zagrożenia życia i da się je zastąpić innymi rzeczami.

Przykładowo, czy pies idący w góry, POTRZEBUJE OD RAZU BUCIKÓW?

Nie, o wiele lepsze będzie zadbanie o jego opuszki na kilka dni przed i w trakcie wyprawy poprzez ich nawilżanie kremem. Najważniejsze jest właśnie, by zacząć kilka dni przed, by opuszki zdążyły nabrać elastyczności i sprężystości już na czas wyprawy, a nie w trakcie, gdy są poddawane dużym obciążeniom i intensywne używane, więc mogą się uszkodzić pierwszego dnia. U nas buty przydają się na “młodych” wulkanach, gdzie skały są bardzo ostre, lub na wulkanach z dużą ilością pyłu wulkanicznego, który się szybko, mocno oraz głęboko nagrzewa od promieni słońca, a z racji drobnej ziarnistości psie łapy psia głęboko się w nim “zatapiają”. Są niezbędne też przy trekkingach w terenie skalistym/kamienistym powyżej 5 dni, bo taki czas może powodować już starcie się pazurów – nawet do części “żywej” – tj. nerwów, które zaczną krwawić.  Buty na pewno nie są zatem podstawowym wyposażeniem w góry, chyba że pies ma wyjątkowe delikatne poduszki lub niedobór witamin i jego opuszki już teraz są w fatalnym stanie. Buty mogą tylko powodować dyskomfort u psa (odciski, odparzenia) i zaburzenie stabilności, utratę przyczepności, ograniczenie możliwości posługiwania się pazurami itd. Buty mogą się przydać w śniegu, ale z drugiej strony pies może w nim je bardzo łatwo zgubić, a mokre przestaną w jakikolwiek sposób pomagać, a zaczną szkodzić.

Podsumowując, sposób działania i rozwiązania musimy po prostu wypracować systematycznym podwyższaniem poprzeczki z dostosowaniem do konkretnego psa i warunków. Czego innego będzie potrzebował duży pies, czego innego mniejszy. Czego innego pies z krótkimi łapami, czego innego z długimi, itd. Nasz pies też pokazuje nam, co sądzi o danym rozwiązaniu, np. Snupi szalał jednego dnia w butkach po wulkanie w Gwatemali, a gdy 2 dni później założyliśmy mu je w prostszym terenie, to nie chciał w nich iść. Musimy więc nauczyć się “czytać” naszego psa, rozumieć, co nam sam próbuje przekazać, a to – ponownie – sprowadza się do zdobywania doświadczeń

Szelki alpinistyczne  ze specjalnym uchwytem umożliwiają łatwe złapanie psa i pomoc mu czy nawet jego przeniesienie w wygodnej pozycji dla niego. Smycz amortyzowana z kolei gwarantuje, że ani my psa, ani on nas nie wytrąci z równowagi w razie nieskoordynowanych ruchów.

Wymieńmy zatem obiektywne cechy, które pokazują, że pies w górach nie tylko sobie poradzi, ale radzić sobie będzie lepiej niż człowiek:

a) Pies ma 4 łapy z pazurami i chropowatymi opuszkami, położony jest bliżej ziemi. Zatem jego przyczepność, balans równowagi, punkt ciężkości i wyczucie podłoża jest o wiele lepsze niż człowieka. Ryzyko poślizgnięcia się u psa, potknięcia itp. jest bardzo niskie. Nawet jeśli do tego dojdzie, to z uwagi na lepszy refleks i bliskie położenie względem ziemi, pies powinien dobrze poradzić sobie w takiej sytuacji.

Pies idealnie sobie radzi na skałach, nawet przy nadchodzącym zmroku. W czasie kiedy ja robię jeden ostrożny kroczek, on przemieszcza się o ponad metr. Zdjęcie z góry Toubkal w Maroko, najwyższej góry północnej Afryki – 4167 m n.p.m.

b) Dzięki znajdowaniu się bliżej ziemi i gigantycznemu kątowi widzenia, który wynosi 240 stopni w poziomie (ludzki wzroku – niespełna 180° i równie duża różnica jest w pionie) ułatwione ma wyszukiwanie trasy i orientowanie się, co znajduje się w jego najbliższej okolicy. Wprawdzie kąt widzenia obuocznego, tj. widzenia ostro w pełnych detalach tego, co na wprost przed nim, jest mniejszy, to właśnie dzięki temu pies może być lepiej skupiony na tym, co dokładnie przed nim. Nie rozprasza go więcej detali po bokach, które jednocześnie może kontrolować i reagować w razie konieczności i pojawienia się w nich zagrożenia – jakiegokolwiek ruchu, np. spadającego kamienia. 

Ta umiejętność kontrolowania otoczenia wzrokiem oraz wyczulenie zmysłu wzroku na rzeczy w ruchu w połączeniu z lepszymi: słuchem i refleksem, sprawiają, że pies szybciej od nas zareaguje na spadający czy obślizgujący się spod/nad ścieżki kamień, głaz itp.

To właśnie odnajdywanie najbardziej optymalnej ścieżki po kamienistym szlaku sprawia Snupiemu największą frajdę. Widać jak używa mózgu i jak dużą radość mu to sprawia. Tutaj wdrapywaliśmy się na wulkan Imbabura w Ekwadorze 4630 m n.p.m., a w tle widać wulkan Cayambe.

UWAGA: Z wymienionych powodów należy rozsądnie używać butów dla psa, które często mogą tylko te cechy zaburzyć. A buty z gumowymi elementami powodować odciski i odparzenia. Buty dla psa zalecamy przy długich wyprawach (powyżej 5 dni) oraz wspomnianych wulkanach i chodzeniu po rozgrzanych powierzchniach (piasek, asfalt). Co jednak najważniejsze używania ich tylko na stosunkowo płaskich czy łatwych odcinkach trasy, a nie w terenie trudnym, gdzie pies musi mieć pewność swoich ruchów, przyczepność, możliwość wspomagania się pazurami.
My polecamy najprostsze buty, wykonane z cordury (tego samego materiału co plecaki), szyje takie np. polska firma Wild Soul i dostępne są TUTAJ.

W takich warunkach zalecamy buciki na łapy. Chodzenie po takiej nawierzchni ściera nie tylko opuszki (temu łatwo zapobiec poprzez ich kremowanie), ale także pazury (czemu nie da się w żaden inny sposób zapobiec). Na płaskowyżu Roraima w Wenezueli, pod koniec naszego 11 dniowego trekkingu, Snupiemu pazury starły się aż do nerwów i zaczęły krwawić. Musieliśmy go nieść przez kilka godzin. Gdy tylko się trochę zagoiły, już chciał sam iść.
“Ty się o mnie nie bój, tylko strzelaj fotę, ile można czekać!” Często “przyłapujemy” Snupka, gdy staje sobie na jakimś głazie i przed długie sekundy, a czasem minuty, wpatruje się w okolice… nasłuchuje, węszy. Jak ktoś mi powie, że nie czerpie z tego przyjemności, to zapraszam z nami w góry. Zobaczyć, gdy przerywamy mu to “podziwianie” albo jak roznosi go radość przez pierwsze 3 dni w górach.

c) Pies ma instynkt, więc wbudowany respekt i świadomość niebezpieczeństwa wysokości (przynajmniej większość zdrowych psów). Jednocześnie pies nie posiada wyobraźni, przynajmniej takiej, jaką znamy u nas samych. Nie tworzy więc w swojej głowie niepotrzebnych, czarnych scenariuszy, które tylko wytwarzają paraliżujący strach – co mam na myśli? Pies tak samo zareaguje na 10 metrową przepaść, jak na 100 metrową. Podczas gdy człowiek potrafi bagatelizować niebezpieczeństwo tej mniejszej, a przecież upadek w nią skończy się tak samo tragicznie. Z kolei przy 100 metrowej szczelinie pewność siebie u człowieka maleje i rozprasza go to. Jednym słowem pies reaguje na to, co się dzieje, nie zaprząta sobie głowy mnóstwem rozpraszających go kwestii.

d) Serce psa bije szybciej, ma większy puls/tętno oraz pies jest mniejszy niż człowiek, a wykonuje tyle samo lub więcej oddechów na minutę (w zależności od wielkości, rasy itd), co – w połączeniu z generalnie lepszą wydolnością organizmu – sprawia, że lepiej jego organizm znosi wysokość.

Dlaczego? Bowiem tlen, którego spadające stężenie tak mocno niektórzy ludzie odczuwają na wysokościach (choroba wysokościowa), jest szybciej rozprowadzany w organizmie psa. Dzięki temu pies szybciej się aklimatyzuje i ma mniejsze ryzyko odczucia poważnych symptomów choroby wysokościowej. U naszego Snupiego nigdy nie zaobserwowaliśmy objawów choroby wysokościowej. Być może męczy się on szybciej, niż na standardowej wysokości, ale i tak jego aktywność była zawsze większa niż nasza. Na 5000 m n.p.m. Snupi biegał sam dla siebie, wydłużał sobie trasę chodząc i węsząc na boki lub wyprzedzając nas i wracając do nas, podczas gdy my ledwo szliśmy.

e) Pies, kiedy się źle czuje/jest zmęczony, to wie, że musi iść spać, odpocząć. Jeśli dobrze znamy swojego psa, od razu zobaczymy, że potrzebuje on przerwy. Pies nie ma dumy i obaw o swój wizerunek by kontynuować marsz, gdy nie ma sił. Jedyne, co go może dalej motywować do marszu dalej, to nasza aktywność, dlatego tak ważne jest rozumienie i umiejętność „czytania” swojego psa.

Woda prosto z lodowca – pychota! Tylko strasznie taka… no… lodowata

Ważne jest również, by nie panikować za szybko. Wiele osób pisze do nas „ja nie wiem, jak wasz Snupi daje radę. Mój pies, jak tylko robimy przerwę, to od razu się kładzie i widać, jaki jest potwornie zmęczony”.

No przepraszam bardzo… ale co pies ma robić innego? Strzelać sobie fotki selfie telefonem? Czy przeglądać te już zrobione? Oglądać mapę? Gotować kawę? Porozmawiać z wyimaginowanym kolegą? Zastanawiać się nad pogodą i obraniem odpowiedniego szlaku? Pies regeneruje siły, a sen jest najlepszym do tego sposobem. Jeśli pies czuje się bezpiecznie w danym miejscu, to po prostu pójdzie w nim spać. Iza reaguje podobnie. Zasypia w sekundę i już po 20 minutach ma dużo więcej energii i tak bardzo nie marudzi, że trzeba iść pod górę 😀

Psy potrafią przemierzyć naprawdę ogromne dystanse. Mają 4 nogi, nie mają bagażu. Tak długo, jak nie ma upałów, mamy zapas jedzenia i wody, a pies nie ma kontuzji czy schorzeń, to nie możemy skrzywdzić psa zwykłym marszem.

no… ewentualnie do atrakcji psa podczas przerwy można jeszcze dołożyć zapozowanie do zdjęcia

f) Temperatura – pies, jeśli ma futro, o wiele lepiej znosi niskie temperatury niż człowiek. Psie futro jest genialną izolacją, która zatrzymuje w dolnej warstwie ciepło z organizmu, jednocześnie w górnej chroni przed chłodem. Dopóki pies jest w ruchu, nie pada gigantyczna ulewa i nie ma mocnego wiatru, pies z futrem dobrze znosi niskie temperatury. Przykładowo, nasz Snupi nie odczuwał dyskomfortu nawet przy minus 25 stopniach, podczas 4-godzinnego spaceru. Dopiero przerwy powodowały, ze robiło mu się zimno. Wysiłek fizyczny znacząco ułatwia zachowanie odpowiedniej temperatury ciała. Normą jest spotykanie osób w podkoszulce z krótkim rękawem na dużych wysokościach, nawet w chłodne pory roku. Poza tym problem temperatury to problem, który banalnie można rozwiązać – wspomagając psa jakimś ubraniem. Ważne jest by ubranie faktycznie spełniało swoją rolę, by było wygodne dla psa i przypadkiem nie osłabiało pracy naturalnej izolacji psa – futra (przykładowo zostanie ono zbyt mocno uklepane). W tym celu przydatne mogą być też buty, ale to w warunkach śniegowych lub przy gigantycznych porywach wiatru (pamiętaj jednak, że mokre buty tylko wyziębią psa jeszcze szybciej – zamiast pomagać, zaczną szkodzić. Dlatego muszą to być buty, które nie przemokną, a buty mogą się stać mokre nawet od temperatury psich łap, która rozpuszczać będzie śnieg). Jeśli chodzi o nocleg psa w takich temperaturach, to istnieją małe śpiwory dla psów, ale najprościej psa po prostu zaprosić do swojego śpiwora – co także nam umili górską noc, lub przykryć go naszymi ubraniami. Chociaż niektóre psy wolą spać zwinięte na śniegu poza namiotem jak np. Malamuty, warto im na to pozwolić.

Podsumowując, dla zdrowego psa oraz dla zdrowego człowieka nie jest problemem wejść na 6 – 6,5 tys. m.n.p.m – od samej strony fizycznej. Dopiero od tej wysokości zaczynają się poważne niedobory tlenu, niska temperatura. Oczywiście nie można zrobić tego z marszu. Istnieją wcześniej cały czas pewne zagrożenia, które niosą góry, ale to jest coś, z czym należy sobie radzić poprzez indywidualne i odpowiednie przygotowanie, zdobywanie doświadczenia oraz odpowiednią reakcję na bieżąco.

Jeśli pies jest zdrowy i dbamy regularnie o jego kondycję, to góry będą dla psa ogromną radością, a nie mordęgą. Zdrowy, zaszczepiony, odrobaczony pies oznacza także, że jego obecność w ekosystemie będzie znacznie mniejszym zagrożeniem dla tamtejszej fauny i flory.

Jeszcze jedna, bardzo istotna uwaga – to co dla nas jest bardzo wysoko, w innych rejonach świata jest normą. Piszę to, bo w głowie mam jeszcze mój ulubiony „rodzynek” ignorancji i definiowania rzeczywistości na podstawie wyłącznie własnych – a czasem nawet nie własnych, tylko wyssanych z kosmosu – doświadczeń i definiowania rzeczywistości „bo mi się wydaję”. Otóż pewna kobieta twierdziła, że bezpieczna wysokość dla psa, to maksymalnie do 1000 m n.p.m. Chciałbym więc poinformować, że istnieją rejony świata, jak Ameryka Południowa, Azja Środkowa i wiele innych, gdzie gigantyczne ilości osad ludzkich położone są na wysokości 2500 m.n.p.m i wyżej. Na takich wysokościach są nawet nawet stolice czy największe miasta krajów: jak Quito w Ekwadorze, Bogota w Kolumbii, La Paz w Boliwii. Ludzie, psy, koty, chomiki, kanarki, świnki morskie żyją tam, jak gdyby nigdy nic. W Peru czy Ekwadorze znajdziecie wulkany powyżej 5000 m n.p.m., gdzie nigdy nie ma śniegu, ewentualnie przez krótką chwilę, gdy nadciągnie burza, a w Europie jeszcze kilkadziesiąt lat temu był wieczny lodowiec na wysokościach od 2500 m n.p.m.

W drodze do inkaskiego miasta Choquequirao w Peru. 1,5 dnia marszu na wysokości 2500 – 3 000 m n.p.m. Po wcześniejszych naszych wizytach na 4 czy 5 000 metrów przez 12 dni, to był niemal poobiadowy spacerek 😀 Jednak według niektórych “psiarzy” to już dawno strefa śmierci 😀

Nie pozwalajmy z psów robić wydmuszek, którym grozi uszkodzenie od najmniejszej niedogodności. Nie róbmy z psów wyrwanych cesarskim cięciem schorowanych wcześniaków. Choć niektóre rasy psów wydają się bliższe pluszowym misiom niż wilkom, kojotom czy lisom, to nie zapominajmy, że właśnie od dzikiego zwierzęcia, które żyło w lesie, pochodzi pies. Wiele naszych milusińskich wciąż o tym pamięta, np. wykonując nawyk kręcenia się i kopania przed położeniem, który zapewne wziął się od tworzenia legowiska w ściółce leśnej. Pies potrzebuje i lubi się zmęczyć, wybrudzić. Psy uwielbiają myśleć, używać swojego mózgu i się rozwijać, o czym świadczy chociażby zamiłowanie do zabawy i radość z możliwości bawienia się w nowy sposób (np. z nową osobą, która wykonuje zupełnie nowe ruchy względem znanych ruchów właściciela).

Pamiętaj, że psy potrzebują przynajmniej jednego długiego spaceru dziennie, a wszystkie inne też nie powinny być krótsze niż 20-30 minut. Pies na spacerze realizuje swoje potrzeby, nie tylko fizjologiczne, ale także psychiczne i rozwojowe, potrzebuje kontaktu z innymi psami.

Snupi odnalazł swoją atrakcję podczas wizyty w lodowcu – możliwość jego lizania. Sprawiało mu to przyjemność mimo panującego chłodu.

Przykład namacalny – rasa psów ratlerek. Wiecie czym jest ratlerek? To tak naprawdę pinczer miniaturowy. A wiecie jakie jeszcze inne psy są tę rasą? DOBERMANY, czyli pinczery duże. Po środku mamy pinczery średnie. Wszystkie te psy mają bardzo podobne potrzeby, np. duża ilość ruchu. Ktoś dalej będzie chciał mi powiedzieć, że miejsce ratlerka jest w torebce Paris Hilton, a dobermana na posesji do pilnowania domu szefa mafii? Widzieliśmy takiego kurdupla w górach w Wenezueli, radził sobie bardzo dobrze i był szczęśliwy.

Jeśli ktoś twierdzi, że zabranie psa w góry to jego krzywdzenie, mam nadzieję że tak samo myśli o zabieraniu psa na 5 minutowe spacery – dzień w dzień dookoła bloku, malowaniu mu paznokci, ubierania w sukienki, albo zabierania go na wystawy (Niektórzy mają na tym punkcie chore obsesje. Dbają tylko o to, by pies był piękny i lśniący, a gdzieś mają jego psychiczne, fizyczne i emocjonalne potrzeby – są ludzie zdolni do tatuowania nosów swoich psów, by były idealnie czarne!). Jakby wszelkie dyscypliny sportowe z psem miały powstać w dzisiejszych czasach, to internet byłby pełen sprzeczek na ten temat. Bo jak to?! Pies w zaprzęgu sań przy -20 stopniach w śniegu. Jak to?! Pies biegnący przy rowerze 40 km/h (bikejoring)?! A może by się tak czepiać agility – tego, że teraz każda nastolatka chce mieć border collie, co będzie robił salta, fikołki i cuda na kiju. To może wprowadzić dla nich nakaz kupowania każdemu psu preparatu na wzmocnienie stawów, może obowiązkowy kurs podstaw psychiki psiej?!

Wróćmy jeszcze na chwilę do wpływu psa na ekosystem i potwórzmy – DAWAJMY DOBRY PRZYKŁAD – nie tylko swoim zachowaniem, ale także edukując oraz zwalczając patologię w środowisku psiarzy i swoim najbliższym otoczeniu. Gdy widzimy innego właściciela psa albo mamy znajomego, który zachowuje się niewłaściwie, zwróćmy mu uwagę. Ale nie róbmy tego chamsko i w sposób bezużyteczny, bo nie przyniesie to żadnego efektu – zamiast tego wytłumaczmy mu na spokojnie, dlaczego właściwe zachowanie jest tak potrzebne. Że swoim złym zachowaniem  doprowadza do niechęci innych grup społecznych wobec nas wszystkich – posiadaczy psów… że za chwilę jedyne zielone miejsce, gdzie pies będzie dozwolony (już nie mówiąc, że dozwolony bez smyczy) to będzie ogródek własnego domu. Z Polski coraz więcej dochodzi do nas wieści o zamykaniu kolejnych terenów dla psów, zamiast ich otwieraniu. Właśnie z uwagi na niewłaściwe zachowanie nas – posiadaczy psów. Przykład narzekania na psie kupy na ulicy. Ileż psiarzy narzeka na innych na różnego rodzaju grupach internetowych, a ilu z nich podejdzie do drugiego na ulicy i powie „ej stary – masz torebkę, sprzątnij po swoim psie, będziemy lepiej postrzegani przez resztę społeczeństwa”. Być może ktoś nas zwyzywa, a może jednak zapoczątkujemy, a przynajmniej zakiełkujemy, u kogoś proces myślowy. Jeśli chcesz coś naprawdę zmienić, to chyba nie powinno Cię ruszyć kilka niemiłych słów od osoby, która nie prezentuje sobą wyższych wartości.

Linki do badań i opracowań:
1. https://www.researchgate.net/publication/6055768_Four-legged_friend_or_foe_Dog_walking_displaces_native_birds_from_natural_areas
i skrót https://royalsocietypublishing.org/doi/full/10.1098/rsbl.2007.0374

2. https://www.vetpol.org.pl/dmdocuments/ZW-11-2015-02.pdf 

3. https://www.tau.ac.il/lifesci/zoology/members/yom-tov/inbal/dogs.pdf

6. https://www.tau.ac.il/lifesci/zoology/members/yom-tov/inbal/dogs.pdf

7. http://tchester.org/srp/lists/dogs.html 

 

Kulisy podróżniczego bloga i (nie) zarabiania na nim

Kulisy podróżniczego bloga i (nie) zarabiania na nim

AKTUALIZACJA LISTOPAD 2019 -Pomimo naszej rosnącej “popularności”, artykuł poniżej wciąż pozostaje w większości aktualny. Być może to kwestia naszego braku umiejętności marketingowych i zarządzania, a być może naszych zasad etycznych i światopoglądowych, a być może mieszanki tego wszystkiego.

To my, całkiem normalni, więc może za mało atrakcyjni dla “sponsorów” 😀 Serio, pomimo naszych wszystkich dokonań i planowania następnych, ostatnio w pytaniu o to, dlaczego firma nie chce wejść we współpracę z nami, otrzymałem odpowiedź: “Panie Piotrze, produkty XYZ są produktem ekskluzywnym, niszowym – zawsze są szyte na indywidualne zlecenie dla konkretnej osoby, poszukującej czegoś wyjątkowego i unikatowego pod każdym względem 🙂

Jest długo, nawet bardzo, ale, mam nadzieję, interesująco i wiele Wam to pokaże.

Zmęczony powoli zaistniałą sytuacją. Zainspirowany także Waszym zdziwieniem, że za naszą wyprawą nie stoi rząd firm walczących o możliwość współpracowania z nami w tak „wspaniałym przedsięwzięciu” oraz wywiadem dla czasopisma – o tym, czy na blogu podróżniczym da się zarabiać. Opiszę, jak wygląda to z naszej perspektywy, tj. prowadzenie bloga, będąc cały czas w podróży i odsłonię trochę kurtyny polskiego „zarabiania” na blogu.

A to kulisy studia filmowego Atlas w Maroko, które mogliśmy zwiedzić ze Snupim bez żadnych problemów. Tzn. Iza mogła, bo ja mam w nosie takie atrakcje i wolałem zaoszczędzić pieniądze na obiad.

Nigdy nie chciałem żebrać od innych – zwykłych ludzi, by pomagali mi realizować moje marzenie i, jakby nie patrzeć, przyjemność (pomimo wszystkich trudów wyprawy) oraz, niejako, inwestycję w samego siebie. Dlatego nie chcieliśmy rozpoczynać żadnej zbiórki na patronite czy polakpotrafi, siepomaga itp. Jak robi mnóstwo osób, a jeszcze więcej nam doradzało. Chcieliśmy to wszystko ogarnąć samodzielnie. Liczyliśmy, że uda nam się zdobyć wsparcia z innej strony. Sądziliśmy, że uda nam się zdobyć wspomnianych partnerów. Nawiązać poważne współprace. Nie chcieliśmy i nie chcemy mieć sponsorów, którzy dawaliby nam kasę (zresztą teraz wiem, że to w Polsce niemal niemożliwe) z różnych powodów. Chcieliśmy zdobyć wsparcie producentów, którzy przekazywaliby nam swój sprzęt w zamian za naszą “pracę” dla nich (co obejmuje wyjaśniam akapit niżej), a także płacili za reklamę, jako niejako jest widoczność ich produktów na naszych materiałach.

Zamysł nie był tylko taki, żeby zdobyć wsparcie kogokolwiek i zdobyć cokolwiek, ale też nie taki, żeby zdobyć tylko to, czego potrzebujemy. Chcieliśmy uzyskać produkty, których jakość już znaliśmy i ceniliśmy. Chcieliśmy jednocześnie nawiązać jak najwięcej współpracy z polskimi firmami, żeby promować polskie produkty. Czasem nawet te, których do końca nie potrzebujemy w podróży, ale spodobała nam się ich idea. Ktoś pomyśli „tani chwyt”… no nie do końca. Chodziło nam o to, że skoro już wyjechaliśmy z Polski na dłuższy czas, to chcielibyśmy wciąż w jakiś sposób przyczyniać się do jej rozwoju. Serio, często mamy dylemat, że rozbijamy się po Ameryce Południowej, zamiast robić coś ważnego: ja – być rzetelnym dziennikarzem Polsce, albo pójść pracować do policji, bo mam ukryty talent dostrzegania w ludziach złych stron i wad, a Iza tworzyć jakąś fajną bajkę dla dzieci… ale zostawmy ten wątek na inny post.

***
Chciałbym tylko nadmienić, że oczywiście nie wszystkie firmy i współprace, które poniżej opiszę, tak wyglądają. Są firmy, które wykazują się bardzo pozytywnie. Zresztą, zauważyliście już pewnie, że czasem niektóre z nich wymieniamy na naszych social mediach. Nie dlatego, że robię to na siłę, czy każe mi to umowa, ale dlatego, że doceniam ich zaangażowanie i ich produkty. Znacie mnie już na tyle, że wiecie, że piszę zawsze to, co sądzę. UWAGA: Firmy, które wymienione są u nas na stronie (w zakładce zadaj pytanie i kontakt), nas nie zawiodły. Sytuacje, które opisuję dotyczą firm, z którymi już nie mamy żadnej współpracy.

Jednak te firmy to wyjątki, a bardziej rzeczywisty opis sytuacji, przynajmniej naszej, przedstawią te mniej udane współprace.

W zamian za produkty, oferowaliśmy i oferujemy firmom przekazywanie zdjęć (by wykorzystali w swoich social mediach, katalogach, prezentacjach biznesowych, jednym słowem – co tam sobie chcą), oznaczanie ich na naszych zdjęciach, w artykułach, recenzje (z zastrzeżeniem, że będą one obiektywne, a nie pochlubne i pisane na kolanie) itp. Zawsze dodaje też zdanie “wszelkie formy i zakres współpracy są otwarte do dyskusji”.

Niestety uzyskanie tego wsparcia nie do końca nam się udaje, bo niektórzy ludzie, którzy pracują w marketingu i public relation w polskich firmach to jakieś dinozaury. Na dodatek chyba skamieniałe, bo ich wyobraźnia, inwencja twórcza i polot równy jest właśnie kawałkowi skały.

O ile rozumiem pewne niepowodzenia w poszukiwaniu partnerów jeszcze przed samą wyprawą, gdy wielu z nich mogło nie wierzyć w nasze przedsięwzięcie. O tyle teraz, jedyne wytłumaczenie jakie znajduję, jest niezrozumienie trendów, które w USA czy zachodnich krajach Europy biją już rekordy. Tam firmy stawiają na influencerów i na pokazywanie rzeczywistej wartości swoich produktów. Rozumieją też, że influencerem nie musi być wielka gwiazda, a już na pewno nie taka oderwana całkowicie od dziedziny, jaką reklamuje. Bo zwykli ludzie coraz lepiej wyłapują sztuczność (was też śmieszą zdjęcia pięknie umalowanych modelek na środku pustyni w spodniach jeansowych przy temperaturze +45 stopni – najlepsze jest to, że wiele podróżniczek próbuje to naśladować, a inne kobiety wpadają w kompleksy).

Może jakbym miał większe cycki, to to zdjęcie podbiłoby internety 😀

ale musicie przyznać, że to zdjęcie jest już całkiem zacne. P.S. Pod dżelabą (bo tak nazywa się to wdzianko) mam tylko majtki 😀

W Polsce nadal szczytem marzeń marketingowca jest mieć w reklamie Antonio Banderasa, reklamę w telewizji i wcisnąć coś klientowi, by potem zlać go ciepłym moczem w razie reklamacji, niezadowolenia, innego problemu. Tyle się mówi o tym, jak niski jest koszt utrzymania klienta – względem kosztu jego pozyskania – ale nie wiem, do kogo trafia ta zasada. Dla przykładu podam sytuację, gdy zareklamowałem buty górskie kupione w USA. Moja reklamacja została uwzględniona na podstawie… ZDJĘCIA i to było 3 lata temu. A w Polsce? Ile z Was usłyszało odmowę uznania reklamacji, bo Wasza noga jest nieodpowiednia do buta? Albo bo używaliście go za często? (śmieszne, ale tak naprawdę – tragicznie żałosne).

Wracając do kwestii influncerów. Polskie firmy, które nie potrafią nawet zbudować swojego social media i mają 500-1000 obserwujących, zamiast rozpocząć jakiś fajny, spójny, jednolity projekt, budować wspólnie coś z blogerami/influencerami, swój i blogera wizerunek i wspólnie się rozwijać, to one … chciałyby przyjść na gotowe, rzucić jakiś pojedynczy ochłap, gotowej gwieździe, świecącej niczym goły tyłek Kim Kardashian, a dostać w zamian wszystko, najlepiej recenzję – oczywiście pochlebną oraz zdjęcie swojego logo na twojej głównej stronie bloga. W ten oto sposób my dostajemy odmowy współpracy, bo mamy za mało lajków (od firm, które same mają ich 1/5 tego, co my), albo takie zawrotne oferty jak 10, 15, 20% zniżki („rekordzista” negatywny 8%, rekordzista w znaczeniu pozytywnym 45% ) na swoje produkty, podczas gdy ich ceny katalogowe są o 20% większe niż w sklepach zewnętrznych i w tych sklepach zewnętrznych są często bardzo atrakcyjne promocje.

Rozumiem jeszcze takie propozycje przy udzieleniu nam wsparcia kilkudziesięcioma rzeczami, wartymi kilka tysięcy, ale te firmy to oferują przy chęci “zakupu/zdobycia” przez nas jednego czy 2 produktów. A przecież tyle z Was się nas pyta o sprzęt, jakiego używamy. Wystarczy więc, że jedna czy 2 osoby zakupiłyby produkt z naszego polecenia, to firma już ma zwrot inwestycji, jaki poczyniła w przekazaniu nam sprzętu.

To dobry moment, żeby przejść do zagadnienia iż wiele firm wchodzi we współpracę z blogerami, którzy mają tysiące obserwujących, ale te tysiące są bardzo często sztucznie „nabite”. Ci obserwujący to puste konta czy różnego rodzaju booty – programy komputerowe, które nie niosą żadnego realna zainteresowania kontem blogera. Widzicie czasem komentarze pod zdjęciem typu „super”, „twoje konto jest świetne, zajrzyj do mnie”, po czym wchodzisz w konto autora tego komentarza i widzisz, że to konto ma +30k (tysięcy) obserwujących. Tak, możesz mieć prawie 100%, że ten komentarz napisał właśnie boot. Ma on na celu przyciągnięcie innych użytkowników instagramu (czy innego social media) do tego konta i generować „organiczny ruch”. Najlepiej to sprawdzić po poziomie zainteresowania pojedynczym postem takiego blogera. Przykładowo ktoś ma 30 tysięcy obserwujących, a jego zdjęcie/post lubi tylko 200, może 300 osób, a czasem o wiele mniej. To jednak jest osobny, bardzo obszerny temat, który mogę kiedyś opisać, ale na razie podam link do ciekawego artykułu, który wyjaśnia bardzo wiele w tej kwestii https://noizz.pl/nauka-i-technologia/jak-kupuje-sie-lajki-i-followersow-na-instagramie/1wqvcf6?utm_source=fb_onet&utm_medium=social&utm_campaign=share_desktop_top

Blogerów możecie zweryfikować poprzez stronę socialblade.com lub hypeauditor.com Po wpisaniu loginu dowolnego konta, zobaczycie wykresy – wszystkie nienaturalne – pionowe kreski oznaczają kupowanie lajków (wyjątkiem od tego jest stworzenie materiału, który stanie się viralem lub udostępnienie konta przez inne duże i “zdrowo” działające konto). Możecie też zerknać na wskaźnik zaangażowania – engagemnet rate – czyli ilość reakcji (tzw.polubień) i komentarzy porównana do osób obserwujących konto ogółem. Jeśli wskaźnik wynosi mniej niż 4% , możecie być niemal pewni, że konto jest napompowane sztucznymi lajkami. Sprawdźcie sobie kilku polskich czy zagranicznych blogerów, zobaczycie jaką są wydmuszką. U nas wskaźnik zaangażowania oscyluje wokół 9, co jest wynikiem bardzo pozytywnie wyróżniającym się, można powiedzieć więc bardzo dobrym. Czasem spada, gdy dojdzie do naszej społeczności dużo osób w jednym momencie. Czy to po jakieś prezentacji, wystąpieniu czy udostępnieniu nas przez inne konto. Wtedy potrzeba ok. 2-3 tygodni, by się ustabilizował. By nowi obserwujący albo zaczęli się udzielać albo jednak zrezygnowali z obserwowania naszych losów.

Tutaj ciekawostka. Istnieją osoby wredne, zawistne i grające nieczysto, które potrafią zlecić “atak” kupionych obserwatorów na swojego konkurenta. W ten sposób popsuć mu statystyki, a może nawet narazić na konsekwencje ze strony administratorów social mediów. Przecież często do kupienia takich akcji wystarczy podanie samej nazwy konta, które chcemy “podrasować”. Mało kto weryfikuje czy zleca to faktycznie właścicielem konta czy ktoś inny Jeśli prowadzicie swoje konta, lepiej opracujcie strategię działania na wypadek takiego “ataku”.

Ktoś z Was pomyśli sobie, o ten to chciałby kokosów i wszystko za darmo. To teraz przechodzimy do kolejnego wątku. Przecież nie dostajemy sprzętu za darmo. Otóż byle jakie stockowe zdjęcie (zdjęcie stockowe, to zdjęcie, które można ściągnąć ze specjalnych serwisów, wykupując do niego prawa i wykorzystać je do swoich celów. Oczywiście można wykupić zdjęcie na wyłączność, ale zazwyczaj to samo zdjęcie może kupić nieograniczona ilość podmiotów). Takie o to zdjęcie kosztuje np. takie lepsze – minimum 100 zł. Ile zatem dla firmy powinno być warte ładne, spersonalizowane zdjęcie z ich konkretnym produktem, w pięknym krajobrazie, w faktycznym użyciu produktu?

Od nas producenci mogliby dostać takie zdjęcia, publikujemy takie zdjęcie w internecie, ogląda je mnóstwo osób. Tymczasem mamy absurd, że ktoś chce dostać reklamę i jeszcze chce, żebym zapłacił za produkt, który mam mu reklamować. To budzi tylko moje politowanie, zwłaszcza, że taka polityka, to nie tylko próby małych firm, robią to nawet duże firmy i polscy dystrybutorzy gigantycznych, globalnych, znanych marek. Chwila… Tak właściwie, to głównie oni. Małe firmy zdają sobie sprawę, że nie stać ich na inne reklamy. Ponadto zakładają je często młodzi ludzie, którzy rozumieją już panujące/nadchodzące trendy, że koszty innych reklam są nieadekwatne do korzyści, że standardowe reklamy się wypalają.

Jakbyś był producentem plecaków, to nie chciałbyś mieć takiego zdjęcia do wykorzystania?

Żeby nie pisać ogólnikowo w nieskończoność, opiszę zamiast tego 4 przykłady, które nas dotknęły i wyczerpują wiele braków polskiego „rynku”.

Polski producent, który przekazał nam odzież termokatywną jeszcze rok przed aktualną wyprawą. Znali nasze dalsze plany i przez 8 miesięcy mnie zwodzili, nie dając jasnej deklaracji – czy wchodzą, czy nie, we współpracę, by miesiąc przed wyprawą odpowiedzieć, że oni się jednak wycofują, bo „wolą iść w środowisko biegaczy, a nie górsko-turystyczne”.

Teraz bardzo ważne wyjaśnienie, które odniesienie ma do całego zagadnienia. W przypadku tej firmy prosiliśmy o ubrania za jakieś 800-1000 zł ceny rynkowej, powtarzam RYNKOWEJ. Jaki jest więc koszt producenta? Trzeba sobie coś uzmysłowić. Mianowicie ogromna ilość produktów w sklepach sprzedawana jest z marżą sięgającą 100%. Sprzedając koszulkę termoaktywną za 100 zł, sklep kupił ją za 50. To teraz, kto mi powie, ile producenta kosztowało wyprodukowanie tej koszulki? Pal licho, przyjmijmy już aż 30 zł. Dla mnie trzeba być mocno zacofanym marketingowo, i nie tylko marketingowo, żeby pożałować w dużej firmie 300 zł na promocję i reklamę, która trwałaby nieustanie przez cały czas trwania naszej podróży, nawet jeśli ktoś „chce się skupić na środowisku biegaczy”. Tym bardziej, że pierwotnie sam pomysł się im podobał. Poza tym, ile wart był czas mój (to ich nie obchodzi), ale tego pracownika na prowadzenie konwersacji przez miesiące, by potem to olać…

Inna firma, polski oddział globalnej marki. Sami się do nas odezwali, czy chcemy wejść z nimi we współpracę. Po otrzymaniu 2 rzeczy, wyciągnięcie każdej następnej było niczym pokojowe negocjacje ws. Palestyny. A przecież współpraca już trwa, widzą, że się wywiązujemy. Wyjaśniasz, tłumaczysz, że jakby przekazali jeszcze inne rzeczy, to wtedy prawie tylko ich produkty byłyby widoczne na zdjęciu, zamiast innej dużej firmy (z którą nic nas nie łączy, a na zdjęciach ich loga się tylko ze sobą gryzą), ale gdzie tam… nie bardzo to do nich przemawia. Jak już coś zdecydowali się przekazać, to my musieliśmy opłacić koszt wysyłki za granicę i cło, co w praktyce niewiele się różniło od tego, jak byśmy sobie to wszystko samodzielnie i normalnie kupili w kraju, gdzie aktualnie byliśmy.

Najlepsze w wielu firmach jest właśnie to, że zachowują się tak, jakby od samego początku nie wiedziały, że wyjeżdżamy na drugi koniec świata. To, co powinno być dla nich mega atrakcyjne, staje się dla nich wielce problematyczne. To przejaw kolejnego zastrzeżenia, jakie mam. Ci ludzie w ogóle nie nadążają: nie weryfikują do końca z kim wchodzą we współpracę. Wspomniani przeze mnie blogerzy napędzani pustymi kontami do jedno, ale ci marketingowcy nawet nie interesują się tobą i twoją aktualną sytuacją, nie kontaktują się z tobą ws. tego, co robisz, co oni robią, co chcą dostać – a przecież zaangażowanie z dwóch stron to klucz do sukcesu. Firma ma do mnie zastrzeżenia, że wysyłałem im zdjęcia za późno, ale już nie docenia, że zamiast zdjęć, zostali wcześniej mnóstwo razy oznaczeni w naszych zdjęciach na social mediach (co nie było częścią umowy) albo są w intro naszego vloga. Nie potrafią tego nawet zweryfikować, bo nie mają wystarczająco osób do tego albo po prostu nie ogarniąją kuwety.

Największy cyrk się zaczyna, jak firma nie ma swojej osoby od marketingu i PR, tylko wykonuje to dla niej jakaś zewnętrzna, jakże wielce, „KREATYWNA” agencja reklamowa. Rozmawiasz z jakąś Panią o butach, która nie ma do końca pojęcia, jakie dokładne parametry ma but i czy nadaję się w teren, gdzie chcesz go użyć. Po czym otrzymujesz buty ze starej kolekcji, a następna Pani z innej firmy – która w międzyczasie przejęła obowiązki tamtej – ma do Ciebie jakieś zastrzeżenie, że wysyłasz jej zdjęcia butów z kolekcji, której już nie ma. Tylko czy naprawdę w posiadaniu „ambasadorów” takich jak my, chodzi o to, by byli oni niczym cotygodniowe gazetki promocyjne z supermarketu spożywczego? Czy chodzi o budowanie długofalowego wizerunku i identyfikacji marki oraz pokazywanie, że ich sprzęt faktycznie daję radę przez X czasu w trudnych warunkach?

Wątek obuwia dotyczy naszego dawnego partnera, naszym obecnym partner w tych produktach jest La Sportiva. To, że La Sportiva zdecydowała się nas wesprzeć, jest idealnym przykładem zacofania polskiego rynku. Bowiem wsparł nas nie polski dystrybutor, ale centrala tej firmy we Włoszech. A La Sportiva to potęga i legenda w produkcji butów górskich i turystycznych. Ta firma posiada ambasadorów, którzy wyczyniają cuda w górach i są znanymi na całym świecie alpinistami/wspinaczami. Mimo to La Sportiva dostrzegła w nas potencjał i chce nas wspierać.

W kwestii braku zaangażowania, normą jest także brak odwzajemnienia postów o sobie nawzajem. W sensie, firmy nie wspominają o nas na swoich kanałach, a przecież nasza wyprawa jest czymś ciekawym.
Np. nasz dawny partner obuwniczy, relacjonuje podróż Amerykanina po Afryce, a on nas wspomnieli od wielkiego dzwonu, może ze 3 razy przez rok. Przecież nie muszą pisać „ej dajemy tym ludziom sprzęt za darmo”. Mogą to zrobić w sposób, który da ciekawą treść odbiorcom. Jednocześnie dawaliby na tacy swoim odbiorcom nas, czyli dowód, że sprzęt ich produkcji daje radę w trudnych warunkach. Jednocześnie pomogaliby nam się rozwijać, co jest przecież z korzyścią dla nich. Już pomijam takie pomysły, że sami mogliby zadać o naszą promocję w innych mediach, wykorzystując wartości, które chcemy przekazać, np. o adopcji czy porzucaniu zwierząt i tworzyć ciekawy kontent, który przyciągnie nowych ludzi do nich.

Kolejna firma, która sama się do nas odezwała, że chce być naszym sponsorem – produkująca akcesoria dla psów. Mieliśmy sobie wybrać co tylko chcemy. Akurat pod ręką mieliśmy kontakt z chłopakiem, który leciał do Brazylii i miał zabrać dla nas aparat fotograficzny. Ostatecznie się nie udało z aparatem z powodów czasowych. Zamiast tego stwierdziliśmy, że mógłby więc zabrać rzeczy od tej firmy i śmigła do uszkodzonego drona jednego z żeglarzy, których poznaliśmy w Brazylii. Chłopak nie miał za wiele miejsca w bagażu, więc na pierwszy rzut poszły tylko jakieś drobiazgi od tej firmy o wartości rynkowej nieweiele ponad 100 zł. Chłopak nie mógł zabrać tego, na czym zależało nam najbardziej – nowego transportera dla Snupiego. Od razu ostrzegłem „sponsora”, że te rzeczy mogą ostatecznie do nas nie trafić, z przeróżnych przyczyn i nakreśliłem skomplikowanie całej naszej sytuacji. No i stało się, chłopak zapomniał tych drobiazgów, bo skupił się na zbaraniu śmigieł do drona (za długa historia, by ją tutaj przytaczać). Ale jakiś miesiąc później znalazłem dziewczynę, która lecieć miała do Peru i zabrać dla nas mogła nowy transporter. Piszę więc z wielką radością do firmy, że mogą szykować transporter. Oni mi odpowiadają, że nie przekażą nam nic więcej, bo „zablokowaliśmy” ich tym, że nie dotarły do nas poprzednie rzeczy… Czaicie?! To się nazwa pomoc i zrozumienie dla podróżników na drugim końcu świata z psem, powód – 100 zł wartości rynkowej, czyli produkcyjnej kilkadziesiąt złotych. Czyli o wiele, wiele mniej, niż gdyby mieli nam te rzeczy wysłać do Brazylii. Podkreślam, sami się do nas zgłosili z propozycją.

No i jeszcze jeden przypadek. Firma ubezpieczeniowa, która dostawała od nas, zgodnie z umową kilka zdjęć miesięcznie, a do tego dorzucaliśmy wiele więcej w „gratisie”, np. tagowanie w postach. Ani razu nie potrafili mi nawet zorganizować normalnej wizyty. Najpierw umówili mnie do dermatologa w klince, gdzie nie przyjmuje dermatolog, potem do szpitala, gdzie jak przyszedłem, to odmówiono mi pomocy. A na sam koniec współpracy – na szczęście umówa z nimi wygasa z końcem lipca, firma odmówiła wykonania zabiegu (po otrzymaniu z Brazylii zdjęcia) usunięcia mi pieprzyka, który może być zaczątkiem czerniaka. Jak tak traktują swoich ambasadorów, to jak potraktują szarego człowieka? Czy mogę powiedzieć o niej jedno dobre słowo? Jedyne, że zaoferowali nam kupno nowego aparatu, po tym, jak nasz wpadł do wody. Ale wolałem nie sprzedawać duszy diabłu, bo w ostatecznym rachunku, na pewno nie byłby ten aparat nam przekazany za „darmo”.

AKTUALIZACJA Z LISTOPADA 2019 – Pomimo naszej rosnącej “popularności” niewiele się zmieniło. Dlatego prosimy Was o pomoc i wsparcie. Jak wspomniałem na początku tego artykułu – kiedś nie chcieliśmy zbierać pieniędzy wśród naszych odbiorców. Teraz patrzymy na to trochę inaczej. Także podróż i blogowanie zweryfikowały kilka wyobrażeń i sytuacji.

Prowadzenie bloga, wbrew pozorom, bardzo sporo nas kosztuje. Przykładowo, w 2 lata i 2 miesiące podróży wydaliśmy 70 tys. zł, z czego ok. 10 tys. pochłonęło stricte blogowanie i czynności z tym związane (wymiana sprzętu z powodu usterek – laptop i kamera – jak część z Was może pamiętać, z dnia na dzień przestały działać w Brazylii i w ciągu miesiąca musieliśmy wydać ponad 5 tys. zł), nieudanej próby naprawy aparatu fotograficznego, zakup muzyki do filmów na YT, utrzymanie strony. a nie wliczamy w to wydatków przed wyjazdem – zakup pierwszego – odpowiednio mocnego laptopa, kamery itd. Dochodzą koszty mniej oczywiste: wykupywanie kart SIM i pakietu danych internetowych w każdym kolejnym kraju, by na bieżaco wrzucać krótkie posty (w wielu krajach szybki i duży pakiet danych to luksus). Noclegi w bardziej cywilizowanych i spokojniejszych miejscach, tylko po to by coś napisać jakiś dłuższy post, zedytować zdjęcia, zmontować, opublikować, wysłać i mnóstwo podobnych pierdół (dla lepszego zrozumienia podam przykład – kiedyś ktoś chciał nam pomóc zmontować filmik na naszego vloga, ale internet w Boliwii był takiej szybkości, że materiał wysyłał się 5 dni, a i znalezienie takiego miejsca było dla nas wyczynem. Na marginesie tylko wspomnę, że do zmontowanie filmiku my sami potrzebujemy ok. 2 tygodni pobytu w sprzyjających warunkach). Zatem musi to być miejsce z prądem, internetm i spokojem jednocześnie (często, gdy ktoś nas zaprasza do swojego domu, nie pracujemy nad blogiem, bo nie wypada siedzieć z nosem w komputerze, gdy ktoś nas gości). Często modyfikujemy plany, czasem kilka dni, tylko pod publikację treści. Gdybyśmy podróżowali sami dla siebie, moglibyśmy robić wszystko dużo bardziej dziko, czyt. taniej, i mieć zupełnie inny sprzęt, czy wręcz nie mieć połowy.

Jednocześnie dostajemy bardzo dużo wiadomości, że dzięki nam ktoś zdobył odwagę i motywacje i zdecydował się: adoptować psa, wyjechać ze swoim psem, przełamać swoje lęki i spróbować czegoś nowego, zaczął spędzać czas bardziej aktywnie, a nawet kupił bilet w jedną stronę na drugi koniec świata, czy spróbował podróżowania z plecakiem czy autostopem. Zmusiliśmy do przemyślenia całego systemu wartości danej osoby i otrzowyliśmy jej oczy na zagadnienia, o których nie miała pojęcia. Zaczęliśmy więc czuć, że ten blog jest potrzebny, że robimy coś ważnego, że nie chodzi tu już tylko o pokazywanie jak przekracza się granice kolejnego kraju, ale o całkowicie inne granice. To Wy jeszcze powodujecie, że nie zostawiliśmy już dawno tego bloga. Wasze słowa pochwały, że podoba Wam się nasz sposób pisania i prowadzenia bloga. Nie chcemy więc go zamykać.

Oczywiście, blog jest inwestycją w nas samych, to nie jest tak, że robię go tylko dla Was. Gdy zakończymy już nasz projekt okrążenia Ziemi i osiądziemy gdzieś na dłuższą chwilę, może uda nam się dzięki niemu zdobyć jakąś ciekawą pracę. Ja i Iza rozwijamy swoje umiejętności językowe i ogólno-poznawcze. Iza uczy się także montażu, a właściwie uczyła, bo chwilowo przestaliśmy montować filmiki z powodu braku czasu. Na razie musimy jednak powiedzieć wprost, nie mamy z tego bloga prawie nic namacalnego. Jak mogliście od nas wcześniej się dowiedzieć, nawiązanie SENSOWNYCH współprac z polskimi firmami jest bardzo trudne i nie jest źródłem dochodu. Być może to kwestia naszego braku umiejętności marketingowych i zarządzania, a być może naszych zasad etycznych i światopoglądowych, a być może mieszanki tego wszystkiego. Te wszystkie, mało atrakcyjne, odpowiedzi firm sprawiają, że czujemy się jakby to wszystko, co robimy, było takie nic nie znaczące, jakby to była bułka z masłem. A przecież słyszeliśmy, że można, że da się i co chwilę docierają do nas takie wieści, że na blogu można zarabiać, że ktoś z zachodu dostał katamaran. I wtedy się zastanawiamy, czy to my jesteśmy za słabi, czy w złą stronę kierujemy swoją energię. Ale o tym, że to raczej przypadłość polskiego rynku, niech świadczy to,, że nawet duże „gwiazdy polskich internetów” szukają wsparcia na Patronite.

W tej chwili na naszym koncie mamy 1 tys. zł oszczędności, a w planie kontynuowanie wyprawy. Jeśli mamy pracować w standardowej pracy, nie mamy jak blogować. Jeśli mamy blogować, nie mamy jak pracować w standardowej pracy. Oczywiście szukamy innych, dodatkowych form zarobku i mamy wizę W&T do Kanady, z której zamierzamy skorzystać, więc to nie jest tak, że my tylko prosimy, prosimy i nic nie robimy. Ale nie da się, po prostu się nie da tego wszystkiego połączyć, a właściwie zostawić tego w takiej formie, w jakiej jest. Jest nas tylko dwoje i nie mamy wystarczających mocy przerobowych. Jeśli mamy blogować, musimy kontynuować wyprawę. Jeśli mamy przy tym blogowaniu zachować swój styl, niezależność i nie wciskać Wam kitu, z którym się nie utożsamiamy, to nie możemy też iść na większe kompromisy w zakresie współprac z firmami.

Płaci się za pójście do kina, za posłuchanie muzyki czy obejrzenie filmu na netflixie. Kupuje się bilety do teatru, muzeum czy by obejrzeć wystawę. Wykupuje się pakiety za czytanie artykułów w serwisach internetowych czy prenumeruje gazety i magazyny. Nasza praca niczym się nie różni od pracy wszystkich tych innych twórców i nie jest bułką z masłem. Zresztą, chcielibyśmy się rozwijać dalej. Zacząć montować filmy i mówić głośniej o pewnych ważnych rzeczach. Myślę, że nasza postawa, którą prezentowaliśmy przez ostatnie 3 lata, pokazuje wyraźnie, że słów na wiatr nie rzucamy i nie boimy się trudnej i brudnej „pracy”.

Dlatego, jeśli uznajecie naszą pracę za wartościową, to byłoby nam ogromnie miło, gdybyście pomogli nam w naszym projekcie. Nasz aktualny plan wygląda następująco: jak najszybciej w 2020 r. chcemy wrócić samolotem do Gwatemali (gdzie przerwaliśmy naszą wyprawę), następnie lądem przez Meksyk, USA i Kanadę dotrzeć do Alaski, a stamtąd przez Morze Beringa do miejsca, gdzie zachód zamienia się we wschód, czyli wschodnio-północne tereny Rosji (jeszcze nie wiemy dokładnie jak to zrobić . Potem przez Kamczatkę, Mongolię, Chiny, Syberię, Kazachstan itd., wrócić w ciągu 2 lat do Polski. Potem w kraju, a może w Peru, rozpocząć projekt niosący większe i namacalne dobro/ Teraz jednak, w Polsce, musimy uzupełnić/wymienić nasz ekwipunek o mocniejszy namiot, śpiwory, zmienić aparat fotograficzny (przykładowo, śpiwory jakie dadzą radę w terenach, do jakich zmierzamy, kosztują powyżej 1000 zł każdy, a już ofertę poważnej współpracy odrzuciło kilka firm). Czas nas goni – Alaski i krańce Rosji możemy przemierzać tylko w tamtejszym lecie, inaczej są to tereny nie do przeżycia. Snupi się starzeje, no i poważne plany na przyszłość czekają, nie możemy czekać za długo.

Każda złotówka się liczy i nawet taką kwotę możesz przekazać albo najmniejszym progiem wsparcia na Patronite – 5 zł.  Jeśli każdy, kto skorzystał z naszych poradnikowych artykułów, albo chociąż obserwuje nas na FB, albo na Instagramie, przelałby zaledwie po “tej 1 złotówce”, to zebralibyśmy w ten sposób ponad 20 tys. zł. Co, przy naszym sposobie podróżowania, starczyłoby na blisko rok życia w trasie. Ze spokojniejszą głową (bo bez troski o każdą wydaną złotówkę), moglibyśmy tworzyć. Zbierać i opisywać doświadczenia, a także przecierać szlak dla kolejnych psich i ludzkich podróżników czy blogerów. Tak, jak uczyniliśmy to tym artykułem.

  1. Możesz wesprzeć nas poprzez platformę Patronite https://patronite.pl/podroze-z-pazurem
  2. Lub, jeśli wolisz, poprzez bezpośredni przelew na konto bankowe 62 1090 1014 0000 0001 3754 5690 Izabella Miklaszewska, w tytule darowizna (według polskiego prawa, każda osoba fizyczna może każdej innej wykonać darowiznę). Przelew możesz wykonać także poprzez PayPal – na to samo nazwisko i odnośnik do naszego konta paypal.me/zpazurem

Dla naszych patronów i darczyńców przewidziane mamy też kilkanaście innych form podziękowań, o czym dokładnie poczytać możesz na stronie Patronite, np. zadzwonimy do Ciebie z miejsca, gdzie aktualnie jesteśmy, umówimy się na spacer, a może nawet będziesz mógł do nas dołączyć na jakimś etapie wyprawy i nauczymy Cię wszystkiego, co potrafimy – całkiem serio i zachęcamy przede wszystkim na pierwszy odcinek naszej trasy Gwatemalę i Meksyk. Dziękować też będziemy m.in. przypinkami (tzw. button) lub magnesami na lodówkę z otwieraczem do kapsli z grafiką naszego bloga. Od teraz zakładamy także grupę dla naszych patronów i darczyńców. Osobom zgromdzonym w tej grupie, będziemy poświęcać więcej uwagi, zamiast obszernie i merytorycznie odpowiadać na każdy komentarz i wiadomość do naszych postów i artykułów. Tylko takie osoby dostaną odpowiedź na bardziej skomplikowane i indywidualne pytania. Czy to w sprawie pomocy w doborze sprzętu, czy poradę ws. podróżowania z psem, z plecakiem, w trudne tereny, w góry… Zapytać o kulisy prowadzenia bloga, czy poprosić o wskazówki do rozpoczęcia/prowadzenia swojej twórczości. Jednym zdaniem wszystko, co wykracza poza ogólne informacje przekazywane przez nas w postach na fb/insta i artykułach na stronie www (prośba do osób, które wsparły nas wcześniej lub zrobią darowizny poza platformą Patronite – napiszcie do nas wiadomość, bym mógł Wam wysłać zaproszenie do grupy i podziękować w odpowiedni sposób).

Bo te, oczywiście, dalej będziemy kontynuować w sposób otwarty, a dostęp do obszernych artykułów poradnikowych, które już wiszą na naszej stronie www, również nie zostanie ograniczony. Przecież jednym z naszych celów jest pokazanie, że życie z psem nie jest trudniejsze, tylko trochę inne, a w ten sposób pośrednio walczyć o poprawę losu psów na świecie. Przekazywać inne wartości i zagadnienia, które istotne są dla… naszej planety i wszystkiego, co na niej żyje. Dalej będziemy też odpowiadać na proste zapytania, ale nic, co wykracza poza kilkadziesiąt sekund naszej uwagi.

Mam nadzieję, że większość z Was nas zrozumie i nie poczuje się urażona. Jeśli ktoś ma jakiekolwiek wątpliwości i uwagi do naszych poglądów, piszcie w komentarzach. Jeśli ktoś chce się obrazić i czuje się oburzony, proszę bardzo. Nauczyliśmy się, że nigdy wszystkim nie dogodzimy.

3. Wesprzeć nas także możesz poprzez zakup koszulki/bluzy z wzorami naszego autorstwa w sklepie Power Canvas TUTAJ (20% zysku z nich idzie do nas).

Z projektu bluzy jesteśmy najbardziej dumni, ale są także 3 zacne wzory koszulek. Wszystko w wersji damskiej i męskiej TUTAJ

4. Możesz także wykorzystać nasz “link polecający” przy dokonywaniu swojej rezerwacji noclegu w wyszukiwarce airbnb. Jeśli dokonasz rezerwacji za minimum 300 zł po wejściu na airbnb przez ten link https://www.airbnb.pl/c/piotrm1636?currency=PLN , to otrzymasz zniżkę 100 zł, a my 50 zł “nagrody”.

KONIEC AKTULIZACJI

Osobnym wątkiem, ale dość ważnie powiązanym z tym wszystkiem, jest to, że w Polsce wciąż czasopisma czy portale internetowe wolą napisać artykuł o norweskim psie, który podróżuje po Norwegii, czy amerykańskim psie, który podróżuje po USA (swoją drogą robią przepiękne zdjęcia, ich właściciele są fotografami i od tych zdjęć oczu oderwać nie można ). Nie chcą jednak napisać o polskim psie, który przebył już całkiem spory kawał świata. Mam swoje podejrzenia, że wynika to z kilku czynników.

Pierwszy – wielu dziennikarzy nie potrafi nawet zrobić porządnego research’u: bo są dziennikarzami z przypadku i nie pomyślą, nie potrafią. Albo zarabiają za mało, więc im się nie chce, nie mają czasu, a i tak są dodatkowo poganiani, więc wolą ściągnąć anglojęzyczny artykuł i go sobie przetłumaczyć w google translate. Przykład – napisał do nas na blogu dziennikarz z Newsweek, że chce, żebym udzielił wypowiedzi ws. jachtostopu. A na koniec pytam się go, czy nie chcieliby napisać o podróżującym psie, a on do mnie “a jest taki?”. Czaicie?! Pisze do mnie przez bloga i nawet nie sprawdzi co my na tym blogu robimy. Poza tym w Polsce wciąż panuje przekonanie, że to, co zachodnie, to fajniejsze, ładniejsze, ciekawsze, lepsze, takie „amerykańskie”. Co z tego, że często to wszystko jest podkoloryzowane, zretuszowane, podciągniete w photoshopie, a za tym kimś stoi… właśnie wsparcie w postaci sponsorów. Nawet autorzy artykułów o fali porzuceń psów w wakacje (http://www.tokfm.pl/Tokfm/51,130517,23642495.html?i=4), nie wspomną o naszej działalności. By zamiast tylko trąbić o problemie, pokazać dowód, że można z psem podróżować bez większych problemów.

Wydaje mi się, że wynika to także z zawiści. Kogoś „obcego” to można zareklamować, ale ‘ty Polaku, oooo nie! Chcesz mieć wzmiankę o sobie w mojej gazecie, na mojej stronie, to zapłać. Za darmo, to nie ma nic” (przykład – pewna strona na facebooku, chciała od nas 600 zł za to, że opublikowaliby artykułu o tym, dlaczego zdecydowaliśmy się na ślub za granicą. Strona, która pisze, że istnieje po to, by inspirować młode pary do ciekawych rozwiązań na swoim ślubie. Dajemy im artykuł, ciekawy dla ich odbiorców, a oni zamiast zapłacić mi, to chcą jeszcze pieniądze od nas. Rozumiecie to? Bo ja nie. Na marginesie ich konto także jest pompowane pustymi kontami). Zresztą psucie rynku wydawniczego przez blogerów to teraz norma, zwłaszcza jeśli chodzi o artykuły podróżniczne. Ludzie jadą na wakacje, prawie all-inclusive, piszą swoje wypociny w stylu „byłem, widziałem, tekst z wikipedii, cyknąć 10 prostych fotek, wkleić, zamieścić w internecie”, albo są gotowi oddać to do czasopism podróżniczych, jak „Poznaj Świat” czy wspomniany, „Traveler”, nawet za darmo. Teraz każdy może być dziennikarzem… szkoda tylko, że jednak nie może, potem mamy niesprawdzone – błędne czy wręcz fałszywe informacje. Nie do końca rozumiem, po co te osoby przekazują swoje artykuły? Często na tym jednym artykule kończy się ich twórczość, więc PO CO? To zabija prawdziwych dziennikarzy i ciekawe dziennikarstwo, gdy ktoś jedzie do jakiegoś kraju i poświeca mnóstwo energii i czasu na realne wtopienie się w tamtejsze zwyczaje. Ryzykuje zdrowie i życie, by dostać się w niebezpieczne tereny. Jakieś 3 lata temu, za moją gigantyczna relację z Armenii ze zdjęciami, łącznie ponad 20 tys. znaków, którą można by rozdzielić na 3 artykuły, czasopismo „Poznaj Świat” zaproponowało mi 300 zł (pod warunkiem przekazania także zdjęć). Podczas gdy stawka szanującego siebie i rynek dziennikarza, to minimum 20 zł za tysiąc znaków, a powinna być większa. Ostatecznie stawka nie byłaby taka zła, bo redakcja ten tekst chciała skrócić do 10 tys. (to kolejny absurd, jak w niecałych 4 stronach można opisać wrażenia z całego kraju, czemu nie wzięli całości jako dwa teksty i nie opublikowali w częściach?). Ostatecznie zrezygnowałem, zmodyfikowałem tekst i opublikowałem u nas na blogu.

Z kolei w kwestii psucia rynku blogerów, tego, że sponsorzy proponują ochłapy, to także wina niektórych blogerów, którzy za przysłowiową „paczkę wacików” wartą 10 zł, są gotowi sprzedać swoją duszę. Byle tylko coś dostać, byle tylko ich artykuł został udostępniony przez kogoś jeszcze. No i tacy rozpieszczeni sponsorzy, zawsze znajdą frajera. Należy jednak zastrzec, że są także tacy blogerzy, którzy nie wywiązują się w ogóle ze swojej współpracy i sponsorzy niechętnie podchodzą do następnych. Ale to już znowu osobna historia.

Wróćmy do nas. Nawet strony o tematyce adopcji psów niechętnie o nas wspominają. Czemu? Jedna, chyba dlatego, bo nie zgadza się z niektórymi naszymi poglądami w kwestii wychowania psów. Boi się zająć jakieś konkretne stanowisko, by się komuś nie narazić, wiadomo lepiej być w nijakim w dzisiejszym świecie. Przypuszczam też, że myślą, że chcemy na Snupku zbić majątek i go wykorzystujemy. (Swoją drogą wielkie uznanie dla Wadim Lis, administratora dużej i zintegrowanej grupy PSI FAN, który pozostaje wierny swoim przekonaniom i robi dobrą robotę – nie pozostawia ludzi z psem i z problemem). Inne, nie mam pojęcią czemu. Czemu np. Schronisko na Paluchu nie prowadzi cyklinczyh relacji z naszej podróży, przecież Snupi to ich dawny podopieczny? Pisaliśmy do nich nawet zanim powstała idea bloga, a już mieliśmy kilka podróży, że chętnie weźmiemy udział w jakiś festynach i opowiemy historię podróżującego psa. Czy pokazywanie, że z psem da się robić niemal wszystko, nie jest dobrym motywatorem do adopcji? Albo pokazaniem tym, którzy już mają psa, że z „Azorem” też można pojechać gdzieś dalej niż nad Morze Bałtyckie? Inne strony o tematyce psiej, np. prowadzące ewidencję restauracji czy hoteli psioprzyjaznych zapewne o nas nie wspomiją, bo zbyt często pokazujemy, że znalezienie takiego miejsca jest banalnie proste i nie wymaga wielogodzinnych przygotowań i zmartwień wcześniej. Boją się, że przez pisanie o nas, zaprzeczą sensowi swojego istnienia. Niesłusznie, bo ZAWSZE będzie grono ludzi, którzy wolą wszystko zorganizować z wyprzedzeniem, na spokojnie i bez ewentualnego stresu. Mnie osobiście ogromnie rozbawia, jak ktoś woli spędzić godzinę na pytanie w internecie – gdzie znajdzie psioprzyjazną kawiarnię w Warszawie, zamiast po prostu wyjść na ulicę i w 15-minutowy spacerek z psem znaleźć kilka takich miejsc. Odmówią w pierwszym, zgodzą się w drugim, jak w drugim nie, to na pewno w trzecim. Nigdy, ale to nigdy, nie musieliśmy z Izą pójść dalej, niż do trzeciego obiektu, by znaleźć psioprzyjazną restaurację, hotel itd. A ile jest restauracji w zasięgu 15 minutowego spaceru? W centrum miasta z 20, jak nie więcej!

Nawet wielu naszych znajomych „żałuje” nam „lajka”. Rozumiem pod konkretnym postem, nie muszą przecież śledzić co u nas, mają własne życie, ale chociaż sam fanpage jako całość mogliby polubić. Nie mówię też o tych, którzy mają, ale całkowicie nie ogarniają fejsa. Mówię głównie o tych, którzy dobrze wiedzą, jak to działa. Niektórzy mają swoje – już potężne – interesy, ale gdy zaczynali wysyłali nachalne, wysyłane z automatu prośby o polubienie ich profili, a potem spamowali tymi prośbami. Teraz… zapomniały woły, jak cięlęciem były. 

Dlatego ogromnie dziękujemy wszystkim, którzy z nami są i zapewniamy, że dopóki będziemy dawać radę, będziemy robić swoje.

Mam nadzieję, że nikt z Was nie czuje się oszukany, wykorzystany, że próbujemy na Waszej obecności coś ugrać. Po to właśnie napisałem cały ten artykuł, żeby spróbować wyjaśnić całą sytuację.

Jeśli chcesz, żebym rozwinął jakiś wątek tutaj zaprezentowany, daj znać.  Jeśli ktoś ma jakiekolwiek wątpliwości i uwagi  do naszych poglądów na pewne sprawy, pisz śmiało w komentarzach. Zadawajcie pytania i wyrażajcie wątpliwości. A po nasze ładne zdjęcia, zapraszam na nasz instagram 🙂

czyli to

Mam nadzieję, że nikt z Was nie czuje się oszukany, wykorzystany, że próbujemy na Waszej obecności coś ugrać. Po to właśnie napisałem cały ten artykuł, żeby spróbować wyjaśnić całą sytuację.

Jeśli chcesz, żebym rozwinął jakiś wątek tutaj zaprezentowany, daj znać.  Jeśli ktoś ma jakiekolwiek wątpliwości i uwagi  do naszych poglądów na pewne sprawy, pisz śmiało w komentarzach. Zadawajcie pytania i wyrażajcie wątpliwości, a po nasze ładne zdjęcia, zapraszam na nasz nasz instagram

Z projektu bluzy jesteśmy najbardziej dumni, ale są także 3 zacne wzory koszulek. Wszystko w wersji damskiej i męskiej TUTAJ