Kulisy podróżniczego blogowania i „zarabiania” na nim

To my, jak widać całkiem normalni, więc może za mało atrakcyjni dla „sponsorów” 😀

Jest długo, nawet bardzo długo, ale mam nadzieję interesująco i wiele Wam to pokaże.

Zmęczony powoli zaistaniałą sytuacją. Zainspirowany także Waszym zdziwieniem, że za naszą wyprawą nie stoi rząd firm walczących o możliwość współpracowania z nami w tak „wspaniałym przedsięwzięciu” oraz wywiadem dla Fashion Magazine – o tym, czy na blogu podróżniczym da się zarabiać. Opiszę tutaj, jak wygląda to z naszej perspektwy – prowadzenie bloga, będąc cały czas w podróży.

Odsłonię trochę kurtyny polskiego „zarabiania” na blogu.

A to kulisy studia filmowego Atlas w Maroko, które mogliśmy zwiedzić ze Snupim bez żadnych problemów. Tzn. Iza mogła, bo ja mam w nosie takie atrakcje i wolałem zaoszczędzić pieniądze.

Nigdy nie chciałem żebrać od innych – zwykłych ludzi, by pomagali mi realizować moje marzenie i, jakby nie patrzeć, przyjemność (pomimo wszystkich trudów wyprawy) oraz niejako inwestycję w samego siebie. Dlatego nie chcieliśmy rozpoczynać żadnej zbiórki na patronite czy polakpotrafi, siepomaga itp. Jak robi mnóstwo osób, a jeszcze więcej nam doradzało. Chcieliśmy to wszystko ogarnąć samodzielnie. Liczyliśmy, że uda nam się zdobyć trochę pomocy i wsparcia z innej strony. Sądziliśmy, że uda nam się zdobyć wspomnianych sponsorów. Nawiązać poważne współprace. Nie chcieliśmy i nie chcemy mieć sponsorów, którzy dawaliby nam kasę (zresztą teraz wiem, że to w Polsce niemal niemożliwe) z różnych powodów. Chcieliśmy zdobyć wsparcie producentów, którzy przekazywaliby nam swój sprzęt.

Zamysł nie był tylko taki, żeby zdobyć wsparcie kogolwiek i zdobyć cokolwiek, ale też nie taki, żeby zdobyć tylko to, czego potrzebujemy. Chcieliśmy uzyskać produkty, którch jakość już znaliśmy i ceniliśmy. Chcieliśmy jednocześnie nawiązać jak najwięcej współpracy z polskimi firmami, żeby promować polskie produkty. Czasem nawet te, których do końca nie potrzebujemy w podróży, ale spodobała nam się ich idea. Ktoś pomyśli „tani chwyt”, no nie do końca. Chodziło nam o to, że skoro już wyjechaliśmy z Polski na dłuższy czas, to chcielibyśmy wciąż w jakiś sposób przyczyniać się do jej rozwoju. Serio, często mamy dylemat, że rozbijamy się po Ameryce Południowej, zamiast robić coś ważnego: ja – być rzetelnym dziennikarzemw Polsce, albo pójść pracować do policji, bo mam ukryty talent dostrzegania w ludziach złych stron i wad, a Iza tworzyć jakąś fajną bajkę dla dzieci… ale zostawmy ten wątek na inny post.

***
Chciałbym tylko nadmienić, że oczywiście nie wszystkie firmy i współprace, które ponieżej opiszę, tak wyglądają. Są firmy, które wykazują się bardzo pozytywnie. Zresztą, zauważyliście już pewnie, że czasem niektóre z nich tutaj wymieniam. Nie dlatego, że robię to na siłe i każe mi to umowa, ale dlatego, że doceniam ich zaangażowanie i ich produkt. Znacie mnie już na tyle, że wiecie, że piszę zawsze to, co sądzę. UWAGA: Firmy, które wymienione są u nas na stronie, nas nie zawiodły. Firmy, które nas zawiodły, nie są już wymieniane w informacjach o nas.

Jednak te firmy to wyjątki, a bardziej rzeczywisty opis sytuacji, przynajmniej naszej, przedstawią te mniej udane współprace.

W zamian za produkty, oferowaliśmy i oferujemy firmom przekazywanie zdjęć (by wykorzystali w swoich social mediach, katalogach, prezentacjach biznesowych, co tam sobie chcą), oznaczanie ich na naszych zdjęciach, w artykułach, recenzje (z zastrzeżeniem, że będą one obiektywne, a nie pochlubne i pisane na kolanie) itp. Zawsze dodaje też zdanie, że wszelkie formy i zakres współpracy są otwarte do dyskusji.

Niestety uzyskanie tego wsparcia nie do końca nam się udaje, bo niektórzy ludzie, którzy pracują w marketingu i public relation w polskich firmach to jakieś dinozaury. Na dodatek chyba skamieniałe, bo ich wyobraźnia, inwencja twórcza i polot równy jest właśnie kawałkowi skały.

O ile rozumiem pewne niepowodzenia w poszukiwaniu partnerów jeszcze przed samą wyprawą, gdy wielu z nich mogło nie wierzyć w nasze przedsięwziecie. O tyle teraz, jedyne wytłumaczenie, jakie znajduję, jest nie rozumienie trendów, które w USA czy zachodnich krajach Europy biją już rekordy. Tam firmy stawiają na influencerów i na pokazywanie rzeczywistej wartości swoich produktów. Rozumieją też, że influencerem nie musi być wielka gwiazda, a już na pewno osoba oderwana całkowicie od dziedziny, jaką reklamuje, bo zwykli ludzie coraz lepiej wyłapują sztuczność (was też śmieszą zdjęcia pięknie umalowanych modelek na środku pustynii w spodniach jeansowych przy temperaturze +40 stopnii – najlepsze jest to, że wiele podróżniczek próbuje to naśladować, a inne wpadają w kompleksy).

Może jakbym miał większe cycki, to to zdjęcie podbiłoby internety 😀

ale musicie przyznać, że to zdjęcie jest już całkiem zacne. P.S. Pod dżelabą (bo tak nazywa się to wdzianko) mam tylko majtki 😀

W Polsce nadal szczytem marzeń marketingowca jest mieć w reklamie Antonio Banderasa, reklamę w telewizji i wcisnąć coś klientowi, by potem zlać go ciepłym moczem w razie reklamacji, niezadowolenia, próby rozwiązania problemu. Tyle się mówi, o tym, jak niski jest koszt utrzymania klienta, względem kosztu jego pozyskania, ale nie wiem, do kogo trafia ta zasada. Dla przykładu podam sytuację, gdy zareklamowałem buty górskie kupione w USA. Moja reklamacja została uwzględniona na podstawie… ZDJĘCIA i to było 3 lata temu. A w Polsce? Ile z Was usłyszało odmowę uznania reklamacji, bo Wasza noga jest nieodpowiednia do buta? Albo bo używaliście go za często? (śmieszne, ale tak naprawdę – tragicznie żałosne).

Wracając do kwestii influncerów. Polskie firmy, które nie potrafią nawet zbudować swojego social media i mają 500-1000 obsewujacych, zamiast rozpocząć jakiś fajny, spójny, jednolity projekt, budować wspólnie coś z blogerami/influencerami, swój i blogera wizerunek, to one … chciałyby przyjść na gotowe, rzucić jakiś pojedynczy ochłap, gotowej gwieździe, świecącej niczym goły tyłek Kim Kardashian, a dostać w zamian wszystko, najlepiej recenzję – oczywiście pochlebną oraz zdjęcie swojego logo na twojej głównej stronie bloga. W ten oto sposób dostajemy odmowy współpracy, bo mamy za mało lajków (od firm, które same mają ich 1/5 tego, co my), albo takie zawrotne oferty jak 10, 15, 20% zniżki („rekordzista” negatywny 8%, rekordzista w znaczeniu pozytywnym 41% ) na swoje produkty, podczas gdy ich ceny katalgowe są o 20% większe niż w sklepach zewnętrznych i w tych sklepach zewnętrznych są często lepsze promocje.

Tu jeszcze tylko dodam, że wiele firm wchodzi we współpracę z blogerami, którzy mają tysiące obserwujących, ale te tysiące są bardzo często sztucznie „nabite”. Ci obserwujący to puste konta czy różnego rodzaju booty – programy, które nie niosą żadnego realna zainteresowania kontem blogera. Widzicie czasem komentarze pod zdjęciem typu „Super”, „twoje konto jest świetne”, po czym wchodzisz w konto autor tego komentarza i widzisz, że to konto ma +30k (tysięcy) obserwujących. Tak, możesz mieć prawie 100%, że ten komentarz napisał właśnie boot. Ma on na celu przyciągnięcie innych użytkowników instagramu do tego konta i generować „organiczny ruch”. Najlepiej to sprawdzić po poziomie zainteresowania pojednczym postem takiego blogera. Przykładowo ktoś ma 30 tysięcy obserwujących, a jego zdjęcie/post lubi 200, może 300 osób, a czasem o wiele mniej. To jednak jest osobny, bardzo obszerny temat, który mogę kiedyś opisać, ale na razie podam link do ciekawego artykułu. https://noizz.pl/nauka-i-technologia/jak-kupuje-sie-lajki-i-followersow-na-instagramie/1wqvcf6?utm_source=fb_onet&utm_medium=social&utm_campaign=share_desktop_top

Blogerów możecie zweryfikować poprzez stronę socialblade.com Po wpisaniu loginu dowolnego konta zobaczycie wykresy, wszystkie nienaturalne – pionowe kreski oznaczają kupowanie lajków. Możecie też zerknać na wskaźnik zaangażowania – engagemnet rate – jeśli wynosi mniej niż 5% możecie być pewni, że konto jest napompowane sztucznymi lajkami. Sprawdźcie sobie kilku polskich blogerów, zobaczycie jaką są wydmuszką.

Ktoś z Was pomyśli sobie, o ten to chciałby kokosów i wszystko za darmo. To teraz przechodzimy do kolejnego wątku. Przecież nie dostajemy sprzętu za darmo. Otóż byle jakie stockowe zdjęcie (zdjęcie stockowe, to zdjęcie które można ściągniąć ze specjalnych serwisów, wykupując do niego prawa i wykorzystać je do swoich celów. Oczywiście można wykupić zdjęcie na wyłączność, ale zazwyczaj to samo zdjęcie może kupić nieograniczona ilość podmiotów) i takie o to zdjęcie kosztuje np. takie lepsze minimum 100 zł. Ile zatem dla firmy powinno być warte ładne, spersonalizowane zdjęcie z ich konkretnym produktem, w pięknym krajobrazie, w faktycznym użyciu produktu? Od nas producenci mogliby dostać takie zdjęcia, publikujemy takie zdjęcie w internecie, ogląda je mnóstwo osób. Tymczasem mamy absurd, że ktoś chce dostać reklamę i jeszcze chce, żebym zapłacił za produkt, który mam mu reklamować. To budzi tylko moje politowanie, zwłaszcza, że taka polityka, to nie tylko próby małych firm, robią to nawet duże firmy i polscy dystrybutorzy gigatnycznych, globlanych, znanych marek. Chwila… Tak właściwie, to głównie oni. Małe firmy zdają sobie sprawę, że nie stać ich na inne reklamy. Ponadto zakładają je młodzi ludzie, którzy rozumieją już panujące/nadchodzące trendy, że koszty innych reklam są nieadekwatne do korzyści, że standardowe reklamy się wypalają.

Jakbyś był producentem plecaków, to niechciałbyś mieć takiego zdjęcia do wykorzystania?

Żeby nie pisać ogólnikowo w nieskończoność, opiszę zamiast tego 4 przykłady, które nas dotknęły i wyczerpują wiele braków polskiego „rynku”.

Polski producent, który przekazał nam odzież termokatywną jeszcze rok przed aktualną wyprawą. Znali nasze dalsze plany i przez 8 miesięcy mnie zwodzili, nie dając jasne deklaracji, czy wchodzą czy nie we współpracę, by miesiąc przed wyprawą odpowiedzieć, że oni się jednak wycofują, bo „wolą iść w środowisko biegaczy, a nie górsko-turystyczne”.

Teraz bardzo ważne wyjaśnienie, które odniesienie ma do całego zagadnienia. W przypadku tej firmy prosiliśmy o ubrania za jakieś 800-1000 zł ceny rynkowej. Jaki jest więc koszt producenta? Trzeba sobie coś uzmysłowić. Mianowicie ogromna ilość produktów w sklepach sprzedawana jest z marżą sięgającą 100%. Sprzedając koszulkę termoaktywną za 100 zł, sklep kupił ją za 50. To teraz, kto mi powie, ile producenta kosztowało wyprodukowanie tej koszulki? Pal licho, przyjmijmy już aż 30 zł. Dla mnie trzeba być mocno zacofanym marketingowo i nie tylko marketingowo, żeby pożałować w dużej firmie 300 zł na promocję i reklamę, która trwałaby nieustanie przez cały czas trwania naszej podróży, nawet jeśli ktoś „chce się skupić na środowisku biegaczy”. Tym bardziej, że pierwotnie sam pomysł się im podobał. Poza tym, ile wart był czas mój i tego pracownika, na prowadzenie konwersacji przez miesiące, by potem to olać.

Inna firma, polski oddział globalnej marki. Sami się do nas odezwali, czy chcemy wejść z nimi we współpracę. Po otrzymaniu 2 rzeczy, wyciągnięcie każdej następnej było niczym pokojowe negocjacje ws. Palestyny. A przecież współpraca już trwa, widzą, że się wywiązujemy. Wyjaśniasz, tłumaczysz, że jakby przekazali jeszcze inne rzeczy, to wtedy prawie tylko ich produkty byłyby widoczne na zdjęciu, zamiast innej dużej firmy (z którą nic nas nie łączy, a na zdjęciach ich loga się tylko ze sobą gryzą), ale gdzie tam… nie bardzo to do nich przemawia. Jak już coś zdecydowali się przekazać, to my musieliśmy opłacić koszt wysyłki za granicę i cło, co w praktyce niewiele się różniło od tego, jak byśmy sobie to wszystko samodzielnie i normalnie kupili w kraju, gdzie akutalnie jesteśmy.

Najlepsze w wielu firmach jest właśnie to, że zachowują się tak, jakby on samego początku nie wiedziały, że wyjeżdzamy na drugi koniec świata. To, co powinno być dla nich mega atrakcyjne, staje się dla nich wielce problematyczne. To przejaw kolejnego zastrzeżenia, jakie mam. Ci ludzie w ogóle nie nadążają: nie weryfikują do końca z kim wchodzą we współpracę (wspomniani przeze mnie blogerzy napędzani pustymi kontami), nie interesują się tobą i twoją aktualną sytacją, nie kontaktują się z tobą ws. tego, co robią, co chcą – a przecież zaangażowanie z dwóch stron, to klucz do sukcesu). Firma ma do mnie zastrzeżenia, że wysyłałem im zdjęcia za późno, ale już nie docenia, że zamiast zdjęć, zostali wcześniej mnóstwo razy oznaczeni w naszych zdjęciach. Nie potrafią tego nawet zweryfikować, albo że ich buty są w naszym intro do vloga. Największy cyrk się zaczyna, jak firma nie ma swojej osoby od marketingu i PR, tylko wykonuje to jakaś zewnętrzna, jakże wielce, „KREATYWNA” agencja reklamowa. Rozmawiasz z jakąś Panią o butach, która nie ma do końca pojęcia, jakie dokładne parametry ma but i czy nadaję się w teren, gdzie chcesz go użyć. Po czym otrzymujez buty ze starej kolekcji, a następna Pani z innej firmy, która w międzyczasie przejeła obowiązki tamtej, ma do Ciebie jakieś zastrzeżenie, że wysyłasz jej zdjęcia butów z kolekcji, której już nie ma. Tylko czy naprawdę w posiadaniu „ambasadorów”, takich jak my, chodzi o to, by byli oni niczym cotygodniowe gazetki promocyjne z supermarketu? Czy chodzi o budowanie długofalowego wizerunku i identyfikacji marki oraz pokazywanie, że ich sprzęt faktycznie daję radę przez X czasu w trudnych warunkach?

Wątek o butach dotyczy firmy Merrell, nasz obecny partner to firma La Sportiva.

