PIES NA JACHCIE czyli ŻEGLOWANIE Z PSEM – PORADY I WSKAZÓWKI

Czy pies może mieć chorobę morską? Na to pytanie, a także na wiele innych: o tym jak zabezpieczyć psa, jak go przygotować, co zabrać na czas żeglowania z nim po jeziorach, morzu czy oceanie, odpowiadamy poniżej.

Nasze osiągnięcie przepłynięcia Atlantyku ze Snupim (z Maroko do Brazylii) w 99% wzbudziło reakcje pozytywne. Wiele osób pyta o pewne kwestie z czystej ciekawości. Niestety wpadają do naszej skrzynki pocztowej też inne wiadomości. Przepełnione strachem i wątpliwościami o dobro Snupka – jakbyśmy nie znali własnego psa, jakby wszystkie trudności, które pokonaliśmy dotychczas, były nic nie wartym doświadczeniem. Przykre, że wiele osób nigdy w życiu nie odważy się na przekroczenie swoich granic. Na zrobienie czegoś, co wykracza poza ich zachowawczy schemat życia na tym świecie i wszelkie takie działania, traktują jako krzywdę i niebezpieczeństwo.

Oczywiście, jest kilka zagrożeń i problemów. Ale nie można się skupiać na ich istnieniu, tylko na ich rozwiązaniach, bo te zawsze istnieją. Opiszemy je poniżej, są one równie przydatne w miesięcznej przeprawie przez Atlantyk, jak i kilkudniowym rejsie po morzu czy jeziorach.

Zacznijmy od choroby morskiej. Wiele osób pyta – a psy nie mają choroby morskiej?

Oczywiście, że mogą ją mieć. Podobnie, jak chorobę lokomocyjną. Jest to kwestia indywidualna – tak samo, jak u ludzi. Jak u ludzi również, u każdej jednostki inne będą objawy i stopień ich nasilenia. Wszystko w zależności od warunków. Co trzeba tutaj wyraźnie podkreślić, to fakt, że KAŻDY człowiek i pies jest podatny na chorobę morską. Po poznaniu dziesiątki, jeśli nie setki żeglarzy i rozmowach z nimi, wiemy jedno: „Ten, kto twierdzi, że nie ma choroby morskiej, to ten, co nie trafił jeszcze na odpowiednią falę” albo próbuje zgrywać twardziela. O co chodzi? Mianowicie, każdy akwen, ba, każdy dzień ma swoje własne fale. Wystarczy zmiana wysokości fali, jej długości, kąta uderzenia w kadłub jachtu, by ktoś odporny dotychczas na chorobę morską, nagle jej uległ. Bardzo częste są przypadki, że przez cały dzień ktoś nie żadnych objawów, a zaczyna chorował w momencie, gdy słońce chowało się za horyzontem i mózg traci jakikolwiek punkt odniesienia. Taki sam efekt może wywołać bezchmurne niebo czy stracenie lądu z horyzontu. Poznaliśmy mnóstwo osób, która są w trakcie okrążania świata, ale zrobiły sobie dłużą przerwę w rejsie na kilka tygodni by zwiedzić dany kraj. Gdy wróciły na wodę, wymiotowali jak nowicjusze.

Na skalę odczuwania choroby morskiej wpływa również sytuacja, w jakiej się znajdujemy. Mam tutaj na myśli np. poziom adrenaliny. Gdy nasz organizm uzna, że sytuacja zagraża życiu, to poczucie mdłości będzie ostatnim, jakie wtedy wytworzy. Spokojnie, nie musi to być od razu nadchodząca katastrofa, wystarczy sytuacja, w której wokół nas będzie duże zamieszanie albo otrzymamy dużo zadań do wykonania. Nasz organizm będzie się bronił przed chorobą. Znajomi, którzy pływają z psem po Bałtyku, opowiadali, że ich pies na otwartym morzu nie czuje żadnego dyskomfortu, bo są emocje. Jest też dużo członków załogi, a każdy co chwilę go zaczepia. Tymczasem w porcie, kiedy wszyscy przygotowują łódkę i nikt nie ma czasu się nim zająć, a fale tylko delikatnie kołyszą łódką, to zaczyna rzygać… jak kot 😀

Nawet jeśli zachorujesz, Ty czy Twój pies, na spokojnej wodzie, to nie oznacza od razu, że dalej będzie tylko gorzej oraz nie możesz już nigdy więcej wchodzić na łódź i pływać.

Bowiem występuje NAJWAŻNIEJSZA PRAWIDŁOWOŚĆ – choroba morska mija u ludzi w 99% przypadków, po maksymalnie 2-3 dniach.

Jasne, 3 dni to niemało. Jednak w skali cudownego przedsięwzięcia i przygody, jaką jest przykładowo miesięczna przeprawa przez Atlantyk, lub 2-tygodniowy rejs po Chorwacji, Norwegii itp., to jest to dyskomfort możliwy do zaakceptowania. Choroba morska nie oznacza też nieustannego wymiotowania. Czasem objawy to tylko wyjątkowe poczucie senności, czasem tylko poczucie ciężkości w głowie, jedni będą się źle czuli wyłącznie pod pokładem, a inni z kolei wyłącznie na pokładzie. Jest tylko odsetek ludzkości, któremu choroba morska nie mija. Od wszystkich żeglarzy i osób, które popływały dłużej jako pasażerowie, słyszeliśmy tylko o 2 takich osobach.

Uwzględniając to wszystko, za nietrafione uznaję rady, by sprawdzić, czy pies ma chorobę morską podczas próbnego rejsu po Bałtyku. Przede wszystkim dlatego, że Bałtyk potrafi często być jednym z najmniej przyjaznych akwenów do żeglugi i np. fale na środkowym Atlantyku w odpowiednim sezonie, to przy falach na Bałtyku bułka z masłem.

Najważniejsze to sprawdzić, nawet podczas żeglugi na jeziorach, czy pies radzi sobie z poruszaniem się po łodzi.Na jeziorach przechylenie łódki można osiągnąć tak samo mocne, jak na otwartym akwenie.

Snupi już po kilku godzinach radził sobie wyśmienicie po przemieszczaniu się po łodzi. Każda łódź jest inna, więc każdej pies musi się „nauczyć”.

I wyszukał miejsca, gdzie można się usadowić, by najmniej się przesuwać podczas bujania łódki.

U naszego Snupiego choroba morska ograniczała się za każdym razem (bo mieliśmy kilkutygodniowe przerwy między kolejnymi rejsami) do 3-5 bardzo dużej senności i utrzymania ogólnie małej aktywności przez pierwsze kilkanaście godzin. Po tym okresie Snupi zdawał się potem być całkowicie sobą. Snupi ani razu nie wymiotował. Poznaliśmy wiele psów żeglujących, myślę, że około 20 – każdy z nich znosił chorobę morską podobnie krótko lub i tak znacznie lepiej niż jego właściciel.

Nawet jeśli na początku nie będzie różowo, to nie poddawajcie się, się wpadajcie w panikę. Pies dojdzie do siebie, zadbajcie tylko o niego (ale bez przesady) najlepiej dać mu święty spokój i mieć  tylko pod kontrolą. Znajdźcie mu spokojne miejsce, gdzie będzie mógł się położyć i zablokować swoje ciało przed nieustannym przesuwaniem/zsuwanie się. Idealnie sprawdzi się do tego łóżko lub kanapa, położenie kocyka czy posłania na podłodze bez jego wcześniejszego przytwierdzenia na stałe do podłoża jest kiepskim pomysłem, bo po podłodze wszystko się ślizga na falach.

No i przypominam, każdy akwen jest inny, a sytuacje są niepowtarzalne, nie da się przygotować na wszystko.

Małe przechylenie łódki

I dużo większe, wtedy Snupi już musiał mieć wspomaganie 😀

INNE DOLEGLIWOŚCI:

Jeśli już Wasz pies będzie wymiotował, to musicie zabezpieczyć się przed jednym z kilku największych niebezpieczeństw na łódce – odwodnieniem. Wiatr, sól i mało spokojnego snu dodatkowo odwodnienie pogłębiają. Musicie robić wszystko, żeby pies dużo pił. Na szczęście psy mają pierwotne instynkty i dużo lepiej radzą sobie z typowym dla ludzi – brakiem apetytu i pragnienia – w trakcie choroby. A przecież woda jest podstawą w leczeniu każdej dolegliwości. Warto się też zabezpieczyć przed odwodnieniem z otworu na drugim końcu organizmu – czyli biegunką. Aczkolwiek generalnie jej powstrzymywanie jest niewskazane, bo w większości przypadków jest reakcją prowadząca do pozbycia się z organizmu substancji, która mu szkodzi. Niemniej są od tego wyjątki. Najważniejszy to sytuacja, gdy nie możemy pozwolić na dalszą utratę wody z organizmu, bo spowoduje to głębokie odwodnieniem, które doprowadzić może do poważnych uszkodzeń organów, a nawet śmierci. Drugi wyjątek, biegunkę można powstrzymać z czysto pragmatycznych powodów, pod warunkiem, że mamy pewność, że substancja, która ją wywołała nie jest wybitnie szkodliwa dla organizmu. Na przykład, gdy jesteśmy właśnie na jachcie, na malutkiej przestrzeni, na której spędzamy aktualnie całe swoje życie. Fajnie więc, jakby pies całej jej całej nie zanieczyścił. Na takie sytuacje warto w psiej apteczce trzymać pastę ColoCeum Plus i zwykły węgiel w pastylkach.

A kuku, co tu dają? Widzicie naszyjnik, jaki Snupi dostał od dziewczynek z amerykańskiej rodziny, która zabrała nas z Maroko na Wyspy Kanaryjskie? 😉

Jeśli już jesteśmy przy sprawach trawiennych, to na łódce częstym zjawiskiem jest przeciwieństwo biegunki – zatwardzenie. Wynika z ogólnego stresu i dyskomfortu dla organizm z powodu znajdowania się w sytuacji dla niego nietypowej. Jednak i z tym łatwo sobie poradzić odpowiednimi lekarstwami albo odpowiednią dietą. Trudno mi ocenić, czy przypadłość dotyka psy równie mocno jak ludzi. Wydaje mi się, że jeśli tylko pies będzie miał blisko przy sobie człowieka, to poradzi sobie z adaptacją do sytuacji.

MAŁA PRZESTRZEŃ

Kilka osób napisało, że żeglowanie z psem, to robienie mu ogromnej krzywdy, bo przez dłuższy czas zamknięty jest na jachcie bez dostępu do trawy, drzew do obsikania, przestrzeni do wybiegania i innych psów. Początkowo myślałem, że te osoby żartują, ale po krótkiej konwersacji z każdą z nich, odkrywałem że one tak „na serio”. W takich momentach zastanawiam się, co ludzie mają w głowach?! To takie straszne, że adoptowałem psa ze schroniska, kocham go, spędzam z nim aktywnie czas i w jego, minimum, 15 letnim życiu, zamknę go na kilka dni na ograniczonej przestrzeni jachtu? Tylko po to, żeby prędzej czy później dobić do lądu, gdzie pies będzie miał z powrotem to wszystko.

Spotkanie z delfinami to dla większości psów ogromna frajda.

Chyba niektórzy zapominają, że nie da się tak zrobić, by całe życie dla wszystkich (w tym dla psa) było cukierkowe. Nie ma samych przyjemnych i łatwych decyzji. Sukces i szczęście potrzebuje poświęceń i wysiłku. Poza tym, warto niektórym ludziom uświadomić, że pies to nie jest niemowlak wykonany z waty cukrowej, który zginie od kropelki wody i jedyne co należy z nim robić, to głaskać i kłaść na kanapie. PIES TO PIES, organizm każdego zdrowego psa jest o wiele bardziej wydajny i sprawny niż człowieka. Pies lubi się zmęczyć, pobrudzić itd. Jeśli komuś wydaje się, że jego pies tego nie lubi, to musi zrozumieć, że wynika to tylko z tego, że pies przyzwyczaił się do nudnego życia właściciela.

Całe życie z wariatami…

No właśnie – pies do szczęścia najbardziej potrzebuje CZŁOWIEKA. Dla psa właściciel jest całym światem. Pies potrafi się przystosować do skrajnie niekomfortowych warunków – najlepszym przykładem tego jest miłość zwierząt do właścicieli, którzy je biją. Więc to naprawdę takie straszne, że pies trochę się pomęczy przez kilka dni, by potem przez rok (jak w naszym przypadku) mógł biegać u mojego boku po górach, dżungli, plażach Ameryki Południowej, poznawać całkowicie nowe zapachy roślin, miejsc, poznawać nowych ludzi, krótko mówiąc, przeżywać codziennie najlepszy spacer swojego życia?  Nawet jakby miałby to być tylko miesiąc, to co? Lepiej na ten miesiąc zostawić go w hoteliku dla psów, albo z rodziną?

 

To jak, naprawdę chciałbyś, żebym był teraz w domu i umierał z tęsknoty? 🙁

Wracając do meritum, należy podkreślić, że pies nie potrzebuje stadionu piłkarskiego do zabawy i wytracenia energii. Tak samo, jak mitem jest, że duży i aktywny pies potrzebuje gigantycznego mieszkania czy domu z ogrodem. Psu można zapewnić mnóstwo atrakcji na małej przestrzeni. Zwłaszcza, gdy uświadomimy sobie, że zmęczyć psa fizycznie jest ogromnie trudno i wcale nie jest to najważniejsze. O wiele bardziej efektywne i cenne dla samego psa jest zmęczenie go psychicznie. To właśnie zabawy wymagające myślenia, a nie bezmyślnie obgryzanie patyka, rozwijają intelekt i zmysły psa. Dlatego na jachcie świetnie sprawdzą się zabawy, jak noseworking (trenowanie zmysłu powonienia poprzez chowanie przysmaków), trenowanie sztuczek czy zabawa ulubioną zabawką w sposób wymagający skupienia i kombinowania (np. chowania maskotki pod przeszkodami, czy prowadzenia jej na sznurku, a nie zwykłego szarpania i siłowania się o nią z psem). W normalnym życiu brakuje nam na to czasu i motywacji, tymczasem długie, a czasem nudne, dni na wodzie będą idealną okazją do nadrobienia tych czynności.

Dodatkowo w zapewnieniu psu atrakcji nie będziemy sami. Pomogą nam pozostali członkowie załogi. Psy uwielbiają kontakt z nowymi ludźmi (oczywiście zdarzają się rasy z wyjątkami od tej reguły, czy psy z traumatycznymi przeżyciami, które boją się nieznajomych). Na takim jachcie pies staje się niemal centrum zainteresowania. Przecież kilka osób zamkniętych na jachcie, po pewnym czasie ma siebie nawzajem dość i musi od siebie odpocząć. Dopada je też znudzenie. Tymczasem pies jest świetnym wentylem bezpieczeństwa, rozładowującym napięcie, konflikty, jest wyśmienitym elementem zaczepnym do rozpoczęcia rozmowy i zabaw. Niemal każdy załogant łodzi, na której byliśmy, co chwilę zaczepiał Snupiego i chciał się z nim bawić. Poza tym na łodzi coś nieustannie się dzieje, ktoś idzie spać, ktoś wstaje, są delfiny, jest zmiana warunków atmosferycznych itd. więc pies będzie mógł wykonywać jedną z ulubionych czynności psów – obserwować sytuacje. Ogromną atrakcją dla psa jest także najzwyklejsze leżenie obok człowieka i zdobywanie zainteresowania, a jesteśmy przekonani, że każdy kto będzie miał wachtę, woli mieć towarzystwo niż samotnie siedzieć na pokładzie.

No i na koniec sprawa oczywista – problem braku przestrzeni występuje tylko przy długich przeprawach, przy każdym innym rejsie, który dopuszcza dobijanie do lądu co kilka dni nie ma w ogóle o czym mówić. Poza tym żeglowanie również gwarantuje wysiłek fizyczny – bujanie łódki na falach wymaga używania mięśni do balansowania i utrzymywania równowagi i zdziwilibyście się, jak mocno. 

No i dotarliśmy, do Brazylii.

 

 

Spuść psa z oka na 3 minuty, a ten zrobi abordaż na łódkę obcych ludzi.

 ŁÓDKA VS. SAMOLOT

Mimo to dwie osoby napisały, że taka przeprawa będzie gorsze dla psa, niż transport pod pokładem w samolocie. Ja jestem z kolei przekonany, że te niedogodności są dla psa, a już na pewno dla Snupiego, o wiele mniejszym stresem niż lot. Są, oczywiście, psy, które nie mają najmniejszego problemu z podróżowaniem samotnie w samolocie. Jednak z drugiej strony są psy, które mają ogromny lęk separacyjny i bez wsparcia człowieka mogą nawet umrzeć w stresującej sytuacji (a w samolocie bodźców mnóstwo hałas, przeciążenie grawitacyjnie, zmiana ciśnienia, przenoszenie w klatce przez obce osoby, obecność innych przestraszonych zwierząt itd.). Jak bardzo pies może się bać w samolocie? Wystarczy sobie przypomnieć letnie burze i sylwestrowe fajerwerki. Do tego dołożyć lęk i tęsknotę za człowiekiem – których objawy każdy z nas na pewno słyszał na swoim osiedlu, gdy sąsiad zostawia psa samego w domu. Właśnie stres jest najczęstszą przyczyną zgonów zwierząt podczas lotów, a nie jak powszechnie się uważa – wychłodzenie organizmu.

Przestrzeń, w której psy się transportuje, to nie jest luk bagażowy. Jest to oddzielona przestrzeń z lepszymi warunkami. Jeśli już, to psy umierają tam z przegrzania – podczas nieprzewidzianych utrudnień i opóźnień, gdy samolot długi czas czeka na lotnisku i nagrzewa się od promieni słońca. Właśnie z powodu stresu podczas przeładunku i ryzyka opóźnień, należy unikać lotów przesiadkowych w trakcie podróżowania z psem https://turystyka.wp.pl/smierc-w-samolocie-podroz-ze-zwierzetami-6044267395724417a). Obecność człowieka daje psu ogromne wsparcie, tymczasem podczas przelotu pies nie ma szans na bliskość swojego człowieka. Nawet nie myślcie o podawaniu psu leków uspokajających na czas takiego transportu. W połączeniu z opisanym stresem i zmianą warunków może to doprowadzić do śmierci, a przynajmniej poważnych powikłań.

Zupełnie inaczej ma się sprawa, gdy pies może lecieć z właścicielem w kabinie pasażerskiej. Jednak Snupi nie może, bo jest za duży. Większość linii dopuszcza by pies razem z transporterem ważyli 6, 8, bardzo rzadko 10 kg. Gorszym wymogiem jest to, że transporter musi się zmieścić pod siedzeniem, a psu musi być w nim wygodnie (dokładne wymogi i akceptowane wymiary znajdziecie na stronach internetowych linii lotniczych. Linie arabskie oraz większość tanich linii nie akceptuje psów). Cały haczyk w tym, że tą wygodę ocenia obsługa na lotnisku i to od niej zależy, czy polecicie, czy stracicie bilet, bo ich zdaniem psu będzie niewygodnie.

A jak widać, na łodzi potrafi być naprawdę komfortowo.

PRZERWA NA SIKU

Niektórzy upatrują kolejnego problemu w braku miejsca do oddania moczu i kału. To kwestia niezwykle istotna, ale też ogromnie indywidualna i, według mnie, w istocie prosta do rozwiązania. Nie podlega przecież dyskusji fakt, że psa można nauczyć załatwiania potrzeb w wyznaczonym miejscu i czasie – najlepszym dowodem na to jest sama idea spaceru. Zatem osiągnięcie bardziej udoskonalonego efektu, to tylko kwestia kolejnych nauk. Można takie nauki wprowadzić na wiele dni przed rejsem. Zarówno w domu, jak i na dworze.

W domu pomocne mogą być kuwety czy specjalne maty pochłaniające ciecze. Aczkolwiek dla mnie ryzykowne jest uczyć psa w domu, w końcu od narodzin uczony jest, że w pomieszczeniach zamkniętych się załatwiać nie można, więc lepiej niech mu ten nawyk pozostanie. Poza tym nie każdy będzie sobie życzył kuwetę pod pokład jachtu, a na pokładzie ją zmyją fale, zdmuchnie wiat itd. Gdyby mieć własny jacht, można by próbować się bawić w jakieś przymocowanie kuwety. Ale jeśli pływamy sporadycznie na czyjeś łódce, to nie jest to proste przedsięwzięcie.

Luka, którego poznaliśmy w Brazylii ma wszystko na wypasie.

Powstaje jednak kluczowe pytanie – po co kuweta? Przecież pies może się załatwiać bezpośrednio na pokład, potem wystarczy to umyć (wody pod dostatkiem, dodatkowo słona woda – w przypadku żeglugi po morzu i oceanie ma właściwości bakteriobójcze, tak samo jak promienie słońca uderzające nieustannie w pokład). Najlepiej gdyby pies robił to w jednym – wyznaczonym – miejscu  (łatwym do mycia, chroniącym dość dobrze przed wypadnięciem za burtę i jednocześnie niezbyt często używanym przez nas).

By uzyskać efekt załatwiania się w wyznaczonym miejscu, psa można przyzwyczajać na spacerach – wystarczy wprowadzić praktykę, by pierwsze siku robił na wyznaczone przez nas drzewo, krzak itd. Jak to zrobić? Stać przy nim tak długo, aż się uda. Przetrzymywać psa w domu (aż naprawdę mocno będzie mu się już chciało siku i zacznie pokazywać, że chce wyjść),  by od razu po wyjściu skupił się tylko na załatwieniu się, a nie radosnym szukaniu sobie 15-tu wymarzonych miejsca do podsikania. Nie chcę tego rozwijać, bo ile psów i ich właścicieli, tyle będzie właściwych metod na naukę. Oczywiście skuteczność nauk zależeć będzie od rasy, charakteru psa, a przede wszystkim od podejścia do sprawy przez właściciela, jego inwencji twórczej i cierpliwości.

Odczep się od mojego tyłka, łapię w niego trochę wiatru.

Nie zapominajmy jednego, pies nie jest głupi i ma instynkt, nie zrobi sobie sam krzywdy. Na pewno się nie zatka i nie będzie w stanie powstrzymać swoich potrzeb dłużej, niż przez kilka czy kilkanaście godzin. Raczej rozpozna też, że przestrzeń pod pokładem przypomina mieszkanie, więc tam się załatwiać nie można. Więc z naukami możemy równie dobrze poczekać, aż już będziemy na łodzi. A naszym zadaniem będzie wtedy tyko czujne obserwowanie psa (przecież widać po nich, kiedy je „ciśnie”) i w odpowiedniej chwili zaprowadzić w pożądane przez nas miejsce. Mądry pies po kilku takich naukach na pewno zrozumie.  Jeśli nie, no to trudno – cały czas będziemy musieli pilnować psa. Z jednej strony wydaje się to męczące, z drugiej strony i tak na pokładzie cały czas trzeba mieć oko na psa, bo może sobie coś zrobić (np. wypaść z łodzi).

Większość żeglujących psów, które widzieliśmy, załatwia się w części dziobowej łódki. Zwierzaki często same wybierają to miejsce, bo uznają je za najbardziej oddalone od części mieszkalnej. Wielu właścicieli próbuje pomóc psychicznie lub chociaż fizycznie poprzez przyklejenie do pokładu sztucznej trawy. Nawet jeśli nie kojarzy się psu ona z trawą naturalną, to zwiększa przyczepność psich łap. Ponieważ większość pokładów jest obecnie wykonywana ze sztucznych laminatów, a nie, jak dawniej, naturalnego drewna. Laminaty nie gwarantują zbyt dobrej przyczepności (ale o wiele łatwiej się je myje). Niektórzy przymocowują też kawałek jakiegoś drewna czy głaz. U nas to wszystko było zbędne, Snupi potrzebował jedynie czasu i spokoju.

No właśnie, niektóre psy mają z tym największy problem. Wstydzą się, bo wiedzą, że w domu załatwiać się nie powinny (innych wyjaśnień znaleźć nie mogę, proszę tutaj o wskazówki behawiorystów) i nie chcą się załatwić kiedy się na nie patrzymy. To nie jest dobre, bo cześć dziobowa, chociaż idealna na psią toaletę, nie należy do miejsc  najbezpieczniejszych, w sensie bardzo łatwo tam wypaść poza burtę. Jest tam dość wąsko, dużo lin itp. W razie chociaż minimalnej niepogody, jest to wręcz najgorsze miejsce. Ryzykownie zostawić tam psa bez opieki nawet przy całkowicie spokojnej wodzie. Dlatego rozwiązaniem może być takie pilnowanie psa, by nie widział wprost, że go obserwujemy, lub zamontowanie siatek na całej długości burty – i to rozwiązanie najczęściej wprowadzają właściciele jachtów, jeśli mają pupila na pokładzie. Ewentualnie zapięcie psa na smycz i podpięcie jej do specjalnych taśm, które większość odpowiedzialnych żeglarzy ma poprowadzonych na łodzi – właśnie w celu podpięcia siebie samych, gdy wychodzą na pokład. Rozwiązanie ze smyczą może być kolejnym małym detalem, który zaburzy komfort psychiczny psa i opóźni jego przełamanie się do do toalety na łodzi.

Kiedy już pies się załatwi, to albo zostawmy go w spokoju, by nie robić z tego „afery” i nie sprzątajmy od razu, by nie pomyślał, że to co zrobił, to było coś złego. Możemy go spróbować go nagrodzić, nie koniecznie przysmakiem, po prostu ucieszyć się na fakt jego toalety, zacząć się z nim bawić. Gdy sprzątamy nie róbmy tego z perfekcyjną precyzją, jeśli zostawimy minimalnie trochę zapachu, psu łatwiej będzie się przekonać do zrobienia tego ponownie w tym samym miejscu. No i na litość boską, nie myjcie tego płynami, bo nasze oceany i morza wystarczająco już są zanieczyszczone.

Najlepiej psa uczyć toalety, gdy łódź stoi jeszcze w marinie. Po prostu nie schodzić z niej na spacer, spróbować psa „przycisnąć do muru”.

Podczas naszego pierwszej przeprawy (z Maroko na Wyspy Kanaryjskie), dowiedzieliśmy się o wypłynięciu dzień przed, więc nawet nie mieliśmy jak Snupiego obeznać z łodzią – w tym przypadku katamaranem. Pierwsze siku zrobił po 24 godzinach i potrzebował do tego ŚWIĘTEGO SPOKOJU. Gdy wcześniej próbowaliśmy mu pokazywać różne miejsca i zabierać na „spacery” – bo łódź była dość duża, nie dawało to efektu. W końcu, nad ranem, kiedy byliśmy wszyscy schowani w kokpicie, a na pokładzie był tylko kapitan. Snupi wyszedł i sam poszedł zrobić siku na trampolinie, czyli miejscu, gdzie zamiast stałego pokładu jest rozwieszona siatka – bardzo często rozwiązanie na katamaranach. Najlepsze jest to, że wcześniej Snupi bał się tego miejsca i nie chciał tam wchodzić nawet razem z nami. Tymczasem na toaletę, to najlepsze miejsce, bo wszystko od razu spada do wody i nie trzeba nic prawie sprzątać. Jak więc widzicie, CZASEM PSY SĄ MĄDRZEJSZE OD NAS I JEDYNE CZEGO POTRZEBUJĄ, TO ZOSTAWIENIA ICH W SPOKOJU. NASZA NADOPIEKUŃCZOŚĆ TYLKO OPÓŹNIA SAMODZIELNE – INSTYNKTOWNE ZNALEZIENIA ROZWIĄZANIA.   

Pierwsze siku 😀

Ponieważ rejs trwał tylko 2 dni, Snupi nie miał wystarczająco dużo zewnętrznej mobilizacji, by przełamać się do zrobienia „dwójki” i udało mu się ja przetrzymać. Jednak podczas kolejny rejsów odkryliśmy, że ostatecznie Snupiemu łatwiej było się przełamać na zrobienie kupy, niż siku. Przepraszam za tak szczegółowe i obszerny opis, ale to chyba kwestia, która wydaje się najtrudniejsza do rozwiązania podczas żeglowania z psem.

KAPOK

My mamy kapok Hunter Moss. Trzymanie jakiegokolwiek kapoku na psie przez cały czas może być dla niego uciążliwe. Jednocześnie może być koniecznością, nawet przy bardzo spokojnej wodzie. Bo jeśli pies do niej wpadnie, to odnalezienie go może być niewykonalne. Żeglarze mówili nam, że odnalezienie człowieka jest niezwykle trudne, a co dopiero małego psa. Łódź i załoga potrzebują kilku albo nawet kilkunastu minut na zawrócenie, jeśli w ogóle jest to możliwe, bo wiatr czy pogoda – generalnie, mogą to ogromnie utrudnić. Poza tym, najpierw ktokolwiek musi zauważyć, że kogoś brakuje na pokładzie – co nie jest takie oczywiste.

Nawet jeśli fale są spokojne, to wciąż mogą być duże. Przemieszczają łódź i osobę (czy psa) w wodzie, a gdy nie mamy żadnych punktów odniesienia, to uniemożliwiają orientację – gdzie dokładnie doszło do zgubienia pasażera. Zasłaniają także pole widzenia. Poza tym fale będą podtapiać nieszczęśnika i pozbawiać go sił na utrzymanie się na powierzchni. Dlatego tak ogromnie ważny jest kapok. Po pierwsze – wspomaga on ciało w walce z zanurzeniem, po drugie – jego wyrazisty kolor ułatwia załodze zlokalizowanie topielca. A na to wszystko mamy niewiele czasu, bo niska temperatura wody wręcz wysysa z topielca jego życie. O ile w ciepłej wodzie przed utratą przytomności dzieli nas godzina, to w zimnym Bałtyku będzie to maksymalnie 20 minut. Dla małego psa będzie to kilka minut. Jasne, wszystkie te niebezpieczeństwa spadają diametralnie przy pływaniu po jeziorze, ale dla bardzo małego psa, czy mocno przerażonego, również mogą okazać się zabójcze.

Pies może wpaść do wody nie tylko przez przypadek, ale całkowicie dobrowolnie. Pomijam psy, które uwielbiają wodę. Chodzi o sytuacje podobnej do tej, którą usłyszeliśmy od znajomych: załoga z psem przepływała przez kanał, w którym była wysoka trawa wodna. Pies wyskoczył z łodzi, bo był przekonany, że trawa to już stały ląd. Także przy dobijaniu do przystani pies może wylądować w wodzie. Połączenie ogromnej radości z nadchodzącego spaceru i śliskiej nawierzchnią jachtu, zamiast długiego wyskoku na pomost, zaowocują nieporadnym 10 cm lotem. Jak na załączonym filmiku 😀

Kapok jest przydatny nie tylko na ogromnym i trudnym akwenie. Przyda się na każdy wyjazd, gdzie pies dużo czasu spędza w wodzie. Wyporność kamizelki ułatwi psu pływanie, więc daje mu większą pewność siebie podczas tej czynności. Dlatego kapok jest wskazany, gdy nasz pies średnio przepada za wodą i chcemy go do niej przekonać.

Kapok ochrania też przed wychłodzeniem organizmu na pokładzie/lądzie w razie porywistych chłodnych wiatrów.

Na co zwrócić uwagę przy wyborze kapoku:

1. NAJWAŻNIEJSZE by faktycznie miał jakąkolwiek siłę wypornościową, a nie był badziewiem zrobionym z gąbki do zmywania naczyń. Kapok Hunter Moss zdecydowanie spełnia to kryterium. Gąbki jest dużo i wypełnia kamizelkę w każdym zakamarku. Po założeniu Snupi wręcz zamienia się trochę w serdelka, bo kapok jest tak gruby.

Na dodatkową pochwałę zasługuje element zapinany pod pyskiem psa. Również tam gąbki jest dużo (o wiele więcej niż w bezmarkowym kapoku, który kupiliśmy na porównanie na allegro). Jest to ogromnie istotne, bo to właśnie głowa z pyskiem i nosem powinny być najlepiej chronione przed wodą.2. By nie był za duży i nie był zbyt luźno zapięty, bo jeśli tak będzie, to spadnie z psa przy pierwszym kontakcie z wodą, albo pies wysunie się z niego przy próbie wyłowienia z wody. Jest to ogromnie ważne, bo doprowadzenie łodzi do psa jeden raz będzie wyczynem, drugiej próby do wyłowienia może już nie być. Ważne by kapok był zapinany na brzuchu dwoma taśmami, które podtrzymywać będą zarówno przednią i tylną część tułowia, co ograniczy wysunięcie się psa z kamizelki przy podnoszeniu. 

Niezwykle istotna jest też rączka/uchwyt wszyty na górze kapoku, za który możemy psa chwycić – podnieść i wyłowić z wody.3. By był wygodny dla nas i dla psa – jak widzicie, warto żeby pies był w kapoku większość czasu, zwłaszcza mały pies o niskich pokładach energii. Chyba nie chcecie więc, żeby psu cały ten czas było niewygodnie.

Warto też, by kapok był wygodny dla nas, co oznacza, że jego zakładanie/zdejmowanie nie będzie mega trudnym i czasochłonnym przedsięwzięciem, z którego, z lenistwa, będziemy rezygnować.

Jak Hunter Moss sprawuje się pod względem wygody? Duże klamry umieszczone z boku bardzo wygodnie się zapina i reguluje. Taśmy do regulacji ściśle przylegają do konstrukcji kapoku, co ogranicza ryzyko przypadkowego ich obsikania przez psa (w kapoku, który kupiliśmy do porównania tak właśnie się stało, bo końcówki taśm układały się akurat pod „strumieniem” :D) czy wybrudzenia o inne przedmioty poprzez obcieranie się.

Rączka/uchwyt do podnoszenia psa jest wygodna i nie wżyna się w dłoń, jest duża i wyraźnie odcina się od pozostałej konstrukcji kapoku, więc łatwo ją chwycić w nagłej konieczności.

Kapok jest jakościowo i estetycznie bardzo dobrze wykonany. Nie obawiam się o wyprucie się rączki czy taśm pod brzuchem.

Jak wspomniałem, kapok jest dość gruby i może to psu trochę utrudniać położenie się w nim. Wspomniane duże klamry na boku, również  mogą utrudniać psu wygodne położenie się na boku. Ale to chyba lepsze niż klamry na brzuchu, bo wtedy trudno się położyć psu mu brzuchu i trudno się je nam zapina, tymczasem tutaj zawsze psu zostaje drugi bok.By wybrać najlepszy pod względem dopasowania i wygody kapok dla naszego psa najlepiej przymierzyć kilka różnych rozmiarów, a nie decydować wyłącznie na podstawie tabeli rozmiarów podanych w sklepach internetowych. Są kapoki takich firm, jak Ruffwear czy Hurtta, które słyną z produkcji sprzętu dla psów, ale ceny tych produktów to szaleństwo. Nie mieliśmy okazji ich przetestować. Tymczasem Hunter Moss można kupić za ok. 180 zł, co wydaje się ceną rozsądną, a jego użyteczność jest na naprawdę wysokim poziomie i wydaje się niczym nie ustępować droższym produktom.

4. By miał jak najbardziej wyrazisty kolor i kontrastowy względem wody. Taki kolor nie tylko ułatwi naszym oczom zlokalizowanie psa w wodzie, ale także na samej łodzi. Dlatego trochę szkoda, że kapok Hunter Moss dostępny jest tylko w czerwonym kolorze, który wydaje się mniej widoczny w wodzie niż np. żółty. Widoczność tego czerwonego koloru trochę poprawia to, że jest żywy i jasny. Na plus zasługuje też to, że kapok nie ma czarnych elementów, które pochłaniałyby promienie słoneczne i niepotrzebnie nagrzewały kapok, a przez to samego psa. To dość istotne bo przecież większość osób używa kamizelek dla pasów właśnie latem.

5. By kapok miał wszyte kółko do zaczepiania smyczy, bo to umożliwia zapięcia psa na smycz, byśmy mieli 100% gwarancję kontrolowania jego położenia na łodzi. No i zawsze możemy zapiąć psa, gdy musimy na chwilę zejść na ląd czy siedzimy na plaży i musimy mieć psa pod stałą kontrolą. W Hunter Moss na dużą pochwałę zasługuje fakt wszycia dwóch oczek do podpinania smyczy. Umożliwia to podwieszenie psa, by wisiał w pozycji poziomej, np. z wykorzystaniem smyczy,  specjalnej uprzęży do noszenia psa na sobie, lub najzwyczajniej podczepienia do jednego oczka adresówki czy czegokolwiek innego (np. lampki).

UWAGA – z Hunter przygotowaliśmy dla czytelników bloga promocję, przy składaniu zamówienia wpisz kod „PODRÓŻE Z PAZUREM”, a otrzymasz 10% upustu (nie obejmuje tylko produktów marki Kong i wcześniej już przecenionych, to nie jakaś jednorazowa akcja, tylko stała oferta 🙂

Zanim przejdę dalej. Wspomnę tylko o sytuacji, w której pies z łódki wypadnie po zmroku.

Otóż jeden żeglarz powiedział nam, że szansa znalezienia kogoś w nocy w wodzie wynosi 1%, no może 2%. Nie wiem, czy to prawda, czy da się to w ogóle zweryfikować. Jednak logiczne jest, że do wszystkich utrudnień, które wymieniłem powyżej, dochodzi ciemność. Jeśli niebo będzie zachmurzone, to będzie ona całkowita. Nawet jeśli trafi nam się noc bezchmurna, to widoczność zakłócać będzie odbijanie się księżyca w tafli wody. Dlatego NIEZBĘDNE JEST ZAMONTOWANIE DO PSA SPECJALNEJ LAMPKI, która aktywuje się w momencie zamoczenia. Koszt takiej lampki to zaledwie ok. 40-60 zł, za granicą ok. 15 euro, jest wielkości mniejszej niż paczka zapałek, zasilania baterią, więc w żaden sposób nie przeszkadza psu. Zlokalizowanie psa, jeśli wypadnie po zmroku, a ma podczepioną taką lampką, może być nawet łatwiejsze niż w ciągu dnia.  Lampkę kupimy z łatwością w każdym sklepie żeglarskim. Najczęściej będzie to produkt firmy Lalizas z serii Safelite TUTAJ a jej starszy model, np. w polskim sklepie TUTAJ.

Najbardziej niezawodnym rozwiązaniem dla bezpieczeństwa psa, może nawet wygodniejszym dla psa od kapoku, jest najzwyczajniej przypiąć psa do siebie lub jakiegoś elementu jachtu z dala od barierek. To rozwiązanie to na pewno KONIECZNOŚĆ w razie jakiejkolwiek niepogody i sztormu. Wystarczy do tego zwykła smycz, aczkolwiek najlepiej zaopatrzyć się w smycz amortyzowaną i szelki.

Najlepiej kupić smycz dłuższą i obwiązać ją sobie w pasie, by nie musieć nieustannie trzymać jej w ręce. To także pewniejsze mocowanie, jeśli zdarzy się, że pies wpadnie do wody. Siła jej naporu z łatwością wyrwie smycz z ręki. Jeśli ktoś chce wyższy poziom profesjonalizm, może kupić specjalny pas biodrowy, do którego mocuje się smycz. Najlepsza byłaby smycz amortyzowana, czyli taka z wszytą gumą w środku, która rozciąga się np. z długości 1,2 metra, do 2,5 metra, czy z 1,5 do 3,5. Taka smycz zapewnia Tobie i psu całkiem dużą swobodę poruszania się od siebie niezależnie i tłumienia szarpnięć, gdy pies wykonuje ruchy nieskoordynowane z naszymi. Zapobiega utracie równowagi przez Ciebie i przez psa. Gdzie takie smycze kupić? Są one obecnie bardzo łatwo dostępne i wprowadza  je do oferty coraz więcej producentów psich obróżek, szelek itd. My jednak zdecydowanie polecamy firmę Hifica Jest to polska firma, robi produkty o bardzo wysokiej jakości, użytkowości i  wytrzymałości, bo specjalizuje się w produktach do psich zaprzęgów. Spokojnie, niech Was nie przerazi ten fakt i zdjęcia Husky na każdym zdjęciu poglądowym. Hifica robi produkty na zamówienia i pod wymiar konkretnego psa, nawet małych ras. Jednocześnie robi to za bardzo rozsądne pieniądze. Ceny są zbliżone, a nawet mniejsze od tych w sklepach zoologicznych, czy wyrastających, jak grzyby po deszczu, sklepach internetowych z jakimiś desingerskimi i hipsterskimi psimi akcesoriami. A jakość jest o wiele, wiele lepsza. Wszystko robione z ogromną pasją.

Posiadanie psa na smyczy w razie jego wypadnięcia z jachtu okaże się nic nie wart, jeśli pies będzie miał na sobie zwykłą obrożę. Nasz pupil od razu z niej wypadnie przy naporze wody i siły naprężenia smyczy z drugiej strony (jeśli się z obroży nie wysunie, to z kolei będzie go dusiła). Pies musi mieć na sobie szelki. Oczywiście muszą być to szelki o odpowiedniej konstrukcji, która zapobiega wypadnięciu psa z nich, no i nie mogą być luźno zapięte. Tutaj również polecamy produkty firmy Hifica, my mamy szelki alpinistyczne. Spokojnie, niech Was nie przestraszy przymiotnik alpinistyczny, bo są zwykłe szelki, tyle tylko, że mają dodatkową – doczepianą w razie potrzeby – część tylną. Ich połączenie gwarantuje, że pies w razie zawiśnięcia na smyczy ma podtrzymanie na całej długości swojego ciała i wisi poziomo, zamiast tyłkiem czy głową w dół. Wtedy też w 100% eliminują ryzyko wysunięcia się psa z szelek. O zaletach mógłbym pisać bardzo dużo, więc lepiej, gdy zrobię osobny artykuł poświęcony sprzętowi marki Hifica.

Szelki lub kapok przydadzą się również do podnoszenia psa – by pomóc mu zejść/wejść po stromych schodach pod/na pokład.

Kiedy jacht stoi na kotwicy, a nie przy pomoście w marinie, trzeba się jakoś dostać na ląd. Przejażdżka pontonem dingy, to chyba jedna z ulubionych czynności psów żeglujących.

INNE MNIEJ PRZYDATNE RZECZY

  • Ograniczyć ryzyko wypadnięcia psa do wody i zwiększyć komfort przemieszczania się mogą buty dla psa. Pokład łodzi jest powierzchnią w większości bardzo śliską. Futro na psiej łapie i jej mała powierzchnia nie dorównują przyczepności ludzkiej stopie. Pazury, które dodają zwierzętom zwinności w terenie, na łodzi stają się bezużyteczne, bo wszelkie nierówności na pokładzie jachtu są zredukowane do minimum, by chronić człowieka przed kontuzją i ułatwić mycie pokładu. Pokład ma też często miejsca o wypukłych kształtach, nad którymi człowiek zrobi duży krok, lub ułoży odpowiednio stopę. Dla psa taka konstrukcja może być niemożliwa do pokonania. Dlatego rozwiązaniem mogą być buty, które dodadzą  psu przyczepności. Pod warunkiem, że będą to buty z podeszwą wykonaną z gumy, lub z silikonowymi wypustkami. Najważniejsze, by pies był do butów przyzwyczajony, inaczej takie buty będą tylko jeszcze większym zagrożeniem dla jego zwinności i poczucia równowagi. Buty mogą także powodować odciski, pęcherze i zaburzać pocenie łapy – jedynej części ciała psa, przez którą się poci!.
  • W niektórych sytuacjach warto także osłonić głowę psa, a właściwie uszy i czoło przed masą napierającego zimnego powietrza (zapalenie uszu u psa, to bardzo poważna sprawa). Konieczne to będzie wyłącznie w w skrajnych sytuacjach, chyba, że mamy psa ze stojącymi uszami i nieosłoniętymi futrem, np. wilczur czy buldog francuski. Czy ktoś uszyje dla psa czapkę, czy najzwyczajniej przewiąże mu na głowie bandanę, to już rzecz gustu i pomysłu. Pamiętajcie jednak, pies to pies, a nie modelka. Niech wynalazek nie ogranicza mu widoczności i go nie drażni, bo pies będzie wtedy rozkojarzony i będzie miał ograniczone zdolności manualne, a to może spowodować o wiele więcej szkody niż potencjalnych korzyści.

Rasowa foka

  • Podczas długiego rejsu należy także zabezpieczyć przed słońcem. Wprawdzie ryzyko poparzenia ciała, dotyczy raczej tylko ludzi, a nie zwierząt, których ciało osłonięte jest przecież futrem. Niemniej jeden element ich organizmy jest narażony na równi z naszym – OCZY. Promieniowanie UV niszczy je tak samo, jak nasza skórę. O tym, jak niebezpiecznie jest świadczy przykładowo choroba nazywaną górską/śnieżną ślepotą. To najzwyczajniej poparzenie spojówki i rogówki oka. W górach o wiele łatwiej o takie poparzenie, bo poziom promieniowana wzrasta wraz z wysokością, niemniej do choroby przyczyniają się także ogromne ilości światła odbijane przez śnieg. Dokładnie tak samo promienie odbija tafla wody. Zatem rejs przy mocnym nasłonecznieniu przez jeden dzień, czy kilka godzin, to żaden problem, ale 2 tygodnie takich warunków, mogą być już niebezpieczne. Rozwiązaniem mogą być gogle przeciwsłoneczne dla psa. Niestety, kupienie ich w Polsce to wyczyn niemal niemożliwy. Jeśli już coś można znaleźć, to przypomina to jakieś badziewiaste wytwory, których poziom faktycznej ochrony oczu jest wątpliwy, a już na pewno nie wyglądają na wygodne. Można więc albo spróbować zamówić je z zagranicy (co jest dość ryzykowne, bo trzeba je koniecznie dopasować do kształtu pyska), albo spróbować samodzielnie lub u ludzkiego optyka przerobić gogle/okulary dziecięce. Prostszym rozwiązaniem jest po prostu skonstruowanie psu posłania na pokładzie w jakimś zaciemnionym miejscu oraz liczyć na psi instynkt.

Dowodem na to, że psy mogą być prawdziwymi wilkami morskimi i świetnie radzić sobie na łodzi, nawet bez tych wszystkich bajerów i rozwiązań, które opisałem powyżej, jest książką „Burgas i Bosman – psy z Czarnego Diamentu”. Jest to historia polskiego żeglarza – Jerzego Radomskiego, który ze swoimi psami przepłynął wielokrotnie Ziemię, ba, większość życia spędzili na łódce. Książka nie jest arcydziełem literackim, ale wielokrotnie świetnie pokazuje, jak w ułamku sekund z łatwością rozwiązuje się pewne zagadnienia, które dla niedowiarków i życiowych tchórzy są często barierami nie do pokonania.

Za nami ponad 30 tys. km autostopowego i backpackingowego sposobu podróżowania. Przepłynięcie 3000 mil morskich.  Wiecie czego się nauczyliśmy? Że nie da się przygotować na każdą sytuację. Zamiast tego, nauczyliśmy się umiejętności przystosowania do trudnych warunków i czerpania ogromnej radości z ich pokonywania. Każdy ma to w sobie, trzeba tylko przezwyciężyć swoje początkowe lęki. Trzeba zacząć żyć pełnią życia, a nie tylko nieustannie się martwić. Tutaj zacytuję osobę, która stanęła w naszej obronie w jednej z internetowych dyskusji. „Psy mają w sobie zdolność do absolutnego szczęścia i jeśli znasz swojego psa, wiesz, jak się zachowuje w różnych sytuacjach, to będziesz potrafił wybrać co dla niego dobre. Dla psa nie ma większego szczęścia niż odkrywanie nowych lądów z panem. Oczywiście to zawsze jest tylko twoja decyzja, ale uwierz mi, gdybyś mógł psa zapytać <ziomek wybieram się na koniec świata, będzie trochę niewygodnie, czasami strasznie ale zawsze możesz na mnie liczyć> nie wierzę, że wolałby zostać w domu na kanapie”. A czy Ty wolisz spędzić swoje życie na kanapie, byle w spokoju dotrwać  do … no właśnie… dokąd? Do śmierci?

O tym, co jeszcze przydaje się przy podróżowaniu z psem, przeczytać możesz TUTAJ lub pośrednio wyczytać z artykułów umieszczonych kategorii Porady

Na koniec przeprawy Snupi był już prawdziwym wilkiem morskim. No dobra… pluszakiem morskim 😀

Share on Facebook0Tweet about this on Twitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *