TRANSPORT PSA W SAMOLOCIE

TRANSPORT PSA W SAMOLOCIE

To w Gwatemali,  po 2 latach i 2 miesiącach nieprzerwanej autostopowej podróży przez lądy i jachtostopem przez oceany i morza, zdecydowaliśmy się na krótką przerwę i wizytę w Polsce. Tym samym – pierwszy lot samolotem dla Snupka. Po 4 miesiącach wróciliśmy (znowu samolotem) w to samo miejsce, by kontynuować naszą wyprawę dookoła świata z psem – BEZ UŻYCIA SAMOLOTÓW.

W internecie krąży wiele mitów na temat podróżowania z psem w samolocie. By nie komplikować sprawy ani odrobiny bardziej, przejdziemy od razu do konkretów.

Zacznijmy od możliwych OPCJI LOTU PSA W SAMOLOCIE:

1. Pies leci pod pokładem samolotu pasażerskiego – co trochę błędnie i dramaturgicznie nazywa się transportem psa “w luku bagażowym”. Należy sprostować, że pies wcale nie leci z bagażami, ale w specjalnej przestrzeni przygotowanej do transportu zwierząt.

2. Pies leci osobnym lotem niż my, w samolocie transportowym, czyli cargo. Opcja podobna w wielu aspektach do transportu w opcji powyżej. Choć brzmi przerażająco, to tylko pozornie, bo z wielu względów może być nawet spokojniejsza dla psa niż w pod pokładem w samolocie pasażerskim. Chociażby z racji osobnych terminali na lotniskach dla cargo i dłuższych dystansach przelotu, co daje mniej chaosu, mniejsze ryzyko opóźnień oraz przesiadek, które są najbardziej newralgicznym punktem w transporcie zwierzaka, no i skrócenie czasu załadunku).

3. Pies leci z nami w kabinie pasażerskiej, schowany w swoim transporterze (zazwyczaj z koniecznością umieszczenia go pod fotelem). Opcja możliwa tylko dla małych psów, bowiem istnieją ograniczenia wagi i wymiarów transportera.

4. Pies leci w kabinie pasażerskiej jako pies, który udziela wsparcia emocjonalnego osobie, z którą podróżuje (czyli ESA – zamienna nazwa ESANEmotional Support Animal). Lecieć tak może niemal każdy pies, ale OSOBA MUSI POSIADAĆ ORZECZENIE/ZAŚWIADCZENIE OD LICENCJONOWANEGO LEKARZA PSYCHIATRY LUB PSYCHOLOGA, ŻE TAKIEGO WSPARCIA POTRZEBUJE. UWAGA AKTUALIZACJA: instytucja zajmująca się lotnictwem cywilnym w USA pod koniec roku 2020 wydała rozporządzenie, które daje liniom lotniczym o wiele większą swobodę w akceptowaniu, a raczej NIE AKCEPTOWANIU tej formy. Niemal wszystkie linie lotnicze w roku 2021 całkowicie wycofały się lub wprowadziły dodatkowe rygorystyczne wymogi. (wycofał się także polski LOT – na marginesie zrobił to w sposób haniebny, bez żadnej wzmianki z uprzedzeniem klientów o nadchodzących zmianach, a nawet anulował taką możliwość osobom, które kupiły bilety przed zmianami – ale niska kultura i jakość LOT’u to osobna historia). Zmiany  to efekt nadużywania tej formy przez ludzi i zabierania na pokład psów, pozwalania im na wszystko: szczekanie, chodzenie luzem, spanie na fotelach, sikanie! Zabieranie do samolotu w ten sposób psów, które mogłyby spokojnie podróżować w transporterze w kabinie (opcja nr 3), lub psów, które z powodzeniem zniosłyby lot pod pokładem.

5. Pies leci w kabinie pasażerskiej jeśli jest psem przewodnikiem dla osób niewidomych, psem asystującym przy osobie niepełnosprawnej itp. (po angielsku nazywa się go Service Dog (SVAN). Definicja takiego psa w polskim prawie – “odpowiednio wyszkolony i specjalnie oznaczony pies, w szczególności pies przewodnik osoby niewidomej lub niedowidzącej oraz pies asystent osoby m.in. z padaczką czy niepełnosprawnej ruchowo, który ułatwia osobie niepełnosprawnej aktywne uczestnictwo w życiu społecznym”. Zatem potrzebujemy odpowiedniego zaświadczenia o naszej niepełnosprawności oraz zaświadczenie psa, że został do tych zadań przeszkolony.

Każda z tych opcji ma wiele swoich niuansów, haczyków, szczegółów i ważnych informacji, które omówimy poniżej. Pozwólcie, że pominę w tym artykule możliwość nr 5 oraz 2.

OPCJA NR 3 – pies w kabinie pasażerskiej, zamknięty w torbie

Zacznijmy od możliwości przewiezienia psa w kabinie pasażerskiej bez żadnych dodatkowych zaświadczeń. Wersji dla zwykłego “Kowalskiego”.

Dla nas ta opcja odpada. Chociaż Snupi waży 8,5 kg, to jednak z transporterem byłoby to już około 9,5 kg. Udałoby się znaleźć linię z 10-kg limitem, jednak jego wysokie łapy sprawiają, że jego wysokość “w kłębie” wynosi już 40 cm. Obsługa lotu bez wahania mogłaby więc uznać, że jest on za duży jak na swój transporter. A i sam transporter mógłby zostać uznany za zbyt duży. Ale szczegółowe wyjaśnienia poniżej:

a) Pies cały czas musi znajdować się w transporterze, a wiele linii wymaga, by transporter cały czas stał na podłodze pod fotelem (przed tobą lub tym, na którym siedzisz).

b) Zabronione jest, by transporter znajdował się na siedzeniu, ewentualnie transporter można trzymać na swoich kolanach lub pod nogami, ale gdy tylko dochodzi do turbulencji lub innych komplikacj oraz na czas startu i lądowania, transporter musi zostać wsunięty pod fotel.

c) Co do zasady, w jednym samolocie nie mogą podróżować w kabinie pasażerskiej więcej niż 2 psy (być może jednak istnieją od tego odstępstwa wzwyż czyli np. 3).

d) Transporter do przewozu psa w kabinie pasażerskiej musi spełniać wymogi linii lotniczych, wymogi bezpieczeństwa i rozmiaru:

  • Ponieważ transporter musi się zmieścić pod fotelem, to dopuszczalny wymiar zależy nie tyle od samej linii lotniczej, ale konkretnego samolotu, jakim realizowany jest przelot (zdarza się, że jedna linia lotnicza ma w swojej flocie 2 czy 3, czy jeszcze więcej, różnych modeli samolotów, więc różne są dopuszczalne wymiary transportera – z powodu różnicy kontrukcji foteli w poszczególnych modelach). Dlatego, przed kupnem biletu, należy skontaktować się z linia lotniczą i dowiedzieć się, jakie wymogi obowiązują na danej trasie.
  • Zazwyczaj wymiary transportera oscylują wokół  45cm (długości) x30 (szerokości) x20 (wysokości)
  • Bezpieczeństwa, bo transporter nie może w chwili jakiejkolwiek awarii i problemów stanowić zagrożenia. Wiele linii nie dopuszcza więc transporetów plastikowych (które mogą popękać i mieć ostre krawędzie) ani, tym bardziej, zawierających stalowe i inne ostre, twarde elementy (krawędzie, rogi, wzmocnienia). Musi to być transporter “miękki”, czyli materiałowy, który w razie potrzeby ułoży się i ugniecie, by wsunąć go bezproblemowo pod fotel
  • Spód/podłoga transportera musi być zabezpieczona, by była wodoszczelna, a raczej siuśkoszczelna, by w razie niespodziewanej psiej toalety nie zanieczyścić podłogi samolotu.

e) Występuje limit wagi, który dotyczy nie samego psa, ale całości, tj. PSA RAZEM Z TRANSPORTEREM

  • Wbrew krażącym w internecie wypowiedziom, limit ten nie jest określony jednakowo dla wszystkich linii i nie wynosi 6 kg, wiele linii lotniczych dopuszcza 8 kg, zdarzają się takie, które dopuszczają i 10 kg.
  • W praktyce trudno jednak w tej opcji przetransportować psa o wadze większej niż 5-7 kg, ponieważ występuje druga regulacja – komfort psa.

f) Zgodnie z regulacją “komfortu”, pies musi być w stanie w swoim transporterze stanąć na wyprostowanych łapach i mieć możliwość swobodnego obracania się w nim. Jak to linie lotnicze ładnie nazywają, “pies może podróżować w transporterze odpowiednim do swojej wagi i rozmiarów”.

  • Choćbyście nie wiadomo jak uważali powyższą zasadę za głupią. Choćbyście doskonale znali swojego psa i wiedzieli, że jemu nie przeszkadza kilka godzin w nie do końca komfortowej pozycji i jakbyście nie uważali tego za głupie, że przecież psu nie stanie się krzywda od tej chwili dyskomfortu to… nie wy o tym decydujecie!
  • O tym, czy psu jest wystarczająco komfortowo, decyduje obsługa lotu, a więc doraźnie – w chwili odprawy już na lotnisku – dowiecie się, czy na pewno zostanie wasz pies wpuszczony do kabiny pasażerskiej.

Jak widzicie, próby naciągnięcia czy zignorowania powyższych wymogów mogą być ryzykowne. Choć doszły do nas głosy od kilku osób, że ich psy nie do końca mieszczą się w swoje transportery oraz przekraczają limit wagi, a bezproblemowo przetransportowane zostały w takiej opcji, to my jednak przestrzegamy. Niech każdy decyduje za siebie, ja nie chcę by przeze mnie chociaż jedna osoba miała gigantyczny problem, bo akurat jej psa zważą i nie wpuszczą. Przykładowo, internet pełen jest opowieści o tym, co komu przeszło w bagażu podręcznym, np. maczeta. Tymczasem innej osobie, na ten samej trasie, w tej samej linii, nie przeszedł obcinacz do paznokci… Musicie pamiętać, że zawsze może się trafić ktoś z obsługi lotu, kto będzie miał zły humor czy po prostu jest strasznym dupkiem przez całe swoje życie, czy nienawidzi psów, albo wręcz kocha je tak mocno, że faktycznie uważa ich transport w odrobinę przymałym transporterze za krzywdę… i nie zgodzi się na wpuszczenie psa do kabiny. Wtedy opcje zostają dwie: albo pies leci pod pokładem w “luku bagażowym” (co jest trudne do zorganizowania w kilkadziesiąt minut, bo potrzebujecie tam zupełnie innej klatki, do tego odpowiednio wypasożonej) albo rezygnujecie i tracicie swoją podróż (bilet). Czy dostaniecie jakikolwiek zwrot pieniędzy, zależy tylko od wykupionego ubezpieczenia i waszych umiejętności pisania odwołań, skarg itp.

g) Kilka luźniejszych uwag związanych z psem w kabinie pasażerskiej w transporterze:

  • Niektóre arabskie, czy może raczej muzułmańskie, linie lotnicze nie dopuszczają tej opcji transportu psa, np. Qatar, Emirates (za to dopuszczają transport ptaków, np. sokołów…), ale Turkish Airlines już dopuszcza.
  • Takiej opcji transportu nie dopuszczają też europejskie tanie linie lotnicze jak Wizzair, Ryanair, ani też np. amerykańskie Spirit, ani większość tanich linii lotniczych świata.
  • Wiele linii lotniczych nie dopuszcza transportu buldogów i innych psów z “krótkimi pyskami”, czyli z ras brachycefalicznych. Linie boją się, że ich wady genetyczne, które wywołują licznie schorzenia (w tym m.in. problemy z oddychaniem i termoregulacją, a krok dalej – układu krążenia), w połączeniu z odmiennym ciśnieniem oraz stresem w trakcie transportu, skończą się śmiercią psa. Przewoźnicy nie chcą za to odpowiadać (co jest całkowicie zrozumiałe i od nas również apel – nie kupujcie upośledzonych genetycznie pokrak, które cierpią każdego dnia swojego życia – i nie chodzi tutaj o nasze estetyczne gusta, tylko o powszechne, liczne oraz – co najważniejsze – potwierdzone naukowo wady genetyczne ras brachycefalicznych. Wad, która powodują, że te psy nie funkcjonują normalnie, cierpią na liczne schorzenia i nie mogą w pełni realizować swoich potrzeb fizycznych oraz mentalnych. Wystarczy odpalić przeglądarkę internetową i  dowiedzieć się więcej na ten temat (przykładowy artykuł). Zdecydowanie warto, zwłaszcza posiadając psa z tych ras. Niestety większość hodowców nie tylko utrzymuje, ale wręcz pogłębia, te wady. Zamiast walki z tym i próbą poprowadzenia tej rasy w zdrowe cechy fizyczne, dającą psom kondycję i warunki umożliwiającą im realizację ich potrzeb. Jeśli chcesz kupić psa, wybierz psa innej rasy, by rynek tworzenia psów z wadami upadł. Gdy nie będzie popytu, nie będzie podaży.  Jeśli takiego adoptujesz, przeprowadź kompleksowe badania, by mieć pełen obraz jego stanu. Jedną z najczęstszych przyczyn zgonów psów w transporcie są bowiem właśnie niezdiagnozowane choroby układu krążenia.
  • Wiele linii nie akceptuje również transportu psów ras uznawanych za “niebezpieczne” czy “agresywne”. Linie mogą mieć swoje własne wykazy, w zależności też od kraju, do którego lecą.
  • Pies podróżujący w ten sposób, w wielu liniach lotniczych zastępuje wasz bagaż podręczny,. Automatycznie wiąże się to z tym, że nie możecie zabrać do samolotu innej torby lub musicie wykupić dodatkowy bagaż podręczny.
  • Nawet jeśli nie macie więcej bagażu podręcznego, to często linie i tak doliczą dodatkową opłatę za transportowanie psa. Opłaty zaczynają się od 50 dolarów/euro wzwyż.

Podsumowując, jeśli chcecie skorzystać z tej opcji, to przed zakupem biletów koniecznie skontaktujecie się z linią lotniczą. Jak zauważyliście, regulacje poszczególnych linii lotniczych dość mocno się od siebie różnią. Wprawdzie wiele informacji odnajdziecie na oficjalnych stronach internetowych linii (wyszukujcie zagadnienia “pet policy”), to i tak musicie potwierdzić dostępność miejsca dla psa w samolocie realizującym połączenie oraz ustalić warunki finansowe.

OPCJA NR 4 – pies jako wsparcie emocjonalne pasażera (ESA)

Iza od zawsze bała się latać. Ja, po 4-ech latach od ostatniego lotu, również nie czułem się zbyt komfortowo. Snupi za to, jak widać, ma w głowie tylko drapanko po brzuchu, nieważne w jakich warunkach.

a) ESA / ESAN to pomysł, który powstał w Stanach Zjednoczonych.

UWAGA AKTUALIZACJA: instytucja zajmująca się lotnictwem cywilnym w USA pod koniec roku 2020 wydała rozporządzenie, które daje liniom lotniczym o wiele większą swobodę w akceptowaniu, a raczej NIE AKCEPTOWANIU tej formy. Niemal wszystkie linie lotnicze w roku 2021 całkowicie wycofały się lub wprowadziły dodatkowe rygorystyczne wymogi. (wycofał się także polski LOT – na marginesie zrobił to w sposób haniebny, bez żadnej wzmianki z uprzedzeniem klientów o nadchodzących zmianach, a nawet anulował taką możliwość osobom, które kupiły bilety przed zmianami – ale niska kultura i jakość LOT’u to osobna historia). Zmiany  to efekt nadużywania tej formy przez ludzi i zabierania na pokład psów, pozwalania im na wszystko: szczekanie, chodzenie luzem, spanie na fotelach, sikanie! Zabieranie do samolotu w ten sposób psów, które mogłyby spokojnie podróżować w transporterze w kabinie (opcja nr 3), lub psów, które z powodzeniem zniosłyby lot pod pokładem.

Niemniej, pozostawiamy opis opcji ESAN, bo niektóre linie wciąż jeszcze akceptują tę formę, np. meksykańskie Aeromexico lub może powróci ta opcja w usługi linii ze zmodyfikowanymi regulacjami.

b) Co należy podkreślić, bardziej niż zaświadczenie dla psa, to zaświadczenie dla nas, tzn. dla człowieka. To my stajemy się w jakimś stopniu chorzy umysłowo i potrzebujemy wsparcia emocjonalnego w postaci psa, czy to z uwagi na stany lękowe przed samym lataniem, czy stany lękowe przebywania w większej grupie ludzi itp.

c) Choć to wymysł amerykański, nie oznacza jednak, że my lub pies musimy być obywatelem USA. Takie zaświadczenie może wyrobić nam (obywatelowi dowolnego kraju) psychiatra lub psycholog również z dowolnego kraju. W naszym przypadku, Izie zaświadczenie wystawiła lekarz psychiatra w Gwatemali i tejże narodowości.

d) Zaświadczenie może wystawić tylko licencjonowany przez związek lekarski lekarz psychiatra/psycholog. Przestrzegamy przed korzystaniem z różnych stron internetowych i “stowarzyszeń”, które wystawiają takie dokumenty na odleglość, przez internet. Może się okazać, że wystawia je faktycznie lekarz, ale może się to okazać oszustwem. Problemem jest też brak otrzymania oryginału dokumentu, a tylko jego wersji elektronicznej, wysłanej na e-mail. Koszt wcale nie jest niższy niż realna wizyta u lekarza.

e) Zaświadczenie wypisywane jest dla konkretnej osoby i dla konkretnego psa (tożsamość osoby potwierdzana jest dokumentem tożsamości, a tożsamość psa wypisaniem jego cech, tj. wagi, rozmiaru, umaszczenia, płci itd.).

f) Wątek Stanów Zjednocznych pozostaje jednak dość istotny do tej opcji. Wiele linii lotniczych nie uznaje wymysłu ESAN, a więc też tej opcji transportu psa. Respektują go jednak wszystkie amerykańskie linie lotnicze (np. tania amerykańskia linia Spirit, która nie godzi się normalnie na transport). Pozostałe linie lotniczne (tj. nie-amerykańskie), uznają go na trasach wewnątrz Stanów Zjednoczonych, a także na trasach “z” oraz “do” innych krajów, jeśli lot rozpoczyna się lub kończy w USA. Linia Norwegian, która normalnie nie dopuszcza transportu psa ESAN, w locie realizowanym na trasie przykładowo Nowy Jork – Amsterdam akceptuje ESAN.

g) To, czy nie-amerykańskie linie lotnicze dopuszczają ESAN na wszelkich innych trasach (czyli nie “do” lub “z” USA) to już ich własna wola. Np. ESAN nie dopuszcza wiele brytyjskich lini i to nawet na trasach “z” lub “do” USA.

h) Żeby nie było tak kolorowo, nawet jeśli linia lotnicza dopuszcza ESAN, to może mieć swoje własne, dodatkowe obostrzenia. Np. pies ESAN nie może podróżować lotem, który trwa więcej niż 8 godzin czy pies ESAN nie może być większy niż 50 kg , itp.

  •  Istnieje amerykańska instytucja DOT (Department of Transportation), które stara się wykazywać nielegalność takich dodatkowych obostrzeń, ale to dość skomplikowana sprawa, często spory między nią i liniami pojawiają się i rozpatrywane są indwywidualnie

i) Należy jednak zaznaczyć, że te dodatkowe obostrzenia nie powstały bez powodu. Ilość osób, które wyrabiają sobie takie papiery, a jednocześnie nie wkłada żadnej pracy w wychowanie i edukację swojego psa, czy po prostu o należyte zadbanie o niego przed lotem, doprowadziła do wielu incydentów i patologii. Psy robiące kupy i siku na pokładzie czy szczekające przez cały lot. Właściciele  pozwalający psu na chodzenie po całym samolocie i robienie co mu się chce, transportowanie psów chorych czy brudnych, transportowanie zwierząt innych niż psy: kaczki, świnie, kozy, a nawet małe kucyki… (bowiem nie tylko pies czy kot może być emocjonalnym wsparciem) bez należytego ich zabezpieczenia.

j) W związku ze wszystkim, co wymienione powyżej, ciągle zmienia się stosunek danych linii lotniczych do ESAN. W miare aktualny stan odnajdziecie np. na stronie internetowej TUTAJ

k) Pies, który ma stać się ESAN, nie potrzebuje żadnego dodatkowego szkolenia czy treningu, może nim zostać “każdy pies”.

l) Pies ESAN nie musi podróżować w żadnym transporterze. Musi być jednak w ścisłym towarzystwie osoby, której udziela wsparcia oraz mieścić się w jej przestrzeni podróżnej, a więc na kolanach lub na podłodze pod fotelem lub w przejściu obok fotela (w tym przypadku jednak w razie turbulencji i jakichkolwiek awarii musi wrócić do przestrzeni osoby, z którą podróżuje).

m) Co do ogólnej zasady – nie ma limitu wagi ani rozmiaru psa, który ma być ESAN. Jednak waga i rozmiar psa nie może utrudniać podróży innym pasażerom ani prawdiłowej pracy załogi. Jak wspomniałem przed chwilą, pies musi być w stanie zmieścić się w okolicach naszego fotela i przestrzeni na nogi (przypominam jednak, że niektóre linie próbują wprowadzać ograniczenia wagi i rozmiarów).

n) Podróżując z psem ESAN, musimy przy zakupie biletu zgłosić ten fakt, dlatego wiele linii wymaga wtedy zakupu biletu przez infolinię. Pracownicy są wtedy w stanie potwierdzić natychmiastowo, że lot ma jeszcze wolne miejsce dla psa (jak wspomniałem w poprzedniej opcji – w jednym samolocie nie mogą być więcej niż dwa psy w kabinie i ten limit dotyczy łącznie psów ESAN, jak i tych podróżujących na zwykłych zasadach).

  • Z odpowiednim wyprzedzeniem, podanym konkretnie przez linie lotnicze, musimy dostarczyć im mailowo zaświadczenie od lekarza psychiatry/psychologa oraz pozostałe dokumenty (o czym za chwilę), następnie musimy oczekiwać mailowego potwierdzenia akceptacji dokumentów.
  • Jeśli otrzymamy akceptację, to i tak zaświadczenie oraz pozostałe dokumenty musimy mieć przy sobie także podczas lotu.
  • Wiele linii lotniczych wymaga, by zaświadczenie było nie starsze niż rok. Choć do zasady, takie zaświadczenie nie ma terminu ważności.
  • Wiele linii lotniczych wymaga także wypełnienia dodatkowych, swoich druków dokumentów i przekazania ich mailowo, a następnie fizycznie podczas odprawy. Może to być np. oświadczenie skierowane do nas – że ponosimy w pełni odpowiedzialność za zachowanie naszego psa, ręczymy iż jest przez nas wytresowany, by potrafił zachować się właściwie podczas lotu, że nie ugryzie żadnej osoby i nie wykazuje agresji. Może być także wymagane wypełnienie formularza od lekarza weterynarii – że pies jest zdrowy itd. (to całkowicie niezależne pismo od świadectwa zdrowia i nie może być nim zastąpione), a także formularz do lekarza psychiaty i psychologa, który potwierdza dane psa i fakt posiadania nas pod swoją opieką.

o) Za przelot psa ESAN się nie płaci (aczkolwiek niektóre linie wprowadzają dodatkową opłatę, która wynosi podobnie lub odrobinę mniej, niż transport psa w opcji nr 3)

p) Koszt wyrobienia dokumentów ESAN to opłata wizyty u psychologa/psychiatry, czyli może być całkowicie różny w każdym miejscu. My za dwie wizyty Izy zapłaciliśmy w Gwatemalii łącznie 900 quetzali (8 qetzali to 1 dolar).

r) Dobrze jest ustalić z naszym lekarzem,  jak będzie wyglądało “kontynuowanie jego opieki nad nami” 😉 i wystawianie kolejnych zaświadczeń, by zachować wymagany przez linie termin ważności dokumentu 1 roku.

s) Problemem może być znalezienie psychiatry/psychologa, który zna procedurę wystawiania zaświadczenia o potrzebie posiadania zwierzęcia ESAN. Taka anegdota – kilka lat temu z Izą mieliśmy ogromny problem ze znalezieniem lekarza psychiatry, który poparłby nasz wniosek o ubezwłasnowolnienie jej babci, która na skutek wylewu i choroby alzhaimera stanowiła zagrożenie dla siebie samej i otoczenia. Zanim się to udało, od 3 lekarzy usłyszeliśmy (oczywiście nie wprost) zarzut, że robimy to, by ją okraść.

t) Gdy macie psa ESAN na niektórych lotniskach możecie zostać poprowadzeni do uprzywilejowanej kolejki, razem z niepełnosprawnymi i vipami 😀

u) Jeśli pies jest aktywny w chwili staru lub lądowania, to możecie mu podać przysmak – gryzaka lub zabawkę do pogryzienia, by nie zatykały mu się uszy (tak, jak ludzie ziewają lub jedzą cukierki, by “wyrównać ciśnienie w głowie”). Nie przesadzajcie, bo za dużo gryzienia przysmaku wzmaga pragnienie.

UWAGA: TRANSPORTOWNIE PSA W OPCJI ESAN W ŻADNYM STOPNIU NIE ZWALNIA Z OGÓLNYCH REGULACJI WWOŻENIA PSA DO OBCEGO KRAJU (paszport, świadectwo zdrowia, odpowiednie szczepienia czy kwarantanna – jeśli jest w tym kraju stosowana, itd. itp.). O nich wszystkich, czyli jak zabrać psa w podróż zagraniczną od strony formalnej, poczytać możecie w naszym artykule TUTAJ, a w nim także link do strony internetowej z listą wymogów do blisko 200 krajów.

Jeśli chodzi o psią toaletę w opcji nr 3 i 4, to dalej –  w opisie opcji nr 1 – ten wątek jest  przeanalizowany znacznie obszerniej i tam odsyłam po więcej uniwersalnych uwag. Tutaj tylko nadmienię: w razie lotów długich – pamiętajmy, dobrze wychowany i zdrowy pies potrafi wytrzymać. Przecież większość psów ma przynajmniej 8 godzin bez siku każdej nocy. W razie lotów z krótką przesiadką, na niektórych dużych lotniskach są specjalne pomieszczenia, gdzie pies może się załatwić. Musicie pytać o nie obsługę lotniska. Najlepiej od razu po wylądowaniu, bo my po przylocie do Orlando przegapiliśmy takie pomieszczenie. W stresie (bo przylecieliśmy z godzinnym opóźnieniem, a następny lot mieliśmy mieć według rozkładu 2,5 godziny później) przeszliśmy tuż obok niego. Potem, okazało się, że lotnisko w Orlando to 3 osobne budynki, pomiędzy którymi kursuje pociąg, a psia toaleta znajduje się tylko w tym, z którego już wyjechaliśmy. Kwestia osobna, to czy Was pies będzie gotowy załatwić się w takim pomieszczeniu.

W razie przesiadki dłuższej niż 3 godziny, najlepiej z psem wyskoczyć poza teren lotniska (pamiętajcie, kontrole bezpieczeństwa potrafią trwać w dzisiejszych czasach dość długo, więc warto upewnić się, że zdążycie na drugi lot, możecie zapytać się przed wyjściem o wymieniony powyżej podpunkt t). Upewnijcie się także, czy możecie opuścić terminal bez konieczności wykupywania wizy dla siebie itp. procedur.

OPCJA NR 1 – pies pod pokładem

Niefortunnie nazywana “transportem w luku bagażowym”. Nasz Snupi nigdy tak nie leciał (w ogóle leciał tylko 3 razy, z czego dwa loty jednego dnia i trzeci 4 dni później, byśmy mogli zrobić krótką przerwę w naszej autostopowej wyprawie dookoła świata. Wcześniej ocean przekroczył jachtostopem, czyli złapanym na autostop jachtem, o czym poczytać możecie TUTAJ). Dlatego wiele informacji odnośnie tej opcji, pochodzić będzie z naszej pracy wywiadowczej 😀 oraz od naszych znajomych. Ewelina i Piotrek transportowali swojego Haku, psa rasy Akita Inu, w ten sposób do Peru. Potem przez ponad pół roku zwiedzali Amerykę Południową zakupionym na miejscu autem. Ich przygody poznać możecie na blogu @Haku na Szlaku.

Haku na Szlaku gdzieś na bezdrożach Peru.

Zacznijmy od tego, że nie należy aż tak obawiać się transportu psa w ten sposób. Warunki przewozu zwierząt polepszają się z roku na rok. Kiedyś samoloty nie były aż tak do tego przystosowane, jak dba się o to teraz. Także siła social mediów oraz chęć posiadania dobrego PR-u robią swoje. Linie chcą mieć pewność, że nie dojdzie do żadnej przykrej sytuacji, która zepsuje im opinie.

Spojrzeć można na statystyki z Amerykańskiego Departamentu Transportu. Według jego najwnowszych danych, z ok. 500 tysięcy zwierząt  (głównie psów i kotów) przewożonych drogą lotniczą, umiera rocznie około 20. Liczby te dotyczą wprawdzie jedynie zwierząt przewożonych jako cargo (gdyż w innych przypadkach linie nie są zobowiązane do prowadzenie statystyk). Opcja cargo jest jednak niemal identyczna do tej, tyle tylko, że pies leci osobnym samolotem niż my. Choć to tylko dane z USA i lotów cargo, to dają jednak mocno do myślenia. To, jak poprawia się jakość obsługi, widać w porównaniu do statystyk sprzed kilku lat. W 2011 roku w amerykańskich liniach lotniczych 35 zwierząt (psów i kotów, ale także ptaków czy świnek morskich) zmarło w trakcie podróży, 9 zostało rannych, a 2 zaginęły. Tymczasem w 2017 r. umarło 24, rannych zostało 15, a zagubionych 1. W 2018 r. (do października włącznie) zmarło 7, rannych zostało 5, a zgubionych ŻADNE. Od 2005 r. (odkąd prowadzone są statystyki) do października 2018 r., czyli przez 13 lat, zginęło 364  (w tym 334 psów i kotów), 211 rannych (wszystko to psy i koty) i 54 zagubionych (z czego 39 zagubień dotyczyło kotów, a tylko 13 psów). Dokładne dane z poszczególnych lat, miesięcy i linii lotniczych znajdziecie TUTAJ Nie traktujcie tych danych jako wyznacznik “złych” lub “dobrych” linii. Dane nie uwzględniają wielu zmiennych ani ogólnej liczby przewiezionych przez konkretną linię zwierząt. To, że w jednego przewoźnika umarło 10 psów, a u innego tylko 1, nie znaczy od razu, że gorzej traktuje zwierzęta.

Pewnie macie teraz gigantyczny dysonans poznawczy, bo przypomnicie sobie te wszystkie artykuły w mediach – o kocie co uciekł z klatki na lotnisku, albo psie, który umarł na zawał serca. Pamiętajcie jednak, że to jest podstawowe prawo działania mediów –  do obiegu medialnego zawsze dostaną się te skrajne i marginalnie złe newsy, a nie news o tym, że wszystko poszło gładko i sprawnie, jak dzieje się przy tysiącach psach dziennie.

Wiem, pewnie każdy z was sobie pomyśli, że nawet jakby umierał tylko jeden pies rocznie, to nie chcecie, żeby to był właśnie wasz pies. Prawda jest jednak dość brutalna i bolesna. Mianowicie, jeśli jakiś pies umiera, to największą winę ponosi za to właśnie właściciel, a nie obsługa lotu w wyniku celowego złego traktowania psa. Zgon to najczęściej wynik niezdiagnozowanej choroby serca/układu krwionośnego lub innego poważnego schorzenia, lub całkowita nieznajomość swojego psa i ignorowanie jego lęków lub próby ominięcia przepisów.

Z kolei jeśli widzimy jakieś nieprawdiłowości ze strony obsługi, to nie stójmy bezczynnie, nie bójmy się zareagować i upomnieć o swoje. Jeśli zobaczymy samochód dostarczający bagaże do samolotu, w tym z naszymi psami, stojący w pełnym słońcu przez 20 minut, to zgłośmy to stewardessie. Jeśli ona nie zareaguje, lub zrobi to według Was nieodpowiednio, to porozmawiaj z drugą stewardessą. Pamiętajcie jednak, by wszystko robić z uprzejmością i normalnością, a nie darciem mordy i chamstwem, które tylko może przynieść odwrotny skutek. Ten akapit piszę po tym, jak przeczytałem artykuł, że jakaś kobieta zgodziła się, by jej psa zamknąć w schowkach na bagaż podręczny (a więc akurat pies podróżował tam w opcji nr 3). Umarł z braku powietrza (na dodatek był to mops, który i tak ma problemy z oddychaniem). Zgodziła się na to, bo tak jej powiedziała stewardessa. No i ja nie rozumiem, co ta właścicielka robiła podczas lotu… Jakby mi ktoś kazał tam zamknąć Snupiego, to najpierw bym poszedł do innej osoby z obsługi lotu. Jeśli jakimś cudem zdarzyłoby się, że wszyscy z tej obsługi są debilami i chamami, to cały lot przestałbym obok otwartego schowka. Jeśli i tego by mi ktoś zabronił, to co 3 minuty zaglądałbym do psa.

Nie traktujcie naszych słów jako namawianie do transportowania psa w ten sposób przy każdej możliwej okazji. Jeśli tutaj do czegoś namawiamy, to najzwyczajniej do obiektywnego spojrzenia. Przede wszystkim, do obiektywnego spojrzenia na swojego psa i trzeźwego ocenienia – da radę czy nie?! Ta opcja wchodzi w grę tylko, jeśli nie ma poważnego lęku separacyjnego, nie ma żadnych poważnych schorzeń, ani żadnych poważnych stanów lękowych i nie reaguje wybitnie źle na nowe sytuacje. Jeśli jest wolny od takich skrzywień, to wtedy wszystko powinno przebiec w porządku. Musicie wtedy pamiętać, że to pies, a nie wydmuszka, która rozleci się od najmniejszego dyskomfortu. Jednocześnie musicie pamiętać, że taki lot, to zawsze będzie jakiś stres dla psa. Dlatego, gdy lecisz na drugi koniec świata zaledwie na tydzień, to warto dokładniej przemyśleć czy warto, mniej lub bardziej, męczyć i stresować psa długim lotem. Jeśli jednak to już jest miesięczny wypad, to może jednak te kilkanaście godzin dyskomfortu będą lepsze, niż 30 dni smutku psa za wami.

Wprawdzie Snupi podróżował w kabinie z nami, ale dla uzmysłowienia – start i lądowanie, ani turbulencje nie wzruszyły go ani trochę (w każdym z 3 lotów). Zasnął, zanim jeszcze zaczęliśmy kołować po pasie startowym. Samolot był dla niego najbardziej komfortowym środkiem transportu w historii jego podróży. Podczas lotu, gdy się przebudzał i tak zaraz zasypiał, bo dosięgnęło go to, co każdego z nas – reakcja na nieco inne ciśnienie czy odrobinę inną zawartość tlenu itd. Psy reagują na to jeszcze szybciej (czemu tak jest, możecie poczytać m.in. w naszym artykule o psie w górach, gdzie delikatnie zahaczamy o fizjologię psa ARTYKUŁ). Do tego samolot to stosunkowo cichy, wyjątkowo stabilny środek transportu, gdzie nie rozprasza także nieustanny widok za oknem. By zrozumieć, że większość psów po prostu pójdzie spać podczas lotu, musicie przypomnieć sobie te wszystkie behawiorystyczne artykuły, które obiły wam się o oczy. W skrócie, są one o tym, że pies wiele rzeczy robi na pokaz, gdy jest obok człowieka. Gdy go nie ma, zachowuje się inaczej.

Jeśli każdy będzie chciał ominąć transport psa w “luku bagażowym”, a zamiast tego będzie kombinował z wyrobieniem zaświadczenia ESAN, to my sami, tj. psiarze, doigramy się. W końcu linie lotnicze całkowicie zrezygnują z ESAN lub będą wprowadzały takie rozwiązanie i obostrzenia, że będzie to niemal niedostępne dla tych psów i ludzi, którzy naprawdę tego potrzebują.Jeśli macie problem z oceną, czy pies da radę, to najlepiej skonsultujcie się z waszym stałym weterynarzem lub sprawdzonym behawiorystą, a od strony zdrowotnej wykonajcie dodatkowe badania.

BARDZO WAŻNA UWAGA – nie podawajcie swojemu psu żadnych leków uspokajających na czas lotu, jeśli dokładnie nie omówicie tego z weterynarzem i wprost on tego nie zaleci oraz nie wytłumaczy zasad jego podawania. Tym bardziej, jeśli nigdy wcześniej nie podawaliście swojem psu tego typu środków. Musicie przestesować działanie konkretnego leku i reakcje psa w domu, pod kontrolą i obserwacją. Podczas lotu połączenie leków z odmiennymi od “ziemskich” warunków atmosferycznych oraz stresem czy – co najgorsze – niewykrytą chorobą układu krwionośnego  może okazać się tragiczne w skutkach. Nawet jeśli pies jest zdrowy, wystarczy podać psu leki za wcześnie, za mało lub za dużo. Wystarczy, że pies np. “przegapi” całą wcześniejszą procedurę i obudzi się w najbardziej stresującym momencie załadunku lub rozładunku. Nie będzie miał żadnego pojęcia skąd się tam wziął, a to dopiero wywoła u niego o wiele większy stres, niż zachowanie go trzeźwym i w pełni świadomym całej sytuacji.

Ja staram się w tym artykule zachować po prostu obiektywizm, dlatego, zanim przejdziemy do detali organizacyjnych, rozprawię się jeszcze z dwoma najpopularniejszymi mitami ws. transportu psa “w luku bagażowym”:

1. Pies leci z bagażami?

NIE – pies leci pod pokładem, niedaleko bagażów, ale leci w pomieszczeniu specjalnie do transportu żywych zwierząt przygotowanym. Jest tam utrzymywana odpowiednia temperatura, zawartość tlenu w powietrzu, jest to pomieszczenie dodatkowo wygłuszone. Poziomu hałasu jest podobny do tego samego, jaki słyszymy my w kabinie pasażerskiej. Dokładny standard zależy od linii lotniczych i modelu samolotu.

2. Psy umierają tam z wychłodzenia?

NIE – tzn. jest to możliwe tylko w razie awarii aparatury podtrzymującej warunki (co jest bardzo mało prawdopodobne). Jeśli już zdarzają się zgony z powodu temperatury, to o wiele częściej niż z wyziębienia, dochodzi do tego na skutek PRZEGRZANIA. Może do tego dojść, jeśli samolot długo będzie stał na płycie lotniska w upalny i słoneczny dzień. Konstrukcja oraz materiały, z jakich wykonany jest samolot, oraz fakt znajdowania się na płaskiej i otwartej przestrzeni sprawiają, że pojazd bardzo szybko się nagrzewa. Nawet przy włączonej aparaturze podtrzymującej odpowiednie warunki wewnątrz, może być problem z ich zachowaniem.

Dlatego musicie być wybitnie przeczuleni na wszelkie opóźnienia. Najgorsza opcja, to gdy start maszyny lub jej rozładowanie zostaje opóźnione, gdy wy i psy jesteście w środku. Uważać też musicie, gdy podstawiony zostaje zastępczy samolot, który np. nie miał włączonej apartury wcześniej i warunki w nim nie są jeszcze odpowiednie. Przy opóźnieniach dochodzi też często do mniejszego lub większego zamieszania, a wtedy ktoś z obsługi lotniska/lotu może nie zadbać należycie o zwierzęta. Należy też unikać lotów przesiadkowych, z takimi przerwami jak 2-3 godziny. Nikt nie pozwoli Wam wtedy odebrać psa i zabrać na spacer, a jeśli dojdzie do tego jeszcze nawet godzinne opóźnienie, to robi się to już bardzo długi czas rozłąki. Jeśli robicie już jakaś trasę przesiadkową, to zróbcie ją na osobnych biletach, czy z minimum 8 godzinną przerwą, by psa można było odebrać i spędzić czas na zewnątrz. Drugi powód unikania lotów przesiadkowych to załadunek i rozładunek. Są to zazwyczaj najbardziej stresujące momenty, a nie sam lot. To przy nich jest najwięcej hałasu, obcych ludzi wokół i znajdowanie się w zamknięciu, we wciąż zmieniającycm się otoczeniu. To przy nich istnieje też ryzyko zagubienia psa i załadowania go w niewłaściwy samolot. Jeśli macie lądowanie w ciepłym kraju lub z niego wylatujecie, starajcie się wybierać loty poranne bądź wieczorne, gdy jest już o wiele chłodniej.

Teraz bardziej szczegółowe uwagi ode mnie i Haku na Szlaku. Jeśli coś dalej będzie niejasne w kwestii transportu psa w tej opcji, to polecam pisać pytania do nich lub do Darii z WorldWideDogz (która leciała ze swoimi psami m.in. do Meksyku).

SZCZEGÓŁY TRANSPORTU PSA W LUKU BAGAŻOWYM i SAMOLOTACH CARGO:

a) Ważnym krokiem jest oswojenie psa z kontenerem. Polecamy kupić go przynajmniej miesiąc wcześniej i oswoić psa do przebywania w nim. Uczyć psa wchodzenia, wychodzenia i zostawania w nim na dłużej. Pies musi wiedzieć, ze wejście do transportera nie jest żadną karą.

b) Jeżeli chodzi o rozmiar transportera, to generalnie linie lotnicze podają tylko ogólnikowo, że pies ma swobodnie stać, obracać się i leżeć w naturalnej pozycji.

c) Należy pamiętać, że w większości linii lotniczych dopuszczalny wymiar klatki musi spełniać wymóg: Długość+Szerokość+Wysokość = maksymalnie 292 cm.

d) W praktyce IATA (International Air Transport Association – Międzynarodowe Zrzeszenie Przewoźników Powietrznych) podaje bardziej wymierne wartości i według jej wytycznych powinniśmy zmierzyć psa w czterech miejscach:

A – Długość od nosa do nasady ogona (nie końca ogona)
B – Wysokość od ziemi do stawu łokciowego
C – Szerokość w barach 😉
D – Wysokość od ziemi do czubka głowy w normalnej stojącej pozycji (dla psów ze szpiczastymi uszami mierzymy do czubka uszu)

Teraz niestety trochę matematyki, spokojnie, tej podstawowej:

Kontener musi mieć długość równa A + ½ B (czyli jeżeli pies ma 90cm długości a wysokość łap 40cm to transporter powinien mieć minimalna długość 90 + ½ * 40 = 90 + 20 = 110cm

Szerokość musi być równa co najmniej C * 2 (czyli jeśli pies w barach ma 40cm to opakowanie będzie miało 80 cm

Wysokość musi być równa D, czyli wysokości psa.

Haku ze swoim transporterem, chociaż w jego wypadku można wręcz powiedzieć kontenerem 😀

e) Poza wymiarami, kontener musi spełniać dodatkowe wymogi:

  • Musi być ze sztywnego plastiku, niedozwolone są pojemniki drewniane lub metalowe.
  • Musi mieć metalowe drzwiczki z centralnym systemem zamykającym z góry i z dołu klatki.
  • Metalowe pręty blokujące drzwi po zamknięciu muszą wchodzić na co najmniej 1.6cm w obudowę.
  • Nieliczne linia wymagają, by także boczne otwory wentylacyjne/okienka były wykonane z metalowej kratki (można kupić od razu taki transporter lub do niektórych modelei można je dokupić osobno – pytanie czy masz model do którego są dedykowane takowe lub będę one po prostu w miarę pasować).
  • Musi być skręcony śrubami – górna z dolną częścią.
  • Na podłodze musi być jakiś koc, gazeta lub coś podobnego, co jest materiałem chłonnym (Haku miał legowisko o dopasowanym wymiarze)
  • Na kontenerze musi być nalepka „LIVE Animal” [żywe stworzenie] i „Arrow UP” [tym kierunkiem do góry] – które można dostać przy Check-in (okienku odprawy).
  • Na kontenerze powinna być nalepka z imieniem i nazwiskiem właściciela, adresem i numerem telefonu oraz z imieniem psa (wszystko w razie jakichkolwiek nagłych sytuacji lub wsadzenia klatki w zły samolot).
  • Pies musi być bez smyczy i kagańca – obie te rzeczy nie mogą znajdować się w transporterze. My zapakowaliśmy je do bagażu podręcznego.
  • Według przepisów pies powinien mieć w klatce dwa pojemniki – jeden na wodę, drugi na pokarm. Niestety pojemniki na wodę sprzedawane wraz z transporterami są w zasadzie bezużyteczne, gdyż woda szybko się z nich wyleje. Dobrym pomysłem jest kupienie poidełka – takiego jak dla ptaków czy chomików – pies liżąc rurkę otwiera kulkowy zawór i uruchamia dopływ wody. Wtedy możemy mieć więcej spokoju, że pies będzie miał zapewnioną wodę (należy psa oczywiście wcześniej nauczyć obsługi takiego poidełka i należy pamiętać, by zamocować je w środku by nie zostało urwane podczas załadunku). Niektóre linie wymagają, by pojemniki były zamocowane na drzwiach klatki.
  • Co do ogólnej zasady – w jednym transporterze nie może podróżować więcej niż jeden dorosły pies. Czyli jeśli masz dwa psy, to nie ważne jak bardzo się kochają, ani że są małe rozmiarowa – muszą podróżować w dwóch osobnych transporterach. Odstępstwo od tej zasady dotyczy szczeniaków i kociaków.
  • WSZYSKIE DOKŁADNE REGULACJE IATA, w tym rysynki i schematy w pytaniu Do you have a suitable container for your pet?, znajdziecie POD TYM LINKIEM, m.in. że transporter musi mieć zdemontowane kółka, a wypełnieniem podłogi nie może być siano itp. detale

f) Większość linii wprowadza też limit wagi psa do 75 kg. Jeśli pies waży więcej, musi lecieć w samolocie transportowym. W samolocie cargo nie występuje limit wielkości klatki, to tylko kwestia większej opłaty za większą klatkę.

UWAGA: w większość transporterów jakość użytego plastiku i jego grubość jest bardzo niska. Pękają przez to bardzo łatwo. Kupując transporter, postarajcie się sprawdzić jego konstrukcję i obchodźcie się z nim delikatnie aż do momentu samego lotu. Zabezpieczcie newralgiczne miejsca mocną taśmą (tzw. silver/powertape). Musicie się liczyć, że po jednej podróży transporter będzie do naprawy (musi to być naprawa dobrej jakości – z użyciem żywicy epoksydowej lub włókna szklanego) lub wymiany na nowy, bo te pęknięcia bardzo szybko się powiększają. Dlatego też odradzamy kupowanie używanych, powystawowych transporterów z choćby małymi pęknięciami (których pełno na portalach aukcyjnych). Pamiętajcie, ryzykujecie ucieczką czy uszkodzeniem psa. Z tego też powodu lepsze może być zakupienie transportera z metalowymi, a nie plastikowymi, okienkami. Kupno transportera droższego czy, teoretycznie, lepszej jakości niekoniecznie uchroni przed zniszczeniem. bo obsługa załadunku samolotu nie należy do najdelikatniejszych.

g) Przypominam uwagi, które pojawiały się wcześniej i obowiązują także w tej opcji transportu psa:

  • Większość linii lotniczych nie dopuszcza transportu psów z “krótkimi pyskami”. Linie boją się, że ich wady genetyczne, które wywołują licznie schorzenia (w tym m.in. problemy z oddychaniem i termoregulacją, a krok dalej – układu krążenia), w połączeniu z odmiennym ciśnieniem oraz stresem w trakcie transportu, skończą się śmiercią psa. Przewoźnicy nie chcą za to odpowiadać (co jest całkowicie zrozumiałe i od nas również apel – nie kupujcie upośledzonych genetycznie pokrak, które cierpią każdego dnia swojego życia – i nie chodzi tutaj o nasze estetyczne gusta, tylko o powszechne, liczne oraz – co najważniejsze – potwierdzone naukowo wady genetyczne ras brachycefalicznych. Wad, która powodują, że te psy nie funkcjonują normalnie, cierpią na liczne schorzenia i nie mogą w pełni realizować swoich potrzeb fizycznych oraz mentalnych. Wystarczy odpalić przeglądarkę internetową i  dowiedzieć się więcej na ten temat (przykładowy artykuł). Zdecydowanie warto, zwłaszcza posiadając psa z tych ras. Niestety większość hodowców nie tylko utrzymuje, ale wręcz pogłębia, te wady. Zamiast walki z tym i próbą poprowadzenia tej rasy w zdrowe cechy fizyczne, dającą psom kondycję i warunki umożliwiającą im realizację ich potrzeb. Jeśli chcesz kupić psa, wybierz psa innej rasy, by rynek tworzenia psów z wadami upadł. Gdy nie będzie popytu, nie będzie podaży.  Jeśli takiego adoptujesz, przeprowadź kompleksowe badania, by mieć pełen obraz jego stanu. Jedną z najczęstszych przyczyn zgonów psów w transporcie są bowiem właśnie niezdiagnozowane choroby układu krążenia. KLM nie akceptuje w ogóle buldogów francuskich i angielskich, boston terierów oraz mopsów. Lufthansa w przypadku tego typu psów, zaleca większy kontener, tak aby zwierzak miał 10 cm odstępu od krawędzi i góry transportera. Inne rasy krótkonose, jak na przykład bokser mogę być przewożone tylko w kabinie lub jako cargo.
  • Niektóre arabskie, czy może raczej muzułmańskie, linie lotnicze nie dopuszczają także tej opcji transportu psa.
  • Takiej opcji transportu nie dopuszczają też europejskie tanie linie lotnicze jak Wizzair, Ryanair, ani też np. amerykańskie Spirit, ani większość tanich linii lotniczych świata.
  • Wiele lini nie akceptuje również transportu psów ras uzwananych za “niebezpieczne” czy “agresywne”. Najczęściej zależy to od tras (krajów) do jakich latają dane linie i regulacji tych krajów, ale często linie mają swoje własne obostrzenia, w zależności od kraju swojego pochodzenia i tak np. większość hiszpańskich linii nie akceptuje np. Akita Inu. Listy/wykazy takich psów możecie szukać na stronach linii i stronach instytucji poszczególych krajów (najczęściej są to ministerstwa rolnictwa/agrokultury/itp.

h) Bukowanie lotu. W większości linii należy najpierw zabukować bilet samemu sobie i dopiero potem należy zgłosić potrzebę transportu psa. Tak jak w kabinie, tak pod pokładem, dopuszczalna jest limitowana ilość zwierząt na pokładzie, więc należy to zrobić jak najwcześniej. Haku na Szlaku ze swoimi liniami kontaktowali się poprzez Messengera na Facebook, ale można infolinią czy e-mailem.

  • Należy podać następujące informacje:
    -pełne imię i nazwisko – jak w rezerwacji
    -kod/numer rezerwacji
    -numer biletu
    -kod lotu
    -e-mail
    -wymiary transportera w centymetrach (długość, szerokość, wysokość)
    -waga psa i transportera razem
    -informację gdzie pies będzie podróżował – w luku bagażowym czy w kabinie (opcja nr 3)
    -rasa psa
  • Po potwierdzeniu otrzymania informacji, należy odczekać (do 72 godzin) na zatwierdzenie naszej prośby
    W naszym przypadku po odczekaniu paru dni sprawdziliśmy rezerwacje na stronie linii i pojawiło się tam dodatkowo „Animal in Hold”.

Haku na Szlaku lecieli KLM, lotem bezpośrednim z Amsterdamu do Limy. Było kilka powodów wybrania tej linii. Jest to jedno z nielicznych bezpośrednich połączeń obsługiwanych przez dużą linię lotniczą, a chcieli uniknąć przesiadek ze względu na psa. Finansowo nie było to najtańsze rozwiązanie. Były loty z Madrytu, prawie o połowe tańsze. Jednak, w związku z tym, że Haku to Akita, to nie może latać hiszpańskimi liniami. W Hiszpanii Akity uznawane są za psy rasy niebezpiecznej i nie są akceptowane na pokładzie samolotów.

i) W celu opłacenia transportu psa, ponownie napisali przez Messengera do linii lotniczej, która wysłała im link do opłaty. Link ma ważność 24 godzin, tj. w tym czasie należy dokonać płatności. Zapłacić można także przed samym odlotem na lotnisku. Jeżeli chodzi o koszt, to wyniósł ich 200 euro w jedna stronę, czyli 400 euro za lot w tą i z powrotem. Tyle zazwyczaj kosztuje przelot psa na trasach międzykontynentalnych. Taniej jest w lotach międzynarodowych i lokalnych.

j) Kiedy już mamy psa zatwierdzonego przez linię, pozostaje tylko stawić się na lotnisku około 3 godzin przed odlotem. Warto tutaj wspomnieć, że w zależności od rozmiaru transportera może być dość problematyczne przewiezienia go w samochodzie. Rozsądnie jest o tym pomyśleć z wyprzedzniem, by nie było konieczne jego rozkładanie, a potem składanie w pośpiechu na lotnisku. (Haku na Szlaku przewieźli transporter ostatecznie na dachu samochodu).

k) Nie zaleca się karmić psa do 4 godzin przed lotem (pełny żołądek nie jest komfortowy w warunkach lotu, a i szybkość przemiany materii może być szybsza niż podróż). Ale nie można przesadzać i zagładzać psa brakiem jedzenie przez cały dzień przed lotem. Przecież pies potrzebuje wartości odżywczych, by normalnie funkcjonować i być zdrowym. Lepiej, żeby załatwił się w klatce niż był osłabiony. Z drugiej strony pies może nie chcieć się załatwić w klatce i będzie się przez to bardzo mocno stresował – dlatego musicie znać swojego psa i rozegrać to rozsądnie: dostosować ilość jedzenia do jego potrzeb, jego zwyczajów, długości lotu, przesiadek z możliwością wyprowadzenia itd. itp. Na czas lotu nie ukrywajcie psu przysmaków w transporterze. Niech ma dostęp tylko do normalnego jedzenia i je wtedy, kiedy faktycznie poczuje taką potrzebę. Jeśli pies weźmie się za gryzaka i zacznie się krztusić, nikt nie pomoże, poza tym gryzaki wzmagają pragnienie.

l) Najlepiej psa zmęczyć fizycznie spacerem – oczywiście nie do jakiegoś skrajnego poziomu, tylko do standardowego poziomu, by zmęczony łatwiej się wyciszył i zasnął w samolocie. O wiele bardziej może w tym pomóc zmęczenie psychiczne, oczywiście pozytywne (czyli wszelkimi zabawami w których używa mózgu, sesją komend itd. itp.). Zmęczenie psychiczne o wiele bardziej działa na psa niż fizyczne, ale to nie miejsce na wyjaśnianie tego, poczytać o tym możecie na każdym blogu behawioralnym.

m) Pod samym lotniskiem również warto zabrać psa na szybką toaletę, ale ważne jest, by nie być przy tym zestresowanym brakiem czasu, by pies nie przejął naszych emocji. Jeśli mamy się stresować i działać w pośpiechu, lepiej pominąć ten etap. Dotyczy to również wspomnianego zmęczenia psychicznego.

Akurat nam – mnie i Izie – się nie udało być spokojnymi na lotnisku. Musieliśmy na szybko się przepakować, by bagaże pomieściły się w limitach wagi i rozmiaru (wykupiony mieliśmy tylko jeden bagaż rejestrowany). W Gwatemali poszło gładko, ale w USA pojawiły się problemy, bo dołożyli całą masę dodatkowych obostrzeń: brak lużnych troczków, konieczność zdjęcie pokrowca, zakaz przymocowania na zewnątrz elementów. A nasze karimaty włożone mieliśmy między szelki i przytroczone 5 paskami… Ale udało nam się panią zbajerować, nie wiem jakim cudem, bo w USA mają bzika na punkcie regulacji i przyczepią się przy każdej okazji. Snupek, pełen zdobytych doświadczeń w dziwnych sytuacjach, nie zwracał uwagi na nasze zdenerwowanie i czekał spokojnie, aż ruszymy gdzieś dalej.

Przypominam znowu, o czym pisałem wcześniej – nie podajemy psu środków uspokajających, jeśli wyraźnie nie zaleci tego weterynarz.

n) Do check-in (odprawy) ustawiamy się w normalnej kolejce. Obsługa lotu sprawdza nasze papiery i papiery psa (paszport psa, świadectwo zdrowia i wszystko co jest potrzebne w danej linii czy kraju, gdzie zmierzamy). Przykleja specjalne naklejki na kontener i zgłasza transport psa telefonicznie do punktu  Oversized Luggage (bagażu ponadwymiarowego). W tym momencie mamy tylko 20-30 minut, żeby psa oddać do Oversized Luggage, ponieważ zgłoszenie wygasa po tym czasie. Jeśli nie zmieścimy się w tym przedziale czasowym, to musimy jeszcze raz udać się do check-in i znowu poprosić o zgłoszenie psa.

o) W momencie oddania pupila do okienka bagażu ponadwymiarowego, mamy ostatni raz kontakt bezpośredni z psem, aż do momentu odebrania go na lotnisku docelowym. Nie stresujcie psa w tym momencie, nie żegnajcie się z nim w jakiś nadzwyczajny, nietypowy i wylewny sposób. Wiem, może być trudno opanować emocje i zdenerwowanie, ale najlepiej dla jego emocji jest, by cała sytuacja przebiegła jak najnormalniej i standardowo dla waszych wspólnych zwyczajów. W ogóle starajcie się nie stresować na lotnisku i w dniu lotu, by pies nie czuł tych emocji i nie przejął ich od was.

p) Po wejściu do samolotu nie wahajcie się dopytać czy pies jest już na pokładzie i czy ma zapewnione dobre warunki. Stewardessa powinna udzielić takiej informacji.

r) Po wylądowaniu idziemy odebrać bagaż i psa. Pies w transporterze zostanie podstawiony do okienka Oversized Luggage. W Limie Ewelina i Piotrek czekali dość długo na Haku, ich plecaki wyjechały dużo wcześniej. Gdy otrzymamy psa, to nie możemy się jeszcze cieszyć, że to koniec. Należy się udać do okienka kontroli weterynaryjnej. Tam sprawdzone zostaną wszystkie formalności związane z wwozem zwierzaka na teren nowego kraju.

Pamiętajcie, przy podróży samolotem musicie mieć WSZYSTKIE, ale to WSZYSTKIE, NIEZBĘDNE dokumenty i formalności do podróży z psem, wymagane w danym kraju. To nie granica lądowa, na której ktoś cofnie was tylko do najbliższego miasta. Brak jakiegoś papieru dla psa przy podróży samolotem może się skończyć nawet eutanazją psa, a przynajmniej ogromnymi wydatkami. Artykuł o załatwianiu tych formalności znajdziecie TUTAJ,  a w nim także link do strony internetowej z listą wymogów do blisko 200 krajów.

W ramach przygotowania psa do tak poważnej podróży, upewnienia się, że jest w dobrym  korzystnym finansowo rozwiązaniem może być wykupienie pakietu usług PetHelp, który obejmuje kilka wizyt u weterynarza, podstawową kurację i pielęgnację , dostęp do porad i konsultacji online i stały – 10% rabat w sklepie zoologicznym.

Jeśli doceniasz pracę, jaką włożyliśmy w stworzenie tego obszernego poradnika, znacząco on Ci pomógł lub czytanie naszego bloga jest dla Ciebie najzwyczajniej… przyjemnością, to będziemy ogromnie szczęśliwi, jeśli zdecydujesz się nam odwdzięczyć i kupić komiks naszego autorstwa – szczegóły o nim przeczytasz TUTAJ.

Pierwsza autostopowa podróż w 2014 r. całkowicie odmieniła nasze życie. Ale gdyby nie Snupi, to nigdy by do niej nie doszło i nigdy nie powstałyby „Podróże z Pazurem”. O tym, a także o rozpoczęciu w 2017 r. ciągle trwającej wyprawy dookoła świata, opowiada 1. odcinek KOMIKSU

Możesz także wykonać darowiznę. Ten blog od strony czysto finansowej to dla nas spory wydatek, a nie źródło realnego dochodu (o czym poczytać możecie TUTAJ). Pomóż nam go prowadzić. Każda złotówka się liczy i nawet taką kwotę możesz przekazać. Jeśli każdy, kto skorzystał z naszych poradnikowych artykułów, przelałby zaledwie po “tej 1 złotówce”, to zebralibyśmy w ten sposób ponad 20 tys. zł. Co, przy naszym sposobie podróżowania, starczyłoby na blisko rok życia w trasie i możliwość przecierania szlaku dla kolejnych psi podróżników. Tak, jak uczyniliśmy to tym artykułem.

  • możesz wesprzeć nas poprzez platformę Patronite https://patronite.pl/podroze-z-pazurem
  • jeśli wolisz poprzez bezpośredni przelew na konto bankowe 62 1090 1014 0000 0001 3754 5690 Izabella Miklaszewska, w tytule darowizna (według polskiego prawa, każda osoba fizyczna może każdej innej wykonać darowiznę).
  • możesz to zrobić także poprzez PayPal – na to samo nazwisko i odnośnik do naszego konta paypal.me/zpazurem

Za darowizny znacznie przekraczające symboliczną wdzięczność, będziemy wysyłać różne podziękowania, o czym dokładnie poczytać możesz na stronie Patronite. Np. zaproszenie do “tajnej” grupy, gdzie możesz być z nami w stałym kontakcie,  zadać bardziej skomplikowane i indywidualne pytania. Czy to poprosić o pomoc w doborze sprzętu, czy poradę ws. podróżowania z psem, z plecakiem, w trudne tereny, w góry… Zapytać o kulisy prowadzenia bloga, czy poprosić o wskazówki do rozpoczęcia/prowadzenia swojej twórczości. Inna opcje, to że do Ciebie zadzwonimy z miejsca, gdzie aktualnie jesteśmy, umówimy się na spacer, a może nawet dołączysz do nas na jakimś etapie wyprawy i nauczymy Cię wszystkiego, co potrafimy. Dziękować też będziemy m.in.  przypinkami (tzw. button) lub magnesami na lodówkę z otwieraczem do kapsli z grafiką naszego bloga (zdjęcie poniżej).

3. Wesprzeć nas także możesz poprzez zakup koszulki/bluzy z wzorami naszego autorstwa w sklepie Power Canvas (20% zysku z nich idzie do nas).

2 wzory bluz i 3 wzory koszulek w wersji damskiej i męskiej dostępne TUTAJ
Dziecko – władca i szansa dla świata

Dziecko – władca i szansa dla świata

W tej podróży setki razy zastanawiałem się, co jest czynnikiem napędzającym spiralę ubóstwa, a pośrednio także niszczenia tego świata (nie tylko w znaczeniu ekologicznym, ale po prostu zło czynienia). Czy to brak pieniędzy, bieda sama w sobie? Brak edukacji? Władza i siła pojedynczych osób czy korporacji? Egoizm? Ignorancja? Fatalny model gospodarki, a przynajmniej wykształcony do takiej cechy w praktyce jego budowania? Chyba nie… bo to wszystko jest wprawdzie częściowo jakąś przyczyną, ale jest też skutkiem, efektem. To wszystko to może jest jakaś matematyczna siła wypadkowa, ale to nie jest ta jedna, pierwotna siła, równoważna sumie tych wszystkich.

A co, jeśli powiedziałbym, że są nią… dzieci? Wiem, brzmi nierealnie i brutalnie. Oczywiście, to nie ich wina, bo nie sam fakt ich istnienia jest przyczyną, tylko nasz sposób ich traktowania.

Mam prośbę, jeśli zdecydujesz się czytać ten artykuł, to przeczytaj go do końca! Zrób to na spokojnie i uważnie. Zrozum, że to tylko post, a nie książka naukowa na 500 stron i muszą tu być pewne uogólnienia i skróty myślowe. Nie odbieraj pojedynczych zdań i słów emocjonalnie. Interpretuj je w odniesieniu do całego akapitu i akapitów sąsiednich, a nie wyrwane z kontekstu.

Czemu? Długo pisałem ten post, zacząłem rok temu, ale miałem kryzys egzystencjalny osobisty, jak i sensu istnienia tego bloga. Potem, nagle, wróciliśmy na chwilę do Polski i od tamtej pory ciągle brakuje nam czasu. Jak już był gotowy, to w Polsce pojawiła się znowu napompowana dyskusja o aborcji. Musiałem go odłożyć, bo ten post w żadnym stopniu nie jest z nią związany, a już na pewno w żadnym stopniu nie jest jej orędownikiem.

Wróćmy do meritum. Nie chodzi o przeludnienie. Wprawdzie 100 lat temu było zaledwie 1,5 miliarda ludzi na całym świecie, a 60 lat temu 3 miliardy, obecnie już ponad 8 miliardów. Na Ziemi nie ma żadnego innego tak licznego gatunku wysoce rozbudowanej formy życia. Żaden nie jest nawet blisko tej liczby, większość zamyka się w setkach tysięcy, maksymalnie kilku milionach. Najbliżej nas są krowy (ok. 1,5 miliarda), które jednak my sami „produkujemy” tylko po to, by za chwilę je zabić, przy okazji z katastrofalnym skutkiem dla środowiska. Cała ludzkość wypija dziennie około 20 miliardów litrów wody i zjada 9,5 miliarda kilogramów żywności, tymczasem krowy dziennie wypijają 170 miliardów litrów wody i zjadają 61 miliardów paszy dziennie (o czym już jest artykuł na naszej stronie www „Co robimy z tym światem?!”). Obecnie tylko 30% powierzchni naszej planety stanowią tereny dzikie – niepodlegające bezpośredniej działalności człowieka. Jeszcze w połowie poprzedniego wieku było to ponad 60%. 

Otóż to – sposób zarządzania planetą… Większość naukowców z różnych dziedzin nauki twierdzi, że obecna ilość ludzi – a nawet dużo większa – nie byłaby dla planety i cywilizacji żadnym problemem, gdyby tylko istniała lepsza organizacja, redystrybucja i odpowiedzialne wykorzystywanie natury i dóbr. Zapewne mają rację, bowiem już w 1999 r. oszacowano, że 16% najbogatszej części ludzkości konsumuje około 80% wytwarzanych zasobów (a raczej „zużywa”, bo ogrom jest wyrzucany i marnotrawiony bez należytego wykorzystania). Od tamtej pory niewiele się w tej kwestii zmieniło. Gdybyśmy zatem chcieli, już dziś rozwiązano by problem głodu, niewolniczej ilości i warunków pracy, dewastacji planety. Innymi słowami: traktując cywilizację jako całość, wszyscy moglibyśmy żyć w dobrobycie i dalej się mnożyć.

No dobra, to czemu jednak dzieci są według mnie tą „przyczyną”? To problem tak ogromnie złożony i delikatny, że trudno mi zdecydować od czego zacząć, żeby było logicznie, a jednocześnie nie zgubić i nie przykryć – niechcący – najważniejszej obserwacji i puenty.

Zacznijmy od tego, że ten utopijny świat, w którym przekonania tych naukowców byłyby możliwe, nie istnieje i długo istnieć nie będzie. Zatem, przewrotnie, pomimo powyższych słów omówmy liczebność. Z nią powiązane są bowiem mocno inne zjawiska. W krajach słabo rozwiniętych ludzie, którzy ledwo są w stanie zadbać o siebie samych, mają po czworo, pięcioro czy jeszcze więcej dzieci (osobiście poznany przez nas „rekord” to 18-ścioro, a na drugim miejscu 12-ścioro i – co istotne – wszystkie przeżyły wczesne dzieciństwo). Moje pytanie brzmi “PO CO?!” Oczywiście, w dużym stopniu to wszystkie braki edukacji seksualnej, zabezpieczeń, nakazy religijne. Czy to z miłości do dzieci czy jakiegoś innego „wyższego” uczucia? Nie wierzę. Czy nie można wykazać swojej miłości, spełnienia itp. wobec już istniejących, dajmy na to, trojga dzieci? W Hondurasie poznaliśmy faceta, który 8 lat żył w USA. Przez co zdaje sobie sprawę ze związków przyczonowo-skutkowych odrobinę lepiej, niż cała reszta jego wioski. Ma już troje dzieci z kobietą, z którą się rozstał, a właśnie płodzi swoje 4. dziecko z inną kobietą, z którą jest zaledwie od roku (ona ma zaś lat 21). On nie chce, ale to robi. Po co? „Bo ona chce mieć dziecko”. On dobrze wie, że dla niego to tylko kolejny problem. Już teraz musi żywić 3. dzieci, więc w nadchodzącej rzeczywistości oznaczać to będzie, że zamiast spać 5 godzin dziennie – jak robił to dotychczas – będzie pracował jeszcze więcej, by być w stanie zarobić na utrzymanie jednego dziecka więcej. A jest kierowcą ciężarówki. Więc kiedyś, z niewyspania wyląduje w rowie, a może przy tym zgarnie kogoś przypadkowego ze sobą. Ona może i chce dziecko też z jakiś głębszych pobudek, ale głównie dlatego, że będzie to dla niej „gwarantem” związku. Honduras to kraj, gdzie formalne małżeństwo to tylko kula u nogi, w każdym tego słowa znaczeniu. Łatwiej spłodzić dziecko i potem się martwić, niż pochodzić po urzędach, potem respektować religijne i cywilne obowiązki małżeństwa, a potem – w razie niepowodzenia – je odkręcać. Ale on zamiast jej wytłumaczyć, by zdobyła lepszą pracę, by poczekać, aż będą pewni, że do siebie pasują itd. to idzie… „na łatwiznę”.

Rozpatrzmy jednak przypadki, kiedy to jedna/stała para ma dużo dzieci. Czy oni są przekonani, że dzieci pomogą im swoją pracą? To myślenie miało sens może jeszcze 100 lat temu, kiedy rynek gospodarki, styl pracy i styl życia były zupełnie inne. Gdy do pracy przydawały się każde dodatkowe ręce, a dzieci umierały na gruźlicę, byle przeziębienie czy zatrucie pokarmowe. Teraz już tak się nie dzieje, a to chyba ci ludzie są w stanie odnotować? Co więcej, ci ludzie nie chcą już pracować na polu i żyć w lepiance. Chcą żyć „zachodnim stylem życia”, z którego nic nie rozumieją, nie są na niego mentalnie gotowi, bo docierają do nich tylko jego strzępki… – długi i skomplikowany temat, więc w skrócie – wolą kupić niż zrobić, wolą dostarczaną rozrywkę, niż tę tradycyjną. (widzimy to z Izą wyraźnie w najróżniejszych zakątkach świata). Wybierają tylko przyjemne fragmenty zachodniego stylu życia, nie rozumieją, jaki ogrom pracy się z nim wiąże, tyle tylko, że innej formy pracy, stresu i innych poświęceń. Jednocześnie chcą tkwić w swoich przestarzałych przekonaniach. Największy problem jest taki, że w tych krajach nie ma żadnych miejsc do pracy, bo nie ma (lub dopiero raczkują) biznesy z połowy dziedzin gospodarki znanych w Europie i krajach wysoko rozwiniętych (np. grafik komputerowy). Także zakłady produkcyjne i przemysł działają coraz nowocześniej, więc redukują ilość pracowników. Zatem nawet takie wielkie zakłady zachodnich biznesów (jak fabryka gazowanego napoju z czerwoną etykietą albo huta) przestają być workiem bez dna z nowymi miejscami pracy. No i jak już mówiłem – ci ludzie coraz rzadziej chcą wykonywać rolnicze i wiejskie czynności. A nawet jakby chcieli, to nie mogą – z racji zachodnich biznesów (monopolizacji i przejmowania rynków lokalnych (o czym będzie jeszcze później i co pisałem także we wspomnianym już artykule „Co robimy ze światem?!”). Dzieci stają się więc tylko kolejnym bezrobotnym i bezdomnym. No bo po co rodzinie z czwórką dzieci, kolejne piąte dziecko, która zamiast pracować na polu i wypracowywać swoje dobra, teraz zarabia pieniądze w fabryce butów, ubrań lub prowadzi firmę transportową i wszystko – czego potrzebuje – kupuje w sklepie w najbliższym miasteczku. Kolejne dzieci to tylko kolejne otwory gębowe, które trzeba nakarmić, ubrać, wyczyścić i znaleźć dla nich miejsce pracy. Miejsce, którego nie ma. Te dzieci to tylko kolejne wydatki, które pogarszają sytuację rodziny. Czy ci ludzie są naprawdę aż tak ślepi, niepotrafiący połączyć wydarzeń w odstępie większym niż miesiąc, że nie potrafią odkryć: że dziecko zamiast „pomocy” jest „obciążeniem”, ile muszą wyłożyć na kolejne dziecko i że zyski nie równoważą wydatków. Gdy w końcu to odkrywają, to sprzedają te dzieci do pracy… Nie będę się tutaj dalej na ten temat rozwijał, bo problem wyśmienicie porusza film Kafarnaum. Zamiast mojego dalszego 5-stronicowego wywodu w tej kwestii, ze skrótami myślowymi, które liczni mogą źle odczytać, polecam obejrzeć. Po tym filmie zastanowisz się poważniej nad problemami swojego dziecka i tym, jak wygląda przeważająca część świata, na którą nie chcemy patrzeć zapatrzeni w swój komfort…

No i sprawa oczywista, że im więcej osób w krajach, które nie mają oczyszczalni ścieków ani żadnych innych norm w zakresie zrównoważonego rozwoju przemysłu, rolnictwa itd., to tym większa destrukcja środowiska – a to prowadzi do jeszcze większego pogłębienia ubóstwa – brak wody, brak jedzenia lub jego wyższa cena, więcej chorób. Ale, jak zasygnalizowałem na samym początku, to problem redystrybucji dóbr, a nie liczebności ludzi. A o tym, że globalizacja i kapitalizm wcale biedy nie niwelują, cóż… przeczytałem ostatnio wyśmienity artykuł Czy kapitalizm wyciąga ludzi z biedy? w magazynie internetowym “Kontakt” (w nim także wyśmienicie opisane jak “zachodnie biznesy” wykorzystują kraje słabo rozwinięte .

Nie będę się dalej rozwijał na temat krajów nierozwiniętych, bo jeszcze pomyślicie „jacy ci ludzie w nich są głupi i źli”. No to niespodzianka, bo my jesteśmy jeszcze gorsi! Oni nie mają edukacji i ograniczoną możliwość uświadomienia, próbują tylko przetrwać. Tymczasem my – ludzie w bogatych krajach – mamy edukację, mamy ludzi głoszących tę świadomość, a robimy równie absurdalne błędy, a tamtejsze problemy mają u nas swoje ekwiwalenty. Mało tego, to my napędzamy mocno problemy tamtego świata, a wszystkie uświadomienia ignorujemy w imię komfortu fizycznego i mentalnego „świętego spokoju”i „to mnie nie dotyczy” i żyjemy byle tylko mieć więcej.

Bardzo ciekawym wątkiem jest np. gotowość wielu osób do ratowania „naszych”, „rodzimych”, „polskich dzieci” i zrzucanie się na operacje ratujące życie takiego pojedynczego dziecka za kwotę kilku czy kilkunastu milionów złotych. A w tym samym czasie, przez całe swoje życie, te same osoby ściubią 10 zł na zapłacenie więcej za bluzkę czy spodnie stworzone przez firmę, która szanuje normy o niezatrudnianiu dzieci w fabrykach. Ściubią 10 zł, by ograniczyć globalny, masowy proceder wykorzystywania dzieci lub ich młodocianych matek do groszowej produkcji, albo kilkadziesiąt groszy na jedzeniu, by ograniczyć ten proceder na plantacjach bananów, kakao, bawełny, herbaty, ryżu, czy w kopalniach. Szacuje się, że od 150 do 400 milionów dzieci pracuje – „zawodowo”. Bo są tańsze i łatwiejsze do kontrolowania i zastraszania. Tak samo ich młode matki, postawione pod ścianą, godzą się zarabiać grosze, które nie wystarczają na żadną edukację ich dzieci, a jednocześnie pozbawia się je za to czasu na opiekę nad tymi dziećmi i jakąkolwiek próbę wyrwania ich z tego błędnego koła. A wielu ludzi w cywilizowanym świecie jeszcze myśli, że czyni dobro, kupując te najtańsze produkty, bo dzięki temu te dzieci i ich matki mają pracę, by się utrzymać (odsyłam ponownie do wspomnianego dwa akapity wyżej artykułu “Czy kapitalizm wyciąga ludzi z biedy?”). Ilu z nas jest tak bardzo zajętych swoim „trudnym” i „fensi” życiem, że nawet nie chce nam się sprawdzić, która firma może mieć coś na sumieniu, jak pozyskuje swoje surowce, składniki i pracowników (a wystarczy odpalić internet i zamiast kolejnego przygłupiego filmu na netflixie, poszukać reportaży na ten temat). Mało tego, tak wielu z nas nawet nie miało nigdy czasu ani ochoty przeczytać artykułu o tym procederze na dużym portalu czy gazecie, albo od razu go zapomniało, bo „co ja mogę”, „bo mnie to nie dotyczy”, „co tam zmieni mój jeden zakup więcej lub mniej” albo „sam mam mało pieniędzy”. Inni z kolei kupują coś drogiego, nie dlatego, że zdaje im się, że wtedy spełnia to jakiekolwiek normy, a tylko dlatego, że jest modne i jest wyznacznikiem warstwy społecznej. Kupujemy piękną zabawkę dla swojego dziecka, albo upominek dla dziecka w hospicjum i domu dziecka, albo zabawkę dla swojego psa, byle jak najtaniej, kosztem dramatu kilkorga dzieci i całych rodzin tysiące kilometrów od nas. Oszczędzamy te 10 zł “bo będzie, żeby kupić sobie coś więcej“. Tak… więcej wysiłku ubogich, więcej zmarnowanej wody, energii i czystości środowiska zamknąć w kolejnej pierdółce wsadzonej do szuflady.

Jak wspomniałem we wstępie: 20 lat temu 16% społeczeństwa pochłaniało 80% jego zasobów. Jesteśmy konsumpcyjnymi potworami, a nasze dzieci wychowujemy na kolejne konsumpcyjne potwory. Ba, jeśli my jesteśmy potworami spod łóżka, to nasze dzieci są monstrum z innej galaktyki 😀 Większość naszych dzieci ma więcej niż mieliśmy my: ubrań, zabawek, elementów wystroju pokoju, elektroniki. Je więcej, niż jedliśmy my: więcej słodyczy, soków, egzotycznych owoców i marnuje więcej jedzenia – i nie mówię tu o Polsce, w której my, osoby powyżej 35 roku życia oraz nasi rodzicie mieliśmy mało, więc te liczby mają inny wymiar – tylko mówię o całym cywilizowanym świecie. Nasze pokolenie konsumuje 4 razy więcej niż pokolenie naszych rodziców i dziadków. To ile razy więcej konsumuje pokolenie obecnych dzieci i nastolatków?!

Oczywiście, są ludzie, którzy swoje dzieci starają się wychować odpowiedzialnie. Ale ile osób to robi, no ile?! Moja siostra jest nauczycielką w szkole podstawowej w Warszawie w dobrej dzielnicy. Na wszystkie klasy, które uczy, ma 3 dzieci, które są w pełni świadome swoich decyzji wobec używania plastiku, diety, posiadania rzeczy, itp. (może nie są to ich własne decyzje, czy w pełni świadome, ale ogarniają nieźle związki przyczyno-skutkowy i się nimi kierują). I nie ważne czy więcej dzieci to wie (zwłaszcza według ich rodziców), ważne co te dzieci sobą reprezentują, pokazują innym. Bo co z tego, że ktoś w środku jest inny, jeśli jego działania są z tym sprzeczne. I co z tego, że jakiegoś dziecko czy jego rodzice rzucają frazesy: „trzeba oszczędzać wodę, prąd i nie produkować za dużo śmieci”, jak w ogóle o tym nie myślą przy podejmowaniu decyzji. To nie jest dla nich odruchowy i uwzględniany – na równi z innymi – czynnik decyzyjny. Będą gadać o oszczędzaniu wody, a pralkę nastawiać codziennie po jednym założeniu ubrania. Biadolić nad zaśmieconym światem, a trzecią kanapkę, której dziecko nie zje, pakować w plastikową torebkę. Widać to idealnie właśnie w szkołach dla najmłodszych, bo dzieci są odzwierciedleniem rodziców i zachowują się naturalnie i odruchowo. Spotkaliśmy z Izą tysiące osób w ciągu 3 lat podróży po całym świecie (w tym żeglarzy). W Polsce spotkaliśmy się ze znajomymi czy obcymi osobami, które nas obserwują i czytają nasze treści. Tymczasem, osoby, które naprawdę zaangażowanie i rozsądnie starają się codziennie być bardziej ekologicznymi i świadomymi społecznie moglibyśmy policzyć na palcach dwóch rąk.

Ale to wszystko nie jest tą puentą, do której chciałem dojść. Czemu to dzieci stają się często powodem biedy i zła? Bo to dla dzieci rodzice są w stanie krzywdzić innych ludzi i dokonywać złych rzeczy. Oczywiście, dla wielu pojawienie się dziecka jest motywacją do zmiany swoich bardzo złych nawyków. Sądzę jednak, że dla tylu samych jest to bodziec, by wplątać się w nielegalne interesy, okradać, a dla większości populacji po prostu potulnie wykonywać sprzeczne ze swoim sumieniem zadania w pracy... byle tylko mieć pieniądze na „zbudowaniem lepszego życia” swoim dzieciom. Nawet nie muszą to być aż takie decyzje, to czasem jest po prostu uginanie karku i pozwolenie na gnojenie się w pracy czy „normom” społecznym (dobrym przykładem może być tutaj szaleństwo prezentów na pierwszą komunię), robienie nadgodzin w pracy (w tym największy paradoks – zabieranie pracy do domu i nie poświęcanie czasu rodzinie, by „dać tej rodzinie lepsze życie”), porzucanie swoich marzeń i odważnych/ większych planów, które mają jakiś element ryzyka. Porzucanie swoich wartości i swojej własnej wartości. Porzucanie swojego rozwoju i swojego zdrowia psychicznego, którego brak i frustrację potem wyładowujemy na innych. Coraz więcej rzeczy i zjawisk lekceważymy, ignorujemy, przestają nas obchodzić, byle „jakoś było”, bo nie mamy czasu, siły ani nie dostrzegamy sensu, by się nimi interesować. Stajemy się bardziej egoistyczni i zapatrzeni tylko na swoje rodziny. Byle dać swojemu dziecku więcej, niż samemu się miało, byle tylko moje dziecko miało lepiej, niż ja miałem, niż ma dziecko sąsiada, znajomego. Byle moje dziecko było lepsze od innych, moje dziecko było lepsze ode mnie. Szkoda jednak, że na to „lepsze” patrzymy często tylko poprzez te najprostsze wskaźniki: posiadania materialnych rzeczy i statusu, bycie lepszym – niemal profesjonalnym w jakimś jednym hobby/sporcie, nawet jeśli dziecko nigdy nie miało okazji sprawdzić innych, w edukacji – ale tylko jej najprostszym rozumieniu – tej narzuconej odgórnie, zamiast rozwoju wielokierunkowego, mentalnego, duchowego.

Jesteśmy też osobami, które uczą dzieci fałszu, kłamstwa, obłudy, cynizmu, byle je „uchronić”. Wciskamy im zasady gry naszej rzeczywistości, których sami nienawidzimy, nie zgadzamy się z nimi, ale i tak im wciskamy… z lenistwa, z poczucia bezsilności, bezradności, poddania się w walce. Odcinamy je także od wszystkiego co nieprzyjemne, brutalne, niemiłe. Wkładamy je do baniek dezinformacyjnych, komfortu mentalnego, które zaburzają kojarzenie związków przyczonowo-skutkowych i percepcję prawdziwego świata na wiele długich lat. Kiedy widzą kurczaczka na spacerze po wsi, a następnego dnia dostaną panierowaną pierś kurczaka na obiad i zapytają „czy to ten sam kurczak?”, to co im odpowie większość rodziców? „Nieeee kochanie, [cichy, porozumiewawczy uśmiech do zgromadzonych wokół] nieeee martw się/nie przejmuj się, to nie ten” [i pogłaskanie po głowie] i… tyle – koniec tematu, brak dalszych wyjaśnień. Już teraz małe dzieci nie wiedzą, skąd się bierze boczek, mleko. Nawet ogrom dorosłych ma zmanipulowane postrzegania pozyskiwania mleka – że wciąż krowa nie stoi w stodole, a pani w kiecce z Mazowsza ją doi do drewnianego kubełka. W rzeczywistości krowę podłącza się do wielkiego odkurzacza, nieustannie się ją zapładnia, by ciągle produkowała więcej mleka, a kolejne jej dzieci odbiera się jej chwilę po urodzeniu, by od razu zawieść do rzeźni na cielęcinę, albo do kolejnej „fabryki” mięsa lub mleka. I takie same bańki budujemy w innych tematach: śmierci i cierpienia, wojen i ogólnej krzywdy ludzkiej, edukacji seksualnej i seksualności, dyskryminacji i prześladowań, religii i kurtuazji, różnic społecznych i materialnych społeczeństwa, a nawet bycia szczerym. Budujemy przed dziećmi tematy tabu, z których sami dopiero powoli wychodzimy. Jaka w tym logika, jak ma się zmieniać świat?! Po to wychodzimy z tabu, by wciskać je własnym dzieciom, z których one same nie wyjdą potem przez 20 lat swojego życia?!

Oczywiście, jest to w wielu momentach czy kwestiach potrzebne, ale nie za długo i nie ze wszystkim. Zabijamy w dzieciach to, co mają wbudowane od narodzin, umiłowanie czy fascynację innymi żywymi istotami, poznawania, dociekania, szczerości w mowie i swoich odruchach. Uczymy dzieci obłudy i kłamstwa. Pozwalamy też na wszystko wobec innych: coraz więcej rodziców ma pretensje do nauczycieli i innych dzieci, a nie do tego, jak zachowują się ich własne dzieci, a raczej do tego, jak sami je wychowują. Rozbestwiamy je pod tym względem, dopóki nie złamią zasad dotyczących stricte nas i naszej wygody czy spokoju, wtedy dopiero potrafimy się na nie porządnie zezłościć. Przez to budujemy błędną zasadę – „że ważna jest tylko rodzina, a nie społeczeństwo” – zamiast zasady – „że społeczeństwo jest bardzo ważne, ale rodzina najważniejsza”. Jak w takich warunkach można tworzyć ludzi zdolnych do myślenia altruistycznego wobec innych ludzi, innych istot, wobec planety. Myślenia o czymś więcej niż „ja i dla mnie” i „co mogę, dopóki inni nie widzą/wiedzą”.

W Europie, czy raczej cywilizacji mamy też na sumieniu liczebność. Wprawdzie tego nie dostrzegamy. Mało tego, wmawia się nam, że mamy wręcz problem z powodu niedostatecznej ilości ludzi. Ale to wszystko zapętla się w krótkowzrocznej logice kontynuacji cywilizacji jako rozwoju i wzrostu ekonomicznego. Uważamy, że dzieci są potrzebne do utrzymania gospodarki krajów, zamiast zrozumieć, że te gospodarki wymagają fundamentalnego przeorganizowania. Świat nie nadąża za tym, co tworzy. Szuka przestarzałych rozwiązań na nowe zagadnienia. Chiny, jedyny kraj, który mógł wyznaczyć innowacyjną drogę (z racji obowiązującego do 2015 r. prawa o posiadaniu maksymalnie 1-go dziecka, który byłby niejako najbrutalniejszym, ale tylko tymczasowym krokiem do szukania i inicjacji takiego nowego modelu gospodarki) zamiast tego wolały pójść na łatwiznę w wyścigu o resztki zasobów i pieniędzy, które można wyciągnąć z tego świata… Zanim zamieni się on w wizje znane z filmów science-fiction o ponownym podziale ludności na kasty, wszechobecnym betonie zamiast natury, całych miast i metropolii slumsów i obiadów wyciskanych z tubek. Świat nie odrabia lekcji z historii, która trwa od XIX w. Kiedy zachłyśnięty dobrodziejstwem węgla i przemysłu stworzył system, z którym teraz z kolei próbuje walczyć. Robi to, a równocześnie napędza inny system, który wywołuje tylko kolejne problemy: ekonomiczne, środowiskowe, ludnościowe. Już teraz połowę prac mogłyby wykonywać maszyny, automaty i ludzie – klienci – samodzielnie. Najprostszy przykład – zakupy w supermarketach. Mamy już automatyczne kasy, a nawet podliczanie zakupów w chwili wkładania towaru do koszyka, zakupy spożywcze przez internet, a co będzie za 5-10 lat? Nie będzie osób na liniach produkcyjnych, nie będzie kierowców autobusów, maszynistów, portierów, obsługi śmieciarek, pracowników pocztowych i kurierów. Nawet ilość policjantów się zmniejszy, bo zastąpi ich monitoring i drony. Drastycznie spadnie ilość rolników i rybaków. Zniknie nawet wiele zawodów teraz związanych z informatyką i programowaniem, a ich obowiązki przejmie sztuczna inteligencja. Niektóre instytucje szacują, że 65 proc. dzieci urodzonych po 2007 roku będzie pracować w zawodach, które jeszcze nie istnieją.

W kwestii ilościowej w krajach rozwiniętych warto tylko wspomnieć o adopcjach. Prawie każdy z nas chce mieć własne dziecko. Rozumiem, ale niektórzy chcą mieć mnóstwo swoich dzieci, albo nawet gdy nie mogą, to szukają najróżniejszych sposobów, by je mieć, podczas gdy w domach dziecka czekają tysiące podopiecznych. W samej tylko Polsce, nie mówiąc o krajach całkowicie zacofanych. Ja wiem, że proces adopcyjny nie jest prosty, ani od strony formalnej, ani od strony wychowawczej, ani społecznej. Ale czy musimy robić tylko to co łatwe? Jakbyśmy robili tylko to co łatwe, to czegokolwiek byśmy się uczyli? Adopcja jest nie tylko rozwiązaniem „problemu ilościowego”. To także uratowanie tych dzieci przed staniem się marginesem, czynnikiem kryminogennym, budującym wir ubóstwa i innych patologii, w które wiele z nich wpada z racji braku/ograniczonych możliwości wejścia w „normalne” życie.

By zakończyć czymś optymistycznym i najważniejszym, zakończę paradoksem. To dzieci są jedyną szansą ratunku. Tylko nowe pokolenie ma na tyle świeże i nieskażone spostrzeżenia, by móc odmienić diametralnie pojmowanie i patrzenie na istotę istnienia gatunku ludzkiego, człowieka jak jednostki i zmienić otaczającą nas rzeczywistość. Dzieci to niemal ostatni przedstawiciele naszego gatunku przejawiający szczerość, naturalność, otwartość, dobro (w większości przypadków), wrodzoną miłość do zwierząt i środowiska, wiarę w marzenia i idee. Skoro to my jesteśmy ostatnim pokoleniem, które żyje w dobrobycie stabilnego klimatu oraz dóbr natury, z których jest jeszcze co brać. Skoro sprowadziliśmy dzieci na ten świat (który z takim powodzeniem rujnujemy), to nie zakłamujmy ich, tylko przekażmy podstawową wiedzę i świadomość zagrożenia oraz narzędzia, by mogły stworzyć idee i rzeczy, które pozwolą im… przetrwać.

Naszym wkładem ma być stworzony właśnie komiks. Gdzie w przyjemny sposób chcemy to właśnie czynić.

Zamiast zachwycać się głupkowatymi filmami o superbohaterach, skupmy się na wychowywaniu prawdziwych bohaterów, od których zależeć będzie los ludzkości i planety.