W kwestii braku zaangażowania, normą jest także brak odwzajemnienia postów o sobie nawzajem. W sensie, firmy nie wspominają o nas na swoich kanałach, a przecież nasza wyprawa jest czymś ciekawym.
Np. polski oddział dużej marki, relacjonuje podróż Amerykanina po Afruce, a on nas wspomnieli od wielkiego dzwonu, może ze 3 razy przez rok. Przecież nie muszą pisać „ej dajemy tym ludziom sprzęt za darmo”. Mogą to zrobić w sposób, który da ciekawą treść odbiorcom. Jednocześnie dawaliby na tacy swoim odbiorcom nas – dowód, że sprzęt ich produkcji daje radę w trudnych warunkach. Jednocześnie pomogali by nam się rozwijać, co jest przecież też z korzyścią dla nich. Już pomijam takie pomysły, że sami mogliby zabdać o naszą promocję w innych mediach, wykorzystując wartości, które chcemy przekazać, np. o adopcji czy porzucaniu zwierząt.

Kolejna firma, która sama się do nas odezwała, że chce być naszym sponsorem – produkująca akcesoria dla psów. Mieliśmy sobie wybrać co tylko chcemy. Akurat pod ręką mieliśmy kontakt z chłopakiem, który leciał do Brazylii i miał zabrać dla nas aparat fotograficzny. Ostatecznie się nie udało z aparatem z powodów czasowych. Zamiast tego stwierdziliśmy, że mógłby więc zabrać rzeczy od tej firmy i śmigła do uszkodzonego drona jednego z żeglarzy, których poznaliśmy w Brazylii. Chłopak nie miał za wiele miejsca w bagażu, więc na pierwszy rzut poszły tylko jakieś drobiazgi od tej firmy o wartości rynkowej nieweiele ponad 100 zł. Chłopak nie mógł zabrać tego, na czym zależało nam najbardziej – nowego transportera dla Snupiego. Od razu ostrzegłem „sponsora”, że te rzeczy mogą ostatecznie do nas nie trafić, z przeróżnych przyczyn i nakreśliłem skomplikowanie całej naszej sytuacji. No i stało się, chłopak zapomniał tych drobiazgów, bo skupił się na zbaraniu śmigieł do drona (za długa historia, by ją tutaj przytaczać). Ale jakiś miesiąc później znalazłem dziewczynę, która lecieć miała do Peru i zabrać dla nas mogła nowy transporter. Piszę więc z wielką radością do firmy, że mogą szykować transporter. Oni mi odpowiadają, że nie przekażą nam nic więcej, bo „zablokowaliśmy” ich tym, że nie dotarły do nas poprzednie rzeczy… Czaicie?! To się nazwa pomoc i zrozumienie dla podróżników na drugim końcu świata z psem, powód – 100 zł wartości rynkowej, czyli produkcyjnej kilkadziesiąt złotych. Czyli o wiele, wiele mniej, niż gdyby mieli nam te rzeczy wysłać do Brazylii. Podkreślam, sami się do nas zgłosili z propozycją.

No i jeszcze jeden przypadek. Firma ubezpieczeniowa, która dostawała od nas, zgodnie z umową kilka zdjęć miesięcznie, a do tego dorzucaliśmy wiele więcej w „gratisie”, np. tagowanie w postach. Ani razu nie potrafili mi nawet zorganizować normalnej wizyty. Najpierw umówili mnie do dermatologa w klince, gdzie nie przyjmuje dermatolog, potem do szpitala, gdzie jak przyszedłem, to odmówiono mi pomocy. A na sam koniec współpracy – na szczęście umówa z nimi wygasa z końcem lipca, firma odmówiła wykonania zabiegu (po otrzymaniu z Brazylii zdjęcia) usunięcia mi pieprzyka, który może być zaczątkiem czerniaka. Jak tak traktują swoich ambasadorów, to jak potraktują szarego człowieka? Czy mogę powiedzieć o niej jedno dobre słowo? Jedyne, że zaoferowali nam kupno nowego aparatu, po tym, jak nasz wpadł do wody. Ale wolałem nie sprzedawać duszy diabłu, bo w ostatecznym rachunku, na pewno nie byłby ten aparat nam przekazany za „darmo”.

Podsumowując, nie robimy tego bloga dla sławy i kasy. Ale przy uwzględnieniu okoliczności, nie damy rady bez wsparcia. Ruszyliśmy rok temu z ponad 40 tys. zł oszczędnosci i wynajmowaniem mieszkania. Teraz mamy niecałe 20 i musimy zacząć dzielić zyski z wynajmu z rodzeństwem. A w planach mamy jeszcze spory kawałek Ameryki Południowej, no i musimy jakoś wrócić do Polski. Opcji jest kilka, jeden z planów zakłada powrót przez USA, Kanadę i Alaskę do Kamczatki a stamtąd, po zahaczeniu o Chiny, powrót koleją do Europy. Zamiast użerać się z wieloma firmami, wolimy liczyć na Was i skupić się na tych, które o nas dbają. To Wy jeszcze powodujecie, że nie zostawiliśmy już dawno tego bloga. Wasze słowa pochwały, że podoba Wam się nasz sposób pisania i prowadzenia bloga, albo wiadomości, że inspirujecie, że dzięki nam ktoś zdobył odwagę i motywację: by wyjechać ze swoim psem czy w ogóle wyjechać do jakiegoś „egzotycznego” kraju… z plecakiem… autostopem, a czasem nawet, że zmusiliśmy ich do przemyślenia całego systemu wartości.

Prowadzenie bloga, wbrew pozorom, bardzo sporo nas kosztuje. Nie mówiąc o tak oczywistych wydatkach jak: laptop, kamera, aparat, a w trakcie podróży nowy laptop, nowe GoPro (które, jak część z Was może pamiętać, z dnia na dzień przestały działać w Brazylii i w ciągu miesiąca musieliśmy wydać ponad 5 tys. zł). Dochodzą koszty mniej oczywiste. Jeśli chcemy napisać post czy zmontować filmik, musimy zatrzymać się w hostelu z prądem, internetem i spokojem (często, gdy ktoś nas zaprasza do swojego domu, nie pracujemy nad blogiem, bo nie wypada siedzieć z nosem w komputerze, gdy ktoś nas gości). Musimy doładowywać telefon internetem, by na bieżąco coś wrzucać. Albo zamiast zjeść coś ze stoiska na ulicy, pójść do restauracji z WiFi. Gdybyśmy podróżowali sami dla siebie, moglibyśmy robić wszystko dużo bardziej dziko, czyt. taniej.

Oczywiście, blog jest inwestycją w nas samych, to nie jest tak, że robię go tylko dla Was Gdy wrócimy do Polski, może uda nam się dzięki niemu zdobyć jakąś ciekawą pracę. Ja i Iza rozwijamy swoje umiejętności językowe i ogólno-poznawcze, Iza uczy się także montażu. Na razie musimy jednak powiedzieć wprost, nie mamy z tego bloga prawie nic namacalnego, poza Waszymi komplementami. To także nas trochę męczy i demotywuje. Człowiek, gdy nie widzi rezulatatów swojej pracy, a się stara, traci do niej mobilizację. Te wszystkie mało atrakcyjne odpowiedzi firm sprawiają, że czujemy się jakby to wszystko, co robimy, było takie nic nie znaczące, jakby to była bułka z masłem. A przecież słyszeliśmy, że można, że da się i co chwilę docierają do nas takie wieści, że na blogu można zarabiać, że ktoś z zachodu dostał katamaran. I wtedy się zastanawiamy, czy to my jesteśmy za słabi, czy w złą stronę kierujemy swoją energię.

Osobnym wątkiem, ale dość ważnie powiązanym z tym wszystkiem, jest to, że w Polsce wciąż czasopisma czy portale internetowe wolą napisać artykuł o norweskim psie, który podróżuje po Norwegii, czy amerykańskim psie, który podróżuje po USA (swoją drogą robią przepiękne zdjęcia, ich właściciele są fotografami i od tych zdjęć oczu oderwać nie można ). Nie chcą jednak napisać o polskim psie, który przebył już całkiem spory kawał świata. Mam swoje podejrzenia, że wynika to z kilku czynników.

Pierwszy – wielu dziennikarzy nie potrafi nawet zrobić porządnego research’u: bo są dziennikarzami z przypadku i nie pomyślą, nie potrafią. Albo zarabiają za mało, więc im się nie chce, nie mają czasu, a i tak są dodatkowo poganiani, więc wolą ściągnąć anglojęzyczny artykuł i go sobie przetłumaczyć w google translate. Przykład – napisał do nas na blogu dziennikarz z Newsweek, że chce, żebym udzielił wypowiedzi ws. jachtostopu. A na koniec pytam się go, czy nie chcieliby napisać o podróżującym psie, a on do mnie „a jest taki?”. Czaicie?! Pisze do mnie przez bloga i nawet nie sprawdzi co my na tym blogu robimy. Poza tym w Polsce wciąż panuje przekonanie, że to, co zachodnie, to fajniejsze, ładniejsze, ciekawsze, lepsze, takie „amerykańskie”. Co z tego, że często to wszystko jest podkoloryzowane, zretuszowane, podciągniete w photoshopie, a za tym kimś stoi… właśnie wsparcie w postaci sponsorów. Nawet autorzy artykułów o fali porzuceń psów w wakacje (http://www.tokfm.pl/Tokfm/51,130517,23642495.html?i=4), nie wspomną o naszej działalności. By zamiast tylko trąbić o problemie, pokazać dowód, że można z psem podróżować bez większych problemów.

Wydaje mi się, że wynika to także z zawiści. Kogoś „obcego” to można zareklamować, ale ‘ty Polaku, oooo nie! Chcesz mieć wzmiankę o sobie w mojej gazecie, na mojej stronie, to zapłać. Za darmo, to nie ma nic” (przykład – pewna strona na facebooku, chciała od nas 600 zł za to, że opublikowaliby artykułu o tym, dlaczego zdecydowaliśmy się na ślub za granicą. Strona, która pisze, że istnieje po to, by inspirować młode pary do ciekawych rozwiązań na swoim ślubie. Dajemy im artykuł, ciekawy dla ich odbiorców, a oni zamiast zapłacić mi, to chcą jeszcze pieniądze od nas. Rozumiecie to? Bo ja nie. Na marginesie ich konto także jest pompowane pustymi kontami). Zresztą psucie rynku wydawniczego przez blogerów to teraz norma, zwłaszcza jeśli chodzi o artykuły podróżniczne. Ludzie jadą na wakacje, prawie all-inclusive, piszą swoje wypociny w stylu „byłem, widziałem, tekst z wikipedii, cyknąć 10 prostych fotek, wkleić, zamieścić w internecie”, albo są gotowi oddać to do czasopism podróżniczych, jak „Poznaj Świat” czy wspomniany, „Traveler”, nawet za darmo. Teraz każdy może być dziennikarzem… szkoda tylko, że jednak nie może, potem mamy niesprawdzone – błędne czy wręcz fałszywe informacje. Nie do końca rozumiem, po co te osoby przekazują swoje artykuły? Często na tym jednym artykule kończy się ich twórczość, więc PO CO? To zabija prawdziwych dziennikarzy i ciekawe dziennikarstwo, gdy ktoś jedzie do jakiegoś kraju i poświeca mnóstwo energii i czasu na realne wtopienie się w tamtejsze zwyczaje. Ryzykuje zdrowie i życie, by dostać się w niebezpieczne tereny. Jakieś 3 lata temu, za moją gigantyczna relację z Armenii ze zdjęciami, łącznie ponad 20 tys. znaków, którą można by rozdzielić na 3 artykuły, czasopismo „Poznaj Świat” zaproponowało mi 300 zł (pod warunkiem przekazania także zdjęć). Podczas gdy stawka szanującego siebie i rynek dziennikarza, to minimum 20 zł za tysiąc znaków, a powinna być większa. Ostatecznie stawka nie byłaby taka zła, bo redakcja ten tekst chciała skrócić do 10 tys. (to kolejny absurd, jak w niecałych 4 stronach można opisać wrażenia z całego kraju, czemu nie wzięli całości jako dwa teksty i nie opublikowali w częściach?). Ostatecznie zrezygnowałem, zmodyfikowałem tekst i opublikowałem u nas na blogu.

Z kolei w kwestii psucia rynku blogerów, tego, że sponsorzy proponują ochłapy, to także wina niektórych blogerów, którzy za przysłowiową „paczkę wacików” wartą 10 zł, są gotowi sprzedać swoją duszę. Byle tylko coś dostać, byle tylko ich artykuł został udostępniony przez kogoś jeszcze. No i tacy rozpieszczeni sponsorzy, zawsze znajdą frajera. Należy jednak zastrzec, że są także tacy blogerzy, którzy nie wywiązują się w ogóle ze swojej współpracy i sponsorzy niechętnie podchodzą do następnych. Ale to już znowu osobna historia.

Wróćmy do nas. Nawet strony o tematyce adopcji psów niechętnie o nas wspominają. Czemu? Jedna, chyba dlatego, bo nie zgadza się z niektórymi naszymi poglądami w kwestii wychowania psów. Boi się zająć jakieś konkretne stanowisko, by się komuś nie narazić, wiadomo lepiej być w nijakim w dzisiejszym świecie. Przypuszczam też, że myślą, że chcemy na Snupku zbić majątek i go wykorzystujemy. (Swoją drogą wielkie uznanie dla Wadim Lis, administratora dużej i zintegrowanej grupy PSI FAN, który pozostaje wierny swoim przekonaniom i robi dobrą robotę – nie pozostawia ludzi z psem i z problemem). Inne, nie mam pojęcią czemu. Czemu np. Schronisko na Paluchu nie prowadzi cyklinczyh relacji z naszej podróży, przecież Snupi to ich dawny podopieczny? Pisaliśmy do nich nawet zanim powstała idea bloga, a już mieliśmy kilka podróży, że chętnie weźmiemy udział w jakiś festynach i opowiemy historię podróżującego psa. Czy pokazywanie, że z psem da się robić niemal wszystko, nie jest dobrym motywatorem do adopcji? Albo pokazaniem tym, którzy już mają psa, że z „Azorem” też można pojechać gdzieś dalej niż nad Morze Bałtyckie? Inne strony o tematyce psiej, np. prowadzące ewidencję restauracji czy hoteli psioprzyjaznych zapewne o nas nie wspomiją, bo zbyt często pokazujemy, że znalezienie takiego miejsca jest banalnie proste i nie wymaga wielogodzinnych przygotowań i zmartwień wcześniej. Boją się, że przez pisanie o nas, zaprzeczą sensowi swojego istnienia. Niesłusznie, bo ZAWSZE będzie grono ludzi, którzy wolą wszystko zorganizować z wyprzedzeniem, na spokojnie i bez ewentualnego stresu. Mnie osobiście ogromnie rozbawia, jak ktoś woli spędzić godzinę na pytanie w internecie – gdzie znajdzie psioprzyjazną kawiarnię w Warszawie, zamiast po prostu wyjść na ulicę i w 15-minutowy spacerek z psem znaleźć kilka takich miejsc. Odmówią w pierwszym, zgodzą się w drugim, jak w drugim nie, to na pewno w trzecim. Nigdy, ale to nigdy, nie musieliśmy z Izą pójść dalej, niż do trzeciego obiektu, by znaleźć psioprzyjazną restaurację, hotel itd. A ile jest restauracji w zasięgu 15 minutowego spaceru? W centrum miasta z 20, jak nie więcej!

Nawet wielu naszych znajomych „żałuje” nam „lajka”. Rozumiem pod konkretnym postem, nie muszą przecież śledzić co u nas, ale chociaż sam fanpage jako całość mogliby polubić.

Dlatego ogromnie dziękujemy wszystkim, którzy z nami są i zapewniamy, że dopóki będziemy dawać radę, będziemy robić swoje.

czyli to

Mam nadzieję, że nikt z Was nie czuje się oszukany, wykorzystany, że próbujemy na Waszej obecności coś ugrać. Po to właśnie napisałem cały ten artykuł, żeby spróbować wyjaśnić całą sytuację.
Jeśli chcielibyście, żebym rozwinał jakiś wątek tutaj zaprezentowany, dajcie znać. Zadawajcie pytania i wyrażajcie wątpliwości. A po nasze ładne zdjęcia, zapraszam na nasz instagram 🙂

Share on Facebook0Tweet about this on Twitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *