ŚLUB NA BALI – SKĄD POMYSŁ

moj kwiatek

Z Izą znamy się 15 lat. Jesteśmy razem i mieszkamy samodzielnie od 7. Od dawna wiedzieliśmy, że się kochamy i chcemy być razem na zawsze. Przeżyliśmy wiele problemów. Sprawiały one, że nie mieliśmy ani czasu, ani siły, ani pieniędzy by myśleć o ślubie. Na szczęście moi i Izy rodzice nie należą do umoralniających nas tam, gdzie to niepotrzebne. Zresztą chyba zauważyli, że skoro dzielnie razem radzimy sobie z kolejnymi przeciwnościami, to ślubem nie musimy nic udowadniać. Ślub stał się więc dla nas czystą formalnością. No, może dla Izy jednak czymś więcej.

W końcu, gdy powróciliśmy z naszej autostopowej wyprawy do Armenii, pojawiła się chwila i ochota na uspokojenie naszego życia i wzięcie ślubu. Oczywiście miał to być normalny ślub. „Normalny” ma tutaj oznaczać w Polsce, bo nie można go było nazwać tradycyjnym. Nie chcieliśmy niczego z przepychem. Przerażała nas pompatyczność, wybór koloru kwiatów, koloru zastawy, rodzaju alkoholu, posiłków, muzyki, samochodu i całej sterty bezsensownych dodatków. Przerażała nas także sztuczność tego wydarzenia. Wszystko na pokaz i takie wyrachowane, co „wypada” na nim robić, a co nie. Nie chcieliśmy brać ślubu w kościele, bo chociaż ja jestem osobą wierzącą, a Iza sama chyba nie wie, to na pewno nie akceptujemy stanu polskiego kościoła i zwyczajów w nim panujących. Mimo że ślub był dla nas formalnością, to nie chcieliśmy też zrobić tego na „odwal się”.009Plan zakładał więc ceremonię ślubu cywilnego połączoną z weselem w jakimś ładny miejscu, blisko natury, w pobliżu Warszawy. Chcieliśmy by ceremonia odbyła się w ładnym miejscu w plenerze, a potem przejazd do pobliskiej restauracji. Albo lepsza opcja – by ślub i wesele odbyły się w ładnym, dużym ogrodzie restauracji. Przerażały nas także te trudne decyzje – kogo zaprosić. Ktoś się obrazi, ktoś będzie się źle bawił, bo wprawdzie zaprosimy jego, ale nie zaprosimy innych – wspólnych znajomych, z którymi my z kolei mamy gorszy kontakt. Co zrobić z rodziną, którą widziało się w życiu raz, albo wcale, a niby jest „bliska”, albo wcale się jej nie lubi. Najchętniej zaprosilibyśmy wszystkich, bo pewnie i tak zwróciłaby się większa cześć opłat. Ale skąd, u licha, wcześniej wytrzasnąć tę kasę?! Ani my, ani nasi rodzicie nie należą do majętnych. A brać kredyt na ślub? Czy kogoś poje****?! Poza tym tak duża mieszanka zgromadzonych byłaby zbyt wybuchowa.

Ale trzeba było coś wymyślić. Zaczęliśmy orientować się w kosztach i sposobach realizacji. Koszt samej opłaty za udzielenia ślubu w plenerze to 1 tys. zł. Trzeba zapewnić „godne i odpowiednio udekorowane miejsce” do ślubu (https://obywatel.gov.pl/malzenstwo/slub-cywilny-jak-wziac-slub-w-urzedzie-lub-poza-urzedem oraz http://www.polskieradio.pl/5/3/Artykul/1389108,Slub-cywilny-nie-tylko-w-urzedzie-ale-ten-w-plenerze-bedzie-drozszy). Oczywiście takie miejsca musza być dwa, na wypadek gdyby na świeżym powietrzy rozpętała się burza, huragan, czy inny przerażający kataklizm w postaci… niepogody. A co jeśli ja chce wziąć ślub w deszczu?! Te kwoty są jeszcze do zniesienia, ale koszty całej reszty zaczęły się robić kosmiczne. Każda restauracja, która nam się jakkolwiek podobała, rzucała cenę w okolicach od 250 zł wzwyż (350 zł najwięcej) za gościa – za sam talerzyk. Po otrzymaniu którejś z kolei wycen, Iza rozzłoszczona rzuciła „CO?! Przecież, za taką sumę można wziąć ślub na Bali”. Czemu powiedziała akurat Bali? A dlatego, że wydawało jej się to wtedy najbardziej absurdalne i abstrakcyjne. Nie spodziewała się, że w mojej głowie rozświetli się żarówka – „Super za jednym zamachem i jednym kosztem mamy ślub, miesiąc miodowy niczym z filmów i kolejne wspaniałe wakacje”.

Błyskawicznie przypomniałem sobie, że kiedyś nasza przyjaciółka wspomniała, że jej rodzicie chcą otworzyć hotel na Bali. Od razu do niej zadzwoniłem i okazało się, że hotel, a właściwe kompleks małych domków już działa https://www.facebook.com/relaxbeachresortcandidasa/?fref=ts. Poprosiłem, by dowiedziała się od rodziców, czy taka ceremonia jest wykonalna, no i czy moglibyśmy się u nich zatrzymać. Jednocześnie zaczęliśmy szukać informacji na własną rękę. Znaleźliśmy co najmniej 3 firmy, które pomagają w organizacji takiej ceremonii. Znaleźliśmy też firmy, które pomagają w organizacji ślubów w innych, równie odległych zakątkach świata. Jednak to właśnie Bali wydawało się idealnym połączeniem miejsca spokojnego na ślubu i miesiąc miodowy oraz pełnego atrakcji do dalszego zwiedzania. Zostaliśmy przy Bali również dlatego, że nie chcieliśmy być tam sami. Chcieliśmy, by byli z nami najbliżsi tj. rodzina i najbliżsi znajomi. Dzięki kontaktowi do rodziców przyjaciółki mieliśmy gwarancję, że znajdzie się miejsce dla naszej grupy i pomogą nam na miejscu. Cena samej ceremonii ślubu wahała się od 1500 do 2200 dolarów (oczywiście w najbardziej skromnych opcjach, o tym napiszemy dokładnie w następnym poście). Co przy min. 2 tys. zł, które i tak musielibyśmy wydać na same urzędnicze kwestie ślubu w Polsce w plenerze (http://zrobswojslub.pl/koszty-slubu-w-plenerze/), wydawało się dużo bardziej atrakcyjne. Przecież zamiast ślubu w ogrodzie czy nad jeziorem, będę miał ślub na Bali, na drugim końcu świata, nad oceanem, nad klifem, gdzie będę chciał. Oczywiście muszę do tego doliczyć koszt przelotu, pobytu itd., ale zamiast 12 godzin zabawy na polskim weselu, będę miał 3 tyg. niewyobrażalnej przygody.002Jeszcze jakiś czas wahaliśmy się, czy porzucamy plan tradycyjnego polskiego ślub. Pomysł był jednak tak szalony, że od razu go pokochaliśmy. Wydawało nam się, że po autostopowej wyprawie chcemy teraz odpocząć od podróżowania. Jednak mając na horyzoncie Bali, zrozumieliśmy, że jest wręcz odwrotnie – potrzebujemy podróży coraz więcej, coraz dalej.  Gdy pojawiła się promocja na stronie linii lotniczych i za 2500 zł kupiliśmy bilet w tę i z powrotem (dla jednej osoby) na 3 tygodniowy pobyt, to nie było już odwrotu. Od tego momentu uwierzyliśmy, że to naprawdę jest wykonalne. Z ulgą poczuliśmy, jak zrzucamy z siebie te wszystkie utarte ścieżki i konwenanse. Ślub w przepięknych okolicznościach natury, wiatr we włosach, szum oceanu i mała skromna altanka do przeprowadzenia ceremonii – czy da się bardziej romantycznie? Jednak z konwenansów chcieliśmy zachować jeden – do ślubu idziemy w pełni elegancko ubrani. Wiele par na Bali robi to w luźnych ładnych sukienkach oraz w zwiewnych białych koszulach i jasnych spodniach. My chcieliśmy to zrobić po naszemu, inaczej niż wszyscy. Poza tym to w końcu nasz ślub! Iza, jak każda kobieta, złapała tę niewyjaśnioną fazę na wymarzoną suknię ślubną (co za debilizm, kawał materiału za grubą kasę do założenia raz w życiu). Ja z kolei miałem kupiony garnitur. Iza pozwoliła mi go kupić jeszcze rok wcześniej tylko pod warunkiem, że założę go pierwszy raz na nasz ślub właśnie, no więc musiał spełnić swoje przeznaczenie.

Poinformowaliśmy rodziców. Nie byli wybitnie zaskoczeni. Przywykli do naszych wybryków i niestandardowych czynów. Jednak nie byli też zachwyceni. Nie należą do osób majętnych, więc od razu założyli, że ich na ślubie nie będzie. My z kolei właśnie dlatego uważaliśmy, że to genialne rozwiązanie. Próbowaliśmy ich przekonać, że gdyby ślub był w Polsce, to źle byśmy się czuli, gdyby dali nam jakieś drogie prezenty albo pomogli finansować imprezę. Chcieliśmy by te właśnie pieniądze przeznaczyli na najfajniejsze wakacje w swoim życiu. Chcieliśmy dać im pretekst, by zrobili coś ciekawego. Moi rodzicie mają już ponad 60 lat i wiem, że bez dobrego pretekstu nie ruszą się nigdzie dalej. Wyjaśnialiśmy, że koszt przelotu jest największym, a w zasadzie jedynym dużym kosztem, bo przecież nie będę brali udziału w jakiś szalonych atrakcjach. Twierdzili, że przeszkodą jest dodatkowo ich stan zdrowia (gadali, jakby mieli 90 lat). My z kolei argumentowaliśmy, że klimat Bali jest bardzo przyjemny. Nie ma typowego tropikalnego upału i wilgoci. W pewnym momencie byliśmy pewni, że udało nam się ich przekonać. Niestety, ostatecznie nie pojechali, ale zaakceptowali naszą decyzję. Powiedzieli, że to przecież nasze święto, nas jako pary, więc najważniejsze, żebyśmy to my mieli z tego największą radość. Jedynymi przedstawicielami rodziny na ceremonii zostało nasze rodzeństwo, czyli siostra moja i siostra Izy.

Wahaliśmy się co do Bali z jeszcze jednego powodu. Od razu wiadomo było, że wyklucza to obecność Snupiego. Obowiązuje bezwzględny zakaz wwożenia zwierząt towarzyszących na Bali, powodem jest powszechna wśród tamtejszych zwierząt wścieklizna. Była to trudna decyzja, chcemy przecież walczyć ze sztucznymi i niepotrzebnymi zakazami. Udowadniać, że obecność psa w wydarzeniu nie jest problemem... Na szczęście Snupi wystarczająco dużo radości doznał podczas samych przygotowań.

Wahaliśmy się co do Bali z jeszcze jednego powodu. Od razu wiadomo było, że wyklucza to obecność Snupiego. Obowiązuje bezwzględny zakaz wwożenia zwierząt towarzyszących na Bali, powodem jest powszechna wśród tamtejszych zwierząt wścieklizna. Była to trudna decyzja, chcemy przecież walczyć ze sztucznymi i niepotrzebnymi zakazami. Udowadniać, że obecność psa w wydarzeniu nie jest problemem… Na szczęście Snupi wystarczająco dużo radości doznał podczas samych przygotowań.

Zaczęliśmy zapraszać znajomych, chociaż trudno nazwać to zapraszaniem. Przecież decyzja o Bali wynikała m.in. z tego, by uniknąć tych trudnych decyzji – kogo zaprosić. Więc nie wybieraliśmy. Najzwyczajniej, przy okazji innych spotkań, informowaliśmy – bierzemy ślub na Bali i dodawaliśmy, że jeśli mają ochotę, to mogą pojechać do Indonezji z nami, spędzić wspólnie wakacje. Nie wierzyliśmy w zbyt duże zainteresowanie i nie namawialiśmy. Nasze słowa brzmiały mniej-więcej tak: bierzemy ślub na Bali i zostajemy tam na 3 tygodnie wakacji. Jedziecie z nami? Jeśli tak, to zróbcie tak, żeby być też na ślubie, nie musicie kupować nam żadnych prezentów. Jedynymi osobami, którym byśmy nie podarowali nieobecności, to mój świadek Michał i świadkowa Izy – Iga. Znamy się od wczesnego dzieciństwa. Na szczęście, oni sami należą do osób, których namawiać nie trzeba. Świadkowie stwierdzili, że skoro my idziemy elegancko ubrani, to oni też. Ja namawiałem Michała by był w kąpielówkach i klapkach Kubota, ale się na to nie zdecydował. Pewnie wiedział, że Iza mnie i jego za to zabije 🙂

Przeżyliśmy ogromne zaskoczenia: pozytywne i negatywne. Pozytywne dlatego, że wiele osób bardzo poważnie zaczęło rozważać naszą propozycję i nazwało ją „genialną”. W pewnym momencie lista zdecydowanych osób liczyła ponad 20. Wśród gości był również Justin – Amerykanin, który mieszka i pracuje w Emiratach Arabskich, a którego poznaliśmy w Stambule. Rozmawialiśmy z nim 4 godziny (nie licząc dalszych konwersacji przez internet). Znaliśmy go krótko, ale bardzo polubiliśmy. Poza tym Indonezja na drugim krańcu Ziemi była godnym miejscem do podtrzymania tak nietypowo rozpoczętej znajomości. Justin ogromnie się wzruszył, że pomyśleliśmy o nim przy tak ważnej dla nas chwili.

Justin! Co Ty tutaj robisz?

Justin! Co Ty tutaj robisz?

No ale były też te negatywne aspekty. Polegały przede wszystkim na tym, że wielu zdecydowanych odpadło w ostatniej chwili. W tym najbliżsi znajomi, np. nasza przyjaciółka z problemami zdrowotnymi zaszła w ciąże. Wraz z mężem – jednym z moich najbliższych przyjaciół – mieli już kupione bilety. Za to jego siostra godnie go zastąpiła, bo zdecydowała się na wyjazd tydzień przed naszym wylotem. Na lotnisko jechała niemal prosto z innego wyjazdu. Ledwo zdążyła się spakować. Innym nie pozwoliły finanse, czy brak możliwości urlopu. Negatywne, a raczej męczące, były reakcje jednego znajomego, który przy każdym spotkaniu stwierdzał, że niepotrzebnie „wydziwiamy”. Próbował nas nawet umoralniać, że powinniśmy wziąć normalny ślub. To śmieszne, gdy w głowie wciąż ma się jego młodzieńcze wybryki. Tak czy inaczej, na Bali wybraliśmy się 16 osobową grupą. Sami oceńcie czy to dużo czy mało. Czasem na spotkanie w weekend nie da się umówić więcej niż 6 osób.

Już niebawem kolejny post, w którym opiszemy – jak przebiegła organizacja ślubu i wszystkich atrakcji na 3 tygodniowy pobyt oraz ile to wszystko kosztowało. Zapewniam, bardzo Was to zaskoczy…008004

Share on Facebook12Tweet about this on Twitter
2 Comments
  1. Super. Piękne zdjęcia. Nam też na ślubie nie zależało już teraz ale rodzice bardzo naciskali. Jadnak wesele było tradycyjne. Mogłabym iść w sukni z sieciówki natomiast zdecydowałam się na tradycyjną wersje bo widziałam że rodzicom zależy. Mi zależało żeby zaprosić całą rodzinę bo chociaż nasze więzy są luźne to jednak rodzina jest dla mnie nadrzędną wartością, i ta podstawowa komórka jak i nawet dalsze ciotki, wujki, uważam że dobrze jest raz na parę lat coś przegadać czymś się podzielić a i wiadomo nawet pośmiać się jedni z drugich ( grunt to rodzinka) 😉 Pełen dystans. Dla mnie zapraszanie znajomych z końca świata których widziałam 3 razy w życiu to nie to. Wesele to wydarzenie rodzinne, to spotkanie pełne wzruszeń, wspomnień sprzed dekad, to nie tylko MOJE święto. Ale to dobrze że w tych czasach można wybierać czy hołduje się tradycji czy popuszcza wodze fantazji. Ten gorset który tyle lat cisnął naszych przodków kurzy się w szafie 😉 Gratuluje determinacji w spełnianiu marzeń!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *