ZGUBIONY PASZPORT PSA, ZŁAMANA NOGA IZY i PIERWSZY AUTOSTOP SNUPIEGO, czyli 3. część naszych wpadek z podróży

ZGUBIONY PASZPORT PSA, ZŁAMANA NOGA IZY i PIERWSZY AUTOSTOP SNUPIEGO, czyli 3. część naszych wpadek z podróży

Snupi – nielegalny imigrant

Wracaliśmy już do Polski. Tego dnia z Gruzji przedostaliśmy się do Turcji w przejściu granicznym Sarpi-Hopa. Stamtąd zabrał nas jeden samochód 100 km dalej do Ardeşen. Niestety, kierowca z rozpędu wywiózł nas kawałek w głąb miejscowości. Tam Snupi złapał stopa. Szliśmy sobie z powrotem do głównej drogi, gdy obok zatrzymało się auto z mężczyzną i jego bardzo starym ojcem na fotelu pasażera. Staruszek zakochał się w Snupim i poprosił syna, by zatrzymał się dla nas właśnie z jego powodu.

Dziadek zapytał, czy może wziąć Snupiego na kolana. Opowiedzieli nam, że w tej części Turcji psy traktuje się już z dużo większym szacunkiem i dobrocią, niż w pozostałej części kraju. Tutaj, w górzystych terenach i klimacie korzystnym do uprawy roślin i hodowli zwierząt, wykorzystuje się psy w celach pasterskich. Za ich pracę ludzie odwdzięczają się im zatem należycie.

Wydawało nam się, że ten dzień będzie naszym rekordem, bo pruliśmy przed siebie jak strzała. Od dziadka przesiedliśmy się do kolejnego samochodu, który jechał ponad 400 km w odpowiednim dla nas kierunku – do Samsun. Droga to w całości autostrada. Szło nam tak dobrze, że zaczęliśmy się zastanawiać, czy jednak nie zwiedzić jeszcze miejscowości Amasya – rzekomo malowniczo położonej na stokach gór nad rzeką. Jeszcze dzień wcześniej odrzuciliśmy ten plan, bo zostały nam zaledwie 4 dni, by zdążyć do Polski na ślub mojego przyjaciela ze studiów.

Kierowca był bardzo małomówny. Przez 3 godziny dowiedzieliśmy samych podstaw o nim. Z ciekawszych rzeczy, że jest oficerem policji z Rize, który jechał do Samsun w jakieś sprawie służbowej. Ciszę i spokój wykorzystaliśmy na sen. Gdy mężczyzna miał już zjeżdżać do miasta, to zdecydował, że ma jeszcze chwilę czasu, więc wysadzi nas już za miastem, gdzie będzie nam łatwiej złapać odpowiedni pojazd dalej.

Po wysiadce, Iza poszła na pobliską stację do toalety, a ja obmyślałem plan. Gdy wróciła, przedstawiłem taki: do Amasya i do Europy jest jeszcze kawałek wspólnej trasy, zobaczmy jak ułoży się najbliższa godzina i zadecydujemy. Zatrzymał się samochód z dwoma mężczyznami. Zapytaliśmy, dokąd zmierzają, a oni – do Amasya! No co za fart, co za strzał, niczym w lotto. Decyzja mogła być tylko jedna. Obaj mężczyźni wyszli z auta i zaczęli nam pomagać w zapakowaniu bagażów. Mężczyzna odpalił auto i ruszyliśmy, wtedy uznałem, że to chyba najwyższa pora, żeby schować paszporty – mój i Snupiego. Złapałem się za tyłek i poczułem, że w tylnej kieszeni na suwak nic nie ma. Błyskawicznie zatrzymałem kierowcę, przeszukałem na szybko mały plecak, wszystkie kieszenie w spodniach i wszystkie w dużym plecaku. Nic. Oznajmiłem mężczyznom, że to chyba bez sensu by czekali, bo teraz czekało nas wywalenie wszystkich naszych rzeczy z plecaka. Byłem na siebie ogromnie wkurzony. Byłem pewien, że gdy na spokojnie przeszukam bagaże, to paszporty się odnajdą, a nasza idealna podwózka właśnie odjeżdża. Iza wzięła się za przeszukiwanie bagażu, a ja cofnąłem się do miejsca, w którym staliśmy. Niestety był tam przystanek, na który zdążyły już podjechać 2 autobusy. Jeśli paszporty tam leżały, to na pewno ktoś już je zabrał. W Turcji europejski paszport to łakomy kąsek. Jak potem dowiedzieliśmy się od policji, fałszuje się zdjęcia i mężczyźni próbują przekraczać granicę nawet na damskie paszporty. No właśnie, na policji… Na ulicy udało mi się spotkać młodego chłopaka, który chociaż trochę mówił po angielsku i zadzwonił do najbliższego komisariatu i wytłumaczył moją sytuację. Nie dłużej niż po 5 minutach pojawił się patrol, ale mówili tylko po turecku. Jak się okazało cały komisariat mówił tylko w tym języku.

Na posterunku policji. Ta mina mówi wszystko.

Zadzwoniłem na numer dyżurny do polskiej ambasady, a tam – UWAGA – pracownik nie mówił po turecku, więc nie miał jak pośredniczyć w rozmowie z policją. Niezła kpina. Kazano nam więc czekać na tłumacza, miało to być 30 minut. Było 2 godzinami. Każda z tych minut, ba, każda z sekund, była dla mnie psychiczną torturą. Zamiast działać, to musiałem bezczynnie siedzieć, a w wyobraźni co chwilę powstawała nowa wizja sytuacji i miejsca – gdzie zgubiłem paszport. Na przejściu granicznym byliśmy w łazience, ale ja do łazienki nie szedłem, tylko Iza. Potem siedziałem na barierce drogi, może tam paszporty wysunęły mi się z kieszeni, ale przecież były w kieszeni na suwak… A może to tych dwóch mężczyzn, którzy mieli nas zabrać do Amasya. Podejrzanie ochoczo wyskoczyli z auta i zaczęli pomagać nam z włożeniem bagaży. Powstało przy tym niezłe zamieszanie, bo 4 osoby przy jednej klapie bagażnika, to o wiele za dużo. Może to był celowych zabieg odwrócenia naszej uwagi? Już wtedy wydawało mi się to podejrzane, dlatego bardzo uważnie patrzyłem, co jeden z nich robi z plecakami, czy przypadkiem czegoś z nich nie wyciąga. Tymczasem zamiast plecaka powinienem był pilnować własnego tyłka!  A może to ten mężczyzna, który wiózł nas 400 km. Przecież oboje z Izą zasnęliśmy, ale jakim cudem udałoby mu się wyjąć paszporty z mojej kieszeni, gdy na nich siedziałem. Mówił zresztą, że jest oficerem policji. Oficerem policji… taaaa, na pewno kłamał. Przecież to najprostszy sposób, by przestępca mógł rozwiać niepokój obcej osoby.

Wszyscy zaczęli być podejrzani, nawet przemiły dziadek zachwycony Snupkiem. Przecież sami się dla nas zatrzymali, zanim jeszcze wystawiliśmy rękę do łapania okazji i na dodatek podwieźli nas tylko kilka kilometrów. Było to nieopodal granicy, więc może to taka szajka, która działa w ten sposób. I tak przez 2 godziny wymyślałem historie spiskowe i czynności, które mogłem zrobić, żebym zapobiec tej sytuacji. Czemu nie schowałem paszportu pod podłogę w psim transporterze, przecież nikt by tam nie zajrzał. Zwłaszcza, gdy w środku siedzi Snupi itd. itd. Strata paszportu bolała tym bardziej, że obawiałem się, że nie zdążę na ślub Adriana.

W końcu pojawił się tłumacz – Ozan. Jak się okazało, jest tłumaczem wolontariuszem. Współpracuje z policja od kilku lat, ale ma swoją normalną pracę, dlatego musieliśmy poczekać, aż uda mu się z niej wyrwać. Cały dzień straciliśmy na formalnościach i wyszukiwania z policją możliwości odnalezienia paszportu. Mógłbym o tym opowiadać przez następne dwie strony. W wielkim skrócie napiszę tylko, że niemożliwe okazało się, żeby dowiedzieć się czy faktycznie jakiś policjant z Rize przybył do Samsun. Policjanci zaproponowali sprawdzenie na monitoringu numerów rejestracyjnych samochodów, którym przyjechaliśmy i tego, który rzekomo zabrać nas miał do Amasya. O godzinie 21, gdy byliśmy już na kolejnym komisariacie, który gromadzi nagrania, to pomysł upadł, bo musiałby na to wydać zgodę sąd. A więc całkowicie bezsensownie zostaliśmy zmuszeni do nocowania w Samsun. Mieliśmy otrzymać nocleg w jakimś policyjnym hotelu, ale ostatecznie to też okazało się niemożliwe z jakiś formalnych przyczyn, bo skoro policja nie może nam już dalej pomóc, to nie mogą nas też tam zakwaterować. Jedyne, na co więc wpadli, to że odwiozą nas do zadbanego i czystego parku w centrum miasta i u ochroniarza załatwią zgodę na nasz nocleg w namiocie. Jedyny plus z tej całej sytuacji, to znajomość z Ozanem, który towarzyszył nam jeszcze przez godzinę w parku. Przyjaźń pozostała do dziś. Niedawno Ozan był w Warszawie, więc się spotkaliśmy.

Następnego dnia, zamiast być w pięknej Amasya, to musieliśmy ruszyć na środek pustyni – do Ankary, by w ambasadzie dowiedzieć się, co dalej w mojej sytuacji. W placówce o gościnności mogliśmy szybko zapomnieć. Była niedziela, więc poza nami i pracownikami na obiekcie nie było nikogo. Mimo to, nie wpuszczono nas nigdzie dalej niż do malutkiej poczekalni przy okienkach do załatwiana wiz itp. spraw. Na szczęście, mogliśmy swobodnie siedzieć w ogrodzie, więc tam czekaliśmy na wicekonsula. Nikt nie zaproponował nam nic do picia, oprócz wody z dystrybutora. Pojawił się wicekonsul, a wraz z nim absurdy polskiego urzędnictwa. Dialog wyglądał mniej więcej tak:

– Zgłasza Pan utratę paszportu? Jeśli tak, to w tej chwili ważność traci Pana normalny paszport i jeśli się odnajdzie, to i tak nie będzie już ważny.

– No to może Pan zadzwonić do komisariatu, gdzie wczoraj byłem? Może jakiś cudem odnaleźli paszport, bo mieli jeszcze jakoś spróbować namierzyć tego policjanta z Rize, z którym jechaliśmy.

Wicekonsul bardzo, ale to bardzo niechętnie poszedł wykonać telefon i wrócił bez dobrych wieści.

– Ma Pan ze sobą zdjęcie zapasowe do paszportu, bo trzeba będzie wyrobić paszport tymczasowy?

– Nie mam.

– No to mamy duży problem, bo dzisiaj jest ostatni dzień ramadanu, na dodatek niedziela. Jutro bajram, więc wszystkie zakłady fotograficzne pozamykane będę przez najbliższe 3 dni.

– Nie ma tutaj gdzieś budek fotograficznych? A poza tym w ambasadzie nie ma aparatu fotograficznego?

– Nie wiem czy są jakieś budki, rzadko zwiedzam okolice, a aparatu nie ma.

– Myślałem, że ambasada jest przygotowana na takie sytuacje… Możliwe, że mam zdjęcie na poczcie e-mail, bo Iza sama robiła mi zdjęcie do paszportu, a potem je obrabiała i wysyłała do mnie. Wystarczy mi więc połączenie z internetem.

– Nie może Pan się połączyć z siecią wi-fi ambasady, to jest tajne.

– Nie macie wi-fi dla gości?

– Nie.

– A jakiś komputer, z którego mogę skorzystać?

– Nie – wicekonsul zaczął o czymś rozmawiać z ochroniarzem. Może Pan skorzystać z prywatnego laptopa ochroniarza, ale tylko na korytarzu pomieszczeń mieszkalnych dla pracowników.

Poszedłem z ochroniarzem, ale zasięg wi-fi był tragiczny. Na otwarcie każdej strony czekać trzeba było kilkadziesiąt sekund. Przy takim połączeniu nie udało mi się odnaleźć zdjęcia. Wróciliśmy do rozwiązywania problemu. „A czy zdjęcie z telefonu wystarczy?”

– Jeśli będzie dobrej jakości i będzie miało wszystkie cechy zdjęcia paszportowego.

– Gdzie możemy zrobić zdjęcie, żeby było jednolite białe tło i dużo światła?

– Nie możecie Państwo wejść nigdzie dalej do ambasady, więc proszę próbować tutaj, na tle elewacji.

– Spróbujemy – Iza swoim Samsungiem S2 zrobiła zdjęcie. Konsul poszedł sprawdzić czy się nada. W tym czasie ochroniarz przyniósł nam kawałek swojego prywatnego arbuza. Wiedział, że cały dzień nic nie jedliśmy. Konsul wrócił z próbnym wydrukiem i stwierdził, że jest kiepskiej jakości, ale można zaryzykować „może przepuszczą Pana na granicy”. Przytaknęliśmy, ale zauważyliśmy, że wydruk był na zwykłej kartce, „na papierze fotograficznym będzie trochę lepiej”. Konsul odpowiedział, że nie mają w ambasadzie papieru fotograficznego… (Jak opowiadałem to potem rumuńskiemu strażnikowi granicznemu, to nie mógł powstrzymać się od śmiechu z niedowierzania).Zapytaliśmy – co z psem? Konsul odpowiedział, że nie wie, bo on nie może w tej sprawie zrobić nic.

Zaczęliśmy drążyć  – nie może Pan chociaż podbić jakieś pieczątki na moich zeznaniach z komisariatu, że zapoznał się Pan z nimi i potwierdza, że podróżujemy z psem? „Nie”. Nie może Pan wydrukować papieru z elektronicznej bazy danych, gdzie zarejestrowany jest Snupi i jej podbić jakaś pieczątką, że potwierdza Pan tożsamość psa? „Nie”. A jest tu gdzieś w okolicy weterynarz? „Nie wiem”. „Gdyby były problemy, niech Państwo pokażą zeznania z komisariatu, tam jest wzmianka o psie. Może wystarczy”.

Tak na marginesie, wiecie jak po turecku jest “pies”?
Köpek – całkiem ładnie i śmiesznie, bo szybko​ przerobiliśmy to na polskiego “głupka”.

Mieliśmy nadzieję, że powie nam chociaż, gdzie możemy coś zjeść w okolicy. Skoro jest Ramadan, więc z otwartymi restauracjami jest kłopot. Oczywiście nawet tego nie wiedział… Ambasada ma pomagać obywatelom zagranicą?! Litości! Ochroniarz wskazał pobliską ulicę, na której są 2 restauracje. Obydwie okazały się zamknięte. Dopiero, gdy wróciliśmy, konsul poinformował, że za paszport tymczasowy trzeba jeszcze zapłacić 160 lir.

– CO?! – Wcześniej nawet nie wspomniał, że cokolwiek będzie to kosztowało. Myślałem, że może 10-20 euro, a nie 160 lir, co wynosi ponad 160 zł – więcej niż normalny paszport w Polsce. A przecież ten jest ważny tylko rok. Tzn. byłby, gdyby zdjęcie w nim było dobrej jakości, bo z tym, to od razu w kraju wyrobić będę musiał nowy (wtedy nie wiedziałem jeszcze, że opłata za nowy paszport przy utracie starego jest podwyższana o 200%, a więc wynosi 450 zł?! Co jest według mnie niezgodne z konstytucją, bo to niemal rodzaj sankcji karnej – grzywny, za czyn niezamierzony i nieumyślny).

– Nie mamy tyle lir, wczoraj mieliśmy wyjechać z Turcji. Mogą być złotówki?

-Nie.

– Euro?

-Nie.

– To skąd mam wytrzasnąć liry? (Palant z niego – siedzieliśmy tutaj 2 godziny zanim poszliśmy szukać jedzenie, wiedział, że idziemy, wiedział też, że chcemy jak najszybciej dotrzeć do Polski. To nie mógł nam wcześniej powiedzieć, że musimy wytrzasnąć pieniądze?)

– Po drugiej stronie jest bankomat.

To była wisienka na torcie irytacji, jaką wywoływało u nas zachowanie konsula. Nie odezwałem się jednak ani słowem, bo wiedziałem, że jak już wybuchnę, to skończy się to dla mnie aresztem. Powstrzymywałem złość tak mocno, że krew pulsowała mi w żyłach niczym do piosenki zespołu Prodigy.

– Wypłaciliśmy pieniądze. W drodze powrotnej do ambasady zorientowaliśmy się, że karta została w bankomacie. Szybko pobiegłem, ale już jej nie było. Albo bankomat ją wciągnął, albo ktoś ją zabrał. Pognaliśmy do ambasady, ochroniarz wyjaśnił nam, że niektóre bankomaty w Turcji, w przeciwieństwie do polskich, najpierw dają gotówkę, a potem dopiero kartę. SUPER – NIE MÓGŁ NAM NIKT TEGO POWIEDZIEĆ, GDY DO NIEGO SZLIŚMY! Zdenerwowani sytuacją i zachowaniem konsula, odruchowo wzięliśmy pieniądze i poszliśmy, a karta dopiero wtedy się wysunęła. Oczywiście konsul stwierdził, że niemożliwe jest wykonanie połączenia telefonicznego z ambasady do Polski by zablokować kartę. Musieliśmy więc zrobić to z naszej komórki.

Konsul zabrał pieniądze i zniknął na kolejne kilkanaście minut. Pojawił z paszportem i informacją, że opłata za paszport to nie 160 lir, a 106. To głupi ćwok. „Nie mógł Pan spojrzeć wcześniej, co ja teraz zrobię z 54 lirami. Odkupi je Pan ode mnie, bo ja zamierzam jutro wyjechać z tego kraju, a jeszcze dziś z Ankary?!” Nawet nie przeprosił. Dobra, pozostało dowiedzieć się, jak najszybciej dostać się na autostradę. Mieliśmy mapę i GPS w komórce, ale to nie wyjaśniało czy dostać się tam metrem, autobusem, w którą stronę najłatwiej, gdzie wysiąść itd.? Konsul bawiąc się kluczykami od samochodu (machając nimi na palcu), stwierdził, że nie ma pojęcia, bo nie zna rozkładu linii metra i najlepiej jak weźmiemy taksówkę…

Znowu najbardziej pomocny okazał się ochroniarz, który wspomniał coś o grupie pracowników ambasady, która miała gdzieś jechać. Poszedł zadzwonić, ale okazało się, że to nieaktualne. Wrócił jednak z notatkami, na jaką stację metra musimy się udać, jakie kupić bilety i gdzie wysiąść.

Dojechaliśmy na stację przesiadkową do innej linii metra. Nasze zagubienie zauważył mężczyzna, który płynnym angielskim zapytał, czy może nam pomóc. Po chwili podeszła kobieta, jak się okazało jego siostra, która właśnie przyleciała do domu z Holandii. Oznajmili, że jadą w tym samym kierunku, więc nas poprowadzą. Zdążyliśmy im odpowiedzieć naszą nieszczęsną przygodę. Chyba musiała brzmieć naprawdę źle, bo rodzeństwo po krótkiej naradzie zaproponowało nam nocleg w swoim mieszkaniu. Było już blisko zmierzchu, byliśmy wkurzeni, zmęczeni, głodni, spoceni i totalnie zagubieni bez dobrego planu. Nie mogliśmy odmówić. Spędziliśmy przemiły wieczór. Jak się okazało rodzeństwo pochodziło z … Amasya! I na rodzinny obiad z okazji Bajramu jechali tam następnego dnia, ehhhh. Mężczyzna zaproponował mi jeszcze, że może mi odstąpić jedną ze swoich maszynek, bym mógł zgolić 1,5 miesięczny zarost. Zajęło mi to ponad 40 minut, czułem się 2 kilogramy lżejszy. Już po fakcie uznałem, że nie było to najlepsze posunięcie. Przecież teraz w ogóle nie przypominam osoby ze zdjęcia w paszporcie, na którym i tak ledwo coś widać…

Islamski terrorysta i normalny ja

Bez problemów (poza żołądkowymi, o których wspomniałem w 1 części historii naszych wpadek – pożegnanie z Turcja à la Sütlaç) przekroczyliśmy granicę. Bez problemów również ze Snupim. Aczkolwiek nawet nie próbowaliśmy się przekonać czy one będą, bo Snupiego szmuglowaliśmy. Półtora miesiąca wcześniej, gdy do Turcji wjeżdżaliśmy, na 6 punktach kontrolnych nikt nawet nie zerknął do jego paszportu, jednak znając zasadę „jeśli coś może pójść źle, to pójdzie”, byliśmy pewni, że teraz ktoś się o niego upomni.­­­­­­­ Spakowaliśmy więc Snupka do transportera, Iza dołożyła tam jeszcze kilka swoich ubrań, by go zasłonić i udawaliśmy, że to nasza zwykła torba podróżna. Szliśmy w takim ustawieniu, by torba była schowana za Izą, za mną i nie rzucała się w oczy żadnego strażnika. Potwierdzanie tożsamości Snupka, szczepień, badań itd. zagwarantowałoby nam kolejne wydatki i, co gorsze, kolejne minimum 2 dni w Turcji, co zaprzepaściłoby szanse na punktualny powrót do Polski. Ten sam manewr powtórzyliśmy jeszcze na granicy bułgarsko-rumuńskiej i rumuńsko-węgierskiej, bo chociaż Bułgaria i Rumunia należą do Unii Europejskiej, to nie należą do układu z Schengen, więc woleliśmy nie utrudniać sobie życia i nie sprawdzać, co z tego wynika w praktyce.

Pół roku oszczędzania na ślub i życia w rozłące, by miesiąc miodowy spędzić w rozłące…

O tym, dlaczego zdecydowaliśmy się na ślub poza Polska, możecie przeczytać TUTAJ.

Gdy decyzja już zapadła, trzeba było zdobyć fundusze. Jak na złość, miesiąc po podjęciu decyzji, czasopismo, w którym pracowałem zbankrutowało. Nie mogłem sobie pozwolić na stratę 2-3 miesięcy na poszukiwaniu pracy. Szczerze, nawet nie miałem ochoty tego robić. Czytać te wszystkie, beznadziejne ogłoszenia o pracę. W których nie potrafią i nie chcą napisać – czym miałby się człowiek dokładnie zajmować, co otrzyma w zamian i te kosmiczne wymagania (które podsumować można jednym zdaniem: masz pracować za darmo, jak student na praktykach, ale doświadczenia zawodowego to masz mieć 20 lat). Ruszyłem więc do Holandii, by tam zdobyć szybko kasę.

Przez 5 miesięcy żyliśmy z Izą w rozłące. Do Polski wróciłem zaledwie tydzień przed naszym wylotem do Indonezji. Podczas tych 5 miesięcy układaliśmy plan – kiedy robimy ceremonię ślubu? Czy na samym początku, jak chciała Iza, czy później, jak chciałem ja. Iza mówiła, że nie godzi się na ślub później, bo nie chce na zdjęciach ślubnych być nierównomiernie opalona, nieogarnięta, zmęczona – jednym słowem, tak jak wyglądamy po tygodniu naszego podróżowania. Na dodatek ze złamaną ręką albo nogą, skoro w planach mamy takie atrakcje jak wchodzenie na wulkany i uprawianie canyoningu (sportu, który obejmuje skoki do wody z kilkunastu metrów bez zabezpieczeń). Dlatego ceremonię zaplanowaliśmy na drugi dzień pobytu w Indonezji. Kto mógł przypuszczać, że to właśnie sam ślub okaże się największym niebezpieczeństwem dla zdrowia?

Wszystko przebiegało (z grubsza) według planu. Ceremonia odbyła się na plaży o godzinie 15.00. Wróciliśmy do hotelu, zjedliśmy obiadokolację z grupą 14 znajomych, którzy zdecydowali z nami spędzić wspólne wakacje. Toasty, zabawy w basenie i bach! Podczas tańca ze swoją świadkową Iza źle postawiła nogę na parkiecie wykonanym z betonu i trzasnęła jej 5 kość śródstopia. Oczywiście wtedy nikt nie przypuszczał, że noga jest złamana. Raczej skręcona czy nadwyrężona. Tylko lekko spuchła i mało bolała. Iza uznała, że to przecież nasze wesele na drugim końcu świata. Nie możemy się teraz martwić.

Z powodu zawirowań związanych z dniem niepodległości Indonezji, który wypadał dnia następnego i odległości dobrze wyposażonego szpitala, minęły 3 dni nim potwierdziliśmy złamanie.

Iza wraca do hotelu ze swoim zdjęciem rentgenowskim. Przynajmniej humor się nie ZaŁAMAŁ.

Miesiące rozłąki, oszczędzania pieniędzy, by spędzić wspaniałe chwile w Indonezji, właśnie okazały się, może nie bezwartościowe, ale mocno bezsensowne. Wprawdzie Iza po kontuzji się nie poddała i niemal wszędzie jeździła na skuterze ze mną i grupą, to nie mogła brać udziału we wszystkich najciekawszych czynnościach. Zamiast snurkować (uwielbia pływać), wchodzić na wulkany, uprawiać canyoning, czy po prostu biegać po plaży, to musiała chodzić o kulach z ciężkim białym gipsem w 30 stopniowym upale. Gdy nie miała już sił, to z kolegami nosiliśmy ją na plecach, co nie wszędzie było możliwe z powodu religijnych obyczajów. Nawet w stolicy Bali – Denpasar – niedostępny był lekki gips.Kontuzja dotknęła też pośrednio mnie. Czułem się źle, że zostawiałem Izę podczas tych wszystkich atrakcji. Jednak oboje uznaliśmy, że bez sensu będzie, gdy cały wyjazd i ja spędzę na leżąco obok niej. Od razu odrzuciliśmy też pomysł powrotu do Polski. Przede wszystkim nigdy się nie poddajemy. Poza tym nie wiedzieliśmy, czy odszkodowanie pokryje koszty takiej ucieczki. A co najważniejsze byliśmy pewni, że wciąż możemy tutaj przeżyć wspaniałe i niezapomniane chwile pełne radości. Tak zresztą było. Poza tym może złamana noga uchroniła nas przed jakimś gorszym wypadkiem. Niemniej na zawsze pozostanie w nas pewien niedosyt i smutek z tamtych dni. Dodatkowo zwiększają  je wspomnienia o zachowaniu niektórych naszych znajomych. Którzy poprzez traktowanie mnie jako przewodnika, a jednocześnie braku zaufania do moich planów i swoje nieprzygotowanie, pozbawiali nas spokojnych wspólnych chwil.

Perypetie o tym, jak zdobywaliśmy gips dla Izy, jak z nim sobie radziła na skuterze, to ogromnie ciekawa historia, ale chyba warta osobnego wpisu.

Gruzja – kraj krów, pięknych krajobrazów i czaczy

W 2 części historii naszych przypałów wspomniałem o ogromnych ilościach czaczy, jaką raczyli nas Gruzini. To fakt, alkoholu pije się tam dużo. Trzeba jednak zaznaczyć, że Gruzini znają umiar. Gdy dostrzegają, że gość nie jest już w stanie, ewentualnie dalej chce, ale już nie powinien pić – bo zaraz się upodli, to potrafią błyskawicznie i grzecznie stwierdzić, że na dzisiaj starczy. Tak też się stało, kiedy w Gruzji byliśmy zaledwie przejazdem. Według planu na kilka godzin, by przedostać się z Turcji do Armenii, bo te dwa kraje nie utrzymują stosunków dyplomatycznych.

W tym miejscu w Turcji od Armenii dzieliło nas kilka kilometrów. Jednak z powodu konfliktów turecko-armeńskich musieliśmy przejechać ich setki.

O godzinie 16 byliśmy na granicy turecko-gruzińskiej, szybko złapaliśmy pierwszego stopa, ale potem ugrzęźliśmy. Złapaliśmy w końcu ciężarówkę, która na miejscowych drogach nie była najszybszym środkiem transportu. Było już ciemno, gdy wylądowaliśmy w miejscowości Achalkalaki. I nie będę się silił na eufemizmy – było to najgorsze zadupie, do jakiego mogliśmy w tamtej chwili trafić. Małe miasteczko, w który nie ma szans na hostel, jednocześnie nie ma gdzie rozbić namiotu. Przyczepił się do nas jakiś niezbyt świeży, zarówno higienicznie jak i trzeźwością, mężczyzna. Szedł za nami dobrych kilkadziesiąt metrów, co trochę nas zaniepokoiło, ale robił to raczej z ciekawości, a nie złych zamiarów. Stwierdziłem, że trzeba odnaleźć komisariat albo radiowóz, nie żeby zgłosić mężczyznę, ale zapytać się o bezpieczne miejsce do rozbicia namiotu. W głębi liczyłem jednak na życzliwość policji, której doświadczyliśmy na naszej poprzedniej wyprawie w Gruzji wielokrotnie. Byłem pewien, że stanie się tak, jak kiedyś i policjanci zaproponują nam nocleg na terenie komisariatu. Wypatrzyliśmy radiowóz… Policjanci nas totalnie olali, powiedzieli, że nie wiedzą i wrócili do zapisywania czegoś w swoich kajecikach… ruszyliśmy więc dalej przed siebie.

Po takiej drodze ciężarówka szybko nie pojedzie.

Po chwili policjanci podjechali do nas i oznajmili, że na końcu ulicy są ruiny jakiegoś starego zamku i tam możemy spróbować. Po czym odjechali w jego kierunku, nie proponując nam nawet podwózki. Po 15 minutach marszu, w tym pod mocną stromiznę, miejsce okazało się jednym wielkim śmietnikiem. Na dodatek, co chwile zajeżdżał tu jakiś samochód, by zawrócić na przegapione rozwidlenie głównej drogi. Byliśmy pewni, że zaraz zjedzie się tutaj okoliczna młodzież, by urządzić sobie jakieś ognisko. Nie chcieliśmy tutaj zostać. Nagle podjechał do nas mężczyzna i zapytał, czy potrzebujemy pomocy. Zaproponował nam nocleg w swoim domku letniskowym.

Hmmm, Gruzini zawsze byli dla nas mili, więc nie czuliśmy żadnego strachu przed nim. Dopiero w aucie przyjrzeliśmy się. Kierowca był wysoki, potężnie zbudowany, łysy i o mało przyjemnych rysach twarzy.  Zaczęliśmy się martwić, zwłaszcza, że zjechaliśmy w jakaś dziwną okolicę, pełną obskurnych bloków. Byliśmy pewni, że zaraz zostaniemy skrojeni ze wszystkich naszych rzeczy i oby tylko to… Mężczyzna stwierdził, że pojedziemy najpierw do jego żony, to powie jej, że wróci później, bo nas odwozi. To już w ogóle było dla nas niezwykle podejrzane. Przecież widzieliśmy, że ma telefon komórkowy, poza tym – jak to „później”?! Jedziemy już prawie 10 minut, to gdzie on chce nas wywieźć, skoro zamiast w te 10 minut nas odwieźć i wrócić do domu, bardziej opłaca mu się jechać ją poinformować. Nagle mężczyzna zatrzymał auto i powiedział, że idzie do sklepu. To nas uspokoiło. Gdyby chciał nam coś zrobić, to nie zostawiłby nam auta z kluczykami w stacyjce. Z drugiej strony… nie takie pułapki widywało się w filmach gangsterskich. Wrócił z sokiem i ruszyliśmy dalej. Chwilę później zatrzymaliśmy się pod jednym z obskurnych bloków. Mężczyzna zniknął i za chwilę wyszedł z budynku z butelką czaczy w ręce. No tak, już wszystko jasne, będziemy po prostu kompanami do picia – uspokoiliśmy się.

Spokojni byliśmy aż do momentu, gdy wjechaliśmy do lasu. Mężczyzna ciągle nic nie mówił, nie było tam żadnych śladów cywilizacji – oho, chyba jednak nas zabije – niby wesoło, ale jednak niepewnie żartowaliśmy. Przy szosie zaczęły pojawiać się małe ogrodzone tereny, przypominające polskie ogródki działkowe. Dla bezpieczeństwa zadecydowaliśmy, że jedno z nas pić nie będzie. Oczywiście mogła to być tylko Iza. Bo tylko fałszywa wymówka, że jest w ciąży, była dość dobra, by nie obrazić gościnności mężczyzny. To także jedyny argument, jaki dociera do Gruzinów. I tak często o nim zapominają i zamiast proponować kielonka co 5 minut, robią to tylko co 15. Cały ciężar picia spadł na mnie. Nie był to najlepszy moment. Właśnie spędziłem miesiąc w Turcji. Kraju, gdzie nie pija się właściwie alkoholu poza gównianym piwem. Więc i ja byłem abstynentem przez cały ten czas. Tymczasem wiadomo – bez treningu możliwości spadają, zwłaszcza przy przemęczonym fizycznie organizmie, a mój zdecydowanie taki był. Po 15 minutach już wiedzieliśmy, że ze strony mężczyzny nie grozi nam żadne niebezpieczeństwo. Wraz z wyjęciem przez nas rozmówek rosyjskich i 3 szybkimi kolejkami, stał on się znacznie bardziej rozmowny i przyjazny. Po godzinie, może dwóch przyszedł moment, w którym Gruzin dostrzegł już, że więcej nie jestem w stanie w siebie wlać i stwierdził, że koniec picia. Zrobił to bardzo uprzejmie, żeby nie było mi wstyd. Wziął niejako winę na siebie, tłumacząc, że jutro praca, no i do żony musi wracać. Przeprosił nas, że nie możemy spać w domku, a w namiocie na zewnątrz, ale musi zamknąć domek, a jutro nie będzie miał kiedy tego zrobić. Nie przeszkadzało nam to, wręcz przeciwnie, w środku nie było zbyt czysto. Mężczyzna zapakował się do auta, a ja poległem w namiocie tak szybko, że nic więcej nie pamiętam.

Rano…. taaaa, jakie rano. Obudziłem się o 12. Podczas całej naszej wyprawy, nie zdarzyło się bym wstał później niż o 7.00, a już na pewno nie po Izie. Ona codziennie błagała mnie, bym dał jej poleżeć. Czasem godziłem się na 30 minut i po zrobieniu wszystkiego, co się dało, umierałem z nudów. Tym razem Iza już dawno wstała i czytała sobie książkę. Czułem się jak sardynka w puszce pozostawiona w rozgrzanym samochodzie. Słońce tak nagrzało namiot, że nie mogłem w nim wytrzymać ani sekundy dłużej. Jednocześnie głowa eksplodowała, gdy tylko próbowałem utrzymać pion. Cały nasz namiot okrążyło stado krów, ich zapach w tym upale i chmara much, które za sobą przywlekły, potęgowały chęć wymiotowania. Ale nie mogłem sobie na to pozwolić, bo nie mieliśmy ze sobą żadnej wody… Iza była wybitnie uradowana, że ją picie ominęło. Szybko się zasmuciła, gdy okazało się, że w domku zostały nasze rozmówki polsko-rosyjskie. Właśnie jechaliśmy do Armenii, by spędzić tam ponad tydzień. Wszyscy znają tam język rosyjski, a my wcale… Ruszyliśmy w kierunku głównej drogi.

Jedyne zdjęcie, jakie Iza wykonała – i zapewne wykona – mi w życiu śpiącego rano.

Czekaliśmy ponad 40 minut na jakiegoś życzliwego kierowcę. Z każdą z tych minut moja miłość do tego kraju spadała błyskawicznie. Nie mogliśmy pojąć, czemu nikt nie chce się zatrzymać, przecież Gruzini są tacy uprzejmi wobec turystów. Dopiero potem dowiedzieliśmy się, że jeszcze kilka lat temu bardzo powszechne były napady i rabunki na metodę autostopowicza. Chociaż widać po nas ewidentnie, że jesteśmy obcokrajowcami, a nie miejscowymi rabusiami, uprzedzenia wygrywały.

Naszym zbawcą okazał się stary Ormianin. Jechał do Ninotsmindy, skąd do granicy już tylko rzut beretem. Tam zmarnowany usiadłem na krawężniku jezdni i zarządziłem odpoczynek, bo mój stan przechodził w kolejną fazę kaca. Jakaś kobieta z pobliskiego stoiskami z różnymi duperelami podeszła do mnie z filiżanką kawy. Oznajmiła, że to mocna kawa, przygotowana według tradycyjnej armeńskiej receptury i że powinna mi pomóc. Nie wiem, jak źle musiałem wyglądać, skoro z taką łatwością to zauważyła. Kobieta nie chciała za kawę żadnej rekompensaty. Chyba, że za taką uznać ubaw, jaki miała ze mnie ze swoja koleżanką z drugiego stoiska. Chociaż kawa była malutka, to błyskawicznie mi pomogła… A jak potoczył się ten dzień dalej, przeczytać możecie TUTAJ.

Niech zdjęcie jeziora Tsalka w Gruzji zobrazuje stan mojego nastroju tego dnia.

Fatalny początek

Snupi w mieście jest często nie do zniesienia: nie lubi stać za długo w miejscu, a do tego uwielbia ludzi. To połączenie sprawia, że we wszystkich środkach komunikacji miejskiej i restauracjach często wierci się, kręci, jęczy, żeby tylko ktoś zwrócił na niego uwagę. Odkąd codziennie jeździ z Izą do pracy metrem, to trochę się ogarnął, ale i tak przy każdym przejeździe wynajduje w swoim sąsiedztwie jakąś osobę. Patrzy się na nią, macha ogonem i od czasu do czas pojękuję, by zdobyć głaskanie i zainteresowanie. I wiecie co? Nie ma takiego przejazdu, żeby mu się nie udało. Wtedy się uspokaja i patrzy się na nas dumnym spojrzeniem ”eeee łyso wam, wy nie chcieliście mnie drapać, to sobie poradziłem, zazdrośni?”. Chcieliśmy go tego oduczyć, ale nie da się, bo chociaż my staramy się go ignorować, to zawsze znajdzie się jakaś osoba, która ulegnie jego zaczepkom.

Również podczas jazdy samochodem w mieście Snupi jest wybitnie podekscytowany. Uspokaja się dopiero po jakiś 30 minutach jazdy. Dlatego bardzo baliśmy się zachowania Snupiego, gdy ruszaliśmy w naszą pierwsza autostopowa wyprawę. Przecież mieliśmy dostać się aż do Armenii.  Wiedzieliśmy, że na prostych odcinkach autostrad i szybkich trasach będzie lepiej, ale z drugiej strony nie wiedzieliśmy jak Snupi zareaguje na nieustanne i częste zmiany pojazdów, z ciągle nowymi osobami do zaprzyjaźnienia się.

Pierwszy dzień i pierwsze chwile podróży nie wróżyły nic dobrego. Pierwszy samochód jechał z Warszawy do Radomia. Snupi zachowywał się okropnie, siedział na moich kolanach, a mimo to nieustannie jęczał i wiercił się, przez co jego futro fruwało po całym samochodzie. Mieliśmy go porządnie wyczesać dzień wcześniej, ale nie zdążyliśmy. Wsadziłem go w miejsce na nogi pasażera, by ograniczyć zasięg futra. Gdy wysiadaliśmy z auta, odkryłem, że cała przestrzeń na nogi jest wyściełana czarną chropowatą tkaniną, która niczym klej przyczepiała do siebie białe futro. Było go tak dużo, że można by z niego zrobić małą poduszkę. Na szczęście chłopak był bardzo miły. To był także jego pierwszy raz, kiedy zabierał autostopowiczów i był zachwycony doświadczeniem. Chciałem mu dać pieniądze na umycie auta, ale powiedział, ze sobie z tym poradzi. Mam nadzieję, że nie była to kurtuazja.

Wtedy właśnie odkryliśmy, że transporter, który zabraliśmy tylko na wypadek chowania Snupiego podczas wizyty w zabytkach i restauracji, świetnie sprawdzi się przy przejazdach. Jednak nie rozwiązywało to podekscytowania Snupka, które przecież i dla niego było męczące. Ale to był dopiero początek, nie mogliśmy poddać się już teraz, bez upewnienia się czy naprawdę będzie tak źle.

W Radomiu Snupi znowu się nie popisał. Ciągle jęczał, bo nie pozwalaliśmy mu odejść dalej, ulica była bardzo ruchliwa, a padał mocny deszcz. Byliśmy więc przekonani, że zaraz ktoś się nad nami zlituje. I tak w deszczu spędziliśmy godzinę. W końcu zrezygnowani pozwoliliśmy Snupiemu pobiegać swobodnie. Po 5 minutach obwąchiwania i obsikiwania okolicy, wziął się za jedzenie trawy. To oznaczało tylko jedno – rzyganie. Ale co tam, od godziny stoimy z podniesionym kciukiem i nikt się nie zatrzymał, to możemy sobie odpuścić te 3 minuty – od konsumpcji do rzygania. Snupi skończył jeść, przybrał pozę pokrzywdzonej foki i zaczęło mu się odbijać. I co? W tym momencie zatrzymał się czysty, zadbany samochód, mimo, że nie mieliśmy wystawionego kciuka. Gdy kierowca wychylił się przez szybę, zobaczył Snupiego puszczającego pierwszego (zawsze są minimum 2 albo 3) hafta. Załamani oznajmiliśmy „Rozumiemy, jeśli nie będzie chciał Pan nas zabrać, ale z nim wszystko jest OK, nie jest mu niedobrze, on tylko zjadł trawę”. Mężczyzna odpowiedział, że rozumie, bo ma psa, więc żebyśmy wsiadali i nie ma problemu. Wtedy nam znowu zrobiło się cholernie głupio, bo musieliśmy przekazać „Jeśli chce Pan nas zabrać, to musimy jeszcze chwilę poczekać, bo to był dopiero 1 haft, zawsze są co najmniej 2”. Po drugim widać było już po Snupku, że kolejnego nie będzie i możemy bezpiecznie wsiadać. Kierowca był naprawdę bardzo miłym człowiekiem i dobrze znał zachowania psów oraz relacje właściciel-pies. Nawet nie zapytał, czy na pewno nie będzie trzeciego. Z kolei na pytanie „Czy mamy go wsadzić do transportera, by nie gubił w aucie futra?”, odpowiedział negująco i zapewnił, że wieczorem będzie sprzątał auto. W tym aucie Snupi był już grzeczny jak aniołek i takim pozostał do ostatniego dnia naszej wyprawy. Na każdej naszej wyprawie jest tak samo, pierwszego dnia jest nieznośny, a od drugiego już zachowuje się normalnie, jak w domu.

Od drugiego dnia Snupi tak zachowuje się w samochodach.
Łapanie stopa to już dla nas łatwizna.

Dlatego pamiętajcie, nigdy nie poddawajcie się na samym początku i nie załamujcie się. Niepowodzenia nie dotykają tylko tych, którzy nic nie robią. A pokonane trudne chwile stają się najlepszymi wspomnieniami.

Wpadki z naszej następnej wyprawy do Ameryki Południowej będziecie już mogli odkrywać niemal na bieżąco z nami, bo uruchomimy vloga na Youtube – nasz kanał.

Snupi zastanawia się, czy jak uruchomimy vloga, to skończy się wielogodzinne pisanie postów na bloga… a co za tym idzie – okazja do podżerania.

OBIERACZKA/ SKROBACZKA DO ZIEMNIAKÓW – rzeczy przydatne w podróży

To urządzenie jest idealne w warunkach podróży, gdyż bez użycia wody (z której dostępnością często jest problem) i mydła pozbędziemy się bakterii, jaj pasożytów oraz wszelkich pozostałych zanieczyszczeń z owoców i warzyw.

Zacznijmy od tego, że umycie, a raczej opłukanie, samą wodą – jak robi większość osób – warzyw i owoców nie tylko w żadnym stopniu nie przyczynia się do poprawy higieniczności jedzenia, ale wręcz ją pogarsza. Sama woda, bez mydła, tylko pomaga rozmnożyć się bakterią, dowód? Po pierwsze sama nauka, a bardziej namacalny? Weźcie dwa takie same owoce/warzywa, jedno opłukajcie, a drugi nie, i porównajcie ich stan po 3 dniach (często wystarczy jeden dzień czy kilka godzin). Druga sprawa: woda, której używamy do mycia, sama w sobie może mieć bakterie, niekoniecznie muszą to być bakterie groźne dla zdrowia, wystarczy, że są to inne bakterie, niż te, do których przyzwyczajony jest nasz żołądek. Przykładowo: my z Iza mieliśmy problemy po każdej wodzie w Maroko, nawet tej niby czystej w górach (oczywiście mowa o każdej innej, niż butelkowana). Sama woda nie zmywa także pestycydówŻeby więc mycie miało jakikolwiek sens, trzeba użyć mydła lub sody oczyszczonej.

No i tutaj się pojawią inne problemy. Jak już obiekt naszej konsumpcji będzie namydlony, to trzeba go porządnie spłukać. Inaczej, zamiast szkodliwych bakterii i pestycydów, nażremy się innej szkodliwej “chemii”, a to chyba nawet gorsze. Na dodatek zepsujemy sobie smak. Tymczasem w warunkach podróży, takie spłukanie to często coś niemożliwego. Gdy śpimy w namiocie, gdzieś przy drodze czy obrzeżach miast, to nie mamy przy sobie dużego zapasu wody, bo jest ona, najzwyczajniej, jedną z najcięższych rzeczy w plecaku. Łatwiej jest, gdy śpimy w dzikiej naturze, ale wtedy mydliny zanieczyszczają środowisko (chyba że mamy mydło naturalne). Tutaj ważne wtrącenie – pamiętajcie by zęby, naczynia czy siebie samego myć z użyciem mydła co najmniej 20 metrów od rzeki, by mydliny nie trafiały bezpośrednio do wody, tylko by ziemia miała szansę je zaabsorbować, chociaż trochę przefiltrować i zmniejszyć szkodliwość na organizmy żywe.

Obieraczka to też wyśmienity sposób do pokrojenia wielu owoców i warzyw. Przecież w podróży nie mamy zastawy z 10 talerzy, wszystkich rodzajów miseczek, noży i deski, często nawet nie mamy dogodnego kawałka miejsca do “kuchennych” działań. Tymczasem obieraczką możemy łatwo pokroić np. buraka, marchewkę na plasterki, nie brudząc sobie przy tym za bardzo rąk ich sokami. To samo dotyczy wycięcia zepsutych kawałków, np. z owoca mango, które jest pełne potwornie lepkiego soku, albo twardych pozostałości skórki w zagłębieniach ananasa. Obieraczka świetnie się też sprawdzi przy spożywaniu papai, bo zazwyczaj owoc straszliwie się rozpada i robi się z niego paćka przy większej sile dotykania go ręką, więc obieranie nożem kończy się dżemem. Są też takie owoce, jak np. tucuma, której obieranie nożem kończy się utratą dużej ilości części jadalnej.

Ogromnie polecamy więc zaopatrzenie się w obieraczkę, bo jeśli wybierzemy odpowiedni egzemplarz, to waży one tyle, co nic. Ogromnie się też przyda przy gotowaniu w trudnych warunkach, gdy mamy mało czasu, bo przyspiesza przygotowanie warzyw do dania lub gdy jest zimno, bo nie musimy ściągać rękawiczek (przynajmniej nie od razu). Ogranicza dotykanie owoców i warzyw naszymi rękami, na których też może być dużo brudu.

Ktoś powie, że owoce można czyścić alkoholem. Waga alkoholu + waga pojemnika,  w którym go trzymamy, znacząco przewyższa wagę obieraczki. Zakup obieraczki to wydatek jednorazowy, w naszym przypadku obieraczka działa już 10 lat. Alkohol trzeba uzupełniać.  Są też kraje, jak Turcja, Maroko,Indonezja, gdzie nie kupi się łatwo wysokoprocentowego alkoholu, nawet nie wiem jak z dostępnością spirytusu w aptece. Przykładowo, nawet w Brazylii, w aptekach w wielu małych miejscowościach jest tylko coś w rodzaju wody utlenionej. No i alkohol rozwiązuje tylko problem z bakteriami, a też nie musi to być w 100%, bo sekundowe przetarcie alkoholem nie daje pełnej gwarancji ich zabicia. Alkohol nie zmywa chemii z oprysków. Pozostaje problem co z pozbyciem się niesmacznej skórki i innymi, wymienionymi przeze mnie, trudnościami. Ponadto zapach alkoholu nie znika zbyt szybko i możemy sobie zepsuć wrażenia z konsumpcji.

Petmark – czyli wyróżniająca się wśród konkurencji adresówka dla psa

Petmark – czyli wyróżniająca się wśród konkurencji adresówka dla psa

Helooooł? Zostałem tu sam? 🙁

Czasy dawnych adresówek, na których napisane było imię psa i adres jego domu, dawno minęły. Teraz wszystko działa przez internet i aplikacje. Gdy wczepiamy psu czip, musimy potem zarejestrować jego numer w bazie danych. Bez tego, chip jest prawie bezużyteczny (co opisuję dokładnie na początku artykułu, który znajdziecie TUTAJ). Takich baz danych jest w Polsce, i na świecie, jak grzybów po deszczu. Nie wiem skąd taka popularność ich tworzenia, ale mniejsza z tym. Jedną z nich jest Petmark, który nam bardzo przypadł do gustu, bo wyróżnia się na tle konkurencji kilkoma cechami, o których poniżej.

1. Najlepsze w Petmark jest to, że samodzielnie możemy edytować dane, które pierwotnie zgłosiliśmy do bazy danych. Czy to takie ważne? Ogromnie – przy każdej przeprowadzce, zmianie numer telefonu itd. Sami również możemy edytować datę ostatniego szczepienia, podania preparatów odrobaczających czy wpisać inne – istotne – informacje np. że pies ma chorą tarczycę albo inne poważne schorzenie, które wymaga nieustannego leczenia (my z kolei dopisaliśmy, że to członek ekipy www.podrozezpazurem.pl 😀 ) Czemu to takie wspaniałe? A no dlatego, że pozostałe bazy danych takie zmiany przeprowadzają tylko poprzez swoich administratorów, więc trzeba się z nimi kontaktować – co jest przecież jakimś utrudnieniem. Co jednak gorsze – za te zmiany żądają pieniędzy! Spójrzcie na nasz przykład – co miesiąc jesteśmy w innym kraju i w każdym z nich będziemy kupować lokalną kartę sim. W Petmark wystarczy nam kilka minut dostępu do internetu i możemy sami to wszystko zaktualizować, zamiast użerać się z administratorem bazy danych.

1b. Dodatkowo, przy założeniu profilu podać możemy nie tylko swoje dane, ale również dane do naszego weterynarza. W razie jego zmiany, również możemy edytować te dane. Ilość informacji, jakie wpisać możemy w bazie danych Petmark jest naprawdę obszerna.

napis w języku hiszpańskim

2. Petmark dopuszcza nadrukowanie na zawieszce krótkiego, stworzonego przez nas samych, dowolnego tekstu. Choć jest to opcja za którą trzeba dopłacić i trzeba ją ustalić indywidualnie z administratorem (ograniczeniem jest długość tekstu), to uważam ją za wspaniałą. Dlaczego? Otóż do tej pory nie udało mi się znaleźć polskiej bazy danych, która oferowałaby zawieszkę z instrukcją jej obsługi w języku innym niż polski, nawet nie ma opcji po angielsku. Tymczasem w Ameryce Południowej, do której jedziemy na ponad rok, zaledwie kilka procent ludności zna jakikolwiek język obcy. Za to wszędzie, poza Brazylią, używa się języka hiszpańskiego. Ta opcja jest niezwykle przydatna dla każdej osoby, która jedzie ze swoim psem w rejony, gdzie znajomość języków obcych jest znikoma. Pozostałe możliwości wykorzystania tej opcji, to tylko kwestia wyobraźni.

My nadrukowaliśmy jeszcze adres naszego bloga, by jeszcze bardziej uprościć komuś drogę do skomunikowania się z nami.

3. No właśnie, jak inaczej wybawca naszego psa może się z nami skomunikować? Petmark zadbał o to wyśmienicie. Po pierwsze, na zawieszce wydrukowany jest kod QR, który wystarczy zeskanować dowolną aplikacją do czytania tych kodów w telefonie, by wyświetliła się bezpośrednio podstrona z profilem naszego pupila w bazie danych Petmark. Jest też opcja dla osób bez aplikacji, bo pod kodem podany jest adres html (strony www) – oczywiście, również bezpośrednio doprofilu naszego psa.4. Kolejną, wyróżniającą na tle konkurencji, funkcjonalnością zawieszki Petmark jest fakt, że w razie zeskanowania przez kogoś kodu lub wpisania adresu www, dostajemy na swój e-mail informację, gdzie to nastąpiło. Więc nie musimy bezczynnie czekać, aż ktoś się z nami skontaktuje (lub co gorsze w ogóle tej próby nie podejmie) i możemy ruszyć w to miejsce. Aczkolwiek warunkiem, by tak się stało, jest wyrażenie zgody przez osobę skanującą na przeprowadzenie lokalizacji (takiej samej, o jaką często pytają różne strony internetowe). Przypuszczam jednak, że nawet jeśli ta osoba nie wyrazi zgody, a następnie nie podejmie próby kontaktu z nami, to jeśli sprawdzi dane psa, to poprzez współpracę policji i Petmark uda nam się zlokalizować tę osobę.

So when you’re near me, darling can’t you hear my S. O. S. – jak to śpiewała ABBA, a tu genialny cover tej piosenki

5. W razie najgorszej sytuacji, czyli zagubienia psa, Petmark pomaga nam go znaleźć także na inne sposoby. Gdy klikniemy odpowiedni przycisk w naszym panelu na stronie internetowym, zostanie wygenerowany komunikat do wszystkich zarejestrowanych członków bazy oraz naszego weterynarza. Wygenerowany zostanie także automatycznie plakat ze wszystkimi informacjami – to drobiazg, ale zaoszczędzi nam wiele czasu i pracy, który będziemy mogli przeznaczyć na szukanie psa w terenie. Informacja o zaginięciu pojawia się też na profilu facebook Petmark, choć to akurat uważam za najmniej przydatne, aczkolwiek możemy ten post łatwo udostępnić na swojej tablicy.

POSZUKIWANY – ŻYWY LUB MARTWY… no dobra, my zdecydowanie wolimy wersję żywy 😉
Brelok nie jest ani za duży (nie przeszkadza psu), ani za mały – widać go z dystansu, co pomoże zainteresować się naszym psem jego wybawcy.

6. Podoba mi się jeszcze strona Petmark, może wygląda dość surowo i momentami przestarzale, to jednak jest bardzo przejrzysta i czytelna, zwłaszcza podstrona z profilem psa – a to najważniejsze. Również samym środku strony od razu “rzuca się w oczy” pole do wyszukania numeru zawieszki.

Co na minus?

1. Kółko do zaczepiania breloka jest wyjątkowo malutkie i nie uda się go zaczepić do każdego wybranego przez nas elementu obroży/szelek, chyba, że wymienimy je na większe.

2. Petmark miał pewne problemy przy wyszukiwaniu psa przez stronę internetową – strona nie zawsze pytała się o udostępnienie lokalizacji. Petmarak już się z tym jednak uporał i teraz wszystko działa.

3. Brak opisów w językach obcych na stronie Petmark, co może utrudnić obcokrajowcom zrozumienie zapisanych danych. Aczkolwiek problem może rozwiązać automatyczny tłumacz stron, jeśli ktoś włączy tę opcję. Możemy też sami pomóc obcokrajowcom – jak wspomniałem, ilość danych, które możemy wpisać w rubrykach przy rejestracji jest ogromna, również ogromny jest limit znaków, które zapisać możemy w poszczególnych rubrykach – dlatego samodzielnie dopisać możemy tłumaczenie rubryki. Niech zdjęcie dokładnie wytłumaczy, o co chodzi:

to co uważamy, że należy przetłumaczyć, możemy po prostu sami dopisać, tak jak ja (name of dog) i (mutt, mongrel). To też dobre, bo możemy to edytować pod każdy kraj, do którego jedziemy.