SZURU-BURU BURY BURKU – czyli recenzja szamponu dla psa Selecta Herba Supreme

SZURU-BURU BURY BURKU – czyli recenzja szamponu dla psa Selecta Herba Supreme

Średnio co trzecia osoba, która głaszcze Snupka, stwierdza „ale on ma ładną sierść i jaki on czysty!”. Przyznajemy, kąpiemy Snupiego dość często. (Sam jest sobie winien, wprawdzie wytarzał się w czymś śmierdzącym zaledwie kilka razy w swoim życiu, ale za to często wykorzystuje chwilę naszej nieuwagi i zdobywa głaski od jakiś bezdomnych albo pijaczków… Albo zabieramy go na ognisko, gdzie 30 osób tarmosi go rękami po kiełbaskach, itd. itp. Generalnie mam trochę świra na punkcie bakterii, co jest dość problematyczne przy naszych podróżach 😀 ). Ale wracając do meriutum, średnio wychodzi 1,5 raza w miesiącu. A od listopada do kwietnia bywają okresy, kiedy Snupi ląduje pod prysznicem codziennie. Przynajmniej na opłukanie łap i brzucha z błota oraz ulicznego syfu. Co dziwne, kiedy Snupi biega, to brudzi się mniej, niż kiedy sobie po prostu drepcze – no cóż, najwyraźniej Snupi został wręcz stworzony do naszego aktywnego trybu życia.

Zazwyczaj nie miało dla nas większego znaczenia, jakiego szamponu używamy. Bo zdrową sierść Snupi zawdzięcza przede wszystkim karmie dobrej jakości. Oczywiście szamponów nie kupowaliśmy marketowych za 5 zł, ale każdy następny był inny. Taki, jaki akurat trafił się w promocji przy okazji zakupów w internetowym sklepie zoologicznym.

Teraz w nasze mokre ręce, a właściwie Izy, bo to ona myje Snupiego, gdyż ja dostaję uczulenia od mokrej sierści psa, trafiły 2 szampony Herba Supreme firmy Selecta HTC: jeden uniwersalny a drugi odżywczo-regenerujący. Tutaj znajdziecie całą ofertę z tej serii szamponów http://selectahtc.com.pl/produkty-kategorie/szampony-hipoalergiczne-ziolowe/

Jak się sprawuje produkt podczas kąpieli? Zamiast próbować to opisać, najlepiej pokażę film z mycia, bo będzie na nim wszystko dokładnie widać. Dla tych, którzy myślą „czy ten koleś właśnie każe mi oglądać, jak kąpie psa”, zachętą może być niespotykany na naszych zdjęciach i filmach wizerunek Snupiego bez odstającego w każda stronę futra. Mokry wygląda jak najprawdziwsza foka. Może ta nasza przeprawa przez Atlantyk jeszcze obudzi w nim pradawne morskie instynkty 😀

 

 

Jak zauważyliście, szampon pieni się bardzo dobrze. Według nas to zaleta, bo mycie psa bez poślizgu piany staje się mozolnym wysiłkiem. Zazwyczaj do mycia ogona Snupiego używaliśmy ludzkiego szamponu – zaraz jakaś ześwirowana pańcia zadzwoni ze skargą na nas do Greenpeace, że„przecież pies ma inne PH SKÓRY niż człowiek, że tam jest mnóstw CHEMII”. Cóż… na ogonie Snupka jest tyle niewyczesanego futra (bo bardzo niechętnie udostępnia go do czesania), dodatkowo Snupi cieszy się przez 99,9% swojego życia, więc ogon poleruje każdą napotkaną powierzchnię. Żaden inny szampon dotychczas nie radził sobie z takim wyzwaniem, przynajmniej nie na naszą cierpliwość. Wolimy szybkie mycie odrobiną ludzkiego szamponu, niż 5 razy myć ogon ogromną ilością psiego. Tymczasem Herba Supreme daje radę. Może nie za 1 razem, ale wystarczą 2 tury mydlenia.

Szampon jest naprawdę bardzo wydajny. Na zdjęciu poniżej widać ile ubyło po 1-razowym użyciu każdej butelki na 9 kg psa z ogromną ilością futra. Identyczna ilość, a więc obydwa  rodzaje szamponów są równie wydajne. Koleżanka, która testowała ten szampon pisała, że zużyła prawie cały szampon na 2 średniej wielkości psy i szampon pienił się bardzo słabo (akurat dla niej to zaleta, bo piana może się dostać do oczu psa…). Moja odpowiedź na to jest taka: pomyśl o środowisku naturalnym i nie wywalaj do niego litrów szamponu oraz pamiętaj, że na skórze psa zostają resztki szamponu (im więcej go użyjesz, tym więcej go zostanie, a to nie jest zdrowe dla skóry). Dlatego szamponu nie powinno nakładać się bezpośrednio na skórę psa. Tylko na swoją rękę, dodać odrobinę wody i wtedy zacząć szorować psa. Przy takim rozwiązaniu szampon dużo lepiej się pieni i zużywamy go mniej, niż lejąc go bez umiaru na całą długość grzbietu psa. Butelka Herba Supreme zawiera 250 ml, co jest standardową ilością dla psich szamponów.

Jakie są pozostałe zalety szamponów?

– przezroczysta butelka, dzięki temu wiemy dokładnie ile szamponu zostało

– butelka ma jednakowy na całej swojej długości kształt, dzięki temu jesteśmy w stanie ocenić ile zużywamy na jedno mycie, co, w połączeniu z punktem poprzednim, pozwala z wyprzedzeniem zaplanować zakup nowego szamponu

– butelka jest wąska, więc bardzo wygodnie i pewnie (gdy wszystko jest mokre) się ją trzyma – nawet Iza ze swoimi szczurzymi łapkami daje rade. Wygodnie też szampon można spakować na jakiś wyjazd. No i butelki są bardzo estetyczne, utrzymane w eleganckiej koncepcji. A nie, jak większość szamponów w szaro-burej tubce, albo białym plastiku niczym lekarstwa i chemia ze szpitala 😀

– świetne zamykanie: jednym ruchem kciuka otwieramy i zamykamy – nie ma więc zmartwień o rozlaniu szamponu lub nalanie niechcący wody do środka, gdy odstawiamy go na chwilę przed kolejnym namydlaniem. Szampon możemy postawić w dowolnym, wygodnym dla nas miejscu, podnosić i otwierać jedną ręką, a drugą mamy wolną do trzymania słuchawki prysznica, albo psa – jeśli trafi się taki, który lubi uciekać z kąpieli (my tego problemu nie mamy, Snupi grzecznie czeka na koniec, niczym na ścięcie, ale po kąpieli strzela focha na naszą dwójką – bo ja go zawsze wycieram)

Najważniejszą zaletą szamponu jest jego prawie zdrowy skład. Jak chwali producent: bez parabenów (konserwantów) bez barwników i bez substancji zapachowych. Poświęciłem z 40 minut na rozszyfrowywaniu tych wszystkich składników o dziwacznych nazwach i żaden, który znajduje się w tych szamponach, nie jest uznawany za agresywny. Czemu piszę więc „prawie zdrowy skład”? Bo o każdym z tych składników znalazłem 10 stron mówiących, że dany składnik jest bezpieczny i pochodzenia naturalnego, ale równocześnie znajdywałem ze 2, na których było napisane, że jest szkodliwy. No cóż, ja nie zamierzam wpadać w obłęd i panikę. W takich czasach żyjemy – kiedyś umieraliśmy na zapalenie wyrostka robaczkowego i grypę, teraz będziemy umierać na raka. Nie jestem ekspertem w tej dziedzinie i nie stanę się chemikiem i dermatologiem po lekturze kilku artykułów w internecie. Dla mnie najważniejsze, że składniki w tym szamponie nie należą do tych uznawanych za ewidentnie szkodliwe i agresywne. A o tym, czy tak na 100% jest, nigdy się nie dowiemy, bo z jednej strony mamy rozhisteryzowanych hipsterów, którzy wszystko mają za szkodliwe, oprócz swojej ignorancji. A z drugiej lobby branży kosmetycznej, które wyda ogromne sumy, by „udowodnić”, że dany składnik jest bezpieczny.

Jako ciekawostkę powiem Wam jeszcze, że w Polsce nie da się już kupić prawdziwego szarego mydła! Przynajmniej, jeśli chodzi o produkty ogólnodostępne w sklepach w całej Polsce. Szare mydło powinno być pochodzenia potasowego, a nie sodowego. I kolejna ważna rzecz, większość mydeł, które reklamuje się jako zdrowe i naturalne, ma w swoich składach najgorszy syf, łącznie z ropopochodnymi składnikami. Ale nie wchodzę dalej w ten temat, bo to nie miejsce i czas. Powiem tylko tyle, że mój kolega sam robi mydła wyłącznie z wykorzystaniem naturalnych oraz podstawowych składników. Odkąd używam mydeł od niego, to moja skóra jest o wiele ładniejsza i zdrowsza.

Co do zapachów, to szampon faktycznie nie ma żadnych sztucznych środków zapachowych. Odrobina zapachu pochodzi z zawartych ziołowych ekstraktów. Jednak, o ile szampon w butelce jeszcze jakoś pachnie, to pies po kąpieli tego zapachu nie zatrzymuje na sobie ani trochę. Dla jednych będzie to zaleta, dla innych wada – analogicznie, jak używanie płynu zmiękczającego do prania ubrań. Brak zapachu obiektywnie świadczy o jednym. Mianowicie, szampon musi się bardzo dobrze spłukiwać, skoro zostaje tak mało jego cząsteczek, by zachować zapach.

Dla nas cały ten bezpieczny skład szamponu to ogromna zaleta. Bo szukaliśmy produktu, który będzie jak najbardziej bezpieczny dla środowiska. Nie do użytku tutaj w Europie, bo tutaj mamy oczyszczalnie ścieków. Ale na naszą podróż z psem do Ameryki Południowej. Nieraz będziemy musieli umyć Snupiego na łonie natury, (oczywiście nie bezpośrednio w źródle wody, trzeba to robić na lądzie kilkanaście metrów od wody), a chcemy wyrządzić przy tym jak najmniej szkód środowisku.

Pozostałe uwagi do szamponów:

szampon uniwersalny od odżywczo-regenerującego różni się  w składzie jedynie ekstraktem użytych ziół (no chyba, że jeszcze proporcjami pozostałych, co nie jest wyszczególnione)     

-mimo to, po szamponie odżywczym sierść Snupiego faktycznie sprawia wrażenie trochę ładniejszej. Jednak efekt obydwu szamponów zrobił na nas ogromnie pozytywne wrażenie. Po wcześniejszych naszych szamponach Snupi był po prostu umyty oraz trochę bardziej puszysty i miękki. Po Herba Supreme sierść się jakby sama uczesała, włosy się jakby przygładziły i same się układają, a nie sterczą w każdą stronę, a efekt miękkości utrzymuje się dłużej niż po innych szamponach.

Szampony dostępne są w sklepie internetowym matrex.com.pl oraz ruszającym już wkrótce sklepie houseofpets.pl Na jesieni producent uruchamia również własny sklep. Cena butelki to ok. 35 zł.

My chyba na dłużej pozostaniemy wierni tym szamponom.

“Chyba Ty ! Wsadź se te szampony w ***, ja nie chcę się kąpać” 😀
Recenzja poduszki z podobizną własnego psa, okraszona odrobiną życiorysu Snupiego, czyli jak Snupi został uratowany przed wypchaniem

Recenzja poduszki z podobizną własnego psa, okraszona odrobiną życiorysu Snupiego, czyli jak Snupi został uratowany przed wypchaniem

Co ten koleś robi w moim łóżku?

Wygłupiam się z tym wypchaniem. To znaczy Iza, bo to ona kiedyś wspomniała o tym pomyśle. Żart, czy nie, wynikał wyłącznie z ogromnej miłości, jaką Iza darzy Snupka. Nieraz zdarza mi się ją nakryć, jak łzy ciekną jej po policzku. Pytam „o co chodzi?”, a ona „no bo mi smutno, że Snupi umrze”. Zazwyczaj te fazy nachodzą ją, jak siedzimy w domu, a Snupi przesłodko odpływa gdzieś we śnie.  Zawsze odpowiadam wtedy „zostaw tego biednego psa w spokoju, jeszcze drugie tyle życia przed nim, a ty bidaka wysyłasz już do grobu”. „Ale nie będzie go z nami przez całe nasze życie” – odpowiada Iza. „Ale jego życie, jak na psa, będzie cudowne” – staram się pocieszyć. Na pocieszenie znaleźliśmy też coś, co może być alternatywą na wypchanie ulubieńca i posiadanie pamiątki po nim. Poduszkę na zamówienie firmy Seepoint

Zanim przejdę do recenzji poduszki, postaram się odpowiedzieć ile Snupiemu zostało jeszcze lat życia. Tego nie wie nikt. Snupi ma już 8, a może nawet 10 lat. Skąd ta rozbieżność? W schronisku szukaliśmy psów do 1 roku życia. Chcieliśmy wziąć młodego psa, którego łatwiej będzie czegoś nauczyć  i przyzwyczaić do naszego trybu życia. Według opiekuna sektora schroniska, Snupi (a właściwie wtedy jeszcze Piko) był właśnie takim psem. Po wyborze psa, następnym etapem przed wydaniem go nowym właścicielom, jest badanie przez schroniskowego weterynarza. Ten stwierdził, że Snupi prędzej niż rok, to ma ich ze dwa. Oczywiście nie wpływało to na naszą decyzję. Ponieważ Snupiego adoptowaliśmy z kaszlem kenelowym – zostaliśmy o tym poinformowani i musieliśmy zadeklarować się na piśmie, że wyleczymy go na własny koszt – to zawitaliśmy kilka dni później na zastrzyk z antybiotyku do prywatnego weterynarza, a ten oszacował wiek Snupiego na 3 lata.

Z nami Snupi jest już 6,5 roku. Liczymy na to, że jako kundelek średniej wielkości, spokojnie dożyje 16 lat (no dobra, nasze wyprawy niewiele mają wspólnego ze spokojem 😛 ). Jak więc widzicie, Snupi nie jest już młodzieniaszkiem, ale energii w nim mnóstwo. Zawsze, gdy ktoś się nas pyta o jego wiek i odpowiadamy, to 90% osób dopytuje „miesięcy?”  Więc jeszcze wiele szalonych wycieczek przed nami. Musimy jednak przyznać, że w ciągu ostatniego 1,5 roku mocno posiwiał na pyszczku.

Przejdźmy do poduszki. O co w ogóle chodzi? A więc taką poduszkę z podobizną własnego psa, kota, świnki morskiej, szczura czy kaczki, lub czegokolwiek innego, można zamówić w sklepie Seepoint. Można też wybrać gotowe wzory, ale to chyba o wiele mniejsza frajda.

Skąd u nas pomysł na jej zamówienie? Uznaliśmy, że będzie to świetny prezent pożegnalny dla współpracowników Izy. Snupi codziennie chodzi z Izą do pracy i jest (razem z Reksiem – drugim psem) ulubieńcem pracowników i gości firmy. W holu firmy stoi kanapa, według naszego zamysłu tam trafi ta poducha, by każdy mógł sobie przypomnieć chwile spędzone z futrzastą kulką pozytywnej energii.

By zamówić poduszkę ze swoim pupilem trzeba wysłać zdjęcie “en face” w jakości minimum 120dpi/2mpx . Podkreślam – to minimum, bo im lepsza jakość, tym lepszy będzie efekt. No właśnie, jaki jest efekt?

Początkowo mieliśmy mieszane odczucia. Ba, gdy zobaczyliśmy poduszkę po raz pierwszy, to wrażenia były nawet trochę przerażające. Wydaję mi się, że to częsta reakcja mózgu właściciela pupila. Przecież widzi coś, co wygląda niemal jak jego pies, a nim nie jest. To co innego, gdy patrzymy na zdjęcie. Z klasycznymi fotografiami człowiek ma kontakt od najmłodszych lat życia, są czymś codziennym. Tutaj widzimy coś całkowicie nietypowego, trójwymiarowego, dużo większego niż zdjęcie, widzimy jakby odciętą głowę swojego psa :D. Jednocześnie brakuje na niej futra, brakuje pełnej trójwymiarowości psiego pyska. Poza tym pies jest w ciągłym ruchu, a tutaj mamy ciągle ten sam wyraz pyszczka.

Widać nawet kropkę – bliznę po tym, jak Snupi został kiedyś sam w domu, skakał na klamkę w drzwiach i zdarł sobie skórę z nosa.

Przerażenie szybko minęło. Wciąż jednak mieliśmy mieszane odczucia, bo poduszka nie odwzorowała Snupiego idealnie. Sam wizerunek – od strony graficznej – jest bez zarzutu. To przecież dokładnie to zdjęcie, które wysłałeś, więc wszystkie detale się zgadzają. Jakość wykonania nadruku jest wzorowa: nie ma żadnych rozlanych plam kolorów, nie ma niedodrukowanych punktów (takich jakby martwych pikseli jak w monitorach). Jeśli tylko wyślemy zdjęcie odpowiednio dobrej jakości i rozdzielczości, to widać niemal każdy włosek futra z osobna, każdy wąs czy strukturę skóry na nosie. Z daleka poduszka wygląda niemal jak realny pies z zimnym mokrym nosem. Kiedy patrzymy na ten nos i zbliżamy poduszkę do twarzy, to nerwy już wywołują reakcję, jakby zaraz faktycznie miał nas dotknąć taki nochal.

To, co powoduje kluczową różnicę w wyglądzie, to uszy. Nie da się zaprzeczyć, że uszy są ogromnie ważnym elementem mimiki psa i jego ogólnego wyglądu. U Snupka, jak i u wielu psów, niezwykle istotne dla aparycji jest też futro. U Snupiego jest go mnóstwo. Włosy na jego uszach odstają we wszystkie strony, niczym wyciągnięte w połowie z prania (my to nazywamy „wystrzelone w kosmos” 😀 ). Każdy włos zmienia kolor co kilka centymetrów. Z jasnego beżu w rudy i w czarny. Położenie uszu zmienia się z sekundy na sekundę. Tymczasem ich nieruchomość w poduszce i brak realnych włosów sprawiają, że poduszka wydaje się taka „goła” i smutna. Snupi wygląda na niej jak foka – a pies kuli uszy, gdy się czegoś boi,  albo gdy jest kąpany, czego również większość psów nie lubi. Futro powiększa też uszy do ogromnych rozmiarów, tymczasem sama małżowina uszna jest mała. No i Seepoint bardzo dobrze odwzorował wielkość uszu, ale ponieważ nie ma futra, to wydają się takie obce.

Aczkolwiek, należy podkreślić, że to nie jest błąd ze strony sklepu, bo gdyby zrobili uszy większe, to Snupi wyglądałby jak jakiś jamnik. To po prostu obiektywna trudność wykonania wizerunku psa futrzastego, z uszami bez charakterystycznych cech.  Bo jeśli chciałoby się wykonać poduszkę „z psa” o uszach jak beagle, jamnik, bokser, mops, akita, generalnie wszystkich, które mają swoje charakterystyczne parametry, to problem wpływu uszu na cały wizerunek poduszki byłby wręcz ogromną zaletą, a nie wadą.

Niemniej, wydaje mi się, że Seepoint mógłby z tego wyjść poprzez dopracowanie uszu w innych dziedzinach. Na przykładzie Snupiego: wystarczyłoby trochę rozjaśnić kolor nadruku na uszach, by zniwelować wrażenie smutku – dodać trochę życia. Czy wszyć uszy w sposób, by układały się w kształt bardzie zbliżony do rzeczywistego. Dlatego uważam, że warto przy składaniu zamówienia wysłać dodatkowo podglądowe ze dwa inne zdjęcia psa – z innej perspektywy, niż to jedno zdjęcie psa widzianego od przodu – co jest przecież dość rzadką perspektywą, z której widzimy swojego psa.

Na początku uważaliśmy też, że drobną wadą jest zamieszczenie na poduszce fragmentu szyi psa. Bo gdyby od razu zaczynała się od nosa, to jej kształt byłby atrakcją samą w sobie, bo bardziej wkomponowałaby się w kształt psiego pyska. Szybko jednak odkryliśmy, że to nie wada, a ogromna zaleta.  Bo ten fragment umożliwia nam „zamocowanie” poduszki w różnych śmiesznych inscenizacjach, których przykłady widać na zdjęciach poniżej. Gdyby poduszka zaczynała się od razu od nosa, to byłby on zakryty we wszystkich tych pozach, co zepsułoby efekt końcowy. A tak, głowa idealnie spaja się z resztą ciała, dzięki czemu mamy mega fajne i zabawne zdjęcia.

“Hmmm, o czym by tu dzisiaj napisać artykuł?” – Wydało się, to Snupi odwala całą robotę z blogiem.
Nie mam weny, ale chol… dobre te chrupki. Mniam, mniam, mniam.
I kto tu jest czyją maskotką?

Poduszka jest świetnym produktem jako gadżet i zabawka. Jest idealnym pomysłem na prezent, zwłaszcza, że możemy poprosić o wydrukowanie na jej drugiej stronie jakieś dedykacji, co my właśnie uczyniliśmy. Może być elementem wystroju, który bez wątpienia uatrakcyjni wizytę gości. Dlatego nada się nie tylko do własnego domu, ale też do lokali usługowych, gdzie gość czy klient musi chwilę poczekać i może taką poduszką zabić czas oczekiwania. Poducha budzi zainteresowanie i same pozytywne reakcje. Nawet jeśli ktoś zna psa, który jest przedstawiony na poduszce, i widzi te wszystkie różnice w wizerunkach (poduszka vs. prawdziwy pies),  to efekt ostateczny pozwala o nich zapomnieć. Tak też się stało u nas. Po 3 tygodniach przyzwyczailiśmy się już do niej całkowicie i ją polubiliśmy, przyjmujemy ją już taką, jaka jest. Po prostu nie doszukujemy się już w niej cech Snupka, tylko traktujemy ją jako zabawną pamiątkę, nawiązującą do Snupiego.

Dlatego ostatecznie nie skorzystaliśmy z propozycji sklepu Seepoint, co należy podkreślić – chwalebnej, byśmy poduszkę odesłali, a oni sprawdzą, czy są w stanie ją poprawić według naszych zastrzeżeń. W tym miejscu trzeba też wspomnieć, że kontakt ze sklepem przebiega sprawnie, tak samo tempo wykonania zamówienia (od przesłania zdjęcia, do otrzymania przesyłki – 4 dni).

Jeśli chodzi o wartości użytkowe i komfortowe, to cechy poduszki są do oceny bardziej subiektywnej. Materiał, z którego jest wykonana poduszka, jest śliski i sztuczny. Jednej osobie to odpowiada, inna woli trzymać twarz na grubym i grzejącym frotte. Obiektywną zaletą takiego materiału jest za to łatwość czyszczenia i schnięcia. Poduszka nie ma możliwości zdjęcia poszewki z nadrukiem, jest zintegrowaną całością z wypełnieniem. Samo wypełnienie jest całkiem wygodne, jest miękkie jak wata, ale jest go w środku dużo, więc komfortowo dopasowuje się do położenia głowy i karku. Poduszkę można prać w pralce, jak zapewnia producent „w 40 stopniach bez wirowania – z poszewką się nic nie dzieje, natomiast wkład może się zniekształcić, jak w przypadku każdej poduszki, więc należy ją natychmiast po wyjęciu uformować” (roztrzepać, uklepać czy jak kto tam woli to nazywać. Niekonwencjonalny kształt poduszki pozwala jej używać z powodzeniem w nietypowych położeniach głowy, np. teraz, pisząc tę recenzję na kanapie, trzymam ją za głową i sprawdza się o wiele lepiej niż standardowy jasiek. Dzięki temu że jest dłuższa, to część z nosem wsunąłem pod kark, prawie już na plecy, a reszta wygodnie podtrzymuje mi głowę.

Cena poduszki z własnym wzorem, o standardowym rozmiarze, wynosi 60 zł. Można też zamówić poduszkę mniejszą, jak i większą. Wybór z gotowych wzorów to 40-50 zł.

Podsumowując: poduszka jest ofiarą swojej własnej genialności pomysłu. Idealne graficzne odwzorowanie wizerunku psa powoduje, że chcemy by cała poduszka była identyczna z psem. Co jest przecież niemożliwe. Efekt końcowy zależy w dużym stopniu od charakterystycznych cech naszego psa. Przy wielu rasach i kundelkach efekt będzie porażająco dobry, przy innych może powodować pewien niedosyt. Dlatego najlepiej wysłać kilka zdjęć do wglądu i rozwiać wątpliwości poprzez kontakt z obsługą sklepu. Według mnie rozwiązaniem wielu kwestii byłoby wprowadzenia opcji wykonania uszu z materiału frotte. To ociepliło by wygląd całości, wprowadziło do niej cechy maskotki, „kreskówkowatości” (stworzone właśnie przeze mnie słowo, nawiązujące do animowanych kreskówek), które naszemu mózgowi jednoznacznie pomógłby sklasyfikować poduszkę jako produkt sam w sobie, a nie obraz naszego psa. Materiał frotte na uszach, mógłby też być namiastką futra.

ZAGUBIONY SNUPI, JEGO i NASZA ARBUZOWA DIETA i JEGO SKOK NAD PRZEPAŚCIĄ, czyli 2 część naszych największych wpadek i przypałów

ZAGUBIONY SNUPI, JEGO i NASZA ARBUZOWA DIETA i JEGO SKOK NAD PRZEPAŚCIĄ, czyli 2 część naszych największych wpadek i przypałów

Kevin, tzn. Snupi sam w Turcji

Na wulkanie Nemrut w Turcji mieliśmy wątpliwą przyjemność poznać pana, który chciał abyśmy smarowali go olejkiem do opalania. Ze 2 godziny siedzieliśmy nad brzegiem jeziora położonego w kalderze wulkanu. Teraz czekało nas tyle samo pieszej wędrówki powrotnej do hotelu na zboczu wulkanu, w którym zostawiliśmy rano plecaki. Gdy tylko wstaliśmy, z krzaków wyskoczył ok. 50-letni mężczyzna. Zaczął do nas zagadywać, ale odpowiedzieliśmy że musimy iść, bo daleka droga przed nami. Wtedy zaproponował, że może nas zabrać z powrotem autem, ale musimy mu dać 30 minut na popływanie w jeziorze. No dobra, 30 minut to nie 2 czy 3 godziny marszu w ponad 30 stopniowym upale i pełnym słońcu. Mieliśmy już dość słońca, więc chcieliśmy poczekać gdzieś w okolicach parkingu w cieniu drzew, ale mężczyzna stwierdził, żebyśmy poszli za nim kawałek dalej, bo tam jest jego ulubione miejsce do pływania. Całą drogę za wszelką cenę chciał pomagać Izie, nawet w miejscach gdzie nie było to w ogóle potrzebne i nieustannie powtarzał „madame come come” (generalnie kiepsko szło nam dogadywanie się z nim po turecku). Gdy osiągnęliśmy cel, mężczyzna zamiast się rozebrać i wskoczyć do wody, zaczął namawiać nas, byśmy to my pierwsi się rozebrali i poszli również pływać. Odpowiedzieliśmy, że już pływaliśmy, bo jesteśmy tu od 2 godzin. On oznajmił, że wie, bo widział… Jak to widział?! No tak, to nie mógł być zbieg okoliczności, że wyskoczył z krzaków od razu jak się ruszyliśmy, zaczęliśmy podejrzewać, że nas podglądał.

Mężczyzna dalej naciskał, my twardo oponowaliśmy. Odpuścił, ale zaczął w kółko powtarzać, że szybko się wykąpie i pojedziemy. Gadał, gadał, ale jakoś z czynami miało to niewiele wspólnego. W końcu się rozebrał, jednak i tym razem, zamiast wskoczyć do wody to zaczął jakąś komicznie wyglądającą rozgrzewkę, a potem się położył. Po czym zaczął mówić do Izy „madame come come”. Może z mojego opisu nie wynika, że w tej sytuacji było coś dziwnego, ale uwierzcie, oboje z Iza mieliśmy bardzo negatywne odczucia wobec naszego towarzysza… Snupi też do niego nie podchodził, siedział zwinięty w kłębek za skałą, bo też miał już dość słońca. Iza podeszła dwa kroki bliżej, a gość wyjął olejek do opalania i chciał by go nim nasmarowała. To już nas wkurzyło, szybki odwrót na piętach. Gdy odchodziliśmy mężczyzna nic nawet nie powiedział, a zamiast kontynuować swoją kąpiel, to założył ubranie z powrotem i poszedł dalej ścieżką wzdłuż jeziora.

Po drodze zauważyliśmy, że jakaś rodzinka z córką i malutkim niemowlakiem zbierają się do samochodu – jedynego zaparkowanego, oprócz tego, który należał zapewne do naszego podglądacza. Nawet nie próbowaliśmy się zapytać, czy nas podwiozą, skoro mają dzieci, pewnie będą się nas bali, a i rzeczy mieli dużo. Po 15 minutach marszu rodzinka dogoniła nas i sami zapytali, czy nie potrzebujemy podwózki. Podrzucili nas aż za centrum miasta Tatvan, by łatwiej było nam znaleźć odpowiedni samochód w dalszą podróż. 5 minut po rozstaniu skapowałem się, że w bagażniku zostawiłem buty. Na wulkan założyłem buty trekkingowe, a swoje codzienne wrzuciłem do siatki foliowej, której nie spakowałem do plecaka. Potem, gdy rodzina czekała na nas pod hotelem, by nie marnować ich czasu, również sobie to darowałem. No i przegapiłem je podczas wyciągania rzeczy. Zostały razem ze skarpetkami, na szczęście były dość świeże. Dobrze że nie zostawiłem w bagażniku też drugiej siatki – ze śmieciami.

Mojego humoru nie poprawiała grupka ośmiorga dzieci, które nas otoczyły. Zaczęły wystawiać ręce, mówiąc „money, money” i oczywiście zaczepiać Snupiego. By oszczędzić mu stresu, schowaliśmy go do torby, ale nie utrudniało im to dalszego zaczepiania. Dotykały jej, zaglądały do środka, dotykały naszych plecaków. Do tej pory byliśmy obiektem zainteresowania wielu dzieciaków, ale te były wyjątkowo bezczelne i zuchwałe w dotykaniu naszych rzeczy i żebraniu. Robiły wokół nas taki raban i tłok, że kierowcy nie mieli nas jak zauważyć.

W końcu zatrzymał się stary pickup. Jechał tylko 10 km dalej, ale wszędzie dobrze, byle z dala od tej gromadki. Rzuciliśmy rzeczy na pakę. W bocznym lusterku zobaczyłem, jak dwóch gnojków podbiegło i wyciągnęło jakieś rzeczy z paki. Wyskoczyłem z auta i ruszyłem w pościg. Na szczęście jedna siatka rozerwała się i wypadł z niej mokry kostium kąpielowy Izy, a drugą zdobyczą bachorów okazały się nasze śmieci. Pogoń okazała się więc zbędna.

Po 10 km trafiliśmy do czystego, wygodnego i klimatyzowanego samochodu z dwoma miłym mężczyznami. Podróż miała trwać 80 km, więc w pełni czerpaliśmy z komfortu. Po drodze nasi kierowcy zaprosili nas jeszcze do restauracji na obiad, bo sami chcieli coś zjeść. Snupi smacznie sobie spał w torbie, był zmęczony upałem, wycieczką i dzieciakami, więc nie wyciągaliśmy go i razem z torbą usiedliśmy w ogródku restauracji. Było tam bardzo przyjemnie, jedzenie było pyszne. Cały ten spokój i komfort, jakiego doświadczyliśmy przez ostatnią godzinę, sprawił, że zrobiliśmy się błogo rozluźnieni. Po jedzeniu wszyscy strzeliliśmy sobie herbatkę, a potem każdy poszedł jeszcze do toalety. Ruszyliśmy dalej… Już zapinaliśmy pasy, gdy zauważyliśmy, że nie zabraliśmy… Snupiego spod stołu. Biegiem wróciłem do stolika. Snupi nawet nie zauważył, że został sam i smacznie sobie spał. Tak to się kończy, gdy Snupi jest za grzeczny i bezdźwięcznie leży w torbie.

P.S. To nie był pierwszy raz, gdy zapomnieliśmy Snupiego z restauracji. Identyczna sytuacja przytrafiła nam się w Polsce, po cały dniu chodzenia po Górach Świętokrzyskich. Wtedy zorientowaliśmy się jakiś 30 metrów od lokalu.

Snupi chowa się przed palącym słońcem
Jezioro Wan, nad którym leży wulkan Nemrut, jest niczego sobie.
Na jeziorze leży wyspa Akdamar z ormiańskim klasztorem z X wieku. Niestety Turcy mało dbają o zabytek. Smutne, ale przynajmniej nikt nie robi problemu z obecności tam psa.

Ojoj, ta gruzińska czacza…

Podczas naszego pierwszego pobytu w Gruzji w 2013 r., byliśmy tam w pięcioosobowej grupie. By oszczędzić na bagażu w tanich liniach lotniczych, postanowiliśmy wykupić tylko 2 duże bagaże. Jeden dla pary (Wojtek i Bogusia), a drugi dla nas i naszego najlepszego przyjaciela – Michała vel. Sołtysa. By zmieścić się w gabarytach, zrezygnowaliśmy z zabierania karimat pod śpiwory, z planem ich zakupu na miejscu. Z Polski udało nam się wcisnąć jedną.

Od razu po przylocie udaliśmy się do wypożyczali samochodów, gdzie zaopatrzeni w Opla Astrę kombi ruszyliśmy na 2-tygodniowy trip po Gruzji. Czasu było niewiele, a celów mnóstwo. Dlatego nie chcieliśmy tracić dnia na szukaniu karimat w dużym mieście Kutaisi. Załatwi się je gdzieś po drodze – pomyśleliśmy i ruszyliśmy do Swanetii. Po drodze zahaczyć tylko mieliśmy o kanion nieopodal miejscowości Martvili. Szybkie zwiedzanie i jeszcze tego samego dnia dojechać do Mestii. Do kanionu zajechaliśmy ok. godziny 16. Miejscowi właściciele knajpki gdy tylko nas zobaczyli i dowiedzieli się, że to nasz 1 dzień w Gruzji, to zaprosili na degustację czaczy (gruzińskiego napoju wyskokowego). Nie sposób było im odmówić. Ich otwartość i życzliwość to były pierwsze tego typu doświadczenia dla nas w historii naszego podróżowania. Na stół jako zagryzka wjechał ogromy arbuz (P.S. genialne połączenie). Dodatkowo gospodarze zaproponowali, że z samego rana zabiorą nas pontonami w górę rzeki, bo teraz nurt jest już za mocny. Nie pozostało nam nic innego, jak zostać na noc.

Atmosfera była wspaniała, ani na chwilę nie mogliśmy oderwać się od stołu. Tylko Wojtek i Bogusia poszli wcześniej by przygotować sobie namiot. Nasza trójka stwierdziła, że zrobimy to dopiero, jak już będziemy szli spać. Nie wzięliśmy jednak pod uwagę, że iść spać będziemy o 1 w nocy, narąbani jak messerschmitty, a jedynym dogodnym miejscem pod namiot będzie malutka polanka, która służy do wypasu krów. Wszędzie leżały krowie placki. Rozłożenie namiotu było zdecydowanie czynnością, która przewyższała nasze zdolności w tym stanie. Dlatego wyjęliśmy tylko sypialnię i tą jedną, jedyną karimatę jaką mieliśmy, na której mieliśmy położyć głowy. Niestety… pijany Sołtys od razu zachwiał się i stanął na karimacie butem, którym wcześniej wdepnął w krowi placek. Położyliśmy się więc na samym materiale sypialni namiotu i, zapewne, dotrwalibyśmy tak do rana, gdyby nie deszcz, który niespodziewanie nadciągnął. Nasz stan był wciąż poważny, więc jedyny wysiłek, jaki podjęliśmy, to przykrycie się tropikiem jak kołdrą. Niestety deszcz się rozpadał na dobre, więc Iza uciekła do namiotu Wojtka i Bogusi, a my z Sołtysem spędziliśmy noc w samochodzie. Gruzini obudzili nas o 6 rano na zwiedzanie kanionu… Pierwszy dzień podróży, a już połowa naszych rzeczy oraz samochód były brudne i mokre, a nasze głowy eksplodowały. Co do karimat, to nie udało nam się ich znaleźć przez cały następny tydzień. Gdy już dotarliśmy do stolicy Tbilisi, gdzie pewnie udałoby się je kupić, to stwierdziliśmy, że miejsca z najtwardszym podłożem już zwiedziliśmy, więc do końca już się bez nich obędziemy 😀 Zadeptana karimata przejechała z nami całe 2 tygodnie, by ani razu nie użyta, wylądować w śmietniku na lotnisku 😀

Co do samej czaczy: to po 3 pobytach w Gruzji i ilości jaką skonsumowałem (jeden z wyjazdów to był wieczór kawalerski mojego kolegi), to gdy tylko czuję jej zapach, to telepie mnie całym z obrzydzenia. Za dowód, jak ciężkim przeżyciem jest picie czaczy z Gruzinami, niech posłuży takie o to zjawisko. Podczas naszej wyprawy było 3 kierowców. Codziennie zamiast walczyć o to, kto prowadzić nie będzie musiał, to spieraliśmy się o to, kto kierowcą będzie. Żeby tylko mieć dobry argument, by odmówić picia czaczy z kolejnymi życzliwymi Gruzinami 😀

Odkąd pierwszy raz byliśmy w kanionie, wiele się w nim zmieniło – został mocno skomercjalizowany. Niemniej to wciąż cudowne miejsce. Najlepsze jest w nim to, że można je oglądać wiele razy, bo za każdym wygląda inaczej z powodu zmieniającego się poziomu wody.
Tama wodna w Enguri (Inguri) – po drodze do Swanetii, w miejscowości Jvari (nie mylić z miastem pod Tbilisi).
Jest drugą najwyższą na świecie tamą betonową – ponad 270 m. Spójrzcie po lewej stronie dźwigu – na samym dole stoi autokar. Dopiero gdy ma się punkt odniesienia, widać jej potęgę.

Pies owocożerny

W drodze powrotnej z Armenii do Polski dotarliśmy do Kutaisi. To był już mój trzeci przyjazd do Gruzji, a Izy drugi. Więc teraz nie mieliśmy w planach żadnego zwiedzania. Chcieliśmy tyko spędzić czas z naszymi gruzińskimi przyjaciółmi. 2 dni pełnego lenistwa i spokoju, tak dla odmiany po ponad 30 minionych pełnych przygód. Mieliśmy uprać wszystkie rzeczy, pływać w basenie i obżerać się jedzeniem i piciem na leżakach w ogródku. Następnie ruszyć do Polski.

Wieczorem siedzieliśmy w salonie ze znajomymi i opowiadaliśmy nasze historie. Do domu zawitał Kuba – Polak, który mieszkał w Gruzji i oferował turystom siebie ze swoim terenowym samochodem jako taksówkę. Zaczęliśmy rozmawiać. Zgodnie stwierdziliśmy, że Gruzja słynie z pysznych arbuzów, sprzedają je na każdym rogu, tymczasem ,ani on, ani my nigdy nie objedliśmy się porządnie tym przysmakiem. Szybko zapakowaliśmy się do jego samochodu i ruszyliśmy do centrum na poszukiwania arbuza. Udało się, mimo że było już ok. 21.00. Ze zdobyczą ruszyliśmy na pobliskie wzgórze, by umilić konsumpcję widokiem na podświetloną katedrę Begrati i miasta u naszych stop. Zanim przystąpiliśmy do konsumpcji, zaczęliśmy zwiedzać pobliskie ruiny i dalej rozmawiać. Temat zszedł na Tuszetię, jeden z odludnych terenów Gruzji. Ani my, ani Kuba jeszcze go nie odwiedziliśmy. Nam brakowało na poprzednim wyjeździe czasu, a jemu chętnych towarzyszy. Nie minęły dwie minuty, gdy zapadła decyzja – chrzanić odpoczynek, chrzanić lenistwo, ruszamy jutro do Tuszetii. My byliśmy w całkowitym rosole, wszystkie nasze rzeczy były brudne i rozpakowane w pokoju. Więc arbuz musiał poczekać. Plan zakładał odjazd o 6 rano. Całą noc nie spałem, bo tylko nastawiałem i rozwieszałem kolejne prania…

Kuba pojawił się punktualnie, większość rzeczy wciąż była mokra, więc samochód zamienił się w jedną wielką suszarnię. W terenowym aucie miejsca było mnóstwo. Iza, Snupi i ubrania zajęły całą przestrzeń za przednimi siedzeniami. W drogę zabraliśmy także naszego arbuza, w końcu to jemu zawdzięczaliśmy ten szalony plan.

W żadnej , mijanej, miejscowości nie mogliśmy odnaleźć knajpy, w której moglibyśmy coś zjeść. Albo ich nie było, albo były zamknięte. W końcu dotarliśmy do ostatniej miejscowości przed oddzielającą nas od Tuszetii – przełęczą Abano, gdzie samochód wspina się na 3 m.n.p.m. Nie chcieliśmy jej pokonywać po ciemku, więc po 20 minutach poszukiwania restauracji uznaliśmy, że jedziemy na głodniaka. Na miejscu na pewno uda się coś zjeść. Po przejechaniu 5 km minęliśmy dwóch mężczyzn – turystów z wielkimi plecakami. Jeden blondyn o niebieskich oczach, wyglądał na jakiegoś Austriaka. Drugi, już o zupełnie innej urodzie, ale wyglądał na jakiegoś Francuza. Ustaliliśmy, że ich zabierzemy. Przecież w 8 osobowym samochodzie jest nas zaledwie troje, no trzy i pół. Poza tym, po tylu dniach łapania autostopu, teraz to my byliśmy z Izą „właścicielami auta”, więc chcieliśmy się odwdzięczyć dobrocią. Cofnęliśmy się po nich i zaczęliśmy rozmowę po angielsku z pytaniem – dokąd zmierzają. Pytanie zadaliśmy raczej dla śmiechu, bo nic innego na końcu tej drogi nie ma niż wioska Omalo. Po 2 minutach prowadzenia rozmowy po angielsku okazało się, że to Polacy, oczywiście w odkryciu tego pomogło magiczne słowo na „k:, które wypowiedział jeden z nich, gdy oblał się wodą podczas picia. Tomek i Eliasz mieli ogromne szczęście, że na nas trafili, bo było już bardzo późno, a jeśli ktoś chce się przedostać przez przełęcz, to musi to robić rano, a już na pewno musi za to komuś zapłacić. Chłopaki przyznali, że spławili kilku kierowców, którzy chcieli ich tam przeprawić za 100 lari czyli 200 zł. Tymczasem, jak się potem okazało, byliśmy ostatnim samochodem, który tego dnia przekraczał przełęcz. Kolejny raz przekonaliśmy się o tym, o czym wspominałem już wielokrotnie na tym blogu. W najbardziej dzikich miejscach lub działających na przypale można spotkać tylko turystów z Korei, Japonii albo z Polski :D.

Ruszyliśmy zdobywać przełęcz. Snupi był zachwycony jazdą nad przepaścią. O ile rozglądanie się podczas jazdy samochodem nie wywołuje u niego żadnej większej radości, to teraz z wystawioną przez szybę głową, ba, nawet połową siebie, gapił się w urwisko. Ani na chwilę nie chciał usiąść po stronie skał. W połowie podjazdu urządziliśmy przerwę, stwierdziliśmy, że nie będzie lepszego momentu, by uhonorować zasługi arbuza w całym przedsięwzięciu. Wtedy dopiero przypomnieliśmy sobie, że przecież nie mamy już karmy dla Snupiego… Zostało nam jej zaledwie 3 garstki, na jeden może dwa posiłki. W Kutaisi mieliśmy poszukać sklepu z karmą dobrej jakości, bo wszędzie indziej było tylko Chappi. W chaosie nagłej zmiany planów, totalnie o tym zapomnieliśmy. Snupi, tak jak my, od rana nic nie jadł, ale nie chcieliśmy mu dawać teraz ostatniej porcji jego karmy. Woleliśmy zachować ją na wieczór, by mógł spokojnie z pełnym żołądkiem spędzić wieczór i noc. Dlatego i Snupi otrzymał swoją porcję arbuza. Chociaż Snupi uwielbia jabłka, gruszki i marchewki, to arbuzem zawsze gardził, gdy dawaliśmy mu go w domu. Teraz musiał być naprawdę głodny, bo wcinał, aż mu się uszy trzęsły. Wszyscy byli tym ogromnie rozbawieni, tylko my z Izą byliśmy źli na siebie, że dopuściliśmy do tak tragicznej sytuacji.

Gdy dojechaliśmy na miejsce, to wszelka nadzieja prysła, jedyny sklep jaki był wtedy w Omalo, to sklep z pieczywem, które i tak dostępne było z samego rana. Potem się kończyło. To była po prostu zwykła wiocha, w której nie ma żadnej infrastruktury dla obcych. Pewien mężczyzna wyszedł nam na powitanie i zaproponował, że możemy swoje obozowisko rozbić na jego terenie – całkowicie za darmo. My byliśmy również przerażeni, przecież nie mamy ze sobą żadnych zapasów, a dzisiaj nie jedliśmy nic oprócz arbuza, jak my tu przeżyjemy 2 dni. Na szczęście mężczyzna poinformował, że jego sąsiadka gotuje obiady dla swojego syna i jego 2 kompanów z pracy. Być może zgodzi się i dla nas ugotować za pieniądze. Ruszyliśmy do niej czym prędzej i… to tam właśnie jedliśmy do tej pory najlepsze gruzińskie smakowitości. Kobieta pędziła również własne wino, co skończyło się tym, że Tomek w środku nocy szukał namiotu, który rozbił metr od siebie – po drugiej stronie stogu siana. Snupi również otrzymał jedzenie, chłopaki mieli ze sobą jakąś konserwę mięsną, dostał też trochę resztek z naszego jedzenia. Na szczęście tłuste i ciężkie jedzenie, tak popularne w Gruzji, mu nie zaszkodziło. Tam też stołowaliśmy się jeszcze raz, a resztę naszych posiłków zagwarantował nam policjant z Tbilisi, który mieszkał po drugiej stronie rzeki… ale to już inna dobra historia

Wydłubaliśmy mu pestki – chociaż tyle mogliśmy dla niego wtedy zrobić 😀
Przełęcz Abano 2950 m.n.p.m
Omalo, hmmm – gdzie jest monopolowy?
Jak się okazało, głodni w Tuszetii nie byliśmy

Nie trzeba jechać do Boliwii na “drogę śmierci”

Rozbrykany Snupi

Snupi bardzo rzadko chodzi na smyczy. Nie chcę wyjść na „zadufanego w swoim dziecku rodzica”, ale Snupi jest bardzo inteligentny. Zaledwie w tydzień po adopcji ze schroniska nauczył się chodzić przy nodze na komendę „równaj”, swojego imienia nauczył się w 3 dni. Zawsze się nas pilnuje, w terenie nigdy nie oddala się na więcej niż 30 metrów, w mieście na max. 10. Przed dużymi ulicami sam zatrzymuje się i czeka na nas. Jeśli chce pogonić kota czy dzikie zwierzę, to wystarczy jedna reprymenda, by przywołać go do porządku. Gdy jest bez smyczy, mamy też pewność, że w razie ataku innego psa (co nie raz się już zdarzyło i były to nie raz właśnie psy na smyczy, które wykorzystywały zapas luzu na smyczy, albo po prostu ich właściciele nie byli w stanie ich utrzymać), Snupi będzie mógł uciekać. Jest szybki i zwinny, więc sam poradzi sobie zdecydowane lepiej, niż gdybyśmy mieli my być w to zaangażowani. W trudnym terenie, bez smyczy, również jest dużo bardziej zwinny, może błyskawicznie i nieskrępowanie zareagować na zmieniające się warunki.

Tak też było więc w Turcji, nieopodal miejscowości Agva. Poszarpane wybrzeże obfituje w spektakularne formacje skalne. Weszliśmy na jeden z wyżej położony punktów. Gdzieniegdzie znajdowały się małe szczeliny i dziury sięgające aż do poziomu wody, czyli jakieś 15-20 metrów. Oglądaliśmy kolejne kawałki wybrzeża. Iza, jak to Iza, co chwilę gdzieś kucała i robiła zdjęcia, a ja spacerowałem powoli dalej. Snupi chodził swobodnie pomiędzy nami. Nagle włączyła mu się „torpeda” – stan, w którym poziom endorfin jest tak wysoki, że wpada w euforię szczęścia. Zaczął biegać w tę i z powrotem po wydeptanej ścieżce. Podszedłem do jednej ze szczelin, a wtedy Snupi przefrunął mi tuż przed nosem. Futrzak bez najmniejszego trudu przeskoczył 1,5 metra między krawędziami dziury. Tymczasem je właśnie przeżywałem mikro zawał serca, poczułem gorąc w całym swoim ciele. Byłem w takim szoku, że nie byłem w stanie nic powiedzieć, ani do Snupiego, który dalej sobie radośnie biegał, ani do Izy, która odwrócona w drugą stronę, nie widziała nic z tej sytuacji. Do dziś mam do niej żal, że nie poczuła tego samego przerażenia.

Poczuła jednak innym razem. Zaledwie 3 dni później zwiedzaliśmy kanion Ihlara, w którego ścianach znajdują się pozostałości wydrążonych starożytnych kościołów i schronień. Przepiękne miejsce, w którym trudno o jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Z głównego szlaku odbiliśmy zwiedzić jeden z obiektów. Wdrapać się trzeba było po dość stromej ścieżce. Snupi znowu biegał luzem, weszliśmy do wnętrza, gdzie było kilka pomieszczeń. Chodzimy, zaglądamy tu i tam, w pewnym momencie odwracamy i widzimy Snupiego, który stoi w otworze okiennym. Mało tego, usiadł i zaczął się drapać za uchem tak intensywnie, że aż zaczął mrużyć oczy. Powierzchnia na której siedział była takiej samej szerokości, jak jego tyłek. Drapiący się pies, nic strasznego pomyślicie, a jednak, chwile wcześniej z Izą wyglądaliśmy przez to okno i po drugiej stronie była z 4 metrowa pionowa ściana, a Snupiemu zdarzyło się kilka razy tracić równowagę podczas drapania…

Od tamtej pory oboje z Izą mamy ogromny lęk, że Snupi kiedyś spadnie w jakąś przepaść. Dlatego przy każdym niebezpiecznym miejscu zapinamy go teraz na smycz. Z jednej strony zdajemy sobie sprawę, że to głupie. Wiemy, że Snupi nic sobie nie zrobi. Przecież pies wyczuwa instynktem niebezpieczeństwo, jedocześnie jego psychika pozbawiona jest nad-produktywnej wyobraźni, która u nas – ludzi – tworzy absurdalne wizje katastrofy i paraliżujący strach. Gdy stoimy nad przepaścią 5 metrową, nasz strach o upadek jest prawie zerowy, z kolei gdybyśmy stali dokładnie w tym samym miejscu, ale pod sobą mieli 200 metrów, to strach byłby już o wiele większy. A przecież spadając z tych 5 metrów prawdopodobnie zabijemy się tak samo, jak przy upadku z 200. Tymczasem psy tego nie mają, znają swoje możliwości, panują nad swoim ciałem perfekcyjnie. Są wolne od wybujałej wyobraźni, która odbiera im spokój i znajomość własnych możliwości.

Wiemy też, że smycz może być niebezpieczna. Możemy niezauważenie o coś nią zaczepić – nawet własną ręką czy nogą, a wtedy pozbawiamy siebie i psa równowagi. A mimo to, ta chora wyobraźnia i ludzka chęć poczucia się panem sytuacji, posiadania iluzorycznej kontroli, wygrywa…

O właśnie nad tym Snupi postanowił sobie przefrunąć.
Agva
Agva
kanion Ihlara
Niczym w filmach o ukrytych oazach na środku pustyni.
W jednym z takich otworów Snupi postanowił przewietrzyć swoje futro.

Jak widać, Snupi umie o siebie zadbać

Niebawem 3 i ostatnia – mamy nadzieję, na dłuższy czas 😀 – część o historiach naszych wpadek z podróży. 1 część dostępna TUTAJ.