Pidżama party – czyli trochę o odzieży termoaktywnej

Pidżama party – czyli trochę o odzieży termoaktywnej

bt_patagoniaKilka osób pytało się nas “Jakie rzeczy trzeba ze sobą koniecznie zabrać na dłuższą wyprawę?“. O tym co potrzebne dla psa, pisałem tutaj. Jeśli chodzi o ludzi, to odpowiedź jest już trudniejsza, bo każdy ma swoje przyzwyczajenia i potrzeby.  Jest jednak kilka przedmiotów, które uważamy za ogromnie użyteczne, np. latarka – czołówka, jakieś nakrycie głowy, butelka z wygodnym otworem i wbudowaną  miarką (np. firmy Nalgene)… no i ona – odzież termoaktywna, której poświęcony jest ten wpis.

Snupi ma swoje futro, które sprawdza się idealnie niemal w każdych warunkach. Poci się tylko przez łapy, a gdy jest bardzo zimno, jemu wciąż jest ciepło, bo nieustannie biega w tę i z powrotem, podtrzymując wysoką temperaturę ciała (o tym jak genialną konstrukcję ma psie futro możecie poczytać na początku tego wpisu, albo poszperać w internecie). My, ludzie, niestety musimy wspierać swoją skórę dodatkowymi warstwami ubrań.bt_szwajcaria-szczytJa powoli staję się świrem na punkcie odzieży termoaktywnej. Najchętniej chodziłbym tylko w niej. Niestety nikt jeszcze nie wprowadził na rynek termoaktywnych eleganckich koszul i dżinsów :D. Jednak spodni i koszulki termoaktywnej używam już jako piżamy i, nie, nie używam jej do spania gdzieś wysoko w górach, tylko w moim własnym łóżku w mieszkaniu.

Tak polubiłem odzież termoaktywną, bo naprawdę się sprawdza i znajduje dla niej zastosowanie w ogromnej ilości czynności. Nawet takich, które nie wiążą się z uprawianiem sportów. Przykłady? Zaraz przykłady, najpierw postaram się wyjaśnić, co oznacza ta cała „termoaktywność”?

bt_s-speer
Na drugim zdjęciu krzyż, na tym też krzyż, zaraz wyjdziemy na jakiś katofaszystów 😀

Ubrania termoaktywne są stworzone ze sztucznych włókien, których zadaniem jest poprawa (względem odzieży w całości bawełnianej czy wełnianej) takich  właściwości jak: przewiewność (izolowanie od wiatru), oddychalność (przepuszczalność pary wodnej wytwarzanej przez organizm), ilość wchłaniania potu, następnie prędkość jego wyparowywania. Dzięki temu, odzież reaguje na zmiany temperatury naszego własnego organizmu (np. wraz z intensywnością podejmowanego wysiłku fizycznego), jak i temperatury otoczenia, w którym przebywamy. Trudno to wszystko wytłumaczyć, bo składałby się na to wykład o sposobie odczuwania przez ludzkie receptory zimna i ciepła, wilgotności (której tak naprawdę nie potrafimy odczuwać, jej rozpoznawanie jest połączeniem odczuć receptorów temperatury i nacisku – dotyku). O funkcji naszego potu. Kolejny o wpływie wilgotności powietrza i wiatru na odczuwanie przez nas temperatury. O tym jak zbudowane są włókna w bieliźnie termoaktywnej. To wszystko zajęłoby z 10 stron (fragment wyjaśnień znaleźć można tutaj). Uogólniając, odzież termoaktywna świetnie izoluje od warunków zewnętrznych, jednocześnie odpowiednio reguluje transport potu z powierzchni naszej skóry do kolejnych warstw odzieży i na zewnątrz. Pot w jednych warunkach sprawia, że jest nam zimno – tak jak krople wody na nas, gdy wychodzimy z kąpieli, a raz sprawia, że jest nam za ciepło, gdy nie może odparować i robi się go za dużo, zalepia naszą skórę i zwiększa wilgotność pod ubraniami, co utrudnia cyrkulację powietrza i zdolność naszej skóry do oddychania. Najlepiej działanie takiej odzieży po prostu na sobie sprawdzić. Wiele osób jednak nie widzi sensu w jej używaniu. Według mnie są tego 4 podstawowe powody:

  1. Część osób po prostu nie wie o jej istnieniu i zaletach, jakie daje, albo w te zalety nie wierzy – „No bo jak sztuczne (skojarzenie – plastik) włókna mogą oddychać lepiej od naturalnych. Zawsze mi mówili, że noga lepiej oddycha w bucie skórzanym, a nie jakimś plastikowym”. Wiele osób przekonany jest też, że bielizna termoaktywna jest przydatna tylko w niskich temperaturach.
  2. Uważa, że bielizna jest zarezerwowana tylko dla profesjonalistów, bo tylko oni potrzebują ubrań o jakiś super-hiper parametrach. „A ja sam przecież tylko od czasu do czasu wejdę na jakąś górę, wyskoczę na rower”.
  3. Uważa ją za „obciachową” do noszenia. Wynika to ze zwykłych kompleksów – taka odzież ściśle przylega do ciała, a przecież mało kto z nas ma sylwetkę kulturysty (a dziewczyna jakieś gwiazdy Hollywoodu), więc boimy się, że będziemy w takiej odzieży wyglądali nieatrakcyjnie, bo podkreśli wszystkie niedoskonałości.
  4. Uważa ją za „obciachową”, bo jest na niej zazwyczaj wielkie logo producenta i występuje w jakiś rażących kolorach, przez co będziemy wyglądali jak klaun.
bt_gruzja
Niewiele się zmieniliśmy, ale uwierzcie, zdjęcie stare jak świat.

Jeśli kwalifikujesz się do którejś z tych grup, to przeczytaj dalej ten wpis. Bo ja miałem podobne przemyślenia, ale po 6 latach używania ciuchów termoaktywnych, już bym ich nigdy nie oddał.

Przykłady zastosowań (z pominięciem oczywistych, czyli wszystkich sportów):

1.Chociażby wspomniana przeze mnie piżama. W lato, kiedy noce są upalne, spanie w bawełnie jest masochizmem. Pewnym rozwiązaniem jest spanie nago, ale i tak się wtedy pocimy i czujemy ten pot na sobie, a później wycieramy go w pościel. Tymczasem spanie w lato w odzieży termoaktywnej jest do wytrzymania, jest nawet przyjemniejsze niż spanie nago, bo odzież wciąga pot z naszego ciała, nie czujemy się mokrzy, umożliwia jego wyparowanie, zamiast wtarcie w pościel. Zmiana piżamy co kilka dni jest dużo łatwiejsza niż całej pościeli. Nawet przy standardowych temperaturach piżama termoaktywna działa efektywniej od bawełnianej, bo w ciągu nocy temperatura naszego organizmu zmienia się wraz z fazami snu. W odzieży, w której mniej odczuwamy te zmiany temperatury, nie musimy się przebudzać, żeby odkryć się spod kołdry, zamknąć okno itd.

Według mnie przy spaniu zaletą jest też obcisłość takiej odzieży, bo nie lubię luźnych nogawek czy materiału spod pach, które utrudniają mi wygodne ułożenie się. Jeśli ktoś lubi taki luz, to nie problem, bo można znaleźć odzież termoaktywną właśnie do spania, która nie jest tak obcisła, jak ta, do noszenia w ciągu dnia.

2.Gdy jesteśmy narażeni na długotrwałe działanie promieni słońca. Najlepszy przykład – na pustyni, ale równie dobrze w Polsce, gdy musimy w środku lata cały dzień spędzić na dworze. Trudno wytrzymać w ubraniach przy ogromnym nasłonecznieniu, chcemy się też opalić, ale zbyt duża dawka promieniowania UV (zawartego w promieniach słońca) jest szkodliwe dla naszego organizmu (poparzenia to najmniejszy problem, największy to rak skóry). Odzież termoaktywna w jasnych kolorach jest więc idealna do ochrony. Nawet przy 40 czy 50 stopniach możemy założyć koszulkę z długim rękawem. Nawet, jeśli na początku będzie nam cieplej niż bez ubrań, to z upływem minut odczujemy, że jest to przyjemniejsze ciepło niż parzenie skóry promieniami słońca, a już na pewno będzie nam dużo przyjemniej niż w trzymającej wilgoć, tj. pot, bawełnie. Ja w koszulce termoaktywnej z długim rękawem spędziłem każdy dzień na pustyni Atacama.

bt_atacama-chaxa
Iza rumakowała w krótkich rękawkach, a potem chodziła spalona.

bt_atacama

3.Jako dodatkowa warstwa ubrań w zimę przy normalnych czynnościach (dochodzi tutaj cały wątek ubrań termoaktywnych z dodatkiem wełny merino, czyli pozyskanej z rasy owiec Merynos, która świetnie izoluje przed chłodem). Wiem, wiem panowie, kalesony to temat tabu 😀 Każdy z nas będzie się zarzekał, że ich nie nosi, nawet jak zamierza założyć jeansy przy -15 stopniach. Ale uwierzcie mi, dużo mniejszy uszczerbek dla naszego ego, jak kumple zapytają czy mamy kalesony, a my do twierdzącej odpowiedzi będziemy mogli dodać „ale TERMOAKTYWNE!!!” :D.

Po pierwsze termoaktywne kalesony nie „gryzą” i nie powodują uczucia swędzenia, tak jak mają to do siebie wełniane i bawełniane. Poza tym nie przesuwają się, nie zsuwają się z tyłka tak, że co 30 min musimy iść do łazienki i zdjąć spodnie, żeby je poprawić. W takich kalesonach zrobi nam się „za gorąco” dużo później, gdy wejdziemy do ocieplanego pomieszczenia. W praktyce ja często zapominałem, że mam cokolwiek pod spodniami. Iza ma jedne spodnie z dużą domieszką wełny merynosów i chodziła tylko w nich (na to krótka spódnica) przy -30 stopniach w Szwecji. A Iza jest zmarzluchem! W tych samych spodniach chodziła potem po domu przy temperaturze 19 stopni.

bt_szwajcaria-mgla
Niektórzy w kurtkach, a mi wystarczy jeden sweter z wełną merino.

Dodatkowa warstwa nie dotyczy tylko nóg. Cienka bluzka termoaktywna może zastąpić sweter, gdy nie lubimy mieć na sobie za grubej warstwy ubrań. Ja czuję się jak sardynka w puszcze, jak muszę pod zimową kurtkę albo pod płaszcz założyć jeszcze gruby sweter. Co więcej, raczej trudno założyć t-shirt na sweter, tymczasem t-shirt założony na koszulkę termoaktywną dalej wygląda dobrze, więc możemy w środku zimy paradować w swoich ulubionych t-shirtach. Ta sama zaleta dotyczy osób, które na co dzień muszą chodzić elegancko ubrane. Odzież idealnie przylega do ciała, więc nie widać jej np. pod elegancką koszulą u mężczyzny, czy żakietem u kobiety. Poza komfortem termicznym, zyskujemy też komfort ruchowy, bo odzież termoaktywna się nie rozciąga i nie przesuwa, więc nic nam się nie podwija ani fałduje pod naszym normalnym ubraniem.  Odzież termoaktywna jest też dość śliska, więc ubranie wierzchnie się o nią nie zaczepia.

3b.Te cechy sprawiają odzież termoaktywną również idealną do różnych aktywności, które wymagają założenia dodatkowych warstw, czy to ubrań czy ochraniaczy np. jazda na motocyklu, jazda na rolkach, na nartach.

bt_paragliding
Przed lotem paralotnią. Długi rękaw i czarny kolor niwelują trochę chłód wiatru, który jest przecież kwintesencją tego sportu.

 

4.Odzież termoaktywną zakładam też do prowadzenia samochodu, jeśli wiem, że czeka mnie kilka godzin nieustannej jazda. Przy takiej wyprawie plecy i tyłek pocą się od fotela, poza tym odzież termoaktywna zmniejsza problemem zgrania komfortu naszego i pasażerów. Po pierwsze wynika to z tego, że każdy z nas ma inny komfort termiczny, a samochód to mała przestrzeń. Po drugie kierowca się rusza – mało, ale zawsze coś – i jest skupiony, więc jest mu cieplej niż pasażerom.

bt_miasto
Koszulka termoaktywna może wyglądać też całkowicie zwyczajnie.

5.Zwykły długi spacer do lasu. W ciągu kilku godzin pogoda potrafi się zmienić, może przyjść wiatr, deszcz, zachmurzenie. Gdy wiosną i jesienią idziemy ze Snupim na kilka godzin do lasu, zakładamy termoaktywne ubrania. Przy spacerowaniu po lesie w/po deszczu świetnia sprawdza się mój patent, o którym napiszę dalej, a który gwarantuje brak brudnych nogawek w spodniach.


Jak widać okoliczności do wykorzystania odzieży termoaktywnej jest mnóstwo i wcale nie muszą ona być związane tylko ze sportem. Czy w odzieży termoaktywnej wygląda się „obciachowo”. Hmm, odpowiedź zacznę od tego, że my sami z Izą nie wyglądamy jak bogowie Olimpu i nie mamy perfekcyjnych sylwetek, ale przestaliśmy się tym przejmować. Trzeba zadać sobie pytanie – czy ważniejsza jest wygoda czy nasz perfekcyjny wizerunek? Ja wybieram już wygodę. Poza tym nikt, nie ma idealnej sylwetki, tylko postacie z okładek czasopism, po tym jak grafik komputerowy będzie je poprawiał przez godzinę. Oczywiście bielizna termoaktywna najlepiej działa, gdy ściśle przylega do skóry, jednak zawsze możemy kupić rozmiar ciut większy, lub znaleźć modele o luźniejszych krojach. Ja np. kupiłem damskie spodnie w roz. M, bo męskie w rozmiarze S były za małe, a M już za duże. Zawsze możemy też na odzież termoaktywną zarzucić zwykłą luźną bluzkę. Producenci odzieży termoaktywnej robią coraz więcej, żeby każdy znalazł coś dla siebie, a także by odzież poza funkcjonalnością, miała też walory estetyczne. W jednych produktach bardziej stawiają na wygląd sportowy (dodatkowe przeszycia, wyraziste kolory, strefy z grubszego albo niemal prześwitującego materiału), w innych wręcz przeciwnie – na prostotę i stonowanie, a logo jest malutkim napisem. Większość produktów występuje też w kilku wersjach kolorystycznych. Powiedziałbym, że podstawową opcją są co najmniej 4 kolory: czarny, biały/beż, niebieski, czerwony. Firmy dbają też coraz bardziej o płeć żeńską i wprowadzają takie odcienie albo całe kolory (jak fioletowy, miętowy), żeby trafić w kobiece preferencje.

Możemy kupić nawet koszulkę termoaktywną o kroju polo, którą zresztą ogromnie polecam. Bo poza tym, że wygląda schludnie do noszenia na co dzień, to dodatkowo świetnie sprawdziła się podczas mojego ostatniego chodzenia po górach. Krój polo sprawia ją wyjątkowo uniwersalną. Koszulka jest dość gruba, więc byłem pewien, że będzie za ciepła, tymczasem okazało się, że dzięki temu bardzo dobrze wciąga pot i jest w stanie wciągnąć go naprawdę dużo. Przez to nie czujemy, że koszulka jest nim przemoczona, pot przesuwa się daleko od naszej skóry (inne koszulki o cieńszej konstrukcji nie mogą już wciągnąć w siebie tyle potu). Sprawdza się zatem wyśmienicie, kiedy mamy na sobie plecak i skóra pod nim nie ma kiedy wyschnąć od potu, albo wtedy, kiedy jest potwornie gorąco i uprawiamy bardzo intensywny wysiłek. Luźniejszy krój sprawia, że koszulka jest dość przewiewna, dodatkowo przewiewność możemy zwiększyć poprzez rozpięcie guzików w dekolcie i wybranie kroju z krótkim rękawem. Jednocześnie polo jest też idealne, kiedy robi się chłodniej: dzięki swojej grubości dobrze izoluje i chroni od wiatru oraz trzyma ciepło naszego organizmu, gdy zaczynamy wchodzić w wyższe partie gór, albo stajemy na przerwę. No i mamy do dyspozycji kołnierzyk, który możemy postawić i ochrania nasz kark i plecy przed bezpośrednim uderzeniem podmuchów wiatru.

bt_santis
Koszulkę polo mam przez przypadek. Sprzedawca pomylił się przy wysyłce. Dostałem ją, zamiast innej – upatrzonej, ale teraz to moja ulubiona koszulka w góry…

bt_grindelwald

bt_miasto-lucerna
… i wygląda też bardzo schludnie do chodzenia po mieście.

Jak już jestem przy moich odkryciach, to polecę drugi patent – mianowicie noszenie zestawu: krótkie spodnie + kalesony termoaktywne zamiast długich spodni (czy do trekkingu, czy do wszelkich innych sportów). Pod względem wygody taki zestaw bije na głowę każde długie spodnie. Po pierwsze zapewnia dużo większą cyrkulację powietrza i oddychalność. Po drugie nie ma nogawek, które krępują ruch kolana przy bardzo wysokim podnoszeniu nogi. Po trzecie nie obcieramy jedną nogawką o drugą, co eliminuje denerwujący dźwięk i poprawia komfort ruchu. Eliminujemy też problem brudnych dołów nogawek, gdy trafimy w zabłocone tereny, albo spotka nas deszcz. To też zagrywka strategiczna, bo jakby nie patrzeć mamy na sobie dwa potencjalne odpowiedniki spodni. Gdy złapie nas ogromna ulewa możemy zdjąć jedną warstwę i schować ją do plecaka, a gdy przestanie padać, to zmienić z przemoczoną. Tak samo, gdy wpadniemy nogą do potoku, możemy zdjąć mokre kalesony, a wciąż mamy na sobie krótkie szorty, które się nie zamoczyły. No i argument finansowy: dobre długie spodnie trekkingowe to wydatek co najmniej kilkuset złotych, koszt spodni termoaktywnych to ok. 100 zł, a wygodne szorty możemy kupić niemal w każdym sklepie za 50 zł.

bt_gruzja2
Termoaktywne gacie można też wykorzystać jako osłonę głowy 😀 Śmieszne, śmieszne, ale ostatnio koleżanka skorzystała z tego rozwiązania i przyznała “to działa” i z nogawek dodatkowo zrobiła sobie szalik. P.S. Ten różowy plecak, to nie mój 😀

Kolejna rada: radzę unikać czarnego koloru odzieży termoaktywnej. Ma on swoje plusy: nie widać plam i zabrudzeń, jest też najbardziej stonowanym kolorem, ale ma jeden, ogromny minus – ogranicza uniwersalność takiej odzieży. Bowiem czarny kolor pochłania niemal wszystkie barwy światła, w przeciwieństwie do białego, który je odbija. Robi nam się w nim błyskawicznie gorąco, jeśli trafi nam się ładna pogoda z nieźle przygrzewającym słonkiem (światło słoneczne zawiera wszystkie długości fali światła – barwy). Nawet jeśli temperatura jest niska, promienie słońca potrafią nas nieźle przegrzać. Jeśli ktoś takiego efektu potrzebuje, np. wysoko w górach, no to nie ma problemu. Jeśli jednak ktoś zaczyna użytkować odzież termoaktywną, chciałby sprawdzić, jak się sprawuje w różnych warunkach, to powinien poszukać innego koloru.

Poza cechami stricte termicznymi, odzież termoaktywna ma swoje inne zalety:

– jest lżejsza i zajmuje mniej miejsca po złożeniu, co jest ogromnie ważne przy długich wyjazdach i ograniczonym bagażu

– dopasowuje się do ciała, nie jest ani za luźna, ani za obcisła. Nie przeszkadza nam przy czynnościach, które wymagają maksymalnej swobody ruchów i minimalnego rozproszenia naszej uwagi (np. wspinaczka). Materiał sam też się prostuje pod wpływem ciepła naszego organizmy, więc nie jest pognieciony.

– jest bardziej wytrzymała na rozerwania i przetarcia

– wykonuje się ja w technologii bez szwów, co zapobiega otarciom

– sztuczne materiały są antyalergiczne

– często producenci dodają do włókien nici srebra, które powstrzymują rozwój bakterii, co spowalnia brzydkie zapachybt_s-speer-wspinaczka-1Są też minusy, chociaż te ograniczają się raczej do samej eksploatacji:

– niby szybciej wysycha, ale zaleca się ja prać w delikatnych programach, wtedy wirowanie jest niższe, więc wyciągamy odzież bardziej mokrą z pralki. Zatem tracimy trochę tej cechy szybkiego wysychania

– trzeba ją prać w specjalnych płynach, a przynajmniej bez płynów zmiękczających, które mogą zalepić pory i zniszczyć włókna. Nie możemy bezmyślnie nastawić prania, musimy na to poświęcić trochę więcej czasu. Jest to jednak też plus, bo środki do prania odzieży termoaktywnej są  bardziej naturalne niż większość proszków do prania, więc nosimy na sobie trochę mniej szkodliwej chemii, która zawsze zostaje na ubraniach po praniu.


Na rynku jest mnóstwo producentów odzieży termoaktywnej i mnóstwo jej odmian. Wynika to z tego, że występuje cała paleta sztucznych włókien i technologii ich konstrukcji. Każdy powinien się zastanowić, czego najbardziej potrzebuje, albo poszukać produktu najbardziej uniwersalnego.

Przy zakupie najlepiej kierować się rozmiarówką danej firmy. By była odpowiednia dla naszej sylwetki. W moim przypadku często rozmiar M jest u o wiele za duży pod pachami i na plecach (mam 180 cm wzrostu, ale tylko ok. 70-72 kg), a S jest za ciasne i za krótkie. Z kolei na Izie często rozmiary najmniejsze już wiszą (160 cm, 46 kg). Dlatego im więcej dostępnych rozmiarów jest w ofercie danej firmy, tym lepiej.

Warto poszukać też firmy, która ma duży wybór kolorów i wzorów. Jak wspomniałem możemy kupić nawet polo, piżamę, czy zwykłe majtki, ale też grubszą odzież z wełną merynosów, koszulki bez rękawów, krótkie spodenki, odzież stworzoną pod konkretny sport, czapki, rękawiczki… kilkaset produktów do wyboru. Dobrze więc ją mieć w różnych kolorach, by łatwiej odróżniać ją od siebie, no i nie chodzić codziennie w tym samym kolorze 😀

P.S. Bielizna często dostarczana jest w bardzo ładnych i porządnie wykonanych pudełkach, więc idealnie nadaje się na prezent.

Gdybyście mieli jakieś pytania, piszcie śmiało.

bt_s-mythen
Niby “oczojebny” kolor, a jednak ładny i idealnie kontrastuje na otwartej przestrzeni

 

6 powodów, dla których warto jechać do Szwajcarii i 6 rzeczy, które mogą w niej denerwować

6 powodów, dla których warto jechać do Szwajcarii i 6 rzeczy, które mogą w niej denerwować

Najpierw zalety:

1. Wszędzie można znaleźć coś ciekawego do robienia

W pobliżu każdego miasteczka, czy to przy granicy z Niemcami, czy na drugim końcu kraju, przy granicy z Włochami, znajdziemy górę do wspinaczki, turkusowe i krystalicznie czyste jezioro do pływania, stromy kanion rzeki, wodospad czy zalesioną dolinę, idealną na zwykły spacer. Znajdziemy tu również świetnie przygotowane trasy dla rowerów górskich czy kręte asfaltowe drogi idealne dla pasjonatów kolarzówek, motocykli i sportowych aut (przyjemnością może być też podziwianie pojazdów innych osób – ilość sportowych nowinek inżynieryjnych, jak też starych, zabytkowych perełek jest wysoka).

plus1a
Oficjalna flaga Szwajcarii nie jest prostokątna, a kwadratowa.

Każdy rejon/kanton ma do tego swój własny urok i coś, co w nim przeważa. Dla miłośników kultury w każdym rejonie znajdzie się też jakieś większe miasto z zabytkową zabudową, którą zresztą odnajdziemy nawet w mniejszych miejscowościach. Mniejsze miasteczka pełne są lokalnego folkloru.

2. Niezwykle bliski kontakt z naturą

Mimo że Szwajcaria to wysoko rozwinięty kraj, z mnóstwem autostrad, tuneli, mostów i osad ludzkich wciśniętych w każdą możliwą przestrzeń, to równocześnie idealny przykład symbiozy cywilizacji z naturą. Często do przepięknego cudu natury mamy kilka kilometrów od głównej drogi. Co więcej, często te cudy natury wręcz widać z drogi, albo są tuż przy niej (niezliczone wodospady czy drogi biegnące brzegiem jezior). Nigdy wcześniej nie czułem się tak otoczony naturą. W chilijskiej Patagonii przez 8 dni błąkaliśmy się w parku narodowym Torres del Paine i jedyne dzikie zwierzę, jakie widzieliśmy, to stały bywalec obozowiska – gruby lis. Podobno ktoś widział na jednym obozowisku pumę. W chilijskiej Patagonii stężenie turystów jest też ogromne. Tymczasem jednego dnia w Szwajcarii zobaczyliśmy 5 koziorożców, leżały kilka metrów od nas i w żaden sposób nie przejmowały się naszą obecnością, potem kilka kozic oraz niezliczoną ilość świstaków. Mnogość dostępnych szlaków powoduje, że z powodzeniem możemy trafić na taki, na którym nie spotkamy innych ludzi. Przy wodospadach, urwiskach itd. nie ma żadnych barierek, zakazów wstępu itd. (a przynajmniej zdarzają się rzadko). Można również rozbić namiot w każdym miejscu na szlaku, pod warunkiem, że nie jest to teren prywatny.

Na zdjęciu tego nie widać, ale taki koziorożec, to niezłe bydle.
Na zdjęciu tego nie widać, ale taki koziorożec to olbrzym.

3. Każdy, w najbliższej sobie okolicy, znajdzie górę odpowiednią dla siebie i swoich umiejętności

Nawet jeśli ktoś nie lubi chodzić po górach, to chyba nie ma osoby, która nie doceniłaby widoku z kilkuset metrów wysokości?! A te są w Szwajcarii dostępne niemal dla każdego. Często sąsiadujące ze sobą góry są diametralnie różne od siebie. Zdobycie jednej góry może być spokojnym spacerem, wejście na inną prowadzi dość stromym szlakiem, a jeszcze inna wymaga wspinaczki z elementami via ferraty (nie mówiąc już o górach ponad 4 000 metrów wysokości). Co więcej, często jeden szczyt ma kilka możliwych szlaków do jego zdobycia – każdy o innym stopniu trudności i stopniu ekspozycji. Jeśli podróżujecie grupą znajomych, a każdy ma inne preferencje, to możecie się rozdzielić i spotkać na szczycie. Chodzenie po górach w Szwajcarii po prostu nie może się znudzić. Nasz kolega spotkał w Szwajcarii ponad 70-letniego mężczyznę, którego celem jest codziennie wchodzenie na inną górę. 3 lata później spotkał go ponownie, jego plan miał się lepiej niż świetnie, bo zdarzało się, że w ciągu dnia atakował kilka wierzchołków, niemniej stwierdził, że nie starczy mu życia, by zaliczyć wszystkie góry w Szwajcarii.

plus3
Snupek, to która górka następna?

Piękno gór nie jest zarezerwowane tylko dla aktywnych turystów, bo na wiele szczytów prowadzą kolejki linowe. Na marginesie dodam, że ich ilość jest piorunująca. Myślę, że można je liczyć w setkach. Niektórych może boleć obecność „niedzielnych” wspinaczy na szlakach. Nam tacy turyści w Szwajcarii w ogóle nie przeszkadzali, bo zazwyczaj nie szli dalej, tylko zwiedzali najbliższe przy stacji kolejki okolice. A i w dół zjeżdżali wagonikami, zamiast pchać się nieprzygotowanymi na szlaki (szkoda, że tej odpowiedzialności brakuje wielu „niedzielnym” wspinaczom w polskich górach). Dodatkowo, jak już zresztą wspomniałem, ilość szlaków zapewnia możliwość ominięcia miejsc przepełnionych turystami.

Co wybierasz?
A Ty co wybierasz?

4.Na każdy szlak można wejść z psem

Jedne kantony dopuszczają psy biegające luzem, inne wymagają smyczy. Psa możemy też zabrać ze sobą do kolejek linowych a za ich przejazd nie trzeba płacić! Ludzie w miastach i na łonie przyrody przyjaźnie reagują na psy (choć częste są zakazy wprowadzania psów na plaże niektórych mniejszych jezior). W miejscowościach, co kilkaset metrów, stoją podajniki/kosze z torebkami na psie odchody. W trakcie naszego 2-tygodniowego pobytu i zwiedzeniu kilku kantonów, nie trafiliśmy na podajnik, w którym brakowałoby torebek. Takie same podajniki znajdziemy również na łonie natury, w pobliżu parkingów przy szlakach, a czasem nawet dalej. Generalnie w Szwajcarii jest bardzo czysto i schludnie.

Nie! To nie skrzynka pocztowo, to kosz na psie odchody.
Nie! To nie skrzynka pocztowa, to podajnik z torebkami i kosz na psie odchody na środku szlaku.

 5.Wymarzone miejsce dla smakoszy serów żółtych i czekolad

Znajdziemy też wiele ciekawych ciastek, chociaż ich cena jest już dużo większa niż czekolad. My dodatkowo polecamy spróbować Älplermagronen, czyli danie na ciepło złożonego z makaronu (najczęściej penne), sera żółtego, cebuli i musu jabłkowego! Także napojów Rivella, czyli dość mało słodkich napojów gazowanych, dostępnych w kilku smakach. A co do serów, to uważajcie, bo może Wam się trafić naprawdę śmierdzący, a takich jest całkiem sporo. Chociaż ich smak jest wspaniały, to zapach gorszy od 2 letnich skarpetek. Może on zepsuć całą przyjemność z jedzenia. Wtedy najlepiej odstawić taki ser do lodówki i po kilku dniach będzie dało się go jeść. Tylko wsadź go do pojemnika, inaczej zapachem przesiąknie cała lodówka! plus5aplus5b

6Jest bardzo bezpiecznie i spokojnie

Poza największymi miastami możemy spokojnie zostawić otwarty samochód, uchylone szyby czy rzeczy na brzegu jeziora. Gdy włączył mi się alarm w samochodzie, nasza koleżanka, która mieszka w Szwajcarii, śmiała się, że zaraz wszyscy okoliczni mieszkańcy przyjdą sprawdzić co to za dźwięk, bo oni nie znają pojęcia alarmu w samochodzie. Druga niezła historia jest taka, że zgubiłem kamerę GoPro podczas zejścia z góry Santis. Zorientowałem się dopiero godzinę później. Już się martwiłem, jak zareaguje na to mój przyjaciel, od którego ją pożyczyłem. Zadzwoniliśmy do hotelu u podnóży góry i CO?! Ktoś znalazł kamerę i ją odniósł do recepcji hotelu. Rozumiecie?! Ktoś znalazł na ulicy 2 tys. zł i je oddał!

Dzięki temu, że w Szwajcarii jest bardzo dużo turystów, a każdy kanton, czasem nawet miejscowość, ma swoje własne tradycje i dialekt, to ludzie są tolerancji i przyjaźnie nastawieni do innych. W Szwajcarii nie ma dużo Polaków, a Ci, którzy tam są, nie stanowią negatywnego marginesu społecznego, który psułby wizerunek naszego narodu. Dlatego Szwajcarzy nie mają uprzedzeń wobec Polaków. Gdy mówiliśmy, że jesteśmy z Polski, ludzie z zaciekawieniem pytali o nasz kraj. Aczkolwiek w momencie najbardziej dla nas ważnym – gdy zepsuł nam się alternator w samochodzie, trafiliśmy na Szwajcara, który gdy tylko zobaczył polskie tablice rejestracyjne, wpadł w szał. Na szczęście zaczął obrażać nie tylko Polaków, ale też Niemców, w sumie Niemców nawet bardziej…

Bezpiecznie, bezpiecznie, a ten sztywniak chciał nam ukraść Snupiego.
Bezpiecznie, bezpiecznie, a ten sztywniak chciał nam ukraść Snupiego, by zrobić z niego psa pasterskiego.


Co na minus?

1.Ceny, ceny, i jeszcze raz, ceny żywności i produktów

Są one zabójcze. Jeśli nie jest się na to przygotowanym, to nie ma po co jechać do Szwajcarii, bo po prostu umrzemy z głodu. Chleb kosztuje min. 10 zł, a zazwyczaj więcej niż 12 zł. Mięso jest bardzo drogie, trochę tańsze są sery, których cena jest do przeżycia, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że w Polsce tak dobrego sera nie znajdziemy, a jeśli się to uda, to jego cena będzie równie wysoka. Jedzenie w restauracjach, to już w ogóle kosmos. Cena kebabu na ulicy to min. 10 franków, czyli 40 zł, obiad w byle jakiej restauracji to już 18-25 franków. Jedyne miejsce, w którym można „tanio” zjeść to fastfoody, ale i tak sam hamburger to min. 25 zł, a jak kupisz zestaw i chcesz ketchup do frytek, no to zapłać za niego 20 centymów/rappenów (odpowiednik polskich groszy w wersji francusko- i niemieckojęzycznej).

Niektórzy Szwajcarzy nie mają problemu z cenami. Wyznają zasadę, że jak coś jest drogie, to dobre, a jak tanie, to się zaraz zepsuje. Idealny kraj, do rozkręcenia jakiegoś biznesu 😀

Ratunkiem dla budżetu jest to, że można pić wodę z kranu i jest ona pyszna. Na każdym szlaku w górach, a czasem nawet w miasteczkach odnajdziemy punkty z wodą pitną. Więc wybierając się na wycieczkę, nie musimy wydawać majątku na ten podstawowy produkt.

2.Ceny – tym razem transportu i usług

Najlepiej do Szwajcarii przyjechać własnym samochodem wypełnionym jedzeniem z polski i sprzętem kempingowym. Ceny komunikacji miejskiej, pociągów, kolejek linowych (min. 10 franków w jedną stronę, a są takie, które kosztują 50 franków – Schilthorn) i wszystkich atrakcji są porażające. Często za postój na parkingu pod górą/przy szlaku, innymi atrakcjami natury, trzeba zapłacić, mimo że znajdujemy się na jakimś zadupiu. W najbardziej turystycznych miejscach parkingi są płatne 24h/dobę :/ Często parkometry dają tylko 2 alternatywy: wykupienie biletu na godzinę albo cały dzień. Ta druga opcja jest tak naprawdę całkiem sensowna, bo często ceny biletu oscylują w okolicach 5-6 franków. Gorzej jest w miastach, w Lucernie czy Zurychu 1 godzina może kosztować 5 franków.

Na pocieszenie dodam jednak, ze wiele atrakcji w miastach (wejście do kościołów, na mosty w Lucernie) czy na łonie natury dostępnych jest za darmo, w tym atrakcje najbardziej znane. Nie zapłacimy nic za przejście się najwyżej położonym mostem w Europie – moście Trift. Nie trzeba płacić za wejście do Wąwozu Renu, ani za punkt widokowy w nim. Nie trzeba płacić za podejście do wodospadów, w tym do największego w Europie – przełomu Renu w miejscowości Neuhausen am Rheinfall. Niestety zapłacić trzeba za płynące wewnątrz skał wodospady Trümmelbach. Darmowe jest też np. odwiedzenie parku niedźwiedzi w Bernie, aczkolwiek sami tam nie byliśmy.

Przełom Renu
Przełom Renu

3.Niemożliwe do ogarnięcia drogi samochodowe

Stan nawierzchni jest w Szwajcarii wzorowy, ale oznakowanie to już inna bajka, a raczej koszmar. Jazda przez Zurych była dla mnie największym stresem w życiu. Chyba większym niż matura, egzamin na prawo jazdy i jazda przez stolicę Gruzji – Tbilisi, gdzie nie obowiązuje żadna kultura jazdy.

Przy Zurychu to wszystko pikuś. Wąskie ulice i ciasne skrzyżowania z mnóstwem niezrozumiałych zjazdów i niespodziewanych małych uliczek dochodzących. Zjazdy są często fatalnie oznakowane. Drogowskazy się nie powtarzają, nie da się na pierwszy rzut oka rozpoznać, która droga jest główna, a która to zjazd. Generalnie w Zurychu, a nawet w całej Szwajcarii, nie ma drogi prosto. Prosto jest albo trochę w lewo albo trochę w prawo :D. Wybranie złego zjazdu może się skończyć wjechaniem do tunelu i wylądowaniem kilometr, albo nawet 3 km dalej. Gdzie logiczna i zdroworozsądkowa próba odnalezienia drogi do zawrócenia na nic się nie zda. Do tego trzeba dodać pieszych, którzy bez przekręcenia nawet głowy w naszą stroną, wchodzą na jezdnie. Następnie wszechobecnych rowerzystów (także na przełęczach wysoko w górach. Gdzie zjeżdżają z prędkością ponad 60 km/h i wcale nie myślą ustąpić samochodom/motocyklom, ani trzymać się prawej strony. Często nie mają świateł, co może być tragiczne, gdy taki rowerzysta znajdzie się w krótkim tunelu, w którym słońce po drugiej jego stronie utrudnia widoczność).

Oznakowania na autostradach są o niebo lepsze niż w miastach, ale potrafią być problematyczne. Na autostradach z kolei trzeba uważać na ekstremalnie krótkie zjazdy i miejsce do wyhamowania (do tego często tylko jeden pas). Minusem są też dość rygorystyczne ograniczenia prędkości: na autostradzie 120 km/h, a na pozostałych drogach 80 km/h, czasem tylko 100 km/h. Są jednak pewne zalety tych ograniczeń: po pierwsze, małe spalanie, a to dość ważne przy cenie benzyny o 1,5 zł wyższej niż w Polsce, po drugie pozwala kierowcy podziwiać piękne widoki. Jeśli będziemy jechać wolniej nikt nas nie strąbi, nie będzie świecił długimi, ani nie wyprzedzi i nie zacznie się mścić. Pełna kultura.

Co do oznakowania to należy jednak skomplementować, że dobrze oznakowane są główne atrakcje turystyczne. Gdy już jesteśmy w ich pobliżu, na drogach pojawiają się dodatkowe tabliczki na drogowskazach w kolorze brązowo-bordowy umieszczane pod normalnymi znakami. minus3a 4.Pogoda nie ma litości i potrafi pokrzyżować plany

W Szwajcarii trzeba sprawdzać prognozę pogody. Najlepiej też weryfikować co kilka godzin, czy się nie zmieniła. Nie ma takiej opcji, że rano wyjrzysz przez okno i stwierdzisz „oooo, bezchmurne niebo, idę na cały dzień na wycieczkę”. Pogoda potrafi się diametralnie zmienić. Burze, które u nas zatykają studzienki, to w Szwajcarii mżawka, tam burza przypomina bardziej tropikalny. Z kolei gdy jest bezchmurne niebo, to jest cholernie gorąco. W końcu znajdujemy się kilkaset metrów nad poziomem morza, więc promienie słońca prażą mocno. Do tego trzeba dodać wysoką wilgotność (liczne potoki i duże zalesienie). Zdobywanie niektórych szlaków w taki upał, to mordęga.

Kraj podzielony jest licznymi pasmami górskimi, przez co często pogoda po jednej stronie gór jest tragiczna, a po drugiej wspaniała, bo chmury nie mogą przebić się przez góry. Dlatego też nie ma co się załamywać, że pogoda w okolicy jest kiepska. Po prostu trzeba się wtedy zebrać i ruszyć na wycieczkę do innego rejonu kraju. Same chmury w Szwajcarii są bardzo interesujące do oglądania. Często wiszą bardzo nisko nad ziemią. Swoimi kształtami i zachowaniem potrafią stworzyć piękny spektakl do oglądania, a swoją obecnością dodać magicznego klimatu zwykłemu krajobrazowi.minus45.Problemy językowe

Przyznaję, że to taki minus naciągany. Naciągany, bo w Szwajcarii bezproblemowo uda nam się porozumieć z wykorzystaniem języka angielskiego, nawet z osobami starszymi. Gorzej, jeśli chcemy używać innego języka, bo chociaż Szwajcaria to dość mały kraj, to obowiązują w niej 3 języki: niemiecki, francuski i włoski. Nie każdy Szwajcar zna je wszystkie, albo chociaż 2. Co więcej, chociaż większość kraju jest niemieckojęzyczna, to język ten w „czystej”, „podręcznikowej” odmianie nie występuje. Wszędzie używa się regionalnych dialektów i gwar. Często regiony położone zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od siebie, mają już zupełnie inne zasady. Z tego, co opowiadali nam znajomi, używanie „podręcznikowego” języka niemieckiego może zostać przez innych potraktowane jako przejaw próby wywyższania się i możemy zostać uznani za bufona. Generalnie nie jest to jakiś wielki dramat, ale problemem może być zwykła próba przywitanie się na szlaku czy w sklepie. Bo wystarczy, że pojedziemy 20 km i używa się już tam zupełnie innego zwrotu na przywitanie/pożegnanie. A sposób wymowy przez miejscowych uniemożliwia samodzielne odkrycie, jak poprawnie wymówić należy dane sformułowanie.

W sumie to musimy sprostować, że tak naprawdę to w Szwajcarii używa się 4 języków, bo w Gryzonii dochodzi język retoromański. Wyobraźcie sobie, że niektóre telewizje nadają filmy z napisami w 3 językach 😀

Oni się jakoś dogadali
Oni się jakoś dogadali

6.Zamknięcia

Sklepy są otwarte krótko. W tygodniu to standard, że sklep jest do 19 czy 20. W soboty do 14, a w niedziele zamknięte wszystko na 4 spusty. Przy podróżowaniu nocą należy pamiętać o tym, że stacji benzynowych 24h również nie uraczymy (chyba że bezobsługowe z płatnością w automacie).

Do „zamknięcia”, można też zaliczyć zamknięcie się ludzi na innych. Na ulicach/szlakach ludzie raczej ze sobą nie rozmawiają. Wieczorami na ulicach robi się pusto, nie słychać też grupek młodzieży. Znajomi opowiadali nam, że stopień ochrony prywatności i nie wtrącania się w życie innych osiągnął już tak absurdalny poziom, że nawet nikt nie pomoże starej babci ponieść zakupów czy wejść do pociągu, bo to przecież jej życie i jej prywatna sprawa. Tak samo matkom z małymi dziećmi. A jak zapytasz się kogoś w pociągu – czy miejsce obok jest wolne, to popatrzy się na Ciebie jak na debila – bo skoro nikt na nim nie siedzi, to jak mogłoby nie być. Gdy kupowaliśmy ser w chatce wysoko w górach, to właściciel nawet nie zamienił z nami jednego zdania.

CO JEST JEDNAK OGROMNIE ZASKAKUJĄCE – autostopowanie w Szwajcarii idzie naprawdę sprawnie i kierowcy stają się bardzo rozmowni i życzliwi. Rozmowy z kierowcami super nam się kleiły i było bardzo miło. Warunek jest jeden – musimy wyglądać schludnie, czysto i niegroźnie. Szwajcarzy niechętnie zatrzymają się dla kogoś, kto wygląda jak bezdomny hipis albo fanatyk militariów.

KILKA DODATKOWYCH UWAH odnośnie Szwajcarii:

a) Do Szwajcarii dostaniemy się bardzo łatwo. Mimo że nie należy ona do Unii Europejskiej, to przystąpiła do układu z Schengen. Zatem do wjazdu wystarczy dowód osobisty. Nie potrzeba żadnych dokumentów na samochód, a na psa… wymagane jest badanie miareczkowania przeciwciał wścieklizny, bowiem Polska nie jest krajem wolnym od wścieklizny. Teoretycznie sam paszport nie wystarczy, wymagane jest też dodatkowe świadectwo zdrowia. Nam ostatecznie żadnych dokumentów nikt nie sprawdzał. Przy wjeżdżaniu i wyjeżdżaniu nawet nas nie zatrzymali na granicy, po prostu ją przejechaliśmy bez jakiekolwiek kontroli.

UWAGA: dużo osób piszę do nas, iż przekazywana jest im informacja, że Szwajcaria wymaga odczekania 3 miesięcy od daty wydania certyfikatu miareczkowania. Z tego co ja wiem, to te 3 miesiące przy wjeździe do Szwajcarii mają zastosowanie tylko w przypadku wjazdu/przylotu do Szwajcarii z kraju wysokiego ryzyka wścieklizny (być może Szwajcaria uznaje Polskę za taki kraj, ale to już należy zweryfikować w szwajcarskich instytucjach na bieżąco, bowiem nie ma tej informacji na stronie pettravel).  Niemniej, dlatego w naszym artykule o formalnościach do zagranicznych podrózy z psem https://www.podrozezpazurem.pl/…/co-trzeba-zrobic-zeby…/ piszemy, by miareczkowanie zrobić najszybciej jak się da i gdy się na to pieniądze. Bowiem nigdy nie wiadomo, kiedy się może przydać, a z reguły wystarczy jedno badania na całe życie (przy prawidłowym powtarzaniu samego szczepienia).

b) Nie starczy czasu, by zobaczyć wszystko co się chce. Wydaje się, że to taki mały kraj, co więcej, zaraz obok kusi Francja i Włochy, a jednak nie uda się zaliczyć wszystkich atrakcji. Przeszkadzają w tym upływ czasu (często wyprawa do jednego miejsca, to cały dzień spacerowania) i brutalne ceny, które zniechęcają do zaliczenia wszystkiego, co po drodze ciekawego. Czas nieźle też uszczuplają ograniczenia drogowe: po pierwsze niskie dopuszczalne prędkości, a po drugie – brak przejazdów między niektórymi rejonami (rozdzielają je pasma górskie). Często jedyną możliwością, zamiast jazdy na około, jest pociąg w tunelu (samochód zostaje załadowany na wagon kolejowy), ale cena takiej przyjemności to kilkadziesiąt franków w jedną stronę. Uważajcie też, bo niektóre mniejsze drogi przez przełęcze są wyłączone z ruchu w weekendy!

c) Niby można rozstawić namiot wszędzie, gdzie nie ma terenu prywatnego, ale w praktyce, w okolicach najbardziej turystycznych, wszędzie jest teren prywatny. Na przykład w okolicach miejscowości w dolinie Lauterbrunnen czy Grindelwald nie znajdziecie miejsca do rozbicia namiotu. Jeśli chcecie się tam rozbić za darmo, to musicie ruszyć w górę na szlak. Nie ma opcji, że dojedziecie sobie o godzinie 21, rozbijecie się gdzieś na uboczu i rano ruszycie w góry. Z kolei nad brzegami jezior i na zwykłych parkingach często jest zakaz campingowania w godzinach 22-7 rano.

d) By poruszać się po szwajcarskich drogach trzeba mieć winietę. Ale spokojnie, jej koszt jest śmiesznie mały. Śmiesznie – w porównaniu do cen pozostałych rzeczy w Szwajcarii i w porównaniu do naszych autostrad. Winieta kosztuje 40 franków i jeździmy ile chcemy. Tymczasem u nas tyle kosztuje przejechanie jednej autostrady w tą i z powrotem. Winietę bez problemu kupicie na stacjach benzynowych, urzędach pocztowych. Można nawet ją kupić w Niemczech, Austrii, Czechach, tam też kosztuje 40, ale euro, więc bardziej opłaca się ją kupić w Szwajcarii. W Polsce możecie ją kupić przez sklep internetowy za 178 zł. Tylko po co, skoro to dużo więcej niż 40 franków, do tego trzeba dodać koszt wysyłki, a winietę kupić możecie nawet na szwajcarskich przejściach granicznych. Jedna ważna uwaga – termin ważności winiet nie zaczyna płynąć od daty ich zakupu, tylko jest stały. Winiety obecne aktualnie w sprzedaży są ważne od 1 grudnia 2015 do 31 stycznia 2017. Więc jeśli kupisz winietę dziś, to jest ważna do 31 stycznia 2017 r. W grudniu pojawią się winiety ważne od 1 grudnia br. roku do 31 stycznia 2018 r. i tak dalej przez następne lata.aaa