TURYSTYCZNY FILTR WODY – czy warto go mieć i jak działa?

Tutaj akurat używamy filtra słomkowego z dołączonymi w zestawie zgniatanymi butelkami, które przyspieszają przepływ wody.

Turystyczny / przenośny filtr wody to pierwsza rzecz, jaka powinna wylądować w Twoim bagażu zaraz po zapasowych majtkach. Nie ważne gdzie i na jak długo jedziesz. To absolutna podstawa przy podróżowaniu, nie tylko w stylu backpacking. To ogromna oszczędność pieniędzy, wagi w plecaku, gwarancja braku problemów żołądkowych (my już nieraz mieliśmy problemy po wodzie, która teoretycznie miała być czysta) w skrajnych przypadkach gwarancja zachowania życia i zdrowia, gdyby się okazało, że jesteś w miejscu, gdzie nie masz innych metod pozyskania czystej wody. Przede wszystkim to ogromny ukłon w stronę ochrony środowiska.

Jak duża oszczędność pieniędzy i wagi?

To zależy gdzie jedziemy i jaki kupimy filtr. Fundamentalne do takich kalkulacji jest najpierw uzmysłowienie sobie, że 1,5-litrowa butelka wody kosztuje, prawie wszędzie na świecie, minimum 2-3 zł, a często o wiele więcej. W wielu zakątkach Ameryki Południowej butelka w małych miejscowościach potrafi kosztować 4 a czasem nawet 5 zł. Cena małej butelki wody na dworcu czy lotnisku to koszt już ok. 10 zł wzwyż.

Jeśli chodzi o wagę, to taka butelka waży 1,6 kg (woda 1,5 kg + waga butelki) i jest to najcięższa jednostkowo rzecz w plecakach, przynajmniej w naszych, a człowiek w normalnych warunkach powinien wypijać minimum 2 litry wody dziennie. W podróży, przy wysiłku i upale ta ilość musi być znacznie większa. Zamiast więc taszczyć wodę kilometrami, z filtrem możemy ją po prostu na bieżąco zdobywać i odcinki jej noszenia ograniczyć do minimum.

Od razu tutaj wspomnę o tabletkach uzdatniających wodę, bo wiele osób pewnie o nich słyszało i powie, że można je używać zamiast filtra. Te tabletki to potworny syf dla naszego organizmu. Przecież wody w nich nie „oczyszcza” magiczna wróżka, tylko składniki tych tabletek, jak np. chlor. Jeśli ktoś z Was chce się nim regularnie faszerować, to tak, może wybrać tabletki. Drugie kwestia – tabletki są całkowicie nieopłacalne przy dużych ilościach wody i często trzeba odczekać z konsumpcją wody kilkanaście minut po ich wrzuceniu.

Jeśli chodzi o same filtry, to na rynku, jest coraz więcej wynalazków. Nawet na polskim rynku ich dostępność jest całkiem dobra. Choć nie tak urozmaicona (a przez to tańsza), jak na rynku Stanów Zjednoczonych. Jedne to filtry wbudowane w butelkę, inne to filtry słomki, są też filtry z różnego rodzaju pompką – do szybszego i wygodniejszego pozyskiwania czystej wody. Wszystkie mają swoje wady i zalety, które sprowadzają się do kombinacji: ceny, wagi, wydajności. Może o wadach i zaletach każdej z tych opcji wspomnę dopiero na sam koniec, a teraz opisze w skrócie jak taki filtr się przydaje i jak w ogóle działa.

Filtry działają na zasadzie bardzo prostej i stricte fizycznej. Zbudowane są z tysięcy kanalików, które mają w swoich ściankach tysiące, miliony otworów (porów), a otwory te są po prostu mniejsze niż to, co mają zatrzymać. Tak małe, że nie przejdą przez nie nawet bakterie.  Żywotność dobrych filtrów (słomkowych i z pompką) to zazwyczaj minimum 50 tysięcy litrów wody – jak na spokojnie to policzymy, to jeśli nikt nam go nie ukradnie i go nie uszkodzimy (np. poprzez upadek z dużej wysokości lub na coś twardego), to odkryjemy, że starczy na całe życie. Wystarczy go umyć w wodzie z octem. Nigdy nie myjcie filtra wodą z mydłem/płynem do zmywania, bo go zniszczycie. To wszystko przy cenie takich produktów od. 200 (słomkowych) do 1000 zł (z pompką). Ogromna – może się wydawać początkowo… To teraz przypomnijcie sobie cenę wody w butelce ze sklepu i ilość litrów jakie musicie dziennie spożywać i podzielcie to sobie przez cenę filtra. Jak zobaczycie, w praktyce, filtr może się zwrócić już po 2 czy 3 dłuższych wyjazdach, a przy tym ograniczamy produkcję plastikowych śmieci do minimum. 2 tygodnie wakacji i zamiast zostawić po sobie 28 plastikowych butelek, 28 nakrętek, 28 folijek etykiety i zanieczyszczeń od zużycia surowców  użytych do ich produkcji, możemy nie zostawić po sobie… NIC (jeśli zaopatrzymy się w butelkę wielokrotnego użycia, którą opisałem w innym artykule cyklu „rzeczy przydatnych w podróży„. Polecam zajrzeć, bo dowiecie się, że zalety takiej butelki wielokrotnego użycia to też ochrona naszego własnego zdrowia).

Większość filtrów wody eliminuje (a właściwie zatrzymuje) tylko bakterie, pierwotniaki oraz pasożyty oraz ich jaja, NIE eliminuje natomiast wirusów (są one mniejsze od bakterii i mniejsze niż pory ścianek większości filtrów). Są jednak filtry o odpowiednio małej średnicy porów, które zatrzymują wirusy, a przynajmniej część z nich. Bakterie mają zazwyczaj wielkość w zakresie od 0,3 μm (mikrometra) do 750 μm. Wielkość tych najpopularniejszych i niebezpiecznych dla człowieka wynosi ok. 0,5 mikrometra. Zdarzają się bakterie mniejsze niż 0,3, dochodząca nawet do 0,2 , ale to niezwykła rzadkość i mało w nich bakterii niebezpiecznych dla naszego organizmu. Z kolei największe wirusy mają rozmiar taki, jak najmniejsze bakterie. Te najmniejsze wirusy mają rozmiary schodzące już do 3-go miejsca po przecinku, a więc 0.00X mikrometra.

Ale spokojnie, skażenie wody wirusem jest jak szansa trafienia w totka . Należy się tym  przejmować mocniej w rejonach tuż obok siedlisk nietoperzy lub innych zwierząt czy ludzi, jeśli wiemy, że panuje zaraza (wirus potrzebuje do przeżycia bardziej odpowiednich warunków niż bakteria, zazwyczaj poza ciałem nosiciela umiera stosunkowo szybko, przynajmniej w porównaniu do bakterii, które mogą się mieć wyśmienicie niemal wszędzie i długo). Zatem filtry o porach 0,3-0,2 μm dają Wam niemal 100% pewność zatrzymania wszystkich bakterii. Jeśli chodzi o wirusy, no to każdy wartość niższa ochroni Was dodatkowo.

Filtry nie eliminują też zazwyczaj zanieczyszczeń chemii przemysłowej, ALE JEST TO MOŻLIWE. Mianowicie niektóre filtry mają dodatkowy wsad z węglem (tzw. węglem aktywnym, takim samym, jak bierzemy przy problemach żołądkowych w pastylkach), który pochłania część zanieczyszczeń „chemicznych”, np. chlor. Należy jednak pamiętać, że węgiel wyłapuje tylko część takich zanieczyszczeń, zazwyczaj tych o prostych budowie – w sensie ja w życiu nie wypiłbym wody z rowu niedaleko jakiegoś pola uprawnego, pełnego pozostałości po opryskach i nawozach, albo przy dużej drodze. Węgiel wyłapuje także bakterie i wirusy. Pozwólcie, że pominę tutaj już wyjaśnienia jak działa węgiel, bo to łatwo odnajdziecie w internecie, w wielkim skrócie – jego powierzchnia ma taką strukturę, że jest w stanie wiązać i absorbować w siebie zanieczyszczenia.

Wsad z węglem starczy na dużo krócej, niż zasadnicza część filtra i jest to stosunkowo na niewiele – zazwyczaj 400-1000 litrów. Oczywiście łatwo wsypać nowy węgiel. Tutaj polecam, by zamiast kupować dedykowany i oryginalny węgiel, to iść do sklepu akwarystycznego i kupić tam węgiel w ułamku ceny znanych ze sklepów ze sprzętem turystycznym. Nie w każdym filtrze jednak da się samemu wymienić węgiel i konieczny będzie zakup całej nowej części. Wsadu z węgla nie można czyścić octem, bo węgiel go po prostu zabsorbuje, węgiel po prostu należy wymienić.

Zamiast pisać tylko teoretycznie o zaletach filtra, wymienię konkretne sytuacje, w jakich ogromnie się nam przydał. W Wenezueli pośrednio dzięki filtrowi zaoszczędzić mogliśmy ponad 400 zł. Zamiast jechać jeepem z agencji turystycznej za wspomnianą sumę, pojechaliśmy autobusem za 20 zł, a ostatnie 25 km drogi przeszliśmy pieszo. Ten odcinek to całkowite odludzie, jednocześnie brak na nim miejsc, z których bez obaw wypilibyśmy wodę bez filtrowania. Gdybyśmy chcieli wziąć zapas wody butelkowanej na te 25 km, to musielibyśmy w swoich plecakach nieść dodatkowo z 8 litrów wody, a nasze plecaki były i tak już bardzo ciężkie – pełne jedzenia na 8-dniowy trekking na szczyt góry Roraima.

Filtr przydał nam się nawet w wysokich górach. Zazwyczaj w górach wodę można pić prosto ze strumieni bez większego zmartwienia. Nie ma tam osad ludzkich, które byłyby źródłem skażenia, a woda pochodzi ze śniegów lub opadów. Ale my na 2500 metrów w Szwajcarii nie mogliśmy odnaleźć żadnego strumienia przez 2 dni, tamtejsze lodowce już dawno przestały istnieć. W końcu, gdy odnaleźli, to był bardzo mały, a wyżej widzieliśmy stado kozic, które z niego piły. W takich okolicznościach istniało ryzyko, że część ich odchodów mogła trafić to wody, istnieje też ryzyko – może akurat nie w tej sytuacji – że jakieś zwierze zdechło przy wodzie). Użyłem więc filtra.

Filtr wody pomagał nam też w Maroku, gdzie z Izą mieliśmy nieustanne problemy z przetrawieniem wody innej niż butelkowana. Nawet gdy była ona, a przynajmniej powinna być, wolna od wszelkich niebezpiecznych bakterii – np. na pustyni z głębokiej na 20 metrów studni. Wystarczy jednak, że w wodzie są bakterie całkowicie inne niż te, do których przyzwyczajony jest nasz żołądek i już woda może powodować dyskomfort – może nie od razu biegunkę, ale chociaż to, że przez godzinę wszystko będzie nam się w żołądku kotłowało.

Tutaj zastrzeżenie – nie używajcie filtra zawsze i wszędzie, bo filtr zatrzymuje też niektóre minerały, no i należy przyzwyczajać organizm do ogólnodostępnej wody pitnej i jej flory bakteryjnej. Czasem jednak nie ma czasu na takie przyzwyczajani , tak jak w naszym przypadku – gdy co kilka dni jesteśmy w zupełnie innym regionie. Organizm można przyzwyczajać, gdy jedziemy np. na tydzień trekkingu w jednym miejscu, albo gdy woda jest delikatnie inna od tej, którą zna nasz organizm. Co innego gdy codziennie jesteśmy w miejscach oddalonych od siebie o kilkaset kilometrów – tak jak np. my w Brazylii czy Maroko.

Tutaj zarzucę Was kolejną ciekawostka, twarda woda – na którą tak się narzeka w Polskich kranach – to zdrowa woda. Twardość wody oznacza bowiem stopień jej zmineralizowania. Woda bez minerałów jest wręcz niebezpieczna dla organizmu człowieka, bo nie ma w sobie żadnych „wartości odżywczych”. Wiecie, że w Finlandii wodę się specjalnie utwardza?!

Jak już jesteśmy przy dobrych radach, to nie podawajcie swojemu psu wody mineralnej/butelkowanej (która może mieć jeszcze więcej minerałów niż twarda woda z kranu – jeśli to jest prawdziwa woda mineralna, a nie oszukana, jak większość butelkowanych wód). Tak, jak musimy sami się przyzwyczajać do ogólnodostępnej wody pitnej i budować florę bakteryjną u siebie, tak tym bardziej należy to robić u psa. Psy potrzebują znacznie więcej wody niż my, więc zbankrutujecie podając psu tylko wodę butelkowaną. Poza tym, my – ludzie czasem jeszcze zniesiemy trudne warunki i duży wysiłek bez wody. Pies bez wody nie da rady. Co zrobicie, gdy nie będzie wtedy wody butelkowanej ani filtra? Psa nie da się też nieustannie upilnować, jak będzie mu się chciało pić, to wypije nawet z kałuży. Pies potrzebuje znacznie „mocniejszej” flory bakteryjnej w swoim żołądku, więc nie róbcie ze swojego miękkiej żaby. Co więcej, woda mineralna a więc wybitnie wysoce zmineralizowana może być obciążeniem dla nerek i organizmu psa.

Tak więc apel najważniejszy – wszystko z umiarem i rozsądkiem.

Filtr wody może nam się też przydać w sytuacji, gdy mamy wodę nalaną z czystego – pewnego źródła, ale zdążyła się ona zepsuć, bo np. przez 2 dni była w butelce w upale. Wystarczy, że na nowo ją przefiltrujemy.

Pewnie ktoś z Was powie, przecież można wodę zagotować! Oczywiście, ale wtedy trzeba mieć gaz, palnik, trzeba poświęcić na to czas, a potem trzeba poczekać aż woda ostygnie. Używanie gazu kempingowego do gotowania jest o wiele droższe niż zakup filtra wody.
Jednocześnie odradzam też pastylki uzdatniające wodę, straszne to świństwo – pod względem wpływy na nasz organizm. Również jest to rozwiązanie o wiele droższe w ujęciu długofalowym i dużej ilości wody.

Jeśli wydaje Ci się, że filtr wody przyda się tylko na ekstremalne wyjazdy i w trudnym terenie, to pomyśl, że filtr z wsadem z węglem może się przydać nawet na lotnisku w cywilizowanym kraju, gdzie woda z kranu nadaje się do picia, ale jest uzdatniania chlorem. Zamiast kupować butelkę wody za 10, 12 czy 16 zł, możesz nalać sobie wody z kranu, a węgiel wyłapie chlor.

Kolejna ciekawostka – coraz mniej krajów, przynajmniej tych dobrze rozwiniętych, dodaje chlor do wody lub robi to w minimalnym stężeniu. Przykładowo, woda w warszawskich wodociągach jest jedną z najlepszych w Europie i jest zdrowsza niż wiele wód z butelki.

Jak już wspomniałem na początku, filtr wody to też całkiem dobra metoda dbania o środowisko. Zwłaszcza w trudnodostępnych terenach czy krajach, gdzie coś takiego jak recykling śmieci nie istnieje. Zamiast każdego dnia produkować nowe odpady plastiku, możemy używać tych samych butelek przez kilka dni. Więcej wyliczeń o tym, jak wiele śmieci możemy zaoszczędzić używając filtra, dokonuję przy opisie innej przydatnej w podróży rzeczy – butelkach wielorazowego użytku.

Teraz obiecane szybkie porównanie cech filtrów z pompką, słomkowych i wbudowanych w butelkę. Zacznijmy może od filtrów słomkowych, bo w Polsce są najbardziej łatwe do odnalezienia w sklepach. Najpopularniejszym na rynku jest chyba jest chyba Sawyer Mini.  Nie będę go konkretnie komentował, bo nigdy nie używałem, ale wiem, że mnóstwo osób go używa i jest zadowolonych. My używaliśmy przez ostatni rok podróży także filtra słomkowego, ale amerykańskiej firmy Survivor Filter, której produkty nie są dostępne poza USA (chyba że na aukcjach od prywatnych osób).  Zaletą naszego filtra słomkowego jest to, że posiada wymienny wkład z węglem i ma bardzo małe pory.

To jeden z najlepszych filtrów na świecie, biorąc pod uwagę żywotność, wsad węglowy i cenę za to wszystko.

Filtry słomkowe mają przede wszystkim bardzo dużą żywotność – zazwyczaj minimum 50 tys. litrów wody. Ale ich największą zaletą jest minimalny rozmiar i waga (do 100 gram). Taki filtr możemy wrzucić w zasadzie sobie w kieszeń (to np. ważne przy używaniu filtra przy temperaturach poniżej 0, gdzie filtr musimy trzymać blisko ciała, by nie zamarzły w nim resztki wody, co może go zniszczyć). Druga główna zaleta to bardzo małe ryzyko jakiekolwiek usterki, bo filtr to w zasadzie sam filtr i jego plastikowa obudowa, nie ma co się ułamać, zgubić itd.

Wady to utrudnione picie – woda płynie tylko poprzez siłę naszego zasysania albo grawitacyjnie, więc tempo przepływy wody jest powolne. Możemy przyspieszyć przepływ, ale musimy mieć wtedy butelkę z odpowiednim rozmiarem ustnika, którą da się podkręcić do filtra, ale i tak mocno to nie przyspieszy, jeśli nie będzie to butelka elastyczna w formie możliwego do ściskania woreczka – przykład TUTAJ.  No i przykładowo, my mamy problemy z poczuciem orzeźwienia, gdy pijemy prosto z filtra przy tak małym przepływie, dlatego lepiej najpierw wodę sobie przefiltrować do butelki, kubka i wypić z nich.

Filtry z pompką mają również gigantyczną żywotność, często jeszcze większa niż słomkowe. Ich zaletą jest znacznie szybszy przepływ wody, dwukrotnie a nawet jeszcze szybszy niż z filtra słomkowego. Pompować wodę możemy niemal w każdej pozycji i wodę brudną możemy pobierać bezpośrednio ze źródła poprzez wężyk. Co nie zmusza nas do zanurzania w niej rąk, czy brudzenia butelki/kubka, pochylania się i podchodzenia blisko do krawędzi zbiornika wodnego. My własnie wymieniliśmy nasz filtr słomkowy na filtr z pompką, bo przefiltrowanie wody dla 2 osób i psa bywało przy filtrze słomkowym dość czasochłonne i irytujące (zwłaszcza gdy robi się to codziennie, kilka razy dziennie). A jak wspomniałem przy piciu prosto z filtra trudno było nam poczuć przyjemnie uczucie orzeźwienia.

Wadą filtra z pompka jest zwiększenie wagi, w naszym przypadku będzie to 3-krotność i nasz nowy filtr waży 300 gram, co i tak jest wynikiem bardzo niskim, jak na filtr z pompką.  Większość zaczyna się od 400 gram, do nawet 700. Co za tym idzie, też zwiększenie rozmiaru, o taki filtr może być trudniej zadbać w mroźnej temperaturze, bo nie schowamy go sobie blisko ciała i więcej pracy wymaga też jego czyszczenie. Istnieje też ryzyko usterki, np. złamania rączki pompującej.

Tutaj mogę się jeszcze wypowiedzieć o filtrze MSR Trailshot, który jest bardzo prostym filtrem z pompką na zasadzie „gruszki”. Waży zaledwie 160 gram, ale żywotność filtra w nim  „tylko” 2000 litrów (zależy od stopnia zanieczyszczenia wody – z czasem pory filtra się najzwyczajniej zatykają i przepływ wody jest coraz wolniejszy). Cena standardowa to ok. 240 zł, my dorwaliśmy go 3 lata temu w promocji za 180 i to uważam za w miarę uczciwy stosunek. Chociaż filtr miał pompkę i działał szybciej niż filtr słomkowy, to jednak nie była to prędkość wybitnie szybsza, a wymagała ogromu pracy. By przepompować wodę dla naszej trójki… to już ręka mi odpadała w połowie. Z czasem, gdy filtr już się trochę zapchał, była to wręcz udręka i walka z wiatrakami. Gruszka jest po prostu za mała – mieściło się w niej za mało wody i niewygodnie się ją pompowało, filtr musi być w idealnej pozycji – pod dobrym kontem, bo inaczej przestaje dobrze przepychać wodę, dziubek z którego wypływała czysta woda z czasem zaczął tę wodę straszliwe rozlewać, zamiast wypuszczać jednolitym strumieniem, a zatyczka osłaniająca ustnik (zamontowana na stałe) cały czas wpadała w strumień przefiltrowanej wody i przeszkadzała. Gdy filtr już się tak zapchał, że nie dało się go umyć octem, to zakup nowego wsadu – a nie całości z gruszką – jest całkowicie nieopłacalny, bo wsad kosztuje jakieś 120-150 zł, co przy cenie nowego filtra w promocji za 190-200 zł jest kpiną.

Co pół butelki musieliśmy zmieniać rękę lub chwyt, bo przepompowanie większych ilości wody filtrem MSR Trailshot to po prostu mordęga.

No i mocno reklamowane butelki z wbudowanym filtrem. Dość popularny i reklamowanym jest firma Lifestraw, Dla mnie to rozwiązanie dobre tylko dla kogoś, kto jeździ raz w roku na wakacje i tylko wtedy chce używać filtra. W pozostałych przypadkach takie butelki są całkowicie nieekonomiczne, bo kosztują dość drogo czyli ok. 200 zł (tyle co filtr słomkowy), a w większości z nich filtr starczy tylko na 1000 litrów-2000 litrów. I co z tego, że można dokupić potem nowy wsad filtrujący, jak on kosztuje 75% całego urządzenia?!
Zaleta to na pewno wygoda picia, po prostu wlewamy brudną wodę, a pijemy czystą, ale to rozwiązanie bardzo słabe jeśli podróżujemy w więcej osób, bo pić możemy tylko z tej jednej butelki. Chyba ze przefiltrujemy wodę wcześniej do pozostałych pojemników, ale po pierwsze –  jak w filtrze słomkowym działa to tylko na zasadzie grawitacyjnej i nie mamy już w ogóle jak przyspieszyć tego procesu bo nie mamy jak ściskać takiej butelki, i po drugie – z racji krótkiej żywotności filtra.

Na sam koniec wspomnę jeszcze o takim wynalazku, jak elektroniczny filtr wody firmy SteriPen. Jak on działa? Zabija bakterie i wirusy itp. za pomocą promieniowania UV. Wkładamy filtr do wody i lampa emitująca specjalną barwę promieniowania UV, zabija wszystkie świństwa. Brzmi jak niezłe science-fiction 😀 Jest to bardzo wygodne rozwiązanie, bo nie trzeba nic pompować, ściskać itd. oraz szybkie (pól litra wody oczyszcza się w 40 sekund), ale ma też kilka wad. Te urządzenia są droższe niż zwykłe filtry, są dość mocno narażone na usterki (zalanie, uszkodzenie lampy) i musimy mieć do nich baterie lub przynajmniej dostęp do ładowania. Nie działają w wodzie mętnej, czyli pełnej drobnego piachu, mułu czy jakiś pozostałości roślinnych, no i same w sobie nie oczyszczą wody z tych stałych zanieczyszczeń, chyba że dokupimy specjalną nakładkę, która tania nie jest.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *