PRZENOŚNY i TURYSTYCZNY FILTR WODY czy się opłaca i jak działa?

PRZENOŚNY i TURYSTYCZNY FILTR WODY czy się opłaca i jak działa?

Tzw. słomkowy filtr do wody z doczepioną “zgniataną” butelką, która znacząco przyspiesza przepływ wody przez filtr.

Turystyczny / osobisty / przenośny filtr wody to pierwsza rzecz, jaka powinna wylądować w Twoim plecaku czy walizce zaraz po zapasowych majtkach. Nie ważne gdzie, na jak długo i w jaki sposób jedziesz: pociągiem, samolotem, samochodem, w dzikie odludzia czy zwiedzać zabytki w centrach miast, na 3 dni czy na rok. To rzecz ogromnie przydatna przy każdym sposobie podróżowania, a nie tylko przy backpackingu. Filtr może bowiem całkowicie zastąpić kupno wody butelkowanej. To ogromna oszczędność pieniędzy, wagi w bagażu oraz gwarancja braku problemów żołądkowych (my już nieraz mieliśmy problemy po wodzie, która teoretycznie miała być czysta – np. z dystrybutorów w hostelach).

Przede wszystkim to jednak ogromny ukłon w stronę środowiska naturalnego. Każda butelka wody to nie tylko kolejny, bezsensowny śmieć (który był w użyciu zaledwie kilkadziesiąt minut czy kilka godzin), który zalegać będzie tysiące lat, lub który może uda się przetworzyć, co jednak zużyje wodę, energię i wyprodukuje inne zanieczyszczenia. A przecież samo wyprodukowanie butelki to również ogromne zużycie… wody i emisja zanieczyszczeń. Do produkcji 1 litra wody butelkowanej potrzeba zużyć minimum 2 litry wody i mnóstwo energii elektrycznej, następnie odbywa się jej transport, generujący zanieczyszczenia i także zużywający wodę (rafinacja 1 tony ropy naftowej pochłania 15 000 litrów wody). 

Jak dużą oszczędność pieniędzy i innych korzyści przynosi filtr?

To zależy gdzie jedziemy i jaki kupimy filtr. Fundamentalne do takich kalkulacji jest wpierw uzmysłowienie sobie, że 1,5-litrowa butelka wody kosztuje, prawie wszędzie na świecie, 2-3 zł. Często o wiele więcej: w wielu trudno dostępnych zakątkach świata, czy wręcz odwrotnie – tych wyjątkowo turystycznych – butelka potrafi kosztować 4-5 zł. Z kolei cena małej butelki na dworcu czy lotnisku w Europie, Stanach Zjednoczonych i innych, wysokorozwiniętych krajach to koszt od 8 zł wzwyż.

Jeśli chodzi o wagę, to woda to najcięższa jednostkowo rzecz w plecakach (przynajmniej w naszych, zaraz obok śpiworów – które moglibyśmy mieć lżejsze, bo nasze są syntetyczne i na temperaturę poniżej 0 stopni oraz namiotu, którego jednak elementy rozdzieliliśmy między siebie). Jednocześnie, człowiek w normalnych warunkach powinien wypijać minimum 2 litry wody dziennie. W podróży, przy wysiłku i upale ta ilość musi być znacznie większa. Zamiast więc taszczyć wodę kilometrami i godzinami, z filtrem możemy ją po prostu na bieżąco zdobywać a odcinki jej noszenia ograniczyć do minimum. Świeżo zdobyta woda jest także chłodniejsza, niż taka, która 3 godziny spędziła już w bagażu.  

Od razu tutaj wspomnę o tabletkach uzdatniających wodę, bo wiele osób pewnie o nich słyszało i powie, że można ich używać zamiast filtra. Te tabletki to potworny syf dla naszego organizmu. Przecież wody w nich nie “oczyszcza” magiczna wróżka i krasnoludki, tylko składniki tych tabletek, jak np. chlor.  Jeśli ktoś z Was chce się nim regularnie faszerować to tak, może wybrać tabletki. Drugie kwestia – tabletki są całkowicie nieopłacalne przy dużych ilościach wody i często trzeba odczekać z konsumpcją wody kilkanaście minut po ich wrzuceniu, zanim oczyszczą wodę z bakterii. 

Jeśli chodzi o same filtry, to na rynku jest coraz więcej wynalazków. Nawet na polskim rynku ich dostępność jest całkiem dobra. Choć nie tak urozmaicona (a przez to tańsza), jak na rynku Stanów Zjednoczonych. Jedne to filtry wbudowane w butelkę, inne to filtry “słomki”, są też filtry z różnego rodzaju pompką – do szybszego i wygodniejszego pozyskiwania czystej wody. Wszystkie mają swoje wady i zalety, które sprowadzają się do kombinacji: ceny, wagi i wydajności. Może o wadach i zaletach każdej z tych opcji wspomnę dopiero na sam koniec, a teraz opisze w skrócie jak taki filtr w ogóle działa, bo wszystkie wymienione powyżej typy i tak działają na tych samych zasadach. 

JAK DZIAŁA FILTR WODY?

Filtry działają na zasadzie bardzo prostej i stricte fizycznej. Zbudowane są z setek małych rurek – kanalików, które mają w swoich ścianach tysiące otworów (porów), a otwory te mają mniejszą średnicę niż to, co mają zatrzymać. Tak małą, że nie zmieszczą się przez nią nawet bakterie. Woda przechodzi przez pory do wnętrza kanalików i płynie dalej, a bakterie zostają na zewnętrznych ścianach kanalików. Rurki zbudowane są albo z ceramiki albo z syntetycznych tworzyw neutralnych dla organizmu ludzkiego.


Żywotność dobrych filtrów to zazwyczaj 20, 50 tysięcy litrów wody, a może to być jeszcze więcej, bo w dużej mierze zależy to tylko od sposobu dbania przez nas o filtr i konstrukcji całego urządzenia czy umożliwia czyszczenie i łatwą konserwację. Jak na spokojnie to policzymy, to jeśli filtra nie zgubimy, nikt nam go nie ukradnie lub  go nie zniszczymy całkowicie (np. poprzez upadek z dużej wysokości na twarde podłoże), to odkryjemy, że starczy na całe nasze życie. Wystarczy go myć w wodzie z octem. Nigdy nie myjcie filtra wodą z mydłem/płynem do zmywania, innymi detergentami, ani środkami, jak sodą bo go zniszczycie lub zatkacie. Produkt na długie lata w cenie od 200 do 1000 zł. Dużo? Może się tak wydawać początkowo… Jeśli jednak przypomnicie sobie cenę wody w butelce ze sklepu i ilość litrów, jakie musicie dziennie spożywać, podzielcie to sobie przez cenę filtra…. to z wyliczeń i w praktyce widać, że filtr może się zwrócić już po 2 czy 3 dłuższych wyjazdach, a przy tym ograniczamy produkcję plastikowych śmieci do minimum. 2 tygodnie wakacji i zamiast zostawić po sobie 28 plastikowych butelek, 28 nakrętek, 28 foli z etykiet i folie od zgrzewek zbiorczych oraz masy zanieczyszczeń z surowców użytych do ich produkcji, i ewentualnej utylizacji, to możemy zostawić po sobie… NIC (zdecydowanie pomoże w tym zaopatrzenie się w butelkę wielokrotnego użycia, którą opisałem w innym artykule cyklu “rzeczy przydatnych w podróży“. Polecam tam zajrzeć, bo dowiecie się, że zalety takiej butelki wielokrotnego użycia to też ochrona naszego własnego zdrowia).

Większość filtrów wody eliminuje (a właściwie zatrzymuje) tylko bakterie, pierwotniaki oraz pasożyty oraz ich jaja. NIE zatrzymuje natomiast wirusów, wszystko dlatego, że wirusy są mniejsze od bakterii i mniejsze niż pory ścianek w większości filtrów. Są jednak filtry o odpowiednio małej średnicy porów, które zatrzymują wirusy, a raczej część z nich. Bakterie mają zazwyczaj wielkość w zakresie od 0,3 μm (mikrometra) do 750 μm. Wielkość tych najpopularniejszych i niebezpiecznych dla człowieka wynosi ok. 0,5 mikrometra. Zdarzają się bakterie mniejsze niż 0,3 μm, a nawet dochodzące do 0,2 μm, ale to niezwykła rzadkość i mało w tej grupie bakterii niebezpiecznych dla ludzkiego organizmu. Większość dobrych filtrów ma średnice 0,2 lub 0,1 μm. Jednak największe wirusy mają rozmiar taki, jak najmniejsze bakterie, a te najmniejsze wirusy mają rozmiary schodzące już do 3-go miejsca po przecinku, a więc 0.00X mikrometra. Zatem dobre filtry uchronią nas przed wieloma wirusami, ale nie przed wszystkimi.

Ale spokojnie, skażenie wody wirusem jest jak szansa trafienia w totka . Należy się tym  przejmować w rejonach zaraz obok siedlisk nietoperzy (np. tuż przy źródle strumienia wychodzącego z dużej jaskini) lub siedlisk innych zwierząt czy ludzi, jeśli panuje tam zaraza. Wirus potrzebuje do przeżycia dużo bardziej odpowiednich warunków niż bakteria. Zazwyczaj, poza ciałem nosiciela umiera stosunkowo szybko, przynajmniej w porównaniu do bakterii, które mogą się mieć wyśmienicie niemal wszędzie i długo. Niska lub zbyt wysoka temperatura, promieniowanie UV ze słońca, zbyt mała lub zbyt duża ilość tlenu i innych pierwiastków sprawiają, że wiele groźnych wirusów umiera w kilka minut poza organizmem człowieka lub zwierzęcia. 

Filtry nie eliminują też zazwyczaj zanieczyszczeń chemii przemysłowej (mydła, detergenty, pochodne ropy, pestycydy itd. itp.). ALE MOGĄ TO ROBIĆ, jeśli MAJĄ WSAD Z WĘGLEM, który pochłania część zanieczyszczeń „chemicznych” ( węglem aktywnym – takim samym, jak w pastylkach, które bierzemy przy problemach żołądkowych). Wsad węglowy pochłania też chlor, który wciąż dodawany jest do wody w wielu miastach, by zabić w niej właśnie bakterie, wirusy  i pierwotniaki – wszystko to, co zatrzymałby sam filtr.

Najnowsza technologia oczyszczania wody w miejskich wodociągach to jej ozonowanie. Przykładowo, woda w wielu polskich wodociągach w miastach jest właśnie ozonowana i jest jedną z najlepszych w Europie i jest o wiele zdrowsza niż większość wód z butelek (o tym, że woda butelkowana tzw. mineralna, to jedna wielka ściema przeczytać możecie w artykule o butelkach wielokrotnego użytku).

Większość miast na świecie, zwłaszcza w mniej rozwiniętych krajach, wciąż jednak wodę “chloruje” i to w proporcjach ilości chloru znacznie przekraczających potrzeby. Chloru używają też osoby w małych wioskach z dala od cywilizacji, a woda ta trafia następnie do potoków, strumieni itd. Wsad węglowy umożliwia nam zatem picie wody zarówno z kranu, np. na lotniskach, jak i pobliżu małych osad ludzkich. Węgiel zatrzyma też niektóre związki chemii przemysłowej. Ale nie pijcie wody z dużych rzek przechodzących przez duże miasta, ani z rowów i kałuż obok dużych szlaków komunikacyjnych czy pól uprawnych pełnych pozostałości po nawozach i opryskach, bo węgiel nie wyłapuje wszystkich typów “chemicznych” zanieczyszczeń, przykładowo wyłapuje tylko niektóre metale ciężkie i bardzo szybko “zapchają” one węgiel. 


Węgiel wyłapuje także bakterie i wirusy, więc jest dodatkowym, drugim etapem zabezpieczającym przed nimi. Pozwólcie, że pominę tutaj już dokładne wyjaśnienia jak działa węgiel. W wielkim skrócie tylko – jego powierzchnia ma taką strukturę, że jest w stanie absorbować i wiązać w siebie zanieczyszczenia, a jeśli ktoś chce więcej szczegółów przeczyta je TUTAJ – tam również znajdzie listę związków które węgiel wyłapuje dobrze (np. pestycydty), średnio i wcale (azotany i azotyny)

Wsad z węglem starczy na dużo krócej, niż zasadnicza część filtra i jest to stosunkowo – zazwyczaj 400-1000, maksymalnie 2000 litrów. Wszystko zależy od jego ilości, jakości i stopnia zanieszyczenia wody. Oczywiście łatwo wsypać nowy węgiel. Tutaj polecam, by zamiast kupować dedykowany i oryginalny węgiel, to iść do sklepu akwarystycznego i kupić tam węgiel w ułamku ceny znanych ze sklepów ze sprzętem turystycznym. Niestety, wie w każdym filtrze da się samemu wymienić węgiel i konieczny będzie zakup całej nowej części – kartridżu. Wsadu z węgla nie można czyścić octem, w ogóle nie można go niczym czyścić, bo węgiel po prostu zabsorbuje to, czym będziemy próbowali go wyczyścić i tylko skrócimy jego “żywotność”. Węgiel po prostu należy w pewnym wymienić, a wcześniej – w dłuższych przerwach w używaniu filtra – po prostu wyjąć go z filtra, pozwolić mu całkowicie wyschnąć i pozostawić go w czystym oraz suchym miejscu do następnego użycia, by nie rozwijała się na nim pleśń.  

Zamiast pisać tylko teoretycznie o zaletach filtra, wymienię konkretne sytuacje, w jakich ogromnie się nam przydał:

W Wenezueli podczas wyprawy na górę Roraima dzięki filtrowi zaoszczędziliśmy ponad 400 zł. Zamiast jechać jeepem z agencji turystycznej za wspomnianą sumę z pobliskiego miasta do wioski u podnóża góry, pojechaliśmy autobusem za 20 zł, a ostatnie 25 km drogi przeszliśmy pieszo. Ten odcinek to całkowite odludzie, jednocześnie brak na nim źródeł wody, z których bez obaw wypić moglibyśmy wodę bez filtrowania. Gdybyśmy chcieli wziąć zapas wody butelkowanej na te 25 km, to musielibyśmy w swoich plecakach nieść dodatkowe 8 litrów wody, a nasze plecaki były i tak już bardzo ciężkie, bo pełne jedzenia i ubrań na 8-dniowy trekking na szczyt góry Roraima. Wyprawę możecie zobaczyć na naszym kanale youtube.

Filtr przydał nam się nawet w wysokich górach. Zazwyczaj w górach wodę można pić prosto ze strumieni bez większego zmartwienia. Nie ma tam osad ludzkich, które byłyby źródłem skażenia, a woda pochodzi ze śniegów lub opadów. Ale my na 2500 metrów w Szwajcarii nie mogliśmy odnaleźć żadnego strumienia przez 2 dni, tamtejsze lodowce już dawno przestały istnieć. W końcu, gdy odnaleźliśmy, to był on bardzo mały, a wyżej widzieliśmy stado kozic, które z niego piły. W takich okolicznościach istniało ryzyko, że część ich odchodów mogła trafić to wody, istnieje też ryzyko – może akurat nie w tej sytuacji – że jakieś zwierzę umarło przy wodzie). Użyłem więc filtra.

Filtr wody pomagał nam też w Maroku, gdzie z Izą mieliśmy nieustanne problemy z przetrawieniem wody innej niż butelkowana. Nawet wtedy, gdy była ona, a przynajmniej powinna być, wolna od wszelkich niebezpiecznych bakterii – np. na pustyni z głębokiej na 20 metrów studni. Wystarczy jednak, że w wodzie są bakterie całkowicie inne niż te, do których przyzwyczajony jest nasz żołądek i już woda może powodować dyskomfort – może nie od razu biegunkę, ale chociaż to, że przez godzinę wszystko będzie nam się w żołądku kotłowało.

Tutaj zastrzeżenie – nie używajcie filtra zawsze i wszędzie, bo filtr zatrzymuje też niektóre minerały, no i należy przyzwyczajać organizm do ogólnodostępnej wody pitnej i jej flory bakteryjnej. Czasem jednak nie ma czasu na takie przyzwyczajani , tak jak w naszym przypadku – gdy co kilka dni jesteśmy w zupełnie innym regionie. Organizm można przyzwyczajać, gdy jedziemy np. na tydzień trekkingu w jednym miejscu, albo gdy woda jest delikatnie inna od tej, którą zna nasz organizm. Co innego, gdy codziennie jesteśmy w miejscach oddalonych od siebie o kilkaset kilometrów – tak jak np. my w Brazylii czy Maroko.

Tutaj zarzucę Was kolejną ciekawostka, twarda woda – na którą tak się narzeka w Polskich kranach – to zdrowa woda. Twardość wody oznacza bowiem stopień jej zmineralizowania. Woda bez minerałów jest wręcz niebezpieczna dla organizmu człowieka, bo nie ma w sobie żadnych “wartości odżywczych”. Wiecie, że w Finlandii wodę się specjalnie utwardza?!

Jeśli wydaje Ci się, że filtr wody przyda się tylko na ekstremalne wyjazdy i w trudnym terenie, to pomyśl, że filtr z wsadem z węglem może się przydać nawet na lotnisku w cywilizowanym kraju, gdzie woda z kranu nadaje się do picia, ale jest uzdatniania chlorem. Zamiast kupować butelkę wody za 10, 12 czy 16 zł, możesz nalać sobie wody z kranu, a węgiel wyłapie chlor. 

Jak już jesteśmy przy dobrych radach, to nie podawajcie swojemu psu wody mineralnej/butelkowanej (która może mieć jeszcze więcej minerałów niż twarda woda z kranu – jeśli to jest prawdziwa woda mineralna, a nie oszukana, jak większość butelkowanych wód). Tak, jak musimy sami się przyzwyczajać do ogólnodostępnej wody pitnej i budować florę bakteryjną u siebie, tak tym bardziej należy to robić u psa. Psy potrzebują znacznie więcej wody niż my, więc zbankrutujecie podając psu tylko wodę butelkowaną. Poza tym, my – ludzie czasem jeszcze zniesiemy trudne warunki i duży wysiłek bez wody. Pies bez wody nie da rady. Co zrobicie, gdy nie będzie wtedy wody butelkowanej ani filtra? Psa nie da się też nieustannie upilnować, jak będzie mu się chciało pić, to wypije nawet z kałuży. Pies potrzebuje znacznie „mocniejszej” flory bakteryjnej w swoim żołądku, więc nie róbcie ze swojego miękkiej żaby. Co więcej, woda mineralna a więc wybitnie wysoce zmineralizowana może być obciążeniem dla nerek i organizmu psa.

Tak więc apel najważniejszy – wszystko z umiarem i rozsądkiem.

Filtr wody może nam się też przydać w sytuacji, gdy mamy wodę nalaną z czystego – pewnego źródła, ale zdążyła się ona zepsuć, bo np. przez 2 dni była w butelce w upale. Wystarczy, że na nowo ją przefiltrujemy.

Pewnie ktoś z Was powie, przecież można wodę zagotować! Oczywiście, ale wtedy trzeba mieć gaz, palnik, trzeba poświęcić na to czas, a potem trzeba poczekać aż woda ostygnie. Używanie gazu kempingowego do gotowania jest o wiele droższe niż zakup filtra wody.
Jednocześnie odradzam też pastylki uzdatniające wodę, straszne to świństwo – pod względem wpływy na nasz organizm. Również jest to rozwiązanie o wiele droższe w ujęciu długofalowym i dużej ilości wody.

Jak już wspomniałem na początku, filtr wody to też całkiem dobra metoda dbania o środowisko. Zwłaszcza w trudnodostępnych terenach czy krajach, gdzie coś takiego jak recykling śmieci nie istnieje. Zamiast każdego dnia produkować nowe odpady plastiku, możemy używać tych samych butelek przez kilka dni. Więcej wyliczeń o tym, jak wiele śmieci możemy zaoszczędzić używając filtra, dokonuję przy opisie innej przydatnej w podróży rzeczy – butelkach wielorazowego użytku.

PORÓWNIANIA RÓŻNYCH KONSTRUKCJI FILTRÓW

Teraz obiecane szybkie porównanie cech filtrów z pompką, słomkowych i wbudowanych w butelkę. Zacznijmy może od filtrów słomkowych, bo w Polsce są najbardziej łatwe do odnalezienia w sklepach. Najpopularniejszym na rynku jest chyba  Sawyer Mini.  Nie będę go konkretnie komentował, bo nigdy nie używałem, ale wiem, że mnóstwo osób go używa i jest zadowolonych. Narzeka jednak na dość wolny przepływ wody. My używaliśmy przez ostatni rok podróży także filtra słomkowego, ale amerykańskiej firmy Survivor Filter, której produkty nie są dostępne poza USA (chyba że na aukcjach od prywatnych osób), ale da się znaleźć innych firm o podobnej konstrukcji.  Zaletą naszego filtra słomkowego jest to, że posiada wymienny wkład z węglem i ma bardzo małe pory.

To jeden z najlepszych filtrów na świecie, biorąc pod uwagę żywotność, wsad węglowy i cenę za to wszystko.

Filtry słomkowe mają przede wszystkim bardzo dużą żywotność – zazwyczaj minimum 50 tys. litrów wody. Ale ich największą zaletą jest minimalny rozmiar i waga (do 100 gram). Taki filtr możemy wrzucić w zasadzie sobie w kieszeń (to np. ważne przy używaniu filtra przy temperaturach poniżej 0, gdzie filtr musimy trzymać blisko ciała, by nie zamarzły w nim resztki wody, co może zniszczyć – rozsadzić kanaliki). Druga główna zaleta to bardzo małe ryzyko jakiekolwiek usterki, bo filtr to w zasadzie sam filtr i jego plastikowa obudowa, nie ma co się ułamać, zgubić itd.

Wady to utrudnione picie – woda płynie tylko poprzez siłę naszego zasysania i siłą grawitacji,  więc tempo przepływy wody jest powolne. Możemy przyspieszyć przepływ, ale musimy mieć wtedy butelkę z odpowiednim rozmiarem ustnika, którą da się podkręcić do filtra, ale i tak mocno to nie przyspieszy, jeśli nie będzie to butelka elastyczna w formie możliwego do ściskania woreczka – przykład TUTAJ lub TUTAJ

My mamy problemy z poczuciem orzeźwienia, gdy pijemy prosto z filtra przy tak małym przepływie, dlatego lepiej najpierw wodę sobie przefiltrować do butelki, kubka i wypić z nich.

Filtry z pompką mają również gigantyczną żywotność, często jeszcze większa niż słomkowe. Ich zaletą jest znacznie szybszy przepływ wody, dwukrotnie a nawet jeszcze szybszy niż z filtra słomkowego. Pompować wodę możemy niemal w każdej pozycji i wodę brudną możemy pobierać bezpośrednio ze źródła poprzez wężyk. Co nie zmusza nas do zanurzania w niej rąk, czy brudzenia butelki/kubka, pochylania się i podchodzenia blisko do krawędzi zbiornika wodnego. My właśnie wymieniliśmy nasz filtr słomkowy na filtr z pompką, bo przefiltrowanie wody dla 2 osób i psa bywało przy filtrze słomkowym dość czasochłonne i irytujące (zwłaszcza gdy robi się to codziennie, kilka razy dziennie). A jak wspomniałem przy piciu prosto z filtra trudno było nam poczuć przyjemnie uczucie orzeźwienia.

Wadą filtra z pompka jest zwiększenie wagi, w naszym przypadku to 3-krotność i nasz nowy filtr waży 300 gram, co i tak jest wynikiem bardzo niskim, jak na filtr z pompką.  Większość zaczyna się od 400 gram, do nawet 700. Co za tym idzie, też zwiększenie rozmiaru, o taki filtr może być trudniej zadbać w mroźnej temperaturze, bo nie schowamy go sobie blisko ciała i więcej pracy wymaga też jego czyszczenie. Istnieje też ryzyko usterki, np. złamania rączki pompującej.

Tutaj mogę się jeszcze wypowiedzieć o filtrze MSR Trailshot, który jest bardzo prostym filtrem z pompką na zasadzie “gruszki”. Waży zaledwie 160 gram, ale żywotność filtra w nim  „tylko” 2000 litrów (zależy od stopnia zanieczyszczenia wody – z czasem pory filtra się najzwyczajniej zatykają i przepływ wody jest coraz wolniejszy). Cena standardowa to ok. 240 zł, my dorwaliśmy go 3 lata temu w promocji za 180 i to uważam za w miarę uczciwy stosunek. Chociaż filtr miał pompkę i działał szybciej niż filtr słomkowy, to jednak nie była to prędkość wybitnie szybsza, a wymagała ogromu pracy. By przepompować wodę dla naszej trójki… to już ręka mi odpadała w połowie. Z czasem, gdy filtr już się trochę zapchał, była to wręcz udręka i walka z wiatrakami. Gruszka jest po prostu za mała – mieściło się w niej za mało wody i niewygodnie się ją pompowało, filtr musi być w idealnej pozycji – pod dobrym kontem, bo inaczej przestaje dobrze przepychać wodę, dziubek z którego wypływała czysta woda z czasem zaczął tę wodę straszliwe rozlewać, zamiast wypuszczać jednolitym strumieniem, a zatyczka osłaniająca ustnik (zamontowana na stałe) cały czas wpadała w strumień przefiltrowanej wody i przeszkadzała. Gdy filtr już się tak zapchał, że nie dało się go umyć octem, to zakup nowego wsadu – a nie całości z gruszką – jest całkowicie nieopłacalny, bo wsad kosztuje jakieś 120-150 zł, co przy cenie nowego filtra w promocji za 190-200 zł jest kpiną.

Co pół butelki musieliśmy zmieniać rękę lub chwyt, bo przepompowanie większych ilości wody filtrem MSR Trailshot to po prostu mordęga.

No i mocno reklamowane butelki z wbudowanym filtrem. Dość popularna jest firma Lifestraw, Dla mnie to rozwiązanie dobre tylko dla kogoś, kto jeździ raz w roku na wakacje lub na wyprawy krótkie i prowadzone w wygodny sposób. W pozostałych przypadkach takie butelki są całkowicie nieekonomiczne, bo kosztują dość drogo czyli ok. 200 zł (tyle co filtr słomkowy), a w większości z nich filtr starczy tylko na 1000 litrów-2000 litrów. I co z tego, że można dokupić potem nowy wsad filtrujący, jak on kosztuje 75% całego urządzenia?! Wiele filtrów butelkowych działa z wykorzystaniem tylko samego chloru węgla, bez systemu rurek, co jest plusem pod względem eliminacji chloru, możliwego w wodzie z kranu, ale odbija się wspomnianą krótką żywotnością urządzenia.

Zaleta to na pewno wygoda picia, po prostu wlewamy brudną wodę, a pijemy czystą, ale to rozwiązanie bardzo słabe jeśli podróżujemy w więcej osób, bo pić możemy tylko z tej jednej butelki. Chyba ze przefiltrujemy wodę wcześniej do pozostałych pojemników, ale – po pierwsze –  jak w filtrze słomkowym działa to tylko na zasadzie grawitacyjnej i nie mamy już w ogóle jak przyspieszyć tego procesu bo nie mamy jak ściskać takiej butelki, i po drugie – z racji krótkiej żywotności filtra.

Jako ciekawostka, którą jednak odradzam, wspomnę o takim wynalazku, jak elektryczny filtr wody SteriPen. Jak on działa? Zabija bakterie i wirusy itd. za pomocą promieniowania UV.  Włączamy i lampa emitująca specjalną barwę promieniowania UV, zabija wszystkie świństwa. Brzmi jak niezłe science-fiction 😀 Jest to bardzo wygodne rozwiązanie, bo nie trzeba nic pompować, ściskać itd. oraz szybkie (pól litra wody oczyszcza się w 40 sekund), ale ma też wiele wad. Mianowicie urządzenie jest o wiele droższe niż zwykłe filtry, jest bardzo mocno narażone na powszechne, wynikające z wad produkcyjnych usterki, typowe dla wszystkiego co elektryczne, jak i na zalanie, uszkodzenie lampy, itp. Musimy mieć do niego baterie lub przynajmniej dostęp do ładowania, a filtr dość szybo się rozładowuje. Nie działa w wodzie mętnej, czyli pełnej drobnego piachu, mułu czy jakiś pozostałości roślinnych, no i same w sobie nie oczyszczą wody z takich stałych zanieczyszczeń, chyba że dokupimy specjalną nakładkę, która tania nie jest.

Na koniec warto może jeszcze wspomnieć o rozwiązaniach dla domu. Bo nie tylko w podróży możemy być życzliwi dla środowiska i naszych portfeli. Możemy to robić w normalnym, codziennym życiu. Wciąż w Polsce wiele osób nie chce pić wody z kranu, nawet gdy jest ona ozonowana, a nie chlorowana i jest zdrowsza niż woda butelkowana czy ze źródeł oligoceńskich. Nawet gdy woda jest chlorowana, to wystarczy że odstoi kilka godzin i chlor z niej wyparuje, nie trzeba wcale wody gotować! Mimo to wciąż ludzie montują na kranach filtry, czy kupują plastikowe dzbanki z filtrami. Często to tylko większe zagrożenie, bo na rynku powszechne są podróbki sprawdzonych i jakościowych produktów, wykonane z plastiku nie nadającego się do styczności z wodą, jednym słowem toksyczne dla ludzkiego organizmu.

Za to w Gwatemali odkryliśmy genialny w swojej prostocie i proekologicznym oraz prozdrowotnym wykonaniu filtr Eco Filtro. Ceramiczny dzbanek z zatopionym w swoim dnie i ściankach węglem wstawiony do większego dzbanka (ze stali nierdzewnej lub ceramiki – ale już polakierowanej, by nie przeciekała, czy, ostatecznie, plastiku).

Woda z ceramicznego dzbanka kropla po kropli przecieka do większego dzbanka. A na całość nakłada się przykrywkę. W przeciągu od 1 do 2 godzin przecieka tak 1,5 litra wody. W tym czasie woda z dzbanka ceramicznego wytraca też dużą część chloru, bo wyparowuje on z wody w temperaturze pokojowej. Resztę chloru wyłapuje węgieł. Ceramika działa jak skała czy rurki z porami w standardowych filtrach. Taki filtr zamontowaliśmy sobie w furgonetce, którą z powodu koronawirusowej rzeczywistości musieliśmy zastąpić dotychczasowy sposób przemieszczania się, czyli autostop. Woda w tych dzbankach pozostaje chłodna, podczas gdy cały samochód się nagrzewa, co wynika z praw fizyki i chemii związanych z parowaniem wody. Ale ten artykuł już i tak jest pełen nadprogramowych informacji, więc nie będę i tego tłumaczył.

Oszczędzajcie wodę i ją szanujcie, bo naukowcy szacują, że za 10 lat ponad 40% ludzkości może mieć ograniczony dostęp do słodkiej wody!

Ludzie sądzą, że wody jest nieskończenie dużo, że jest wszędzie…
Tymczasem, wody słodkiej, która nadaje się do picia i używania na co dzień, mamy naprawdę niewiele. Jest to 1 część ze 100 całej
wody na świecie – gdyby dało się ją tak podzielić. Reszta to słona woda w morzach i oceanach – 97 części, a dwie części to słodka
woda zamrożona w lodowcach na Antarktydzie i Arktyce. Mimo że mamy jej tak mało, to wcale jej nie szanujemy, marnujemy
i brudzimy. Dlatego oszczędzaj ją:
• Zakręcaj kran w trakcie szczotkowania zębów, mydlenia rąk. Wodę do płukania zębów nalej do kubka, zamiast na dłoń.
• Nie używaj wody bez żadnego celu, np. tylko dla zabawy.
• Nie marnuj jedzenia. Do wyhodowania jednego owocu czy warzywa potrzebne są dziesiątki, a nawet setki litrów wody!
pozyskanie 1 kilograma mięsa do jedzenia wymaga kilku tysięcy litrów wody. Do wyprodukowania 100-gramowej tabliczki czekolady potrzeba około 1700 litrów wody, 0,5 litra coli to około 200 litrów użytej wody (na produkcję jej składników i transport).
• Pij wodę z kranu. W większości miejsc w Polsce jest bezpieczna i często smaczniejsza niż woda z butelek. Pamiętaj, że do
produkcji butelki (samego opakowania), również zużywa się mnóstwo wody.
• Staraj się nie brudzić ubrań, by nie trzeba ich było prać po jednym założeniu. Gdy nastawiasz pranie, dopilnuj, by pralka
była pełna. Tak samo zmywarka! To urządzenie zużywa mniej wody, niż ręczne mycie naczyń.
• Zamiast nalewać dużo wody do wanny, bierz prysznic. Jeśli zrobiłeś kąpiel w wannie, wykorzystaj wodę do umycia podłogi.
• Upewnij się, że żaden kran, ani rury w Twoim domu nie przeciekają. Kran, z którego kapie, to w skali roku kilkaset, a nawet kilka tysięcy litrów zmarnowanej wody. Sprawdź także, czy spłuczka w muszli klozetowej jest szczelna.

FAŁSZYWY PORTFEL – rzeczy przydatne w podróży

Co to takiego? To portfel stworzony na wypadek napadu rabunkowego czy zwykłej kradzieży kieszonkowej. Po co go robić? Po to, żeby dać coś napastnikowi, by jak najszybciej zostawił nas w spokój lub by kieszonkowiec skupił się na nim, a nie na prawdziwie wartościowych rzeczach.

Z różnych opowieści i z własnej wyborażni wiemy, że jak złodziej już kogoś napadnie, to z pustymi rękami odejść nie będzie chciał i może go to tylko rozłościć. Jeśli nie mamy portfela czy luźnej gotówki, to zacznie szukać innych rzeczy: zegarka, biżuterii, komórki, aparatu, a w naszym przypadku – gdy podróżujemy z plecakami – jeszcze więcej. Dlatego w takim fałszywym portfelu trzymamy: trochę banknotów (starych, przeterminowanych lub waluty o bardzo małej wartości), nieaktywne karty kredytowe (przeterminowane lub wydrukowane z błędem), kilka papierków i wizytówek, by sprawić go bardziej wypchanym – generalnie chodzi o to, żeby wyglądał jak najbardziej na prawdziwy portfel.

CO NAJWAŻNIEJSZE, poza przeterminowanymi kartami, banknotami, czy takimi o minimalnej wartości, należy mieć w nim DROBNA SUMĘ ZNANĄ NAPASTNIKOWI: dolary, euro czy jakiś większy nominał z kraju, w którym aktualnie jesteśmy. Niektórzy napastnicy mogą być na tyle zuchwali i bezczelni, że mierząc do Was z broni, zajrzą do środka, by sprawdzić czy łup jest zadowalający.
Dlatego my w portfelu mamy zazwyczaj 10 dolarów i odpowiednik min. 50 zł w miejscowej walucie, co by udobruchać złoczyńcę i nie chciał się nami dalej interesować i nie pomyślał, że możemy mieć pieniądze jeszcze gdzieś indziej schowane. Dobrze też, żeby portfel ładnie wyglądał, im ładniej, tym bardziej przestępca będzie przekonany o kradzieży czegoś wartościowego.

Taki portfel trzymamy w głównej kieszeni spodni czy innym – standardowym – miejscu na portfel, by błyskawicznie go wyjąć lub napastnik sam go jak najszybciej odnalazł, jeśli dojdzie do obmacywania. Drugi portfel, ten prawdziwy, niech będzie jak najmniejszy, jak najmniej wypchany i schowany w bardziej dyskretne miejsce. Na rynku są też paski do spodni z wbudowaną sekretną kieszonką, różnego rodzaju kieszonki na biodra, pod pachę, czy – według mnie najlepsze rozwiązanie – kieszonki do mocowania na łydce nogi. Pieniądze dobrze też schować pod wkładkę w bucie, ale to miejsce dość obcykane, np. to podobno pierwsze miejsce, do jakiego zaglądają wojskowki w ogarniętej kryzysem Wenezueli, którzy okradają ludzi na punktach kontrolnych rozstawianych na drogach.

Czy taki portfel się sprawdza? To już kwestia zbyt indywidualna. Do tej pory, w całej naszej historii podróżowania, zostaliśmy okradzeni tylko raz. W brazylijskim mieście Manaus napadło na nas 4 lub 5 facetów z nożami. Byli naćpani, nie mieliśmy przy sobie prawie nic, bo wyszliśmy na dłuższy spacer ze Snupim, ale jak tylko dostali mój fałszywy portfel, to się zmyli. W kieszeni miałem jeszcze luzem kartę kredytową i jakieś drobiazgi, w ogóle się tym nie zainteresowali. Pamiętajcie, napastnik chce całe zajeście przeprowadzić jak najszybciej i jak najciszej, chyba że zapuścimy się w naprawdę nieciekawą dzielnicę lub będziemy mieli ogromnego pecha i trafimy na kogoś całkowicie zdegenerowanego lub totalnie naćpanego i bez skropułów.

BUTELKA WIELOKROTNEGO UŻYTKU – rzeczy przydatne w podróży

Butelka najlepiej sprawdza się jako zestaw z turystycznym filtrem wody, który opisany został w innym artykule z cyklu. Niemniej, nawet jeśli filtra ktoś nie ma, to i tak jest przydatna, bo wodę uzupełniać do niej można bezpośrednio z bezpiecznych, czystych potoków w górach, z dystrybutorów dostępnych w hostelach i restauracjach lub wcześniej przegotowanej w czajniku. Większość zalet pozyskiwania wody z ogólnodostępnych i darmowych źródeł, zamiast nieustannego kupowania wody mineralnej/butelkowanej w sklepach, opisałem właśnie przy okazji filtra. Dlatego tutaj nadmienię tylko ogólnie, że to ogromna oszczędność pieniędzy, wysiłku (nie trzeba dźwigać zapasu) i dbanie o środowisko.

Jasne, można używać „zwykłych” butelek, tj. po wodzie mineralnej kupionej w sklepie. Jest jednak kilka „ale”:

Butelki po wodzie ze sklepu są wykonane z plastiku, który nie nadaje się do wielokrotnego użytku. Czy wiecie, że jest kilkanaście odmian plastiku i jego klas?! Nawet tego, który przeznaczony jest do kontaktu z żywnością! Jesteście przekonani, że butelki po wodzie mineralnej muszą być wykonane ze „zdrowego plastiku”? No to miejcie świadomość, że w krajach mało rozwiniętych nikt tego nie kontroluje, np. w Peru podczas rejsu po Amazonce dostaliśmy wodę w torebce foliowej, która zrobiona była z najgorszej klasy plastiku…

Nawet plastik nadający się do styczności z żywnością, przestaje taki być, gdy zaczyna mieć kontakt z powietrzem atmosferycznym i tlenem lub wysoką temperaturą. Z plastiku zaczynają się wtedy wydostawać szkodliwe dla organizmu związki, które wchłania woda. Wystarczy promieniowanie UV, za każdym razem kiedy zostawicie butelkę na słońcu lub nalanie do niej ciepłego płynu. Kupując wodę mineralną w sklepie, jesteście przekonani, że robicie coś zdrowszego niż wypicie wody z ogólnodostępnego źródła, tymczasem możliwe, że ta butelka leżała wcześniej dniami czy tygodniami na słońcu. To norma, jak nie w sklepie, to podczas transportu. Nie będę tu zgrywał dalej chemika, poczytajcie o tym wszystkim w internecie. Zasygnalizuję tylko jeszcze jeden wątek, o którym nawet w Polsce jest bardzo głośno – woda mineralna sprzedawana w sklepach to bardzo często najzwyklejsza woda z ogólnej sieci wodociągów, która z mineralną ma tylko wspólnego, co ja z pluszowym misiem.

Butelki wielokrotnego użytku, jeśli są dobrej jakości i nie są podróbkami, nie zawierają szkodliwych związków, a przynajmniej nie tych najgorszych. Nie chcę tutaj reklamować żadnej konkretnej firmy, bo jest tego mnóstwo. W każdym większym sklepie turystycznym odnajdziecie co najmniej kilka producentów.

Jakie są jeszcze wady butelek po wodzie ze sklepu? Otóż nie da się ich dokładnie umyć, po pierwsze przez mały otwór korka, a po drugie wykonane są z plastiku, który „wchłania” płyn do mycia i nie da się go dokładnie spłukać (tym bardziej, że nie powinniśmy używać ciepłej wody do tego z uwagi na to, co zasygnalizowałem powyżej). Więc albo do wyboru mamy resztki mydlin albo rozwój bakterii i grzybów. Jasne, butelek nie trzeba używać przez rok, można je zmienić co 2-3 dni i w ten sposób wyeliminować problem.

Jednak jest inna wada małego otworu w butelce drugiego obiegu – tempo i wygoda napełniania butelki. Spróbujcie kiedyś wsadzić taką klasyczną butelkę do strumienia. Napełnienie 1,5 l butelki zajmie ponad minutę, jeśli nie wsadzicie jej pod odpowiednim kątem, by powietrze, które woda wypycha, nie blokowało jednocześnie przepływu.Poza tym ulokowanie otworu pośrodku dość szerokiej butelki sprawia, że często nabranie wody jest mocno niewygodne. np. z kranu w małej umywalce czy z dystrybutora wody (takie jak stoją w każdej większej firmie). Te butelki też po kilku godzinach przestają całkowicie utrzymywać swoją formę i kształt. Wgniatają się, wyginają w każdą stronę. Łatwo się oblać przy piciu, a nalewanie z nich wody do menażki czy kubka podczas gotowania w namiocie, może się skończyć wielką kałużą. Tymczasem butelki wielokrotnego użytki są twarde, mają szeroki otwór do napełniania i wygodny do nalewania „dziubek”.

Największą wadą „zwykłych” butelek jest jednak ich szkodliwość dla środowiska naturalnego. Każdemu, kto był kiedyś w Azji, Afryce czy Ameryce Południowej chyba nie muszę tłumaczyć co tu się dzieje ze śmieciami… Tym, którzy nie byli powiem, że ze śmieciami nie dzieje się nic, poza tym, że ktoś pozbył się ich ze swoich rąk. To, co zobaczyć można na matce wszystkich rzek, być może matce całej naszej planety – Amazonce – u każdej, uświadomionej ekologicznie, osoby wywoła gigantyczny smutek. Do rzeki trafia wszystko… Przy większych miastach, jak Iquitos w Peru, są miejsca, gdzie rzeka przypomina wysypisko śmieci. Tak samo jak plastik z butelki oddaje szkodliwe substancje chemiczne do wody, która jest w niej przechowywana, tak samo oddaję ją do wody, w której leży jako śmieć. Człowiek musi dziennie wypić minimum 2 litry wody, a więc to już więcej niż jedna butelka dziennie. W podróży powinno to być przynajmniej 3 litry, a więc dwie butelki. To teraz przekalkulujcie – miesiąc waszej podróży i mamy 60 nowych śmieci. Nawet jeśli użyjecie jednej butelki przez kilka dni, to mamy 10-15 śmieci, a równocześnie możecie ich nie wyprodukować wcale. Doliczcie do tego wszystkie kubeczki plastikowe, w których kupicie kawę/herbatę na wynos itp. Zamiast tego wszystkiego możecie użyć butelki wielokrotnego użytku, bo większość z nich jest wykonana z plastiku, który nie chłonie zapachów i ostrych aromatów. Dlatego poza kawą, można tam wlać zupę, czy dzięki dużym otworom, zmieścić nawet jakieś drugie danie – my tak z Izą robimy, gdy ugotujemy w terenie za dużo.

Jakie są pozostałe zalety butelek wielokrotnego użytku?

– prawie wszystkie obecne na rynku butelki mają zaznaczone na sobie miarki poziomu wody, i to nie tylko w znanym nam systemie mililitrów, ale też w anglosaskim systemie uncji (OZ).To niezwykle przydatne do gotowania wszelkich posiłków w warunkach kempingowych, zwłaszcza dań liofilizowanych, przygotowywania elektrolitów, kawy, jednym słowem – jakichkolwiek mieszanek, ale także do kontrolowania, czy wypijamy odpowiednio dużą ilość wody w ciągu dnia.

Najlepiej, jeśli wskaźniki miarki są od razu wytłoczone w butelce – tak jak w naszej, a nie nadrukowane na butelkę, bo nadruk może się zetrzeć po jakimś czasie. Jak widzicie nasza butelka już jest tak porysowana, że aż zrobiła się matowa 😀

– bardzo łatwo je otworzyć i napić się przy użyciu tylko jednej ręki. Może drobiazg, ale naprawdę go docenicie, gdy się wspinamy, mamy kijki trekingowe, prowadzimy samochód, rower i wiele, wiele innych.

– mają taką konstrukcję lub element, która umożliwia ich przytroczenie do plecaka. To przydatne nie tylko wtedy, gdy nie mam już żadnej wolnej przestrzeni w zamykanych kieszeniach, ale gdy trzymamy butelki w bocznych kiszeniach, skąd mogą łatwo wypaść np. podczas wspinaczki czy jazdy jakimś pojazdem.

Jeśli podróżujecie w pojedynkę, zalecam mieć dwie butelki – to też najsensowniejsze rozwiązanie do równego rozłożenia wagi w plecaku – trzymać je w bocznych kieszeniach plecaka i starać się pić na zmianę, by nie przeciąż którejś ze stron – woda to w końcu najcięższy, a przynajmniej jeden z najcięższych, jednostkowo przedmiotów w naszych plecakach. Jeśli podróżujecie we dwie osoby, lub z psem, dobrze mieć przynajmniej 3 butelki – nawet większość dnia można tą ostatnią trzymać pustą, ale gdy już zbliżamy się do miejsca noclegu, dobrze mieć większy zapas wody – bo przynajmniej litr użyje się za chwilę na gotowanie, a w nocy i nad rano nikomu się nie chce robić wycieczek po wodę.

Dobrze mieć butelki w różnych kolorach. Można rozdzielić wodę na butelki na “swoje” i “partnera”, albo też w jednej butelce trzymać wodę brudną, w drugiej już przefiltrowaną i uniknąć dzięki kolorom pomyłki. My podróżujemy z psem, więc zawsze wiemy, która butelka jest jego i jeśli nie wypijał wszystkiego z miski, to przelewaliśmy ją z powrotem do butelki i nie było ryzyka pomylenia jej z naszymi butelkami.

Dodam zatem kilka uwag, które pośrednio uzupełnią recenzję naszych butelek, czyli Nalgene , model – On the Fly (waga 135 gram):
Zalety:
– genialny system blokowania ustnika dodatkowym metalowym klipsem, wspomagającym plastikowy zatrzask, to świetne rozwiązanie, które gwarantuje szczelność nawet, gdy ten plastikowy zatrzask pęknie (co stało się w każdej naszej butelce, ale to jedyne uszkodzenia, a butelki upadały nam dziesiątki razy, nawet z wysokości 1,5 metra na asfalt. żadna butelka nie pękła, nic innego się nie złamało. W jednej butelce tylko doszło do wyrwania tego metalowego klipsu – nie wiemy, jak to się stało). Nie wiem jak butelki innych firm, ale nasze używamy ich już od lat, kupiliśmy je na długo przez rozpoczęciem wyprawy dookoła świata.

– gumowany element i dziura, która powstaje pomiędzy ruchomym ustnikiem i nakrętką powodują, że butelkę bardzo wygodnie się niesie trzymając tylko kciukiem lub dwoma palcami. Dziurę można także wykorzystać, by podpiąć butelkę karabińczykiem do plecaka, by mieć pewność, że się jej nie zgubi z bocznej kieszeni czy po prostu luźno ją przytroczyć.

– ustnik jest bardzo wygodny – nie za duży, nie za mały. A dzięki możliwości odkręcenia nakrętki z ustnikiem bardzo łatwo można umyć butelkę przez jej duży otwór.

– cała butelka ma wygodny, dość wąski, kształt, który dobrze leży nawet w małej dłoni – w wygodnym trzymaniu pomaga ścięty na płasko jeden z boków.

Wady butelki to:
– mogłyby być większa, np. litrowe (mają 700 ml)
– po jakimś czasie na gumie uszczelniającej ustnik pojawia się osad (prawdopodobnie grzyb, pomóc może potraktowanie octem, ale my używamy butelek codziennie, przez ponad 2 lata, w tropikalnym klimacie, często bez możliwości zadbania o nie. A ponieważ są tak szczelne, to gdy czasem nie używaliśmy ich przez kilka dni, a zapomnieliśmy wysuszyć i zostawić butelki lekko odkręcone, to powstała w środku ogromna wilgoć).

– plastikowy klips – pierwszy element zamykający – mógłby być grubszy, by był bardziej odporny na pęknięcia, ale jak wspomniałem na początku, nie ma to znaczenia skoro wszystko szczelnie zamyka klips metalowy.

Ostatnio bardzo popularne są butelki wielokrotnego użytku ”foliowe”, tzn. miękkie, które można dowolnie zgniatać – JAK TE  Mają taki minus, że trudno je umyć w środku, ale za to większość z nich ma otwór z rozmiarze standardowego otworu w butelkach wód mineralnych ze sklepu, a większość filtrów wody „słomkowych” jest przystosowana do nakręcania na takie gwinty. Więc nie szkodzi, że w takich butelkach będziemy mieli trochę bakterii, bo i tak możemy pić z nich za pośrednictwem filtra.