AUTOSTOP jak zacząć? TAKŻE TEN Z PSEM

AUTOSTOP jak zacząć? TAKŻE TEN Z PSEM

006Konkretne rady  i wskazówki na końcu artykułu. Najpierw odrobina, no może nie taka odrobina, wprowadzenia.

Przejechaliśmy już ponad 40 tys. kilometrów autostopem, w każdym z nich towarzyszył nam Snupi.  Licznik wciąż bije, bo od 4 sierpnia 2017 r. jesteśmy w podróży dookoła świata. Odwiedziliśmy 40 różnych krajów i w każdym z nich próbowaliśmy autostopu. Zatrzymaliśmy między 1300 a 1500 pojazdów, w tym także jachty, przekraczając jachtostopem Ocean Atlantycki (także ze Snupim).

Jazda samochodem w 8 osób może nie była najmądrzejsza, ale gdy jest 7 rano i już ponad 30 stopni, nie ma co wybrzydzać.
Jazda samochodem w 8 osób może nie była najmądrzejsza, ale gdy jest 7 rano i już ponad 30 stopni, nie ma co wybrzydzać. P.S. Iza ze Snupim siedzą na moich kolanach, a jeszcze jedną Panią widać w biało-czarnym sweterku po prawej stronie.

SKĄD POMYSŁ NA PODRÓŻOWANIE AUTOSTOPEM?

Gdyby ktoś jeszcze miesiąc przed naszą pierwszą wyprawą powiedział nam, że będziemy podróżować autostopem, to pukalibyśmy się palcem w czoło. Nigdy taki pomysł nawet nie przeszedł przez nasze głowy. Jednak pewnego dnia kolega zaprosił nas na spotkanie, gdzie w jakiś domu kultury w centrum pewien chłopak miał opowiadać o swoich podróżach. Ponieważ i tak nie mieliśmy żadnych planów na to popołudnie, to pojechaliśmy posłuchać. Gdyby nie fakt, że mamy motocykl, to na pewno nie ruszylibyśmy się do centrum miasta o godz. 17.00.

Tym chłopakiem był Przemek Skokowski, którego niektórzy mogą kojarzyć. Wybrał się autostopem z Polski do Indii. Zaciekawiło nas to, jak szybko i sprawnie udawało mu się przemieszczać. W jego opowieściach wszystko wydawało się takie łatwe, więc w naszych głowach zrodziła się myśl – „My też dalibyśmy radę i moglibyśmy w końcu podróżować ze Snupim, a skoro udaje się w ciągu dnia przejechać kilkaset kilometrów, to nie jest to takie głupie”. Tak więc inspiracja i splot przypadkowych wydarzeń (o których poczytać można TUTAJ) sprawiły, że miesiąc później byliśmy już w trasie…

JAK SIĘ PRZYGOTOWAĆ?

Nigdy nie mieliśmy styczności z autostopem, ale Piotrek od razu stwierdził, że to nic skomplikowanego. Wychodzisz na drogę, wystawiasz rękę i jedziesz. Ot, cała filozofia. Ja, jak to ja, miałam więcej obiekcji. Szukałam w internecie, jak to się robi, czy ktoś już podróżował autostopem z psem, czy ludzie chętnie przyjmowali psy. Wtedy takich informacji nie udało mi się znaleźć. Były pojedyncze wpisy gdzieś na forach, ale nic konkretnego (był to czerwiec 2014, teraz jest już tych informacji więcej).

Piotrek wkurzał się, że ciągle szukam porad i wskazówek. Upierał się, że wystarczy nam zdrowy rozsądek i trochę logicznego myślenia. Przecież nie ma jedynego, właściwego sposobu. Ostatecznie nasze przygotowania ograniczyły się do zdecydowania, co chcemy zobaczyć po drodze, ustalenia orientacyjnej trasy. Do tego wgraliśmy na komórkę mapę GPS, która może działać offline, wzięliśmy duży notes i markera by pisać tabliczki dokąd zmierzamy oraz kupiliśmy kapelusze, by chronić głowy przed słońcem podczas stania dłużej na drodze (polecamy coś porządnego, co wytrzyma trudy podróży, my używamy kapeluszy firmy Sterkowski). Reszta ograniczyła się do uzupełnienia ekwipunku o jakieś drobiazgi, te same, które byłyby potrzebne na każdy inny wyjazd. Trochę więcej przygotowań związanych było ze Snupim, o tym, co może się przydać można poczytać TUTAJ

001
Nasze pierwsze autostopowe zdjęcie. Jak zwykle Iza zdenerwowanie zakrywa wielkim uśmiechem, a po mnie widać zdegustowanie pozowaniem do zdjęcia, zamiast braniem się do roboty.

Nie wierzyłam, że nam się uda, że ktokolwiek nas weźmie ze Snupkiem. Sołtys, nasz przyjaciel, wywiózł nas za miasto, by zapewnić lepszy start. Śmiał się, że w razie czego, może po nas po południu wrócić. Ale po południu, to my byliśmy już gdzieś za Rzeszowem.

JAK WYGLĄDA AUTOSTOPEM Z PSEM?

Czy różni się on czymś od zwykłego autostopu? Nie, poza tym, że podróżuje z nami pies, wszystko przebiega tak samo bezproblemowo. Kierowca, który zatrzymuje się, by zabrać autostopowicza, ma mniej niż parę sekund na decyzję. Snupi jest małym psem, więc większość naszych kierowców albo dostrzegała go, gdy już się zatrzymali, albo dopiero my ich uświadamialiśmy, że mamy psa. Ci zdziwieni odpowiadali, że nawet go nie zauważyli i że to żaden problem. Możliwe, że gdybyśmy podróżowali z owczarkiem niemieckim, to sytuacja wyglądałaby zdecydowani inaczej 😉 Z drugiej strony, kilku kierowców przyznało, że zatrzymało się tylko dlatego, bo widzieli Snupiego i nie mogli w to uwierzyć albo bardzo lubili psy i dlatego zdecydowali się nam pomóc. Podsumowując, na ponad 200 pojazdów, które zatrzymało się w naszej historii podróżowania autostopem, tylko jeden kierowca odmówił nam przejazdu z powodu psa.

Sam Snupi też nas bardzo zaskoczył, bo stał się idealnym towarzyszem podróży. Był cichy i grzeczny. Wszyscy nasi znajomi czy rodzina nie mogą w to uwierzyć, bo znają go i wiedzą jak nieznośny potrafi być, gdy się ekscytuje. Wulkan energii, ADHD, głośny szczek i chęć zabawy z każdą napotkaną osobą. Natomiast już drugiego dnia poziom jego ekscytacji opadł, kolejne przesiadki stawały się dla niego rutyną i już końca wyjazdu Snupi był psem idealnym.

Podróż w samochodzie Snupi najczęściej odbywał w swoim transporterze na moich kolanach, bądź obok na siedzeniu. Niektórzy kierowcy zapominali, że w ogóle jedzie z nimi pies, inni spoglądali w stronę czarnej torby, jakby skrywała się tam co najmniej jakaś bestia, a jeszcze inni proponowali by go wyjąć, by „nie męczył się”. Wtedy siedział zadowolony u nas na kolanach. Zazwyczaj u Piotrka, bo on siedział z przodu, a kierowcy, którzy to proponowali byli najczęściej psiarzami i chcieli by Snupek siedział koło nich. Chciałabym również podkreślić, że Snupi nie męczył się siedzeniem w transporterze, ani jazdą w ogóle. On wykorzystywał każda taką chwile spokoju i aurę klimatyzowanego samochodu, od razu odpływał, tzn. zasypiał i regenerował siły przed następnym punktem naszych atrakcji.011009012008

Wśród zwiedzonych przez nas miejsc była Turcja. Kraj muzułmański, a muzułmanie – większość z nich, uważa psy za istoty nieczyste. Nie trzymają ich w domach, boją się ich. Baliśmy się, że będzie to dla nas nie lada wyzwanie, przecież chcieliśmy przejechać ten kraj wzdłuż i wszerz. Ale nawet tutaj nie mieliśmy żadnych problemów.002020

INNY POZORNY PROBLEM  – CO GDY JEŹDZIMY AUTOSTOPEM PO KRAJU, KTÓREGO JĘZYKA NIE ZNAMY?

To się go szybko uczymy 😛 Zawsze warto poznać podstawowe słowa w języku kraju, który zwiedzamy. Oczywiście, nie pozwalają nam one na pełną konwersację, ale zawsze jest to jakiś początek i dzięki temu łapiemy nić porozumienia z naszym kierowcą. Atmosfera się rozluźnia, my się czegoś uczymy, a kierowca ma ciekawszy dzień. Można ściągnąć na smartfona tłumacza w trybie offline, kupić rozmówki, czy samemu prowadzić zapiski i wszystko, co ważne i przydatne sobie notować.

W kraju, gdzie ludzie mówią po angielsku, bądź dopiero się go uczą i nie wstydzą się używać swojej wiedzy, podróżowanie jest proste. Ale my jeszcze w takim nie byliśmy 😀 Oczywiście trafiały się pojedyncze osoby, ale było ich tak mało, że każdą z nich dokładnie pamiętamy. Pewnie dlatego, że od nich najwięcej mogliśmy się dowiedzieć o danym kraju. Zazwyczaj było tak, że gdy pytaliśmy się kogoś na ulicy – czy mówi po angielsku? Słyszeliśmy „YES!”, a okazywało się, że na tym znajomość angielskiego tej osoby się kończy, no może jeszcze „friend”. Najbardziej irytujące było to informacjach turystycznych albo hotelach.

Jednak brak znajomości wspólnego języka, to świetny motywator do nauki. Osobiście sprawiało mi to wielką radość, tym bardziej, że ta nowo nabyta wiedza od razu się przydawała. Czy to w sklepie, czy podczas kolejnego autostopu.

Pamiętajcie: bezcenne, a jednocześnie zaskakująco efektywne, są także umiejętności gry w kalambury. Nie musimy znać tysiąca słów, by dowiedzieć się jak nasz kierowca ma na imię, dokąd jedzie, czym się zajmuję i czy ma rodzinę. Wystarczy, że nie boimy się starać.0110a010b010c

RADY I WSKAZÓWKI

Najtrudniej jest zrobić ten pierwszy krok, czyli wyjść z domu z plecakiem i zamknąć drzwi. Bo gdy już staniecie na drodze, to historia sama się potoczy. Lepiej bądź gorzej, szybciej bądź wolniej, każdego dnia uda Wam się przemieścić. Nie ma jednej zasady – jak jeździć autostopem. I to jest w tym najlepsze, bo chodzi właśnie o to, by zrobić coś po swojemu, by nie wszystko było przewidywalne i zaplanowane. Niemniej podzielimy się kilkoma radami, zasadami, które sami wypracowaliśmy podczas naszych podróży:

– Nie pozwalaj psu jeść trawy w trakcie łapania stopa, bo nigdy nie wiesz, kiedy ktoś się dla Ciebie zatrzyma. Brzmi absurdalnie, ale pierwszego dnia mieliśmy taką sytuację. Po godzinie bezowocnego stania i łapania, stwierdziliśmy – dobra niech sobie już Snupi robi co chce. A tu po 2 minutach zatrzymała się upragniona podwózka, a Snupi w tym momencie siedział i… szykował się do wymiotowania. No super…, na pewno ktoś zgodzi się na takiego psa w aucie. Na szczęście kierowca wykazał się zrozumieniem, bo sam posiadał psa i wiedział, że trawa to „jednorazowa akcja”.

– Miej pod ręką miskę i wodę, tak byś mógł ją podać psu. Czy to w trakcie krótkiego postoju, kolejnej przesiadki czy nawet podczas jazdy. Dla psa uzupełnianie płynów jest tak samo ważne, a nawet ważniejsze, niż dla Ciebie. Spragniony pies jest też bardziej nadpobudliwy.

– Dbaj o czystość swojego psa. Przecież nie chcesz by zabrudził komuś samochód bądź Twój śpiwór, kiedy będzie się chciał do niego wepchnąć.

–  Sam wyglądaj schludnie. Wielu kierowców mówiło nam, że od autostopowiczów odstrasza ich to, że wyglądają jak lumpy.

– Miej przy sobą dobrze widoczny atrybut podróżnika. Czy to kapelusz na głowie, czy postawiony przed sobą plecak (albo najlepiej na sobie). Zwiększasz tym swoją autentyczność, a podróżnika chętniej ktoś weźmie, bo taka osoba ma za sobą dużo przygód i może umilić drogę opowieściami. O dziwo, to Piotrek złapał większość naszych autostopów, ale po zgubieniu swojego kapelusza w Armenii, wyraźnie spadła jego efektywność.

– Podczas łapania stopa nie zasłaniaj twarzy okularami przeciwsłonecznymi. Nie wzbudzisz zaufania, jeśli nie widać kim tak naprawdę jesteś i „czy dobrze ci z oczu patrzy”. Jeśli jednak stoisz pod słońce i masz mieć grymas twarzy jak Golum, to już lepiej zostań w tych okularach.

– Staraj się wszystkie swoje bagaże zmieścić do plecaka, a jeśli to niemożliwe, to nie rozkładaj ich na dużej przestrzeni. Kierowcy łatwiej wtedy ocenić, czy zmieścisz się do jego auta. Dużo bagażu może najzwyczajniej odstraszyć kierowców, nawet jeśli są to jakieś małe torebki, to kierowcy może się wydawać, że jest tego za dużo. Jeden bagaż to także przejaw porządku i schludności.  Mniej pakunków oznacza sprawniejsze i szybsze wchodzenia do auta i nam samym pomaga wszystkiego upilnować.

– W ramach ostrożności, niech dziewczyna siada z tyłu a chłopak z przodu. Mimo stosowania takiego ustawienia i tak kilku kierowców zabłądziło ręką do nóg Izy, albo wpatrywało się nieustająco w tylne lusterko, by ją obserwować. Poza tym w wielu krajach (nie tylko muzułmańskich) kobiety nie są traktowane jako osoby decyzyjne, więc kierowcy wolą rozmawiać z mężczyzną. Niektórzy robią tak też dlatego, bo według ich zasad nie wypada im rozmawiać z czyjąś partnerką, bez przyzwolenia ze strony mężczyzny.

– W przypadku dziewczyn lepiej nie przesadzać z nagością. Po pierwsze ze względu na to, co wspomnieliśmy wyżej. Ale także dlatego, że spotykamy różnych ludzi z różnymi zasadami, a to właśnie na nich w danej chwili jesteśmy zdani. Niektórzy mogą się przy naszej swobodzie czuć niekomfortowo. A już na pewno załóżcie długie spodnie w krajach muzułmańskich.

– Miej ze sobą dodatkowo mały plecak albo nerkę na biodra, albo cokolwiek innego, co będziesz miał zawsze przy sobie. W nich trzymaj wszystkie najważniejsze rzeczy, by w ramach niespodziewanego zagrożenia albo nagłej potrzeby móc łatwo się do nich dostać, albo z nimi uciekać 😀 Gotówkę staraj się jednak ukryć jeszcze dokładniej, najlepiej na sobie (np. w butach).

– Przy wsiadaniu, niech jedna osoba pakuje plecaki, a druga patrzy czy wszystko jest OK i czy wszystko zabraliście. Nie doprowadzajcie do sytuacji, w której wszystkie wasze rzeczy są w samochodzie, a wy poza nim. Zazwyczaj to chłopakowi łatwiej zapakować rzeczy. Więc gdy dziewczyna jest w samochodzie, niech nie zamyka drzwi dopóki w aucie nie będzie też chłopaka. Nie pozwalaj obcym pakować swoich rzeczy, gdy nie widzisz co dokładnie robią, nie chodzi tu tylko o kradzież, ale może coś wypaść, a oni tego nie zauważą. Ta sama zasad dotyczy wysiadania.

– Niech ostatnią czynnością przed opuszczeniem auta będzie sprawdzenie, czy nie zostawiłeś w aucie drobiazgów: telefonu na desce rozdzielczej albo na siedzeniu, ładowarka, kubek w kieszeni drzwi itp.

– Zabierz ze sobą rozmówki, bądź zainstaluj offlinowego tłumacza. Nawet jeśli jesteś świetny w kalambury, to trudno, żeby Twój kierowca ciągle się patrzył na Ciebie, zamiast na drogę.

– Miej ze sobą klasyczną mapę albo mapę w komórce, nawigację itp.
Po pierwsze umożliwi to kontrolowanie dokąd jedziecie. Zdarzały nam się bardzo często osoby, które nie znały topografii swojego kraju! Głównie w Turcji, nie potrafiły czytać mapy, nie znały miejscowości położonych nawet kilkadziesiąt kilometrów dalej. Poza tym z mapą możecie wytypować najlepsze miejsce do kolejnej przesiadki. Często lepiej wysiąść wcześniej, ale uniknąć wjazdu do miasta, czy na dużą autostradę bez dogodnego miejsca do stania. My zdecydowanie polecamy mapę offline z GPS (używamy OSMAND). Mogliśmy wszystko sobie przybliżyć i dokładnie widzieliśmy, że wystarczy przejść kilkaset metrów i jest tam dużo lepsze miejsce albo w odwrotną stronę – że następne skrzyżowanie dróg jest niewarte trudu marszu.

– Unikaj wjeżdżania do miast, jeśli oczywiści nie chcesz ich zwiedzać. Łapanie w mieście jest psychologicznie niekorzystne. Psychologiczny aspekt u kierowców – wielu z nich pomyśli, że przecież możesz iść sobie do pociągu albo autobusu. U Ciebie psychologicznie niekorzystne, bo minie Cię ogromna ilość samochodów. Nie dlatego, że nie chcą Cię zabrać, ale dlatego, że nie wyjeżdżają one nawet z miasta.  A to, że nikt się nie zatrzymuje, będzie Cię załamywało i pozbawiało morale.

– Stój w miejscu, w którym widać Cię z daleka i nie zagrażasz bezpieczeństwu na drodze. Czyli nie stój tuż za/przed zakrętami, a już na pewno nie na zakrętach. Chyba że jest gdzie się tam bezpiecznie zatrzymać albo to trasa o niewielkim natężeniu ruchu. Wybierając miejsce, nie musisz szukać takiego, gdzie kierowca będzie miał kilkaset metrów na wyhamowanie. Jeśli widać Cię z daleko, to kierowca już wcześniej zaczyna się zastanawiać, czy Cię zabrać. Ostatnie metry co najwyżej utwierdzą go w przekonaniu, ale zdążył wcześniej zwolnić, by Ci się przyjrzeć. To był nasz błąd na samym początku, ciągle szukaliśmy miejsca idealnego i nieraz szliśmy bardzo długo w jego poszukiwaniu. A wystarczy naprawdę niewiele miejsca. Ważniejsze by samochód miał gdzie się zatrzymać.

– Staraj się stać w miejscach, w których auta jadą wolno i nie zdążą się rozpędzić: przed/za zjazdami, skrzyżowaniami, w tym także na zakrętach – pod warunkiem, że to bezpieczne dla Ciebie, a przede wszystkim dla innych.

– Nie musisz mieć kartki z napisem dokąd zmierzasz. Żeby byłą ona widoczna dla kierowców, musiałaby być naprawdę ogromna i bardzo czytelna. My nie zauważyliśmy żadnej lepszej efektywności z kartką, chyba właśnie nawet mniejszą. Niektóre osoby gdy zobaczą Cię w Krakowie z kartką „Gdańsk”, to nie pomyślą, że wystarczy, gdy zabiorą Cię do Warszawy. Kartka jest przydatna tylko, gdy jesteś już na peryferiach i zmierzasz do jakiegoś małego miasta, albo wtedy, gdy zaraz za tobą jest kilka zjazdów na różne duże miasta.

– Nie załamuj się! Może czasem będziesz łapać w strugach deszczu, ale to wtedy właśnie zatrzyma najfajniejszy kierowca w całej Twojej wyprawie. Albo minie Cię kilkadziesiąt ciężarówek, stracisz nadzieje, to zatrzyma się nowe, klimatyzowane auto, którym przegonisz wszystkie te ciężarówki.

– Kiedy wracasz do domu, miej flagę swojego państwa albo barwy narodowe (na plecaku, koszulce itp. O ile w drogę „do” danego miejsca, to raczej zawęża potencjalnych kierowców, to w drodze powrotnej może się zdarzyć, że kilka tysięcy km od domu spotkasz rodaka, który właśnie wraca do kraju.018a013016

Coś, co wydaję się naturalne i oczywiste, ale może warto przypomnieć, bo jest najważniejsze – zachowaj kulturę osobistą. Jest to szerokie i płynne pojęcie. Wiadomo, że zachowanie należy dostosować do kierowcy, tego jak się dogadujecie i relacji, jakie między Wami się wytworzą, ale podstawy są nienaruszalne:

– Nie narzucaj się kierowcy. Pamiętaj – to Ty jesteś gościem, a on wyświadcza przysługę podwożąc Cię.

– Nie okazuj, że nie podoba Ci się jego muzyka. Nie zmieniaj muzyki bez pytania.

– Nie jedz w samochodzie. Postaraj się to robić na postojach. Jeśli musisz, spytaj czy możesz. Unikaj jedzenia chipsów, herbatników i podobnych rzeczy, którymi łatwo nabrudzić w samochodzie. Jeśli już jesz, to zaproponuj poczęstunek kierowcy.

– Nie wykonuj gwałtownych ruchów, nie sprawiaj by kierowca czuł się niekomfortowo.

– Poruszaj neutralne tematy. Jeśli czujesz, że rozmowa zmierza w złym kierunku, to zmień szybko temat. Lepiej nie rozmawiać na tematy związane z religią czy polityką, chyba ze kierowca jest ciekaw Twojego punktu widzenia.

– Uważaj na to, co mówisz i nie rzucaj słów na wiatr. Nigdy nie wiesz, jak coś może zostać odebrane albo, w jakiej sytuacji zostaniesz postawiony, np. coś obiecasz, podkolorujesz jakąś historię, albo powiesz coś skomplikowanego, czego dokładnie wytłumaczenie uniemożliwiają bariery językowe.

– Jeśli jedziecie we dwójkę, to nie rozmawiajcie za dużo między sobą w języku, którego kierowca nie rozumie (a już na pewno nie na początku podróży), bo kierowca może pomyśleć, że coś knujecie. Nie rozmawiajcie też o rzeczach z negatywnymi emocjami, bo je czuć, nawet gdy ktoś nie rozumie naszego języka. Kierowca może pomyśleć, że te negatywne emocje dotyczą jego.

– Nie śpij. A przynajmniej niech jedno z Was, tylko dotrzymuj towarzystwa kierowcy i pilnuj czy wszystko idzie zgodnie z planem. Jeśli jedziesz długo z jednym kierowcą albo długo już pogadaliście, to możesz się zdrzemnąć.

– Miej dobry humor i sprawiaj miłe wrażenie. A przynajmniej nie bądź naburmuszony, zdegustowany i ponury, bo o ile już jesteś w aucie i raczej nikt Cię z niego nie wyrzuci, to z drogi nikt nie weźmie takiej osoby. Czyli uśmiech, jak z reklamy pasty do zębów, albo przynajmniej wyglądaj na pogodnego, to naprawdę ma znaczenie.

My w naszą autostopową podróż do Turcji i Armenii zabraliśmy także podarunki. Była to przez nas robiona biżuteria, połączenie srebra z modeliną. Prowadziliśmy wcześniej własną firmę, ale nam nie wypaliła i trochę takiej biżuterii nam po niej zostało.

Chcieliśmy je podarować osobom, które będą wobec nas najbardziej życzliwe. Jak łatwo się domyślić, bardzo szybko je rozdaliśmy, bo wiele niesamowitych osób po drodze spotykaliśmy.  Z niektórymi po dziś dzień utrzymujemy kontakt.

Autostop to nieustępująca przygoda. To sinusoida rozpaczy i zmęczenia, ale także nadziei i wiary. Wiary w ludzi, której na co dzień tak nam brakuje. Autostopu nie da się zaplanować. To podróż, która sama się piszę. Ty jedynie wybierasz jej kierunek.

017

JAK ZWIEDZAĆ INDONEZJĘ

JAK ZWIEDZAĆ INDONEZJĘ

Dominujący w świadomości Polaków stereotyp, że Bali to miejsce tylko dla bogaczy rozwalonych na plaży, jest błędny. Oczywiście są na wyspie takie miejsca – głównie na południe od Denpasar. Jednak na Bali będzie się dobrze bawił każdy. My chcemy tam wrócić, a zdecydowanie nie należymy do turystów leniuchów. Bali mimo swoich małych rozmiarów oferuje naprawdę wiele. Jednak by to wszystko zobaczyć, trzeba się po wyspie poruszać. Najlepszym na to sposobem są skutery.  Tanio, szybko, całkiem bezpiecznie, a do tego podróżowanie staje się przygodą samą w sobie. Więc po kolei.

Do nauczenia się jazdy skuterem – spokojnej jazdy (delikatne doprecyzowanie, żebym nie wyszedł na takiego, co propaguje tłumy nieogarniętych idiotów na skuterkach rozbijających się po mieście) wystarczy kilka godzin. Da radę każdy! Warunek to znajomość zasad ruchu drogowego.skuterki001

Wypożyczenie skutera na dzień to koszt nawet poniżej 5 dolarów za dzień (my płaciliśmy mniej – 45 tys. rupii) Cena zależy, od wielu czynników: w jakiej miejscowości wypożyczymy, na ile dni i jakiej mocy, chociaż to nie miało dużego znaczenia. Dlatego starajcie się upolować taki o pojemności 125 cm. Słabsze mogą nieźle mulić na podjazdach pod górkę, a tych w Indonezji nie mało. Targowanie o takie rzeczy w Indonezji wychodzi słabo. Niestety ilość turystów sprawia, że miejscowi są rozpieszczeni i mają podejście – „jak nie ty, to kto inny u mnie zaraz wypożyczy”, ale zawsze warto spróbować.

skuterki013
Warto zrobić zdjęcie tablicy rejestracyjnej swojego skutera, bo łatwo go zgubić w gąszczu pozostałych.

Tani koszt wynajmu skutera docenicie ogromnie, gdy będziecie gdzieś musieli pojechać taksówką. Przejazd samochodem nawet kilku kilometrów, to koszt nawet 400 tys. rupii ( ok. 120 zł KOSMOS). Gdzieś dalej min. 500-600 tys. O dziwo im dalej, tym bardziej proporcjonalnie się to opłaca. Nie wiem ile kosztuje wynajęcie auta.
Skąd zdobyć skuter? Nie musicie nic wcześniej załatwiać. Zdobędziecie go niemal wszędzie. Zapytacie się w sklepie, restauracji, hotelu, a pytany wyjmie komórkę, gdzieś zadzwoni i lada moment pojawi się ktoś z branży albo zostaniecie gdzieś skierowani. Najlepiej jednak załatwić skuter przez obsługę hotelu, w którym się zatrzymaliście. Jest szansa, że personel choć trochę poczuję się za Was odpowiedzialny i zadba byście dostali sprawny i bezpieczny sprzęt z rzetelnie przeprowadzoną dokumentacją. Cudowanie, jeśli obsługa nie pozwoli Was przy tym oszukać i powie, jaka jest uczciwa, orientacyjna cena itp.

skuterki007

skuterki009
Lombok jest dużo bardziej dziki od Bali. W tym pozytywnym znaczeniu, ale także tym negatywnym, czyli zachowaniu miejscowych wobec turystów.

Niestety, często społeczności to malutkie mafie, w których każdy zadba o to, by sąsiad również mógł na Was zarobić i nikt nie powie uczciwej ceny i na co uważać. Tyczy to się wszystkiego, ceny sarongów (chusty niezbędnej do zwiedzania świątyń), cen w restauracjach, cen owoców itd. Najlepszym przykładem do wyjaśnienia, jak działają takie miejscowe mafijki, jest wyspa Lombok. Wypożyczyłem skuter w centrum miasta. Znaleźliśmy nocleg w hotelu, około 1 km dalej. Gdy jechałem czułem, że coś jest nie tak ze skuterem, patrzę, nie ma powietrza w przednim kole.  Poszedłem do menadżera hotelu z pytaniem, czy mogę pożyczyć pompkę? On odpowiada, że nie mają pompki. Jasne… każdy z obsługi przyjechał do pracy na skuterze, ale nie mają pompki. Wyjaśnia, że niedaleko stąd jest koleś, który pompuje koła i taka atrakcja kosztuje 18 tys. rupii. Dzwonię do dziewczyny, od której wypożyczyłam skuter. Oczywiście najpierw chciała mi wmówić, że to ja go uszkodziłem. Potem odesłała mnie do tego samego pana do pompowania z informacją, że będę musiał za to zapłacić. Oznajmiłem, że nigdzie nie jadę i za nic nie będę płacił dodatkowo (na szczęście nie zapłaciłem całej kwoty za wynajem od razu i generalnie starajcie się tak robić, na tyle, na ile to możliwe). Po 5 minutach pojawiło się dwóch chłopaków i napompowali mi koło. Inny przykład. Podjeżdżamy rano na stację, a panowie mówią, że stacja dzisiaj zamknięta, bo jest święto i paliwo musimy kupić w sklepikach przy drodze. Taaa, szlaban i ogrodzenia stacji otwarte, 4 pracowników i stacja zamknięta. Ale nie będę się kłócił. Gdy wracaliśmy po południu na stacji kolejka lokalnych. W tych okolicznościach już nie mogli nam wciskać kitu.

Wróćmy do wypożyczenia skutera. Żeby prowadzić skuter w Indonezji teoretycznie potrzebujecie międzynarodowego prawa jazdy (wyrobienie w Polsce banalnie proste http://www.um.warszawa.pl/zalatw-sprawe-w-urzedzie/sprawa-w-urzedzie/wydanie-mi-dzynarodowego-prawa-jazdy bezsensowny dokument, ale co tam). W praktyce, raczej nikt przy wypożyczaniu zobaczyć go nie będzie chciał. Wystarczy zwykłe prawo jazdy albo sam paszport. Nie znaczy to jednak, że międzynarodowe prawo jazdy będzie nieprzydatne. Otóż jego brak może być genialnym pretekstem do otrzymania łapówki przy kontroli policyjnej. Nas dwa razy zatrzymali policjanci, ale sprawdzili tylko kaski i światła. To były akcje skierowana głównie na lokalnych mieszkańców, bo policjanci zatrzymywali wszystkich jak leci. Dlatego nie mieli czasu na zabawy z nami.

skuterki003
Nieustanny pęd powietrza powoduje, że można w końcu trochę zmarznąć. Sarongi idealnie nadawały się do przykrycia. W ciągu dnia można je sobie przewiązac na szyji i na twarzy, chronią wtedy przed przewianiem oraz dymem i brudem unuszącymi się nad drogami.

No właśnie, co z kaskami? W cenie wynajmu zazwyczaj otrzymacie kask (na Lomboku nie było takiej opcji, ale tam to nie problem). Z jednej strony to cieszy, bo w końcu macie jakąś ochronę na głowie. Ale tutaj muszę dodać kilka słów mądrości: źle dobrany kask (za duży, za mały) może przy upadku wyrządzić więcej krzywdy niż pożytku. Tak samo niebezpieczny może być kask, który został wcześniej uszkodzony i jest np. pęknięty. Ułamany element może się szybko oderwać przy upadku i wbić się w nasze ciało, tak samo szybka wykonana z kiepskiego plastiku. Same szybki są zresztą dość irytujące. Zazwyczaj ich prowadnice są już tak wyrobione, że co chwilę opadają. A widać przez nie tyle, co nic, są tak porysowane. Jeśli więc planujecie dużo jeździć na skuterze, to może warto na miejscu nabyć jakiś nowy kask. Nawet gdy będzie to jakaś tania podróbka, to przynajmniej dopasowana do rozmiaru głowy. Można też zabrać z polski jakiś kask rowerowy, czy wspinaczkowy, zawsze to coś. Na oczy też warto coś mieć, bo owadów dużo i pęd powietrza wysusza oczy.skuterki020

Paliwo w Indonezji jest tanie. Gdy my tam byliśmy, litr kosztował ok. 8 tys. rupii, co daje ok 3 zł.  Ale cena dotyczy stacji benzynowych. Ich sieć nie jest zbyt gęsta. Jeśli nie ma stacji, to paliwo trzeba kupić w butelce w przydrożnych budkach. Czasem sprzedają tylko paliwo, a czasem są ogólnospożywczymi sklepikami. Budki poratują też w godzinach wieczornych, gdy stacje mogą być już zamknięte. Jednak na Bali robi się ciemno już ok. 18.00. W ciemności jazda robi się niebezpieczna, poza tym robi się cholernie zimno, więc raczej nie ma sensu jeździć do późnych godzin. Cena paliwa w budkach jest różna. Czasem cena jest zbliżona do tej ze stacji, a czasem sięga nawet 15 tys. rupii. Wiele zależy od tego, na jak wielkim jesteście zadupiu i która jest godzina. Chociaż kosmiczne ceny usłyszycie nawet w dużej miejscowości w środku dnia. Dlatego od razu jednoznacznie ustalcie cenę. Najlepiej zapłacie od razu po otrzymaniu butelki, przed wlaniem, żeby nie było potem afery. Nam kiedyś cena z 9,5 tys., która padła gdy się zapytaliśmy, podskoczyła do 13 tys. po wlaniu. Oczywiście nikt też nie wie, ile dokładnie ma butelka, więc dla pewności możecie przelać benzynę do jakieś plastikowej butelki, której pojemność znacie.

Przy kupnie z budki trzeba jednak uważać na coś znacznie bardziej istotnego – na jakość paliwa. Często jest ono rozcieńczone. Niestety to powszechny manewr miejscowych. Jednak z budek korzystają też lokalni mieszkańcy, więc jest w nich sprzedawane też pełnowartościowe paliwo. Te rozcieńczone jest przygotowane właśnie dla turystów. Jak je rozpoznać? Dobre paliwo ma kolor bardzo jasny, wpadający w jasną żółć i zieleń. Brudne jest brązowe, w kolorze herbaty.

Jak zadbać o to, by dostać dobre paliwo? Gdy widzicie butelki na stoisku (zazwyczaj są one rozstawione na regałach), sprawdźcie czy wszystkie rzędy wyglądają tak samo. Jeśli trudno Wam to ocenić, to wskazówką może być reakcja sprzedawcy. Gdy błyskawicznie sięgnie po butelkę z nienaturalnej wysokości, to możecie mieć pewność, że ma przygotowany rząd butelek specjalnie dla turystów. Jeśli macie jakiekolwiek wątpliwości, powiedzcie, że nie chcecie tej butelki. Jest duża szansa, że sama mina sprzedawcy powie, czy chciał Was oszukać. To takie żałosne, ale na szczęście dla nas bardzo wyraźne. Otóż po Indonezyjczyka od razu widać, gdy próba już oszustwa właśnie legła w gruzach. Albo zaczynają się uśmiechać sami do siebie, albo zaczynają się uśmiechać i „rżnąć głupa”, albo zaczynają się robić nieuprzejmi. Jeśli nic nie zauważycie, możecie powiedzieć, że chcecie sami wybrać butelkę i teraz reakcja będzie już wyraźniejsza.

Czy to oznacza, że bezpiecznie zatankować można tylko na stacji? No… nie, tam również mogą chcieć Was oszukać. Może być tak, że dystrybutor nie zostanie wyzerowany po poprzednim kliencie i do waszego rachunku zostaną doliczone jego litry lub w odwrotną stronę – pracownik wyzeruje dystrybutor bardzo szybko i zacznie wmawiać, jaka to suma była na dystrybutorze. Dlatego gdy tankujecie, nie odrywajcie oczu od wskaźnika dystrybutora. Płaćcie niskimi nominałami, nie dajcie się pospieszać i nie odchodźcie dopóki nie dostaniecie i nie przeliczycie reszty. Ilość zer i wygląd banknotów w Indonezji są chyba wręcz stworzone do oszukiwana turystów (oczywiście to żart, ale bardzo łatwo się pomylić, zdarzają się też fałszywe pieniądze, ale te są bardzo kiepskiej jakości i od razu widać różnicę).  Nie ufajcie też pracownikom stacji benzynowym w postaci małej przyczepki z zamontowanym wielkim zbiornikiem paliwa. Wprawdzie nie widzieliśmy takich na Bali, tylko na sąsiednim Lomboku, ale kto wie. Niby na zbiorniku jest narysowana miarka, ale czy jest ona miarodajna, to nie sądzę. Gdy podjechaliśmy na taką stację i pan już chciał lać nam paliwo wprost do skutera, to my poprosiliśmy o nalanie do 1,5l butelki. Od razu zauważyliśmy ten uśmiech „oho, ich nie uda mi się oszukać”. Ale i tak próbował: paliwo kosztowało 8 tys. za litr,  pan za 1,5 litra chciał od nas 14 tys., zamiast 12. Ja nie wiem, czy Indonezyjczycy mają turystów za takich idiotów, czy sami są tacy głupi i zawsze muszą spróbować.

Trochę popłynąłem z tym paliwem, ale to ogromnie ważne. Bo na dobrym paliwie i przy sprawnym sprzęcie możecie zjechać kawał drogi, a skuter mknie. Przecież skuter pali 2-3,5 l na 100 km. Z kolei z brudnym paliwem wskazówka jego poziomu wręcz opada na waszych oczach, a skuter ledwo zipie. Gdy wypożyczycie skuter napełnijcie go do pełna dobrym paliwem, bo bak może wcześniej zostać zapowietrzony, by wskazywać full, a potem ugrzęźniecie gdzieś w dżungli. Warto też zrobić zdjęcie stanu baku, gdy tylko odbierzecie skuter, żeby potem nie usłyszeć, że oddaliście skuter z mniejszą ilością paliwa.

Gdy macie sprawny skuter, możecie w pełni korzystać z jego zalet. A te są ogromne. Tylko na skuterze poczujecie klimat wyspy i będziecie się mogli cieszyć pełną swobodą – jechania gdzie chcecie, o której chcecie (zamówienia transportu na bardzo wczesne godzinny poranne jest problematyczne), na jak długo i całe mnóstwo innych.

skuterki006

skuterki014

skuterki004
Na tym moście samochodem na pewno nie moglibyśmy się zatrzymać, a skuterem bez problemu.
skuterki017
To zdjęcie również z szybkiego postoju.

Wszędzie się zmieścicie i zatrzymacie, np. w centrum miasta na minimalnym poboczu, by kupić owoce czy zajrzeć do restauracji, albo na poboczu szosy, by popodziwiać krajobraz okolicy. Za skuter nie zapłacicie za parking, zresztą często ich po prostu nie ma.

Skuterem nie będziecie stać w korkach. A te są powszechne nie tylko w miejscowościach. Mniejsze i większe zatory czy spowolnienia powstają na drogach daleko od miasta. To dlatego, bo chociaż drogi na Bali, Lomboku i kawałku Jawy (w którym byliśmy) były dobrze oznakowane z gładkim i równym asfaltem, to są w wąskimi jednopasmówkami bez pobocza. Tymczasem ruch jest ogromny. Większa górka i ciężarówka, która ją pokonuje i mamy zator gwarantowany. Skuterem dużo łatwiej znaleźć dla siebie miejsce i wyprzedzać.

skuterki019
Typowa droga na Bali

No dobra, ale czy przy takim ruchu i drogach to jest w ogóle bezpieczne? Zacznę od tego, że na ulicach nie ma za dużo piasku czy śmieci, które mogłyby spowodować upadek. Dzika zwierzyna ogranicza się prawie tylko do małp, które przy swojej inteligencji rzadko wpadają pod koła.  Zmartwieniem nie jest też prędkość, z jaką jeżdżą miejscowi. Na początku wydaje się, że gnają na złamanie karku, ale to tylko wrażenie, bo na drodze po prostu bardzo dużo się dzieje: co chwilę ktoś kogoś wyprzedza, ktoś się zatrzymuje do sklepiku itp. W rzeczywistości prędkości nie są duże, ograniczają je zakręty, wzniesienia, no i powstające zatory.skuterki015skuterki010

Na poprawę naszego bezpieczeństwa wpływa także ogromna ilość innych skuterów. O ile stwierdzenie, że kierowcy samochodów i ciężarówek na nie uważają, będzie trochę nad wyrost, to przynajmniej nieustannie pamiętają i są przygotowani na pojawienie się jakiegoś. Nie tak jak polscy kierowcy na motocyklistów.

Największym problemem pozostaje samo natężenie ruchu pojazdów. Faktycznie, na początku może przytłoczyć i przerazić, dlatego najlepiej po prostu dopasować się stylem jazdy do miejscowych. Najważniejsze, żeby nie jechać jak ślimak, wtedy każdy zacznie nas wyprzedzać, trąbić, taki chaos obok nas tylko zwiększy nasze zdezorientowanie. Takie tempo jest też niebezpieczne, bo pojazd, który nas wyprzedza będzie musiał się schować i zepchnie nas z drogi, albo zdąży wyprzedzić, ale będzie musiał gwałtownie zahamować tuż przed nami. Dlatego należy wykorzystać dużą ilość skuterów i to, że co kilkanaście metrów powstają na drodze małe ich grupki.  Najlepiej doczepić i wtopić się w jedną z nich. Podróżowanie w takiej grupce zwiększa bezpieczeństwo, bo nie ma ryzyka, że ktoś nas nie zauważy. Jeśli podróżujemy ze znajomymi na kilka skuterów, to przy dużym natężeniu ruchu łatwo stracić się nawzajem z zasięgu wzroku i rozdzielić. Dlatego najlepiej sami stwórzcie swoją grupkę i ustalcie wcześniej kolejność, by każdy wiedział, kogo ma przed/za sobą oraz pewne zasady, z jakimi się poruszacie. Nie jedźcie obok siebie, zajmując cały pas, lepiej jeden za drugim w małej odległości, bo na pewno miejscowi będą Was wyprzedać. Nie będziecie też musieli unikać pojazdów wyprzedających z naprzeciwka. W dużych miastach, na skrzyżowaniach stawajcie obok siebie, inaczej w wasz szyk zaczną się wbijać inne skutery, a nawet samochody.
Gdy zżyjecie się już ze swoim skuterem, to będzie najlepszy środek transportu. Umożliwi to, czego nie da siedzenie za szybą samochodu. Będziecie mogli w pełni poczuć wszechobecną, wręcz rażąco w oczy zieleń i atmosferę życia wyspy. A gdy z głównej drogi zjedziecie na spokojniejsze – lokalne, które wiją się przez dżunglę i pola ryżowe – zacznie czuć to dziwne uczucie przypominjące wolność i radość. Sama jazda na skuterze stanie się atrakcją dnia i sposobem, by wyeliminować nużące przejazdy od jednej atrakcji turystycznej do następnej.

No i zapomniałem o dość istotnym elemencie – na Bali obowiązuje ruch lewostronny. Ale uwierzcie, to małe utrudnienie. Na szosie nie ma to znaczenia, po prostu jedziecie przed siebie. Minimalne problemy można mieć w miastach, ale człowiek bardzo szybko się przestawia i wszystko wychodzi naturalnie, zwłaszcza, gdy widzi jak jadą tłumy miejscowych.

Jeśli macie pytania, piszcie śmiało!

skuterki002skuterki012skuterki002cskuterki011skuterki018skuterki005

ŚLUB NA BALI – SKĄD POMYSŁ

ŚLUB NA BALI – SKĄD POMYSŁ

moj kwiatek

Z Izą znamy się 15 lat. Jesteśmy razem i mieszkamy samodzielnie od 7. Od dawna wiedzieliśmy, że się kochamy i chcemy być razem na zawsze. Przeżyliśmy wiele problemów. Sprawiały one, że nie mieliśmy ani czasu, ani siły, ani pieniędzy by myśleć o ślubie. Na szczęście moi i Izy rodzice nie należą do umoralniających nas tam, gdzie to niepotrzebne. Zresztą chyba zauważyli, że skoro dzielnie razem radzimy sobie z kolejnymi przeciwnościami, to ślubem nie musimy nic udowadniać. Ślub stał się więc dla nas czystą formalnością. No, może dla Izy jednak czymś więcej.

W końcu, gdy powróciliśmy z naszej autostopowej wyprawy do Armenii, pojawiła się chwila i ochota na uspokojenie naszego życia i wzięcie ślubu. Oczywiście miał to być normalny ślub. “Normalny” ma tutaj oznaczać w Polsce, bo nie można go było nazwać tradycyjnym. Nie chcieliśmy niczego z przepychem. Przerażała nas pompatyczność, wybór koloru kwiatów, koloru zastawy, rodzaju alkoholu, posiłków, muzyki, samochodu i całej sterty bezsensownych dodatków. Przerażała nas także sztuczność tego wydarzenia. Wszystko na pokaz i takie wyrachowane, co „wypada” na nim robić, a co nie. Nie chcieliśmy brać ślubu w kościele, bo chociaż ja jestem osobą wierzącą, a Iza sama chyba nie wie, to na pewno nie akceptujemy stanu polskiego kościoła i zwyczajów w nim panujących. Mimo że ślub był dla nas formalnością, to nie chcieliśmy też zrobić tego na „odwal się”.009Plan zakładał więc ceremonię ślubu cywilnego połączoną z weselem w jakimś ładny miejscu, blisko natury, w pobliżu Warszawy. Chcieliśmy by ceremonia odbyła się w ładnym miejscu w plenerze, a potem przejazd do pobliskiej restauracji. Albo lepsza opcja – by ślub i wesele odbyły się w ładnym, dużym ogrodzie restauracji. Przerażały nas także te trudne decyzje – kogo zaprosić. Ktoś się obrazi, ktoś będzie się źle bawił, bo wprawdzie zaprosimy jego, ale nie zaprosimy innych – wspólnych znajomych, z którymi my z kolei mamy gorszy kontakt. Co zrobić z rodziną, którą widziało się w życiu raz, albo wcale, a niby jest „bliska”, albo wcale się jej nie lubi. Najchętniej zaprosilibyśmy wszystkich, bo pewnie i tak zwróciłaby się większa cześć opłat. Ale skąd, u licha, wcześniej wytrzasnąć tę kasę?! Ani my, ani nasi rodzicie nie należą do majętnych. A brać kredyt na ślub? Czy kogoś poje****?! Poza tym tak duża mieszanka zgromadzonych byłaby zbyt wybuchowa.

Ale trzeba było coś wymyślić. Zaczęliśmy orientować się w kosztach i sposobach realizacji. Koszt samej opłaty za udzielenia ślubu w plenerze to 1 tys. zł. Trzeba zapewnić „godne i odpowiednio udekorowane miejsce” do ślubu (https://obywatel.gov.pl/malzenstwo/slub-cywilny-jak-wziac-slub-w-urzedzie-lub-poza-urzedem oraz http://www.polskieradio.pl/5/3/Artykul/1389108,Slub-cywilny-nie-tylko-w-urzedzie-ale-ten-w-plenerze-bedzie-drozszy). Oczywiście takie miejsca musza być dwa, na wypadek gdyby na świeżym powietrzy rozpętała się burza, huragan, czy inny przerażający kataklizm w postaci… niepogody. A co jeśli ja chce wziąć ślub w deszczu?! Te kwoty są jeszcze do zniesienia, ale koszty całej reszty zaczęły się robić kosmiczne. Każda restauracja, która nam się jakkolwiek podobała, rzucała cenę w okolicach od 250 zł wzwyż (350 zł najwięcej) za gościa – za sam talerzyk. Po otrzymaniu którejś z kolei wycen, Iza rozzłoszczona rzuciła „CO?! Przecież, za taką sumę można wziąć ślub na Bali”. Czemu powiedziała akurat Bali? A dlatego, że wydawało jej się to wtedy najbardziej absurdalne i abstrakcyjne. Nie spodziewała się, że w mojej głowie rozświetli się żarówka – „Super za jednym zamachem i jednym kosztem mamy ślub, miesiąc miodowy niczym z filmów i kolejne wspaniałe wakacje”.

Błyskawicznie przypomniałem sobie, że kiedyś nasza przyjaciółka wspomniała, że jej rodzicie chcą otworzyć hotel na Bali. Od razu do niej zadzwoniłem i okazało się, że hotel, a właściwe kompleks małych domków już działa https://www.facebook.com/relaxbeachresortcandidasa/?fref=ts. Poprosiłem, by dowiedziała się od rodziców, czy taka ceremonia jest wykonalna, no i czy moglibyśmy się u nich zatrzymać. Jednocześnie zaczęliśmy szukać informacji na własną rękę. Znaleźliśmy co najmniej 3 firmy, które pomagają w organizacji takiej ceremonii. Znaleźliśmy też firmy, które pomagają w organizacji ślubów w innych, równie odległych zakątkach świata. Jednak to właśnie Bali wydawało się idealnym połączeniem miejsca spokojnego na ślubu i miesiąc miodowy oraz pełnego atrakcji do dalszego zwiedzania. Zostaliśmy przy Bali również dlatego, że nie chcieliśmy być tam sami. Chcieliśmy, by byli z nami najbliżsi tj. rodzina i najbliżsi znajomi. Dzięki kontaktowi do rodziców przyjaciółki mieliśmy gwarancję, że znajdzie się miejsce dla naszej grupy i pomogą nam na miejscu. Cena samej ceremonii ślubu wahała się od 1500 do 2200 dolarów (oczywiście w najbardziej skromnych opcjach, o tym napiszemy dokładnie w następnym poście). Co przy min. 2 tys. zł, które i tak musielibyśmy wydać na same urzędnicze kwestie ślubu w Polsce w plenerze (http://zrobswojslub.pl/koszty-slubu-w-plenerze/), wydawało się dużo bardziej atrakcyjne. Przecież zamiast ślubu w ogrodzie czy nad jeziorem, będę miał ślub na Bali, na drugim końcu świata, nad oceanem, nad klifem, gdzie będę chciał. Oczywiście muszę do tego doliczyć koszt przelotu, pobytu itd., ale zamiast 12 godzin zabawy na polskim weselu, będę miał 3 tyg. niewyobrażalnej przygody.002Jeszcze jakiś czas wahaliśmy się, czy porzucamy plan tradycyjnego polskiego ślub. Pomysł był jednak tak szalony, że od razu go pokochaliśmy. Wydawało nam się, że po autostopowej wyprawie chcemy teraz odpocząć od podróżowania. Jednak mając na horyzoncie Bali, zrozumieliśmy, że jest wręcz odwrotnie – potrzebujemy podróży coraz więcej, coraz dalej.  Gdy pojawiła się promocja na stronie linii lotniczych i za 2500 zł kupiliśmy bilet w tę i z powrotem (dla jednej osoby) na 3 tygodniowy pobyt, to nie było już odwrotu. Od tego momentu uwierzyliśmy, że to naprawdę jest wykonalne. Z ulgą poczuliśmy, jak zrzucamy z siebie te wszystkie utarte ścieżki i konwenanse. Ślub w przepięknych okolicznościach natury, wiatr we włosach, szum oceanu i mała skromna altanka do przeprowadzenia ceremonii – czy da się bardziej romantycznie? Jednak z konwenansów chcieliśmy zachować jeden – do ślubu idziemy w pełni elegancko ubrani. Wiele par na Bali robi to w luźnych ładnych sukienkach oraz w zwiewnych białych koszulach i jasnych spodniach. My chcieliśmy to zrobić po naszemu, inaczej niż wszyscy. Poza tym to w końcu nasz ślub! Iza, jak każda kobieta, złapała tę niewyjaśnioną fazę na wymarzoną suknię ślubną (co za debilizm, kawał materiału za grubą kasę do założenia raz w życiu). Ja z kolei miałem kupiony garnitur. Iza pozwoliła mi go kupić jeszcze rok wcześniej tylko pod warunkiem, że założę go pierwszy raz na nasz ślub właśnie, no więc musiał spełnić swoje przeznaczenie.

Poinformowaliśmy rodziców. Nie byli wybitnie zaskoczeni. Przywykli do naszych wybryków i niestandardowych czynów. Jednak nie byli też zachwyceni. Nie należą do osób majętnych, więc od razu założyli, że ich na ślubie nie będzie. My z kolei właśnie dlatego uważaliśmy, że to genialne rozwiązanie. Próbowaliśmy ich przekonać, że gdyby ślub był w Polsce, to źle byśmy się czuli, gdyby dali nam jakieś drogie prezenty albo pomogli finansować imprezę. Chcieliśmy by te właśnie pieniądze przeznaczyli na najfajniejsze wakacje w swoim życiu. Chcieliśmy dać im pretekst, by zrobili coś ciekawego. Moi rodzicie mają już ponad 60 lat i wiem, że bez dobrego pretekstu nie ruszą się nigdzie dalej. Wyjaśnialiśmy, że koszt przelotu jest największym, a w zasadzie jedynym dużym kosztem, bo przecież nie będę brali udziału w jakiś szalonych atrakcjach. Twierdzili, że przeszkodą jest dodatkowo ich stan zdrowia (gadali, jakby mieli 90 lat). My z kolei argumentowaliśmy, że klimat Bali jest bardzo przyjemny. Nie ma typowego tropikalnego upału i wilgoci. W pewnym momencie byliśmy pewni, że udało nam się ich przekonać. Niestety, ostatecznie nie pojechali, ale zaakceptowali naszą decyzję. Powiedzieli, że to przecież nasze święto, nas jako pary, więc najważniejsze, żebyśmy to my mieli z tego największą radość. Jedynymi przedstawicielami rodziny na ceremonii zostało nasze rodzeństwo, czyli siostra moja i siostra Izy.

Wahaliśmy się co do Bali z jeszcze jednego powodu. Od razu wiadomo było, że wyklucza to obecność Snupiego. Obowiązuje bezwzględny zakaz wwożenia zwierząt towarzyszących na Bali, powodem jest powszechna wśród tamtejszych zwierząt wścieklizna. Była to trudna decyzja, chcemy przecież walczyć ze sztucznymi i niepotrzebnymi zakazami. Udowadniać, że obecność psa w wydarzeniu nie jest problemem... Na szczęście Snupi wystarczająco dużo radości doznał podczas samych przygotowań.
Wahaliśmy się co do Bali z jeszcze jednego powodu. Od razu wiadomo było, że wyklucza to obecność Snupiego. Obowiązuje bezwzględny zakaz wwożenia zwierząt towarzyszących na Bali, powodem jest powszechna wśród tamtejszych zwierząt wścieklizna. Była to trudna decyzja, chcemy przecież walczyć ze sztucznymi i niepotrzebnymi zakazami. Udowadniać, że obecność psa w wydarzeniu nie jest problemem… Na szczęście Snupi wystarczająco dużo radości doznał podczas samych przygotowań.

Zaczęliśmy zapraszać znajomych, chociaż trudno nazwać to zapraszaniem. Przecież decyzja o Bali wynikała m.in. z tego, by uniknąć tych trudnych decyzji – kogo zaprosić. Więc nie wybieraliśmy. Najzwyczajniej, przy okazji innych spotkań, informowaliśmy – bierzemy ślub na Bali i dodawaliśmy, że jeśli mają ochotę, to mogą pojechać do Indonezji z nami, spędzić wspólnie wakacje. Nie wierzyliśmy w zbyt duże zainteresowanie i nie namawialiśmy. Nasze słowa brzmiały mniej-więcej tak: bierzemy ślub na Bali i zostajemy tam na 3 tygodnie wakacji. Jedziecie z nami? Jeśli tak, to zróbcie tak, żeby być też na ślubie, nie musicie kupować nam żadnych prezentów. Jedynymi osobami, którym byśmy nie podarowali nieobecności, to mój świadek Michał i świadkowa Izy – Iga. Znamy się od wczesnego dzieciństwa. Na szczęście, oni sami należą do osób, których namawiać nie trzeba. Świadkowie stwierdzili, że skoro my idziemy elegancko ubrani, to oni też. Ja namawiałem Michała by był w kąpielówkach i klapkach Kubota, ale się na to nie zdecydował. Pewnie wiedział, że Iza mnie i jego za to zabije 🙂

Przeżyliśmy ogromne zaskoczenia: pozytywne i negatywne. Pozytywne dlatego, że wiele osób bardzo poważnie zaczęło rozważać naszą propozycję i nazwało ją „genialną”. W pewnym momencie lista zdecydowanych osób liczyła ponad 20. Wśród gości był również Justin – Amerykanin, który mieszka i pracuje w Emiratach Arabskich, a którego poznaliśmy w Stambule. Rozmawialiśmy z nim 4 godziny (nie licząc dalszych konwersacji przez internet). Znaliśmy go krótko, ale bardzo polubiliśmy. Poza tym Indonezja na drugim krańcu Ziemi była godnym miejscem do podtrzymania tak nietypowo rozpoczętej znajomości. Justin ogromnie się wzruszył, że pomyśleliśmy o nim przy tak ważnej dla nas chwili.

Justin! Co Ty tutaj robisz?
Justin! Co Ty tutaj robisz?

No ale były też te negatywne aspekty. Polegały przede wszystkim na tym, że wielu zdecydowanych odpadło w ostatniej chwili. W tym najbliżsi znajomi, np. nasza przyjaciółka z problemami zdrowotnymi zaszła w ciąże. Wraz z mężem – jednym z moich najbliższych przyjaciół – mieli już kupione bilety. Za to jego siostra godnie go zastąpiła, bo zdecydowała się na wyjazd tydzień przed naszym wylotem. Na lotnisko jechała niemal prosto z innego wyjazdu. Ledwo zdążyła się spakować. Innym nie pozwoliły finanse, czy brak możliwości urlopu. Negatywne, a raczej męczące, były reakcje jednego znajomego, który przy każdym spotkaniu stwierdzał, że niepotrzebnie „wydziwiamy”. Próbował nas nawet umoralniać, że powinniśmy wziąć normalny ślub. To śmieszne, gdy w głowie wciąż ma się jego młodzieńcze wybryki. Tak czy inaczej, na Bali wybraliśmy się 16 osobową grupą. Sami oceńcie czy to dużo czy mało. Czasem na spotkanie w weekend nie da się umówić więcej niż 6 osób.

Już niebawem kolejny post, w którym opiszemy – jak przebiegła organizacja ślubu i wszystkich atrakcji na 3 tygodniowy pobyt oraz ile to wszystko kosztowało. Zapewniam, bardzo Was to zaskoczy…008004