Rzeczy przydatne w podróży z plecakiem, te bardziej nietypowe

Co spakować do bagażu w podróż? Problem niezwykle poważny przy każdym wyjeździe, ale najbardziej przy tym z dużym plecakiem, tzw. backpacking, kiedy wszystkie rzeczy dźwigamy przed długie godziny na swoich plecach, a przestrzeń mamy wyjątkowo ograniczoną.

Zaprezentujemy tutaj te mniej oczywiste rzeczy niż np. latarka czołówka, nóż, kawałek sznurka, igła z nitką, sztućce – niezbędnik. Niektóre z naszych wyborów zaskakują nawet innych długodystansowych podróżników, a my z kolei nie wyobrażamy sobie podróżowania bez nich. Wiele z nich przyda się przy każdym wyjeździe w odrobinę bardziej dzikie tereny. Artykuł będzie na bieżąco aktualizowany o kolejne przedmioty. Myślę, że idealnym rozpoczęciem będzie…

1. OBIERACZKA/ SKROBACZKA DO ZIEMNIAKÓW

To urządzenie jest idealne w warunkach podróży, gdyż bez użycia wody (z której dostępnością często jest problem) i mydła pozbędziemy się bakterii, jaj pasożytów oraz wszelkich pozostałych zanieczyszczeń z owoców i warzyw.

Zacznijmy od tego, że umycie, a raczej opłukanie, samą wodą – jak robi większość osób – warzyw i owoców nie tylko w żadnym stopniu nie przyczynia się do poprawy higieniczności jedzenia, ale wręcz ją pogarsza. Sama woda, bez mydła, tylko pomaga rozmnożyć się bakterią, dowód? Po pierwsze sama nauka, a bardziej namacalny? Weźcie dwa takie same owoce/warzywa, jedno opłukajcie, a drugi nie, i porównajcie ich stan po 3 dniach (często wystarczy jeden dzień czy kilka godzin). Druga sprawa: woda, której używamy do mycia, sama w sobie może mieć bakterie, niekoniecznie muszą to być bakterie groźne dla zdrowia, wystarczy, że są to inne bakterie, niż te, do których przyzwyczajony jest nasz żołądek. Przykładowo: my z Iza mieliśmy problemy po każdej wodzie w Maroko, nawet tej niby czystej w górach (oczywiście mowa o każdej innej, niż butelkowana). Sama woda nie zmywa także pestycydów.

Żeby więc mycie miało jakikolwiek sens, trzeba użyć mydła lub sody oczyszczonej. No i tutaj się pojawią inne problemy. Jak już obiekt naszej konsumpcji będzie namydlony, to trzeba go porządnie spłukać. Inaczej, zamiast szkodliwych bakterii i pestycydów, nażremy się innej szkodliwej „chemii”, a to chyba nawet gorsze. Na dodatek zepsujemy sobie smak. Tymczasem w warunkach podróży, takie spłukanie to często coś niemożliwego. Gdy śpimy w namiocie, gdzieś przy drodze czy obrzeżach miast, to nie mamy przy sobie dużego zapasu wody, bo jest ona najwyzaczjniej jedną z najcięższych rzeczy w plecaku. Łatwiej jest, gdy śpimy w dzikiej naturze, ale wtedy mydliny zanieczyszczają środowisko (chyba że mamy mydło naturalne). Tutaj ważne wtrącenie – pamiętajcie by zęby, naczynia czy siebie samego myć z użyciem mydła co najmniej 20 metrów od rzeki, by mydliny nie trafiały bezpośrednio do wody, tylko by ziemia miała szansę je zaabsorbować, chociaż trochę przefiltrować i zmniejszyć szkodliwość na organizmy żywe.

Obieraczka to też wyśmienity sposób do pokrojenia wielu owoców i warzyw. Przecież w podróży nie mamy zastawy z 10 talerzy, wszystkich rodzajów miseczek, noży i deski, często nawet nie mamy dogodnego kawałka miejsca do „kuchennych” działań. Tymczasem obieraczką możemy łatwo pokroić np. buraka, marchewkę na plasterki, nie brudząc sobie przy tym za bardzo rąk ich sokami. To samo dotyczy wycięcia zepsutych kawałków, np. z owoca mango, które jest pełne potwornie lepkiego soku, albo twardych pozostałości skórki w zagłębieniach ananasa. Obieraczka świetnie się też sprawdzi przy spożywaniu papai, bo zazwyczaj owoc straszliwie się rozpada i robi się z niego paćka przy większej sile dotykania go ręką, więc obieranie nożem kończy się dżemem. Są też takie owoce, jak np. tucuma, której obieranie nożem kończy się utratą dużej ilości części jadalnej.

Ogromnie polecamy więc zaopatrzenie się w obieraczkę, bo jeśli wybierzemy odpowiedni egzemplarz, to waży one tyle, co nic. Ogromnie się też przyda przy gotowaniu w trudnych warunkach, gdy mamy mało czasu, bo przyspiesza przygotowanie warzyw do dania lub gdy jest zimno, bo nie musimy ściągać rękawiczek (przynajmniej nie od razu). Ogranicza dotykanie owoców i warzyw naszymi rękami, na których też może być dużo brudu.

Ktoś powie, że owoce można czyścić alkoholem. Waga alkoholu + waga pojemnika,  w którym go trzymamy, znacząco przewyższa wagę obieraczki. Zakup obieraczki to wydatek jednorazowy, w naszym przypadku obieraczka działa już 10 lat. Alkohol trzeba uzupełniać.  Są też kraje, jak Turcja, Maroko,Indonezja, gdzie nie kupi się łatwo wysokoprocentowego alkoholu, nawet nie wiem jak z dostępnością spirytusu w aptece. Przykładowo, nawet w Brazylii, w aptekach w wielu małych miejscowościach jest tylko coś w rodzaju wody utlenionej. No i alkohol rozwiązuje tylko problem z bakteriami, a też nie musi to być w 100%, bo sekundowe przetarcie alkoholem nie daje pełnej gwarancji ich zabicia. Alkohol nie zmywa chemii z oprysków. Pozostaje problem co z pozbyciem się niesmacznej skórki i innymi, wymienionymi przeze mnie, trudnościami. Ponadto zapach alkoholu nie znika zbyt szybko i możemy sobie zepsuć wrażenia z konsumpcji.

2.FILTR WODY

My sami zaczęliśmy używać filtra dopiero rok temu, czego żałujemy, bo to ogromna oszczędność (zarówno pieniędzy, jak i wagi w plecaku), która uchroniłaby nas dodatkowo przed kilkoma problemami żołądkowymi.

Czemu oszczędność pieniędzy i wagi oraz jak duża? To już zależy gdzie jedziemy i jaki kupimy filtr. Fundamentale do takich kalkulacji jest jednak uzmysłowienie sobie, że 1,5-litrowa butelka wody kosztuje prawie wszędzie na świecie minimum 2 zł, a często o wiele więcej. Tutaj, gdzie jesteśmy aktualnie – w Brazylii – w małych miejscowościach potrafi kosztować 3,4 a czasem nawet 5 zł. Musimy także pamiętać, że taka butelka waży 1,5 kg – to najcięższa jednostkowo rzecz w naszych plecakach, a człowiek w normalnym życiu powinienen wypijać min. 2 litry wody. Co dopiero w podróży przy wysiłku i upale! Zamiast więc taszczyć wodę kilometrami, z filtrem możemy ją po prostu na bieżąco zdobywać.

Na rynku jest coraz więcej wynalazków, nawet na polskim rynku ich dostępność jest całkiem dobra. Jedne to filtry wbudowane w butelkę, inne to filtry słomki, są też filtry z różnego rodzaju pompką i te właśnie najbardziej polecam. Inne uważam – może nie za bezsensowne – ale mało użytkowe. Wskażę dwa, która według mnie są najlepszym połączeniem czynników: cena, waga, wydajność. Pierwszy to Katadyn Combi, drugi to MSR Trailshot. Największą zaletą pierwszego jest to, że żywotność filtra to ponad 50 tysięcy litrów wody – jak na spokojnie to policzymy, to jeśli nikt nam go nie ukradnie i go nie uszkodzimy (filtr jest ceramiczny), to odkryjemy, że starczy na całe życie. To wszystko przy cenie ok. 800-1000 zł. Ogromna – wydaje się początkowo, to teraz przypomnijcie sobie cenę butelki i podzielcie przez nią te 800 zł. W praktyce, filtr może się zwrócić już po 2 czy 3 dłuższych wyjazdach. Wadą Katadyn Combi jest waga – 700 gram, w naszym przypadku to właśnie zadecydowało o jego oddaniu, bo mieliśmy ten filtr już zakupiony. Zastąpiliśmy go MSR Trailshot, który waży zaledwie 160 gram i jest 3 razy mniejszy. Ale coś za coś… żywotność filtra to „tylko” do 2000 litrów (zależy od stopnia zanieczyszczenia wody – z czasem pory filtra się najzwyczajniej zatykają i przepływ wody jest coraz wolniejszy). Cena standardowa to ok. 240 zł, my dorwaliśmy promocję za 180 i to uważam za w miarę uczciwy stosunek. Jeśli chcecie, mogę napisać dokładniejszą recenzję tego filtra.

Oczywiście filtr wody eliminuje tylko bakterie i pierwotniaki, albo pasożyty i ich jaja, NIE eliminuje wirusów (są one mniejsze niż pory filtra). Jednak skażenie wody wirusem jest jak szansa trafienia w totka . Filtry nie eliminują też zazwyczaj zanieczyszeń chemii przemysłowej, ALE JEST TO MOŻLIWE. Mianowicie niektóre filtry mają dodatkowy wsad z węglem, który pochłania część zanieczyszczeń „chemicznych”, np. chlor. Należy jednak pamiętać, że węgiel wyłapuje tylko część takich zanieszczyczeń – w sensie ja w życiu nie wypiłbym wody z rowu niedaleko jakiegoś pola uprawnego, pełnego pozostałości po opryskach i nawozach, albo przy dużej drodze. Taki wsad ma np. wspomniany Katadyn Combi. Starczy on w różnych filtrach stosunkowo na niewiele – zazwyczaj 200-400 litrów. Oczywiście łatwo wsypać nowy węgiel. Tutaj polecam, by zamiast kupować dedytkowany i oryginalny węgiel, to iść do sklepu akwarystycznego i kupić tam węgiel w ułamku ceny ze sklepów ze sprzętem trekkingowym.

Zamiast pisać tylko teoretycznie o zaletach filtra, wymienię konkretne sytuacje, w jakich ogromnie się nam przydał. W Wenezuelii pośrednio dzięki filtrowi zaoszczędzić mogliśmy ponad 400 zł. Zamiast jechać jeepem z agencji turystycznej za wspomnianą sumę, pojechaliśmy autobusem za 20 zł, a ostatnie 25 km drogi przeszliśmy pieszo. Ten odcinek to całkowite odludzie, jednocześnie brak na nim miejsc, z których bez obaw wypilibyśmy wodę bez filtrowania. Gdybyśmy chcieli wziąć zapas wody butelkowanej na te 25 km, to musielibyśmy w swoich plecakach nieść dodatkowo z 8 litrów wody, a nasze plecaki były i tak już bardzo cieżkie – pełne jedzenia na 8-dniowy trekking na szczyt góry Roraima.

Filtr przydał nam się nawet w wysokich górach. Zazwyczaj w górach wodę można pić prosto ze strumieni bez większego zmartwienia. Nie ma tam osad ludzkich, które byłyby źródłem skażenia, a woda pochodzi ze śniegów lub opadów. Ale my na 2500 metrów w Szwajcarii nie mogliśmy odnaleźć żadnego strumienia przez 2 dni, tamtejsze lodowce już dawno przestały istnieć. W końcu, gdy odnaleźli, to był bardzo mały, a wyżej widzieliśmy stado kozic, które z niego piły. W takich okolicznościach istniało ryzyko, że część ich odchodów mogła trafić to wody, istenieje też ryzyko – może akurat nie w tej sytuacji, że jakieś zwierze zdechło przy wodzie). Użyłem więc filtra.

Filtr wody pomagał nam też w Maroku, gdzie z Izą mieliśmy nieustanne problemy z przetrawieniem wody innej niż butelkowana. Nawet gdy była ona, a przynajmniej powinna być, wolna od wszelkich niebezpiecznych bakterii – np. na pustynii z głebokiej na 20 metrów studnii. Wystarczy jednak, że w wodzie są bakterie całkowicie inne, niż te, do których przyzwyczajony jest nasz żołądek i już woda może powodować dyskomfort – może nie od razu biegunkę, ale chociaż to, że przez godzinę wszystko będzie nam się w żołądku kotłowało. Tutaj zastrzeżenie – nie używajcie filtra zawsze i wszędzie, bo filtr zatrzymuje też niektóre minerały, no i należy przyzwyczajać organizm do ogólnodostępnej wody pitnej i jej flory bakteryjnej. Czasem jednak nie ma czasu na takie przyzwyczajani , tak jak w naszym przypadku – gdy co kilka dni jesteśmy w zupełnie innym regionie. Organizm można przyzwyczajać, gdy jedziemy np. na tydzień trekkingu w jednym miejscu, albo gdy woda jest delikatnie inna od tej, którą zna nasz organizm. Co innego gdy codziennie jesteśmy w miejscach oddalonych od siebie o kilkaset kilometrów – tak jak np. my w Brazylii czy Maroko.

Tutaj zrzuce Was kolejną ciekawostka, twarda woda – na którą tak się narzeka w Polsce – to zdrowa woda. Twardość wody oznacza bowiem stopień jej zminerazalizowania, woda bez minerałów jest wręcz niebezpieczna dla organizmu człowieka. Wiecie, że w Finlandii wodę się specjalnie utwardza?!

Jak już jesteśmy przy dobrych radach, to nie podawajcie swojemu psu wody mineralnej. Tak, jak musimy sami się przyzwyczajać do ogólnodostępnej wody pitnej i budować florę bakteryjną u siebie, tak tym bardziej należy to robić u psa. Psy potrzebują znacznie więcej wody niż my, więc zbankrutujecie podając psu tylko wodę butelkowaną. Poza tym, my – ludzie czasem jeszcze zniesiemy trudne warunki i duży wysiłek bez wody. Pies bez wody nie da rady. Co zrobicie, gdy nie będzie wtedy wody butelkowanej ani filtra? Psa nie da się też nieustannie upilnować, jak będzie mu się chciało pić, to wypije nawet z kałuży. Pies potrzebuje znacznie „mocniejszej” flory bakteryjnej w swoim żołądku, więc nie róbcie ze swojego miękkiej żaby.

Tak więc apel najważniejszy – wszystko z umiarem i rozsądkiem.

Filtr wody może nam się też przydać w sytuacji, gdy mamy wodę nalaną z czystego – pewnego źródła, ale zdążyła się ona zepsuć, bo np. przez 2 dni była w butelce w upale. Wystarczy, że na nowo ją przefiltrujemy.

Pewnie ktoś z Was powie, przecież można wodę zagotować! Oczywiście, ale wtedy trzeba mieć gaz, palnik, trzeba poświęcić na to czas, a potem trzeba poczekać aż woda ostygnie. Używanie gazu kempingowego do gotowania jest o wiele droższe niż zakup filtra wody.
Jednocześnie odradzam też pastylki uzdatniające wodę, straszne to świństwo – pod względem wpływy na nasz organizm. Również jest to rozwiązanie o wiele droższe w ujęciu długoczasowym i dużej ilości wody.

Jeśli wydaje Ci się, że filtr wody przyda się tylko na ekstremalne wyjazdy i w trudnym terenie, to pomyśl, że filtr z wsadem z węglem może się przydać nawet na lotnisku. Zamiast kupować butelkę wody za 10, 12 czy 16 zł, możesz nalać sobie wody z kranu, a węgiel wyłapie chlor. Kolejna ciekawostka – coraz mniej krajów, przynajmniej tych dobrze rozwiniętych, dodaje chlor do wody lub robi to w minimalnym stężeniu. Przykładowo, woda w warszawskich wodociągach jest jedną z najlepszych w Europie i jest zdrowsza niż wiele wód z butelki.

Filtr wody to też całkiem dobra metoda dbania o środowisko. Zwłascza w trudnodostępnych terenach czy krajach, gdzie coś takiego jak recykling śmieci nie istnieje. Zamiast każdego dnia produkować nowe odpady plastiku, możemy używać tych samych butelek przez kilka dni.

3.AKUMULATORY DO ŁADOWANIA W ZASTĘPSTWIE KLASYCZNYCH BATERII

Chociaż w dzisiejszych czasach coraz więcej urządzeń produkowanych jest z wewnętrznymi, zintegrowanymi akumulatorami, to wciąż mnóstwo potrzebnego sprzętu działa na klasycznych bateriach „paluszkach” AA lub AAA. My mamy 3 takie urządzenia: latarki czołówki, maszynkę do strzyżenia/golenia (czemu mamy maszynkę w osobnym wątku) oraz bezprzewodową myszkę komputerową. Mieliśmy także dyktafon, który zastępować nam miał oryginalny mikrofon do kamery GoPro (który kosztuje krocie i jego podłączenie do kamery naraża ją na uszkodzenia). Ostatecznie go nie używamy i właśnie wraca do Polski z Polakiem, którego spotkaliśmy po drodze.

Te klasyczne baterie da się zastąpić takimi sami bateriami, ale wielokrotnego użytku, które da się ładować – akumulatorkami.

Czemu warto to zrobić?

1. Pieniądze.
Koszt akumulatorów rozmiaru AA, tych najlepszej klasy, zaczyna się od 8 zł. Dobra, klasyczna bateria (czyli taka, które faktycznie posłuży dłuższą chwilę, czyli ma w sobie wystarczająco mAh – mili amperogodzin) to przynajmniej 2 zł. Do akumulatorów trzeba dokupić łądowarkę za ok. 40 zł. Na początku więc wydaje się to mało opłacalne, ale musimy sobie uzmysłowić, że potem nie ponosimy już żadnych kosztów. Przecież gdy podróżujemy, prąd mamy za darmo w hotelach, restauracjach, na lotniskach, dworcach, itd. To, że w Polsce poprzez internet da się kupić dobrą baterię za 2 to komfort. Koszt w sklepie, zwłaszcza gdzieś za granicą, bywa o wiele większy, a i z dostępnością dobrych baterii może być problematycznie. Niestety nie jestem tu w stanie zaprezentować żadnego równania matematycznego, które wykazałoby po jakim czasie akumulatorki zaczynają się naprawdę opłacać. Wiem, że ja w ciągu roku podróży już ok. 20 razy ładowałem akumulatorki AA o mocy 1900 mAh i AAA o mocy 800 mAh. Produceni akumulatorków zapewniają, że niektóre mogą przeżyć nawet 1000 cykli ładowania. Oczywiście nie wierzę w to, ale jeśli przeżyją ich 500, 300 czy nawet tylko 100, to oszczędność będzie gigantyczna. Jeśli akumulatorki ładujemy we własnym domu, to i tak oszczędzamy, bo koszt energii elektycznej z sieci jest o wiele tańszy niż ten uwięziony w baterii.

2. Gotowość i pewność działania.

Jeśli wiemy, że idziemy w trudny teren na kilka dni, możemy naładować akumulatorki do pełna i nie martwić się, tak jak przy klasycznych bateriach, które są już w sprzecie, że są troche rozładowane i „padną” w środku wyprawy. Oczywiście możemy wsadzić „świeże” klasyczne baterie, ale znowu tutaj pojawia się kwestia ich ceny w danym miejscu oraz dostępności. Tymczasem jeśli trafimy do wioski, gdzie nie da się kupić nic, to i tak na 99% będzie tam prąd do naładowania akumulatorków. Jeśli nie ze stałej linii energetycznej, to chociaż przez kilka wieczornych godzin z generatora.

3. Dbanie o środowisko.

Skład baterii to ogromny syf. Nawet w Polsce, mimo istnienia w wielu sklepach specjalnych pojemników na zużyte baterie, wciąż ogromnie dużo ludzi wyrzuca je do normalnych śmieci. To teraz pomyślmy, kto dba o właściwą utylizację baterii w krajach nierozwniętych, gdzie nawet zwykłymi śmieciami nikt się nie interesuje. W trakcie podróży odwiedziliśmy mnóstwo wiosek, gdzie nie istnieje zorganizowany system zbierania śmieci. Zamiast tego lądują one w rzekach, rowach czy są spalane przed domem. Co więcej, nie raz widziałem zużyte baterie porzucone na szlaku w pięknych miejscach natury, np. w drodze na szczyt Toubkal w Maroko albo nieopodal strumyka pod płaskowyżem Roraima w Wenezueli. Zatem wydaję mi się, że o wiele lepiej kupić akumulatorki, które posłużyć nam mogą latami, niż zanieczyszczać odwiedzane miejsca zużytymi bateriami. No chyba, że chcecie wszystkie zużyte baterie przetransportować ze soba do cywilizowanego miasta/kraju, gdzie występuje ich właściwe zbieranie. Może się okazać, że zajmie Wam to tygodnie. Poza tym, jak można przypuszczać, proces produkcji nowych baterii także generuje mnóstwo zanieszyczeń, ale nie wchodźmy już w takie szczegóły.

4. Teraz powiem, jaki może być minus akumulatorów

– waga (choć ta kwestia mocno zależy od naszego sposobu przygotowania do podróży).

Waga samych akumulatorków względem klasycznych baterii jest prawie identyczna. Ewidentnie za to zwiększa ją niezbędna ładowarka. Jednak jeśli ktoś podróżuje z zapasem klasycznych baterii, to waga ładowarki jest mniejsza niż taki zapas. Waga ładowarki jest też niższa niż np. ewentualne transportowanie zużytych baterii do właściwego miejsca ich wyrzucenia.

– problem pojawia się także wtedy, gdy jakiś akumulatorek nam się zepsuje, np. z powodu wilgoci i trudno będzie nam odnaleźć w sklepie akumulatorek o tej samej pojemności (nie powinno się w jednym urządzeniu montować źródel zasilania o różnych parametrach). W mojej czołówce doszło do zwarcia i dwa akumulatorki się zjarały. Podejrzewam, że nastąpiło to z powodu ogromnego upału panującego w Brazylii. Oczywiście producent akumulatorów zapewnił mnie, że taka temperatura nie powinna doprowadzić do uszkodzenia i odrzucił możliwość wady produkcyjnej. Możliwe, że przyczyna leżała po stronie czołówki, bo miała ona już z 4 lata.

 

Share on Facebook0Tweet about this on Twitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *